Podcaster - Magdalena Majcher

Kup ebooka

44.99 zł
37.34 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog1.

Katowice, listopad 2025

Mężczyzna wydawał się oazą spokoju. Stał przy samochodzie zaparkowanym na niewielkim parkingu przy wejściu do Lasu Murckowskiego. Palił powoli papierosa, wypatrując w roku dwóch punktów światła, świadczących o tym, że człowiek, z którym był umówiony na spotkanie, zbliża się swoim autem.

Do perfekcji przyswoił sztukę panowania nad emocjami. Nigdy ich nie okazywał, zawsze sprawiał wrażenie poukładanego, spokojnego i znającego rozwiązanie każdego problemu. To dlatego wspiął się tak wysoko. W świecie, w którym żył, każde uczucie - strach, niepewność, smutek czy rozczarowanie - mogło mieć najwyższą cenę.

Tylko on wiedział, ile trudu sprawia mu panowanie nad naturalnymi reakcjami organizmu i jak bardzo go to zmieniło.

Spojrzał na zawieszony na nadgarstku zegarek. Rzadko go nosił, ale tego wieczoru był zmuszony zostawić telefon komórkowy w mieszkaniu, bez zegarka nie miałby więc pojęcia, która jest godzina. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Mnóstwo ludzi wpadało tylko dlatego, że prześledzono logowania ich smartfonów, dzięki czemu można było ich powiązać z czasem i miejscem zbrodni. A po tym spotkaniu nie może zostać żaden ślad.

Jego rozmówca spóźniał się już prawie dziesięć minut i mężczyzna złapał się na tym, że zastanawia się, co zrobi, jeśli tamten nie przyjedzie. Niby mógł działać sam, to jednak dodatkowe ryzyko. Musi mieć pewność, że w chwili próby reszta stanie za nim murem.

Wybiła dwudziesta pierwsza jedenaście, kiedy na pogrążonej w ciemnościach ulicy pojawiły się dwa małe punkciki ciepłego światła. Przybliżały się z każdą sekundą, a kiedy prowadzący samochód włączył prawy kierunkowskaz, mężczyzna niemal zyskał pewność, że w końcu zjawił się ten, na którego czekał. Bo niby któż inny i po co miałby przyjechać na parking przy lesie w ten lodowaty wieczór?

Tamten zaparkował tuż przy jego samochodzie. Zgasił silnik i przez chwilę mu się przypatrywał, jak gdyby wciąż rozważał ewentualność ucieczki. Ostatecznie wysiadł i nie patrząc swojemu rozmówcy w oczy, uścisnął mu dłoń.

- No co tam? To naprawdę nie mogło poczekać do jutra? - warknął wyraźnie zirytowany. - Moja żona jest przekonana, że znów mam kochankę. To dlatego się spóźniłem, darła mordę z pół godziny i nie chciała mnie wypuścić z mieszkania.

- Co jej powiedziałeś?

- Że w robocie wypadła mi nagła sytuacja, ale chyba nie uwierzyła. - Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni sportowej kurtki i wyciągnął z niej paczkę papierosów.

- Gdzie jest twój telefon?

- Masz mnie za idiotę? Ściągnąłeś mnie do lasu na wypizdowie, więc to chyba oczywiste, że ta rozmowa musi pozostać ściśle tajna. Gadaj, o co chodzi, nie mam całej nocy, muszę jakoś udobruchać moją. - Zarechotał rubasznie, na co wyższemu z mężczyzn zrobiło się niedobrze.

Nie chciał się zastanawiać, co tamten miał właściwie na myśli, bo zarówno on, jak i jego małżonka mieli sporą nadwagę.

- Ten podcaster nadal węszy. Dałem mu ogon, tak jak ustaliliśmy, dodatkowo poprosiłem takiego jednego gościa, żeby go nastraszył, ale chuj za bardzo się tym nie przejął.

- Najwidoczniej za lekko mu wpierdolił - podsumował mężczyzna w sportowej kurtce, wzruszając ramionami.

- Obawiam się, że w tym przypadku wpierdol już nie wystarczy. - Wyższy facet sięgnął za pazuchę płaszcza, gdzie dotychczas trzymał białą kopertę, i podał ją tamtemu. - Zerknij na to w wolnej chwili. Ja jestem u tego podcastera spalony, od razu by mnie rozpoznał, ale wysłałem za nim zaufanego człowieka, zrobił mu z ukrycia kilka zdjęć. Zobacz, z kim się spotkał, i wtedy podejmiemy decyzję, ale moim zdaniem nie ma na co czekać.

Jego rozmówca nigdy nie należał do najcierpliwszych, dlatego nie zdziwiło go, że natychmiast wyciągnął z białej koperty fotografie i zaczął je przeglądać, mrużąc oczy, aby coś zobaczyć w mroku. Noc była bezchmurna, świecił wielki księżyc, dlatego udało mu się rozpoznać kilka twarzy.

- Kurwa! - W jego głosie zabrzmiała wściekłość. - Wiesz, jaki syf się z tego zrobi?

- A masz inny pomysł, jak go uciszyć? - Wyższy mężczyzna się zawahał, analizując, czy i kiedy powinien przekazać kolejną złą wiadomość, szybko jednak uznał, że lepsza okazja może się już nie trafić. - Na dodatek ktoś jeszcze za nim chodzi, nasz ogon nie jest jedynym, który się za nim ciągnie.

- Dobra, rób, co chcesz. - Tamten najwyraźniej już podjął decyzję. Musiał zdawać sobie sprawę, o jak wysoką stawkę toczy się gra. - Posprzątamy, jak zawsze, ale, kurwa, żeby to był mi ostatni raz. Musisz tak załatwić tę sprawę, żeby z gościem przepadły wszystkie dowody. Jeśli i tym razem coś spierdolisz, rzucę cię na pożarcie, mało tego, będę pierwszym, który podpali stos, jasne?

Mężczyzna w płaszczu głośno przełknął ślinę. Tym razem nie zapanował nad reakcją swojego organizmu. Wiedział, do czego zdolny jest jego rozmówca i że nie rzuca słów na wiatr. Pożałował, że jednak zostawił smartfon w mieszkaniu. Nagranie tej wymiany zdań stanowiłoby jego polisę na przyszłość.

Będzie musiał sobie poradzić bez tego.

2.

Katowice, grudzień 2025

Podszedł do okna i starannie zaciągnął kotary. Pomieszczenie było dokładnie wyciszone: ściany i drzwi wyłożone specjalnymi panelami akustycznymi, na podłodze obowiązkowo duży dywan, zasłony w oknach. Z nostalgią wspominał swoje początki, kiedy nagrywał pierwsze odcinki pod prowizorycznym namiotem zrobionym z kołdry. Nie wiedział wówczas nic o podcastach true crime, nie miał pojęcia, jak się buduje markę własną w Internecie, nie spodziewał się, dokąd doprowadzi go spontaniczny pomysł, by założyć kanał na YouTubie. Czasem chciałby się zamienić miejscami z tamtym młodym, naiwnym chłopakiem. Tak, czasem.

Nie włączył kamery. Tym razem zrobi wyjątek i nagra zajawkę odcinka wyłącznie w formacie audio, bez obrazu. Zawsze pokazywał się na początku materiału, bo wiedział, jak ważne jest, aby reklamować podcast swoim imieniem, nazwiskiem i twarzą. Właśnie dzięki temu nie zginął w gąszczu innych podcasterów, tych wszystkich Kryminalnych Historii, Opowieści z Dreszczykiem, Prawdziwych Zbrodni i tak dalej. Ale nie dziś, nie teraz. Tym razem chodziło o coś więcej niż przyciągnięcie widza i zrobienie zasięgu. Znacznie więcej.

Włączył interfejs, upewnił się, że słuchawki i mikrofon są prawidłowo podpięte, po czym ustawił na urządzeniu czułość i głośność. Rzucił okiem na notatki, które sobie przygotował. Kolejna anomalia: za każdym razem, zanim zaczął nagrywać odcinek, miał gotowy cały scenariusz, po prostu czytał z kartki. Tym razem zamierzał korzystać wyłącznie z tych roboczych zapisków. Nie potrzebował dokładnego konspektu, bo to była też jego historia i musiał ją opowiedzieć jako pierwszy, zanim opowieść zacznie żyć własnym życiem i powstanie jej nowa, zakrzywiona wersja.

Włożył słuchawki i odpalił Reapera, z którego korzystał przy nagrywaniu odcinków. Wypuścił głośno powietrze z płuc i odchrząknął - te wszystkie dźwięki znikną, kiedy przepuści surowy plik przez program. Pochylił się nad mikrofonem.

- Oddałbym wszystko, co mam, żebym tylko nie musiał nagrywać tego odcinka. Sprawa, o której dziś państwu opowiem, z całą pewnością jest znana większości z was. Śmierć Miłosza Majchrzaka wstrząsnęła środowiskiem twórców i fanów true crime. Skłamałbym, gdybym powiedział państwu, że Miłosz był moim przyjacielem. Nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach, zupełnie inaczej podchodziliśmy do odpowiedzialności za tworzenie i publikowanie treści, zdarzało nam się pokłócić, zresztą jedna z tych właśnie publicznych awantur sprawiła, że znalazłem się w gronie podejrzanych. Kiedy byłem przesłuchiwany, część dziennikarzy i internautów już wydała na mnie wyrok skazujący. Zmierzyłem się z ogromną skalą hejtu, ale zostawmy to, bo nie ja jestem pierwszoplanowym bohaterem tej opowieści. Jest nim Miłosz. - Usłyszał w słuchawkach, jak głos mu się załamuje, ale natychmiast podjął decyzję, że nie będzie nagrywał tego fragmentu drugi raz. - Dzisiaj opowiem historię o młodym mężczyźnie, który w krótkim czasie wspiął się na sam szczyt. O chłopaku, który dążył do prawdy, a który zapłacił za nią najwyższą cenę. Brutalne zabójstwo Miłosza Majchrzaka pozostawiło w nas wszystkich pytanie o sens istnienia podcastów true crime, pokazało, jak cienka jest granica między prawdziwym życiem a tym toczącym się online. Całkiem możliwe, że w tym momencie popełniam ten sam błąd co Miłosz, ale czuję, że jestem mu coś winien, dlatego postanowiłem zrealizować ten odcinek. Wiem, kto zamordował Miłosza Majchrzaka.

Cisza, która zapadła w słuchawkach, gdy jego głos nagle zamilkł, wydawała mu się znamienna. Był w tym wszystkim sam, zupełnie sam. I mógł skończyć tak, jak Miłosz.

Rozdział 1

Katowice, grudzień 2025

Gdy tylko Łukasz Płonka podniósł lewą, opuchniętą powiekę na kilka milimetrów, od razu pożałował, że poprzedniego wieczoru dał się namówić szwagrowi na wyprawę do sklepu nocnego chwilę przed dwudziestą drugą. Po tej godzinie w centrum obowiązywał zakaz sprzedaży alkoholu i to by była dla nich zdecydowanie lepsza opcja. Ale w końcu niecodziennie człowiek zostaje pierwszy raz wujem - to Łukasz, i ojcem - to z kolei jego szwagier, Damian.

Dla Łukasza to wciąż była swego rodzaju abstrakcja - jego młodsza o sześć lat siostra miała dziecko. Córeczkę Hanię. Kosmos, bo on by się nie zdecydował nawet na kota czy psa, a co dopiero na dzieciaka, tymczasem Magda, ta gówniara, założyła rodzinę i nawet całkiem nieźle sobie w tym dorosłym życiu radziła.

Rozmyślał jeszcze o tym przez dłuższą chwilę, leżąc w łóżku i dogorywając. Język przysechł mu do podniebienia, ale Łukasz czuł, że jeśli zmieni pozycję, jego czaszka eksploduje, nie zdecydował się więc na wyprawę do kuchni. Bardzo rzadko sięgał po alkohol, bo najzwyczajniej w świecie nie umiał pić. Jak za łebka przychodził pijany do domu, matka się darła, że nie zna umiaru i jeżeli nie przystopuje, skończy jak ojciec, i w zasadzie miała rację, dlatego niemal całkowicie wyeliminował procenty ze swojego życia. No ale wiadomo, nie codziennie człowiek zostaje pierwszy raz wujem i tak dalej.

W końcu pragnienie wygrało z zawrotami oraz bólem głowy i powłócząc nogami, ruszył w kierunku kuchni. Sięgnął po leżącą na blacie, opróżnioną w połowie butelkę wody mineralnej i przyssał się do gwintu. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie tabletki ibuprofenu. Los mu tego dnia sprzyjał, bo w niemal pustym blistrze znalazł ostatnią niebieską kapsułkę. Za kwadrans powinien się poczuć lepiej.

Rozejrzał się po prawie pustym, minimalistycznie urządzonym wnętrzu niespełna stumetrowego mieszkania. Sam nie rozumiał, dlaczego właściwie kupił tak ogromne lokum. Bo mógł, bo było go na nie stać? Pierwsza Dzielnica - deweloper wiedział, jak nazwać osiedle, aby połechtać ego takiego snoba jak on. Bananowca, który kupuje wielki apartament po to, żeby się pochwalić nim przed znajomymi, których właściwie nie ma. Frajera, któremu się wydaje, że za pieniądze może mieć wszystko, a który nie potrafi wziąć odpowiedzialności nawet za kota, co dopiero mówić o drugim człowieku. O sobie.

Otrząsnął się z tych negatywnych myśli, zrzucając je na karb kaca. Najtrudniej jest oszukiwać samego siebie, wiedział przecież, że nienawidził patrzeć w lustro również wtedy, kiedy budził się zrelaksowany i wypoczęty, bez bólu głowy. Reprezentował wszystko to, czym gardził, a jednocześnie za nic w świecie nie potrafiłby z tego zrezygnować, bo czuł się minimalnie lepiej, kiedy widział podziw w spojrzeniach innych.

Zgniótł plastikową butelkę i wyrzucił ją do kosza, ignorując kaucję w wysokości pięćdziesięciu groszy. Nie zaprzątał sobie głowy takimi głupotami. Spojrzał na wyświetlacz na piekarniku i ze zdumieniem odkrył, że minęła dwunasta. Przeanalizował w myślach harmonogram na ten dzień, ale wydawało się, że nic większego nie planował. Wieczorem będzie musiał usiąść do scenariusza nowego odcinka, ale mógł przewegetować całe popołudnie.

Właśnie szedł się odlać, kiedy zorientował się, że nie ma pojęcia, gdzie jest jego telefon. Z niepokojem zaczął się rozglądać za swoim najnowszym modelem iPhone'a, który stanowił jego centrum dowodzenia światem. Znalazł go w kieszeni kurtki rzuconej niedbale na kanapę w salonie i dopiero wówczas odetchnął z ulgą. Kiedy odblokował telefon za pomocą FaceID, smartfon błyskawicznie połączył się z siecią wi-fi i zaczęły spływać powiadomienia, ale nie to przyciągnęło jego uwagę. Miał szesnaście nieodebranych połączeń, w tym dziewięć od Leny Polkowskiej, dziennikarki śledczej, z którą czasem współpracował i z trochę większą częstotliwością chodził do łóżka w ostatnich miesiącach. Musiało się coś stać, coś, co on przespał, bo nie wierzył, że Lena wydzwaniałaby do niego prywatnie. Była na to zbyt dumna i zbyt wycofana. Głównie to on inicjował kontakty, zwykle w chwilach słabości, kiedy czuł się piekielnie samotny. Pozorna bliskość szczuplutkiej brunetki zagłuszała rozpacz przynajmniej na kilka godzin.

Postanowił najpierw oddzwonić, odleje się później. Już kiedy wybierał numer Leny, był wściekły na siebie, że tak pochlał i pospał. Nie znosił, gdy coś go omijało. To dlatego był online niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę i poświęcał niewiele czasu na sen. Nie chciał przeoczyć czegoś ważnego, dostęp do informacji stał się dla niego z biegiem lat swoistym narkotykiem. Zdawał sobie sprawę, że w genach ma zapisaną skłonność do uzależnień, dlatego wybrał tę najbezpieczniejszą, jego zdaniem, używkę.

Lena odebrała po pierwszym sygnale, na pewno była blisko telefonu, co absolutnie go nie dziwiło. Polkowska pod tym względem była do niego bardzo podobna i może właśnie dlatego tak dobrze im się współpracowało.

Poznał ją ponad rok temu w Warszawie przy okazji zbierania materiałów do jednego z odcinków. Od tej pory stale się kontaktowali, wymieniali materiałami, aktami, informacjami. I jakoś tak wyszło, że latem poszli razem do łóżka. Raz, drugi, trzeci. Płonka nie opisałby ich relacji w kategoriach związku, nie mieli na siebie wyłączności, w ich życiu byli też inni, a jednak był zadowolony z tej znajomości i mógłby przysiąc, że Lenie ten układ również odpowiada.

- Nareszcie! - W głosie Polkowskiej brzmiało zniecierpliwienie. - Kurwa, Łukasz, co z tobą? Od kilku godzin próbuję się z tobą skontaktować!

- Spałem - odparł Płonka, czując się idiotycznie z tym wytłumaczeniem. - Co jest?

- Słyszałeś o Miłoszu?

- Majchrzaku? - zapytał Łukasz, bo podcaster był jedynym znanym mu Miłoszem.

Swoją drogą, to zaskakujące, że dwóch najpopularniejszych w sieci twórców true crime mieszkało w tym samym mieście. W Katowicach. Jaka statystycznie była na to szansa? Stolica Śląska się wyludniała, obecnie żyło już tam mniej niż trzysta tysięcy osób, w całym kraju ponad trzydzieści siedem milionów, a jednak dwie trzecie wielkiej trójcy polskiego YouTube'a na stałe związane było z Katowicami.

- Teraz już nie ma czasu na wyjaśnienia. Wiem od swojego źródła, że policja po ciebie jedzie.

- Co?! - Łukasz poczuł, jak w sekundę całkowicie się rozbudza.

- Miłosz został zamordowany, a od dwóch dni cały Internet huczy o waszej przepychance na konwencie.

- Zamordowany? - Płonka poczuł, jak z jego twarzy odpływają wszystkie kolory. - Przez kogo? - zapytał głupkowato.

- Słuchaj, jeśli miałeś z tym coś wspólnego, to jest ostatni moment...

Nie pozwolił Lenie dokończyć.

- Jeśli miałem z tym coś wspólnego? Czy ty się, kurwa, słyszysz? Nie mam nic do ukrycia. Jeżeli policja rzeczywiście po mnie jedzie, nie zamierzam uciekać. Porozmawiam z nimi, wyjaśnimy sprawę i po temacie.

- Jak chcesz. - Polkowska nie brzmiała na przekonaną.

- Wiesz coś więcej na temat zabójstwa Majchrzaka? Gdzie go znaleziono? Ciekawe, nad czym teraz pracował. - Łukasz myślał głośno. - Mógł komuś nadepnąć na odcisk, wiesz, jak jest w tej robocie.

- Znaleziono go wykrwawiającego się w jakimś tunelu, zmarł w karetce, tyle wiem. Zresztą wszystko jest już na grupach true crime.

- Jasne. No nic, dzięki za cynk. Odezwę się później - rzucił i natychmiast się rozłączył, nie siląc się na pożegnania.

Rozumiał już, skąd te wszystkie powiadomienia i nieodebrane połączenia. Sprawdził, kto jeszcze próbował się z nim skontaktować, ale byli to głównie znajomi podcasterzy i jego siostra. Pewnie do Magdy również dotarły informacje o śmierci Majchrzaka. Ba, z całą pewnością wiadomość obiegła już całą Polskę, a on był ostatni. Zignorował nieodebrane połączenia i odpalił Facebooka. Szybko odszukał grupę, której był administratorem. Lena miała rację, wystarczyło przejrzeć najnowsze posty, aby się zorientować w sytuacji.

Od razu rozpoznał miejsce, w którym zrobiono zdjęcia. Fotograf musiał stać przy wejściu do tunelu od ulicy Tylnej Mariackiej. Wszędzie poznałby te charakterystyczne graffiti, którymi wypełniona była cała przestrzeń długiego tunelu dla pieszych przebiegającego pod torami kolejowymi, łączącego południową część Śródmieścia z północną.

Kiedy Łukasz uświadomił sobie, na co patrzy, odetchnął z ulgą. Kamery, przecież tam są kamery! Nawet jeśli policja ma go w kręgu podejrzanych, szybko się przekonają, że to nie jego parszywa facjata jest uwieczniona na nagraniach.

Powiększył pierwsze zdjęcie. Dwóch umundurowanych funkcjonariuszy w lateksowych rękawiczkach pochylało się nad niewyraźną postacią, jeden chyba sprawdzał puls, bo trzymał rękę przy dłoni poszkodowanego. Druga fotografia była bardziej rozmazana, robiona z większym przybliżeniem, a oświetlenie w tunelu było fatalne. Na trzecim zdjęciu byli już widoczni ratownicy medyczni, a na czwartym brakowało medyków i leżącej postaci, roiło się natomiast od policjantów, zarówno w mundurach, jak i po cywilnemu, był też technik w charakterystycznym kombinezonie. Łukasz kojarzył z widzenia kilku funkcjonariuszy, w końcu siedział mocno w tym środowisku i co jakiś czas występował do policji z prośbą o mniej lub bardziej nieoficjalny komentarz.

W tamtej chwili Płonka nie zastanawiał się, czy etycznym jest publikowanie w sieci zdjęć konającego człowieka. Zresztą takie rozważania ostatni raz naszły go bardzo, bardzo dawno temu. Wychodził z założenia, że społeczeństwo winno mieć dostęp do informacji, a nie tylko do szczątkowych, zmanipulowanych i pociętych przez dziennikarzy skrawków prawdy. Zwłaszcza w tak poważnych sprawach jak morderstwo. Irytowało go to, że zabójców chroni się bardziej niż ofiary, ukrywając ich wizerunek i nie podając wszystkich danych. Ludzie powinni wiedzieć, przed kim lepiej uciekać na ulicy. Nie wierzył w resocjalizację. Jeśli ktoś zabił, najpewniej zrobi to ponownie, a takie chwasty trzeba wyrywać.

Przybliżył ostatnie zdjęcie, zrobione już po tym, jak karetka zabrała Majchrzaka. Nawet w słabym świetle było widać ogromną plamę brunatnej mazi. Płonka obstawiałby pistolet albo nóż, znając polskie realia - raczej nóż.

Przejrzał szybko komentarze i pozostałe posty, w których właściwie powielano zdjęcia z pierwszego wpisu. Wrócił do niego, aby zrobić zrzut ekranu i sprawdzić, kto go opublikował. Oczywiście, anonimowy użytkownik, ale to nie był dla Łukasza problem. Większość osób nie ma pojęcia, że administratorzy mogą sprawdzić, kto dodał taki post. Bingo. Kinga Dębicka, później ją sprawdzi. Pewnie to jakaś przypadkowa obserwatorka, ale od czegoś trzeba zacząć.

Rzucił telefon na kanapę. Jeżeli Lena miała rację - a zazwyczaj ją miała - nie zostało mu zbyt dużo czasu. Poszedł w końcu do toalety, bo z pustym pęcherzem jakoś lepiej się myśli. Umył zęby i opłukał twarz zimną wodą, po czym spojrzał w lustro. Laski pisały o nim w sieci, że jest przystojny, choć on sam nigdy by tak siebie nie określił. Ciemne włosy, tu i ówdzie poprzetykane siwizną, mimo że dopiero skończył trzydzieści jeden lat, zielone oczy, blizna na łuku brwiowym. W czasach, kiedy był młodym gniewnym, opowiadał, że ma tę bliznę po bójce, bo wydawało mu się, że w ten sposób zyska plus dziesięć do respektu. Fama poszła, legenda ożyła, a prawda wyglądała zupełnie inaczej - jako bajtel wywrócił się na rowerze. Gwałtownie zahamował przednim hamulcem i przeleciał przez ramę roweru. Magda czasem mu groziła, że jeśli będzie ją wkurzał, opowie mediom i słuchaczom, skąd naprawdę ma tę szramę.

Twarz miał raczej zwyczajną, choć musiało być w niej coś takiego, że zapadała w pamięć, skoro wybił się na YouTubie. Głos i sposób opowiadania historii to jedno, ale facjata też jest istotna. Za każdym razem, kiedy patrzył w lustro, miał wrażenie, że widzi oszusta. Zupełnie jakby było ich dwóch. On, przeciętny koleś, ani wysoki, ani niski, ani przystojny, ani brzydki, może trochę skrzywiony przez dorastanie z ojcem alkoholikiem i współuzależnioną matką - ale kto nie wyniósł z rodzinnego domu jakichś traum? - kontra Łukasz Płonka, pewny siebie, kulturalny, elokwentny, wygadany i popularny podcaster, którego ludzie zaczepiali podczas spacerów w Parku Kościuszki.

Jeszcze raz oblał twarz lodowatą wodą, ale niewiele to pomogło. Nadal miał kaca i nie potrafił zebrać myśli. W tamtej chwili w duchu przeklinał Damiana jeszcze głośniej i dosadniej.

Pukanie rozległo się, kiedy wciągał przez głowę zwykłą białą koszulkę. Punkt dla nich, gładko przeszli przez ochronę na dole budynku. Policyjna blacha otwiera wiele drzwi.

Przez głowę Łukasza nagle przemknęła myśl, żeby jednak uciekać. Jako podcaster od czterech lat zajmujący się tematyką true crime przekonał się, jak potrafi działać polska policja. Relacjonował sprawy, w których służby spisały się na medal i bardzo szybko ruszyły w ślad za zabójcami - choćby w Rakowiskach czy we Wrocławiu, po zabójstwie miss, ale pracował też przy takich, w których policja bardziej szkodziła, niż pomagała. Rzucił nawet tęsknym wzrokiem w stronę balkonu, ale mieszkał na trzecim piętrze i uznał, że nie ma co ryzykować.

Zrobił więc jedyne, co mógł uczynić w tej sytuacji: poszedł otworzyć drzwi.

- Pan Łukasz Płonka? Pojedzie pan z nami. - Słowa wysokiego, ubranego po cywilnemu funkcjonariusza, który właśnie machał mu przed twarzą policyjną legitymacją, nie brzmiały jak stwierdzenie czy pytanie.

Bardziej jak rozkaz.

Rozdział 2

Katowice, grudzień 2025

Gdyby znalazł się w ogromnym, prostokątnym gmachu przy ulicy Lompy w innych okolicznościach, mógłby uznać to spotkanie za towarzysko całkiem udane. Zaproponowano mu kawę, herbatę i wodę - wybrał to ostatnie, a potem poprosił jeszcze o czarną kawę - zaprowadzono go nie do ponurego pokoju przesłuchań, a do pomieszczenia, w którym na co dzień pracowali policjanci i które wyglądało bardziej jak biuro niż jak miejsce wypytywania świadków czy podejrzanych. Wciąż miał nadzieję, że on jest tym pierwszym.

Rozglądał się dyskretnie, krytycznie oceniając warunki. Drewniana szafa na dokumenty się nie domykała i wyglądała, jakby pamiętała czasy milicji. Podłokietnik jednego z foteli obrotowych był przyklejony do siedziska za pomocą szerokiej brązowej taśmy klejącej. Przez szczeliny starych, odrapanych okien zawiewało chłodne powietrze. Pomyślał o swoim mieszkaniu, które wyposażył za dwumiesięczną wypłatę z samego YouTube'a, i poczuł się nieco zmieszany. W dużym uproszczeniu zarabiał na relacjonowaniu sukcesów czy potknięć pracujących w policji ludzi.

- Nasz detektyw amator - ironizował tymczasem wyższy z policjantów, na pewno podkomisarz i na pewno Jakub, nazwiska Łukasz nie zapamiętał, a akurat tych dwóch znikąd nie kojarzył. Niestety.

Funkcjonariusz wpatrywał się w ekran monitora i co jakiś czas kontrolnie zerkał na Płonkę. Drugi z nich wypełniał protokół przy swoim biurku.

- Czy ja wiem, czy taki amator? Zajmuję się tematyką true crime od czterech lat - zauważył z pewną dozą nieśmiałości Łukasz.

- No dobra, a ile wyciągasz na takim YouTubie? - Niższy z policjantów oderwał wzrok od dokumentu.

Widać było po nim, że tylko czekał, by zadać to pytanie.

Z jakiegoś powodu funkcjonariusze szybko przeszli na "ty", ale on nie potrafił się zdobyć na to samo w drugą stronę.

- No wie pan, różnie, zależy od miesiąca. Od października do grudnia najwięcej, bo jest najwięcej reklam. Wiadomo, Black Friday, mikołajki, święta. Właściwie wzrosty zaczynają się już od września.

- Tak mniej więcej. No weź powiedz, bo zastanawiamy się z kolegą, czy nie rzucić tej roboty.

Łukasz odebrał ten żart za dobry znak. Skoro policjanci pozwalają sobie na dowcipkowanie, chyba nie chcą oskarżyć go o zabójstwo?

- Około czterdziestu tysięcy złotych - przyznał w końcu Płonka.

- Miesięcznie? - Widać było po jego rozmówcy, że ta informacja go zszokowała.

- Mhm. To się przekłada na około sześćset tysięcy wyświetleń, ale ja mam długie odcinki, każdy ma ponad godzinę, niektóre nawet dwie.

- No a od tego października do grudnia, to ile więcej wyciągasz?

- Ze dwa razy więcej. - Łukasz wzruszył ramionami.

Niższy policjant posłał porozumiewawcze spojrzenie swojemu koledze.

- Co my tu, kurwa, jeszcze robimy?

- Ale to też nie jest tak, że każdy, kto założy podcast true crime, będzie tyle zarabiał - wyjaśnił Płonka, czując się coraz pewniej. - Takich kanałów są setki, a mało kto się wybija.

- No ale ty nam chyba sprzedasz jakieś rady? - Do dyskusji dołączył pierwszy policjant, Jakub.

- W tej branży nie ma gotowej recepty na sukces.

Łukasz spodziewał się, że funkcjonariusze pociągną ten wątek i zrobi się jeszcze mniej oficjalnie, ale nagle ten niższy wrócił do przerwanej czynności, a wyższy odchrząknął i poprosił go o dowód osobisty.

- Może być mObywatel? Nie zdążyłem nawet zabrać portfela.

- Może.

Płonka obserwował ukradkiem policjanta, kiedy tamten wprowadzał dane do protokołu. Próbował coś wyczytać z jego nagle kamiennej twarzy, ale oblicze postawnego funkcjonariusza zdawało się pozbawione jakichkolwiek emocji.

- Na pewno się domyślasz, dlaczego tutaj jesteś - stwierdził obojętnie podkomisarz.

Łukasz się zawahał. Ostatecznie uznał, że będzie strugał wariata i zobaczy, jak na tym wyjdzie.

- Skąd ta pewność? - udał zdziwionego. - Nie mam pojęcia, o co może chodzić.

- Ktoś sprzątnął twojego kolegę po fachu.

Znów zawahanie. Mógłby nadal odgrywać swoją rolę, ale jeśli zabiorą mu telefon i znajdą w galerii ostatnie zrzuty ekranu, może narobić sobie kłopotów.

- Nie nazwałbym Miłosza moim kolegą i pan chyba o tym wie - podsumował zrezygnowany

- Ale się znaliście.

- Powierzchownie.

- To ciekawe, bo jeśli wpiszesz w wyszukiwarkę wasze nazwiska, wyskoczy całkiem sporo wyników.

- Chodzi panu o ten konwent, tak? - warknął Łukasz bardziej agresywnie, niż zamierzał. - Odpuśćmy sobie te gierki. Najpierw zgrywacie moich kumpli, śmichy, chichy, szmery, bajery, a potem pierdolnięcie między oczy, co?

- Jak chcesz. - Podkomisarz nadal wyglądał na obojętnego, a może nawet nieco znudzonego. - Co robiłeś dzisiaj między siódmą a ósmą?

- Spałem.

- Ktoś może to potwierdzić?

- Mieszkam sam - oznajmił Płonka, zdając sobie sprawę, jak to wyglądało w oczach policji. - Wczoraj byłem u mojej siostry i szwagra, ale wróciłem około... Właściwie nie wiem, o której wróciłem. Kilka dni temu urodziło im się dziecko i trochę ze szwagrem popiliśmy, ale na pewno Magda, to znaczy moja siostra, będzie wiedzieć, o której od nich wyszedłem. Wkurzyła się, że siedzieliśmy do późna, ona chciała się wyspać, a my obudziliśmy małą. Po co te wszystkie pytania? Przecież tam jest monitoring.

- Tam, to znaczy gdzie? - W oczach podkomisarza pojawił się błysk, który bardzo nie spodobał się Łukaszowi.

- Na pewno już pan wie, że zdjęcia z miejsca zdarzenia hulają po sieci. Mogę wam pomóc - wypalił znienacka Płonka.

- Niby jak?

- Wiem, jak wygląda ta robota i jak Miłosz docierał do swoich informatorów. Jestem zanurzony w tym środowisku, na pewno szybciej od was ustalę, z kim się ostatnio kontaktował i nad czym pracował.

Gdy tylko skończył tę może nieco zbyt pyszałkowatą przemowę, pożałował, że otworzył dziób. Podkomisarz wyglądał na solidnie zirytowanego jego butą.

- Słuchaj, ty tam sobie nagrywaj na tego swojego YouTube'a i poczekaj na nasze ustalenia. Później może będziesz mógł zrobić z tego popularny odcinek i zarobisz swój hajs. Sorry, zapomniałem, w pace raczej nie masz co liczyć na dostęp do Internetu.

- Nie zabiłem go, kurwa, ludzie! Przecież macie nagrania z monitoringu. - Łukasz kurczowo złapał się tej myśli. Nagle coś przyszło mu do głowy. - Macie, prawda?

- Dlaczego się pobiliście na tym całym konwencie? - Jakub zignorował wybuch przesłuchiwanego. - Co to w ogóle za impreza?

- Stworzyłem takie wydarzenie, z zamysłu cykliczne, na razie odbyło się dwa razy, w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Przyjechali na nie fani true crime z całej Polski, zaprosiłem kilku podcasterów i ekspertów, były panele dyskusyjne, warsztaty - wyliczał Płonka. - Miłosz też tam był, nie mogłem go pominąć. To prawda, nigdy za sobą nie przepadaliśmy, ale on ma ogromne zasięgi i sporą rzeszę fanów, musiał więc zostać zaproszony na tak dużą imprezę, zwłaszcza że konwent odbywał się tutaj, w Katowicach. W mieście, w którym obydwaj mieszkamy. Żałuję tego, co się stało, zawsze byłem wybuchowy i dawałem się ponieść emocjom, ale teraz przesadziłem. W jednym panelu występowaliśmy razem i pokłóciliśmy się na scenie. Mieliśmy zupełnie inne podejście do robienia podcastów. Ja zawsze przygotowywałem i przygotowuję cele i strategie, podchodzę do swojej pracy czysto biznesowo, choćby skały srały, a mury pękały, muszę wrzucić odcinek we wtorek i w piątek o dwudziestej. Uważam, że regularność jest kluczowa w tej branży, przez co, przyznaję, czasem zdarza mi się zrobić coś niedokładnie, pod presją czasu, a Miłosz... - Łukasz zrobił przerwę na zaczerpnięcie oddechu. - On był z przeciwnej frakcji. Materiały publikował dopiero wówczas, kiedy miał wszystko dopięte na tip-top, sprawdzał każdy szczegół, zawsze, absolutnie zawsze kontaktował się z rodzinami ofiar, czytał wszystkie tomy akt.

- No, a nie tak powinna wyglądać ta robota? - wtrącił nieśmiało drugi policjant, który najwyraźniej tylko pozornie nie był zaangażowany w przesłuchanie.

- Ja też tak robiłem, ale czasem... no, czasem presja była zbyt duża i czytałem tylko akt oskarżenia i uzasadnienie wyroku, ale przecież siedzicie w tym temacie, wiecie, że w tych dokumentach jest to, co najistotniejsze. - Płonka już sam nie wiedział, czy tłumaczy się przed funkcjonariuszami, czy przed samym sobą. - A rodziny... Cóż, oczywiście, jeśli się dało, to nawiązywałem kontakt, ale problem polega na tym, że bliscy bardzo często idealizują zmarłych. Kiedyś robiłem podcast o takiej młodej dziewczynie, którą zabili ludzie z półświatka. Pracowała jako prostytutka, a dodatkowo dorabiała sobie, sprzedając dragi. Co miałem powiedzieć, że gangsterzy zajebali przypadkową laskę? Że przejeżdżali swoim Mercem przez miasto, zobaczyli ją na ulicy i stwierdzili, że dzisiaj właśnie ją zamordują? Rodzina tej dziewczyny miała do mnie pretensje, dostałem nawet pismo z kancelarii, że naruszam ich dobra osobiste, a konkretnie kult pamięci zmarłej. Miłosz pewnie w ogóle nie zrobiłby tego odcinka, a ludzie mają prawo wiedzieć. Mają prawo znać prawdę - podsumował, głęboko przekonany o słuszności swoich wniosków.

- I o to się pokłóciliście? - Podkomisarz nie wyglądał na przekonanego.

- Ścięliśmy się podczas tego panelu. Miłosz przed publicznością zarzucił mi, że liczą się dla mnie tylko zasięgi i kasa. Stwierdził, że powinniśmy się kierować etyką zawodową, że jeżeli ktoś nie wyraża zgody, byśmy zrobili podcast na temat jego tragedii, to po prostu tego nie robimy. Skurwiel wiedział, gdzie uderzyć. Raz współpracował z takimi ludźmi, o których wcześniej zrobiłem odcinek, to znaczy nie o nich, a o ich córce. Opowiadali mu, że nawet nie zapytałem ich o zdanie, nie dałem się im wypowiedzieć... A niby co innego mieliby dodać poza tym, co znalazłem w aktach i artykułach prasowych? Miłosz mnie poniżył na konwencie, który zorganizowałem, przed publicznością, którą ściągnąłem do MCK-u, - Łukasz znów poczuł wściekłość. Emocje sprzed ledwie trzech dni wciąż były w nim żywe. - Niby nie powiedział wprost, że zrobiłem podcast bez zgody rodziny, ale ten, kto znał sytuację, mógł to wyczytać między wierszami. Po panelu podszedłem do niego za kulisami i go poszarpałem, niepotrzebnie dałem się podejść. On zaczął się bronić, więc mu pierdolnąłem, ktoś to nagrał, wrzucił do sieci, koniec historii.

Po jego słowach w pokoju zapadła cisza. Drugi policjant już nawet nie udawał, że jest zajęty dokumentami, tylko z żywym zainteresowaniem słuchał opowieści Łukasza. Podkomisarz z kolei wyglądał na usatysfakcjonowanego. Tak, Płonka miał motyw. Nie, nie miał alibi.

- Miałeś wiele do stracenia - podsunął Jakub.

- Taa, ale mleko już się rozlało, co? Filmik hula po internetach, napisały o mnie nawet portale, które nigdy wcześniej nie poświęciły mi uwagi.

- Mogłeś chcieć się zemścić.

- Ale tego nie zrobiłem! Spałem nachlany w swoim mieszkaniu, mówiłem już! Przecież tam są kamery, przejrzyjcie nagrania z monitoringu, a przekonacie się, że nie ja to zrobiłem! - Płonka raz jeszcze złapał się tej rozpaczliwej myśli.

- Ile masz wzrostu? - Podkomisarz zaskoczył go tym pytaniem.

- Metr osiemdziesiąt, a co?

- Koledzy w pokoju obok próbują się dodzwonić do ochroniarza z twojego bloku, który dzisiaj rano był w pracy. - Policjant zignorował pytanie podcastera. - Módl się, żeby potwierdził twoją wersję. Po tym, jak z tobą skończymy, pojedziemy jeszcze raz do twojego mieszkania na przeszukanie. Oczywiście, możesz i powinieneś być przy tym obecny. Będziemy musieli zabezpieczyć twój telefon i wszelkie sprzęty elektroniczne.

- Co?! A niby na czym mam pracować? - wyrwało się Łukaszowi.

- Po zakończeniu wszystkich czynności zobaczymy, co z tobą będzie, czy prokurator będzie miał podstawy, aby postawić ci zarzuty, czy zostaniesz zwolniony.

- Nie, kurwa, to się nie dzieje. - Płonka schował twarz w dłoniach i pokręcił głową. Nagle o czymś sobie przypomniał. - U mnie w bloku jest monitoring! Przecież możecie sprawdzić, o której wróciłem do mieszkania i czy z niego wychodziłem.

- No co ty nie powiesz? - prychnął Jakub, a po sympatycznym, przyjacielsko nastawionym policjancie nie został nawet ślad. - To wszystko trwa, więc na razie sobie poczekasz, ale w ramach rozrywki zapraszamy cię na wycieczkę do twojego mieszkania. No, zbieraj się!

Łukasz oczyma wyobraźni zobaczył, jak zakładają mu kajdanki i wyprowadzają go w nich z komendy. Pozostawało mu jedynie się modlić, żeby nikt z przechodniów czy interesantów go nie rozpoznał i nie zrobił mu zdjęcia. I bez tego miał ogromne kłopoty.