Podążaj za motylem - Martta Kaukonen

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pekka

PODZI­WIA­ŁEM CLA­RISSĘ, ponie­waż poświę­cała życie poma­ga­niu ducho­wym roz­bit­kom. Zupeł­nie jakby czuła się winna, że sama wydo­stała się na powierzch­nię, a jej klienci na­dal sza­mo­tali się w męt­nej wodzie.

Ja nie miał­bym odwagi wyko­ny­wać takiej pracy, pod­czas któ­rej trzeba spo­glą­dać ciem­no­ści pro­sto w oczy.

Jestem prze­ko­nany, że dzięki tera­pii więk­szość klien­tów Cla­rissy się wyle­czyła lub jakość ich życia się popra­wiła.

Ilu z nas może powie­dzieć, że jego praca ma rów­nie wiel­kie zna­cze­nie?

Cla­rissa zawsze otwie­rała butelkę szam­pana, gdy jej sesje tera­peu­tyczne z jakimś klien­tem koń­czyły się powo­dze­niem. Sta­wała na tara­sie i pusz­czała prysz­nic niczym kie­rowca For­muły 1 sto­jący na podium. Resztki napoju wle­wała do krysz­ta­ło­wego kie­liszka i z roz­ko­szą wypi­jała łyk.

Korki po szam­pa­nie prze­cho­wy­wała w ogrom­nym wikli­no­wym koszu. Na początku swo­jej kariery żona miała trud­no­ści z oddzie­le­niem życia oso­bi­stego od spraw zawo­do­wych, o któ­rych myślała bez prze­rwy. Sta­rała się roz­wią­zać ten pro­blem, pró­bu­jąc róż­nych relak­su­ją­cych zajęć, aż uznała, że ani szy­deł­ko­wa­nie, ani ori­gami nie zapew­niają jej spo­koju ducha.

Na pamiątkę tych prób w naszym salo­nie wisiała zro­biona pod wpły­wem iry­ta­cji, splą­tana i nie­do­koń­czona makrama. Jedy­nym uda­nym ręko­dzie­łem był zare­zer­wo­wany na korki od szam­pana kosz, i to dla­tego, że sam go ukoń­czy­łem. Obec­nie wypeł­niony był po brzegi.

Następ­nego dnia po świę­to­wa­niu przed Cla­rissą na sofie sie­dział już nowy klient potrze­bu­jący pomocy. Taka jest wła­śnie Fin­lan­dia, kraj dobro­bytu, w któ­rym ludzie usta­wiają się w kolejce do tera­peuty. Moja żona nie mogła w żaden spo­sób przy­jąć wszyst­kich potrze­bu­jących, cho­ciaż pra­co­wała z poświę­ce­niem ponad miarę.

Znaczna część osób zatrud­nio­nych w sek­to­rze socjal­nym musi haro­wać za nędzną pen­sję, bez żad­nego podzię­ko­wa­nia. Cla­rissa też się na tym nie wzbo­ga­ciła, ale z tego powodu sza­no­wano ją jesz­cze bar­dziej.

Była naj­sku­tecz­niej­szą spe­cja­listką, jeśli cho­dziło o wyko­rzy­sta­nie sek­su­alne i prze­moc. Wypo­wia­dała się w nie­zli­czo­nych arty­ku­łach pra­so­wych, ale dopiero kam­pa­nia #metoo roz­biła bank. Od jej roz­po­czę­cia nie było nawet tygo­dnia, żeby jakieś medium nie zwra­cało się do Cla­rissy z prośbą o wywiad.

Moja żona naprawdę przej­mo­wała się swo­imi klien­tami, może nawet za bar­dzo. W domu nie roz­ma­wia­li­śmy o ich spra­wach. Obo­wią­zy­wała ją prze­cież tajem­nica zawo­dowa, więc nie mogła mi zdra­dzać żad­nych szcze­gó­łów. Dla mnie było ważne, żeby w wol­nym cza­sie zapo­mi­nała o kło­po­tach innych ludzi i sku­piała się na swoim życiu.

Nie chcia­łem być o nikogo zazdro­sny.

Wie­rzy­łem w nasze mał­żeń­stwo.

Ufa­łem żonie.

Słynne ostat­nie słowa.

Arto

PEWIEN CZŁO­WIEK, młody malarz wysta­wia­jący wła­śnie swoje dzieła w muzeum Kia­sma, pod­biegł, wyma­chu­jąc rękami, do lady w Sul­ka­ky­nie i mocno uści­snął Irmeli, która kie­dyś robiła z nim wywiad.

Ona poże­gnała się ze mną pośpiesz­nie i natych­miast zamó­wiła drinki dla sie­bie i arty­sty.

Posta­no­wi­łem przy­stą­pić bez­zwłocz­nie do zbie­ra­nia mate­riału na temat Cla­rissy Vir­ta­nen. Ponie­waż zawsze byłem albo na kacu, albo pijany, póź­niej nie będę w lep­szej for­mie niż teraz, gdy tak koły­sa­łem się na stołku baro­wym.

Wycią­gną­łem z torby lap­topa i zaczą­łem szu­kać w inter­ne­cie infor­ma­cji o tera­peutce.

Trzy kwa­dranse póź­niej wie­dzia­łem o niej wszystko. Wywnio­sko­wa­łem, że gor­li­wie udzie­lała wywia­dów, ale ni­gdy nie opo­wia­dała o swoim życiu pry­wat­nym. Kosz­mar każ­dego dzien­ni­ka­rza.

Cla­rissa Cri­stal Vir­ta­nen, lat pięć­dzie­siąt, pra­co­wała od dwu­dzie­stu jeden lat. Chęt­nie prze­ka­zy­wała mediom komen­ta­rze nie tylko na temat swo­jej spe­cja­li­za­cji, ale także innych zwią­za­nych z nią zagad­nień, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dziło o mob­bing w miej­scu pracy, nar­cyzm, czy roz­wód.

Jako eks­pertka wypo­wia­dała się jasno i w ana­li­tyczny spo­sób. Jej tok myśle­nia był zro­zu­miały i bły­sko­tliwy. Nie szczę­dząc wysił­ków, bro­niła praw dziew­cząt i kobiet i chyba nie przej­mo­wała się tym, jak ludzie reagują na jej poglądy.

Tra­fiała w sedno spraw, nie bała się pre­zen­to­wać odważ­nych opi­nii. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści spe­cja­li­stów nie mówiła ogród­kami ani wymi­ja­jąco, tylko nazy­wała rze­czy po imie­niu, cza­sami nawet pro­wo­ku­jąco. Ostat­nio w swoim eseju dla "Tie­to­uuti­set" stwier­dziła na przy­kład, że wła­dza nie chce zaj­mo­wać się prze­stęp­stwami sek­su­al­nymi, któ­rych ofia­rami są dzieci.

Fin­lan­dia powinna wysto­so­wać ofi­cjalne prze­pro­siny do wszyst­kich ofiar pedo­fi­lów, podob­nie jak w roku dwa tysiące szes­na­stym pań­stwo prze­pro­siło tych, któ­rzy byli źle trak­to­wani w domach zastęp­czych pro­wa­dzo­nych przez opiekę spo­łeczną - argu­men­to­wała.

Fin­lan­dia chroni pedo­fi­lów, a nie ich ofiary. Fin­lan­dia nie może twier­dzić, że jest pań­stwem dobro­bytu i cywi­li­zo­wa­nym, dopóki nie weź­mie odpo­wie­dzial­no­ści za każdą prze­moc i każde prze­stęp­stwo sek­su­alne wymie­rzone w dzieci.

Prawo należy zmie­nić tak, aby doro­śli, któ­rzy wie­dzieli o czy­nach pedo­fil­skich, a nie poin­for­mo­wali o tym poli­cji, zostali uka­rani za pomoc w prze­stęp­stwie.

Pamię­ta­łem, że esej wywo­łał oży­wioną dys­ku­sję, ale nie pamię­ta­łem, że napi­sała go wła­śnie Cla­rissa.

Utrata pamięci mnie nie zdzi­wiła. Alko­hol wypłu­kał z mojego mózgu wiele waż­niej­szych spraw, które poszły w zapo­mnie­nie.

Cla­rissa wygła­szała tak śmiałe opi­nie, że świet­nie nada­wały się na tytuły arty­ku­łów, a nawet chwy­tliwe nagłówki. Nic więc dziw­nego, że dzien­ni­ka­rze lgnęli do niej.

Cho­ciaż nie zga­dzała się na publiczne oma­wia­nie swo­ich pry­wat­nych spraw, bar­dzo chęt­nie uczest­ni­czyła w róż­nych pro­mo­cjach. Jeżeli wie­rzyć plot­kar­skim gaze­tom, przy­jaź­niła się z wie­loma cele­bry­tami. Widy­wana była na wie­czor­nych pre­mie­rach fil­mów i spo­tka­niach pro­mo­cyj­nych ksią­żek. Poja­wiała się na łamach maga­zy­nów towa­rzy­skich, wychy­lała się zza ogrom­nego kape­lu­sza jakiejś damy uczą­cej dobrych manier albo przy­tu­lała się do pary pre­zen­te­rów tele­wi­zyj­nych dzie­lą­cych nożem swój tort weselny.

Jej wstrze­mięź­li­wość w kwe­stiach oso­bi­stych mnie nie zasko­czyła. Zacho­wy­wała się jak typowa eks­pertka. Tacy ludzie nie chcą zdra­dzać szcze­gó­łów swo­jego życia, uwa­żają, że wywiady powinny zawie­rać sma­ko­wite wyimki z ich mery­to­rycz­nej wie­dzy i róż­nych teo­rii, a redak­tor musi pamię­tać o wymie­nie­niu w arty­kule wszyst­kich nagród, wyróż­nień i medali.

Jed­nak ja, szczwany lis, uwa­ża­łem, że potra­fię wystrych­nąć ją na dudka.

Nie­któ­rzy dzien­ni­ka­rze mają obawy przed robie­niem wywia­dów z psy­cho­lo­gami, psy­chia­trami lub tera­peu­tami. Pew­nie boją się, że tra­fią do nich na kozetki i cofną się do dzie­ciń­stwa. Dla mnie takie stra­chy są śmieszne.

Zasta­na­wia­łem się, czy Cla­rissa jest naprawdę dobrą tera­peutką i będzie umiała roz­wi­kłać mój pro­blem. Jak zare­aguje, gdy jej oświad­czę, że znisz­czy­łem swój naj­waż­niej­szy w życiu zwią­zek?

Tęsk­nota poże­rała moją duszę.

Ona była tak bli­sko, a ja nie mogłem skon­tak­to­wać się z nią w żaden spo­sób. I wcale nie podej­rze­wała, że cią­gle o niej myślę.

Ira

ZAPO­MNIA­ŁAM POWIE­DZIEĆ o jed­nej rze­czy. Mia­no­wi­cie Cla­rissa nie była moją pierw­szą tera­peutką. Sia­dy­wa­łam na obskur­nych sofach, drew­nia­nych krze­słach i zapa­da­ją­cych się fote­lach, odkąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat.

Pew­nego dnia moje zacho­wa­nie po pro­stu się zmie­niło, a rodzice ni­gdy się nie dowie­dzieli dla­czego.

Zawie­ziono mnie wtedy do gabi­netu psy­cho­loga dzie­cię­cego zatrud­nio­nego przez urząd mia­sta. Ale on zgo­dził się przy­jąć mnie tylko raz.

Jego zda­niem podobno nic mi nie dole­gało.

Matka i ojciec ode­tchnęli z ulgą, że lecze­nie się skoń­czyło, zanim roz­po­częło się na dobre. To, o czym nie mówiono, nie ist­niało.

W tam­tych cza­sach moja rodzinna miej­sco­wość była bar­dzo mała i wszy­scy o wszyst­kim wie­dzieli. Rodzice bali się plo­tek, że ich uko­chane dziecko leczy się na głowę.

Czy wspo­mi­na­łam, że biały kolor przy­wo­dzi mi na myśl szpi­tal psy­chia­tryczny? W wieku czter­na­stu lat tra­fi­łam wła­śnie tam, na oddział dla mło­dzieży. Od dawna cier­pia­łam na ano­rek­sję.

Moja przy­po­mi­na­jąca szkie­let syl­wetka wzbu­dzała podziw pomie­szany z prze­ra­że­niem wszę­dzie, gdzie tylko się poja­wia­łam. "Chcia­ła­bym być taka chuda, ale nie chora" - powie­działa mi kole­żanka z klasy, wzdy­cha­jąc z zazdro­ścią. Każda dziew­czyna i kobieta chce być szczu­pła, jed­nak w prze­ci­wień­stwie do nich my, ano­rek­tyczki, nie liczymy, ile kilo­gra­mów musimy zrzu­cić, żeby dobrze wyglą­dać w bikini, tylko ile dzieli nas od śmierci.

Zgad­nij­cie, co mnie śmie­szy.

Ludzie uwa­żają, że mieli nor­malne dzie­ciń­stwo. Zawsze. Nie­za­leż­nie od tego, jakie ono było.

Też bro­ni­łam swo­ich rodzi­ców w roz­mo­wie ze szpi­tal­nym psy­chia­trą. Prze­cież robili wszystko, co w ich mocy. Każdy by tak postę­po­wał!

Mój zły stan nie świad­czył o dzie­ciń­stwie ani rodzi­cach, tylko o mnie samej.

Gdy ukoń­czy­łam osiem­na­ście lat, ojciec zapro­wa­dził mnie wbrew mojej woli do pry­wat­nej przy­chodni na spo­tka­nie z psy­chia­trą. Ta zale­ciła psy­cho­ana­lizę. A więc tra­dy­cyjne leże­nie na kozetce.

Nie inte­re­so­wały mnie takie arche­olo­giczne wyko­pa­li­ska.

Psy­chia­tra szybko przy­znała, że jej umie­jęt­no­ści nie wystar­czą do roz­wią­za­nia mojego pro­blemu. For­mu­ło­wała swoje słowa z ostroż­no­ścią, ale wyczy­ta­łam mię­dzy wier­szami, o co jej cho­dziło.

Nie miała ochoty odpo­wia­dać za moje samo­bój­stwo.

Clarissa

SZU­KAM W ZAKA­MAR­KACH swo­jego mózgu wspo­mnie­nia pierw­szego spo­tka­nia. Czy mogłam zapo­biec temu, co się potem wyda­rzyło? To brzmi bez­sen­sow­nie, ale jestem prze­ko­nana, że gdy Ira weszła do gabi­netu, pod­świa­do­mość natych­miast pró­bo­wała mi pod­szep­nąć, w czym pro­blem.

Nie posłu­cha­łam jej.

Zazwy­czaj spi­suję uwagi doty­czące tera­pii moich klien­tów i prze­cho­wuję ich akta w osob­nych segre­ga­to­rach w sza­fie archi­wi­za­cyj­nej gabi­netu.

Segre­ga­tor Iry zawiera jedy­nie kilka kar­tek for­matu A4. Nie­które są zapi­sane w cało­ści, inne zawie­rają parę zdań. Nie na wszyst­kich naszych spo­tka­niach robi­łam notatki.

Doku­men­ta­cja nie przy­nie­sie mi więc więk­szego pożytku. I jak tu sobie przy­po­mnieć naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia swo­jego życia!

Pomy­śla­łam, jak Ira by ze mnie drwiła, gdyby się dowie­działa o mojej udręce.

Nie mogłam prze­cież prze­wi­dzieć, że zwy­kła histo­ria lecze­nia klientki sta­nie się cen­nym mate­ria­łem dowo­do­wym, dzięki któ­remu będę mogła wyka­zać... No wła­śnie, co?

W każ­dym razie na pewno nie swoją nie­win­ność, bo na ten temat nawet nie warto dys­ku­to­wać.

Chyba nie będę niczego udo­wad­niała. Spró­buję jedy­nie wyja­śnić tę sprawę. Prze­cież nie mogę was pro­sić o nic innego jak tylko o wyro­zu­mia­łość. Boję się jed­nak, że to także jest nie­moż­liwe.

Ten wzrok zapa­mię­tam na zawsze. Ira wycią­gnęła do mnie rękę i popa­trzyła na mnie. Jej oczy były gra­na­towe, tak ciemne, że w przy­tłu­mio­nym świe­tle gabi­netu wyglą­dały nie­mal na czarne. Poeta powie­działby, że przy­wo­dziły na myśl mroczne morze, a na jego dnie kryły się zagadki, o któ­rych ja nie mia­łam poję­cia.

Jej spoj­rze­nie zawie­rało groźbę. Jakby rzu­cała mi wyzwa­nie, żebym wzięła udział w lubia­nej przez dzieci grze pole­ga­ją­cej na patrze­niu sobie w oczy. Prze­grywa ten, który pierw­szy odwróci wzrok.

Ira potra­fiła mnie roz­gryźć. Dla innych klien­tów byłam przede wszyst­kim lustrem. Widzieli w nim to, co chcieli. Dla nie­któ­rych nato­miast byłam matką, która ni­gdy ich nie doce­niała i każ­dym gestem oka­zy­wała im pogardę, a dla pozo­sta­łych ojcem, który porzu­cił ich wła­śnie wtedy, gdy naj­bar­dziej potrze­bo­wali jego ochrony. Jeśli cho­dzi o Irę, nie mogłam uciec się do swo­jej zawo­do­wej roli.

Kiedy po raz pierw­szy poda­ły­śmy sobie dło­nie, mia­łam poczu­cie, jakby przez tę jedną bły­ska­wicz­nie mija­jącą chwilę wyda­rzyły się nie­zli­czone rze­czy. Powiada się, że przed śmier­cią czło­wie­kowi prze­wija się przed oczami całe jego życie. Ja odnio­słam podobne wra­że­nie.

Byłam gotowa poświę­cić wszystko. Co za idio­tyzm!

Wam wydaje się to na pewno jesz­cze bar­dziej zawi­kłane. Ja nie robi­łam nic innego, tylko się zasta­na­wia­łam, co poszło nie tak. Teraz znam odpo­wiedź. To było po pro­stu nie­po­ro­zu­mie­nie. Sprawy oka­zały się inne, niż myśla­łam.

Zro­zu­mia­łam wszystko opacz­nie od samego początku. Nic nie było tym, na co wyglą­dało. To pierw­sze spoj­rze­nie ani pozo­stałe kwe­stie.

Ira cały czas trzy­mała mnie za kark, cho­ciaż sądzi­łam, że panuję nad sytu­acją. Wpra­wiała mnie w ruch niczym mario­netkę.

Uwa­ża­łam, że obo­wią­zują nas te same reguły, jak w przy­padku pozo­sta­łych moich klien­tów.

Tera­pia opiera się na ilu­zji. Moje zada­nie polega na tym, aby klient uwie­rzył, że to on pro­wa­dzi piłkę, cho­ciaż robi to tera­peuta.

Ira wywró­ciła cały układ do góry nogami, a ja nie uwol­ni­łam się już spod jej wpływu.

Nawet się nie zorien­to­wa­łam, że jestem jej więź­niem.

Arto

KIEDY POSZPE­RA­ŁEM, jak sądzi­łem, wystar­cza­jąco w prze­szło­ści Cla­rissy, znów sku­pi­łem się na piciu. Zamó­wi­łem piwo i sie­dzia­łem nad nim przy barze w tym samym miej­scu, które zają­łem rano zaraz po otwar­ciu Sul­ka­kyny. Przez cały dzień sta­ra­łem się trzy­mać smu­tek z daleka, lecz teraz wdarł się w moją świa­do­mość z taką siłą, że nie mogłem go już ode­pchnąć.

Posta­no­wi­łem pójść do domu i tam kon­ty­nu­ować wspo­mi­na­nie Marji.

Zasze­dłem do sklepu po sze­ścio­pak piwa; dotrzy­my­wał mi towa­rzy­stwa na kana­pie. Pró­bo­wa­łem prze­ko­nać samego sie­bie, że nie jestem zbyt pijany, był to prze­cież zwy­kły wie­czór, i aby to sobie udo­wod­nić, zaczą­łem oglą­dać pro­gram publi­cy­styczny Asia­stu­dio, jak na porząd­nego dzien­ni­ka­rza przy­stało. Wła­śnie leciała powtórka nowo­rocz­nej audy­cji.

Na ekra­nie tele­wi­zora poja­wiła się twarz Cla­rissy. Jak zdą­ży­łem się zorien­to­wać z prze­biegu roz­mowy, oma­wiano kwe­stię femi­ni­zmu. Eks­per­tyza tera­peutki wystar­czała, żeby sko­men­to­wać także i ten temat.

- Rów­no­upraw­nie­nia nie osią­gnie się bez limi­tów. To fakt - oświad­czyła z naci­skiem.

Czuła się w tele­wi­zyj­nym stu­diu jak w domu. Sie­działa na sofie wypro­sto­wana, z wyra­zem spo­koju na twa­rzy. Publiczny występ naj­wi­docz­niej wcale jej nie dener­wo­wał.

Prze­ma­wiała wyraź­nie, rów­nym tonem, uży­wała pre­cy­zyj­nych wyra­żeń, pre­zen­tu­jąc swoją teo­rię w spo­sób przy­stępny dla widzów. Nie dała się wcią­gnąć w spe­cja­li­styczny żar­gon, tylko sta­rała się wysła­wiać tak, aby zro­zu­miał ją nawet głup­szy czło­wiek.

Zbyt późno włą­czy­łem tele­wi­zor. Wywiad wkrótce się skoń­czył. Redak­tor wyda­wał się ocza­ro­wany Cla­rissą jesz­cze bar­dziej niż ja. Jąkał się i budo­wał bez­ładne zda­nia, a w końcu prze­szedł na temat Rosji i zami­ło­wa­nia Putina do polo­wań.

Następ­nego ranka obu­dzi­łem się z bólem głowy, jak­żeby ina­czej.

Posta­no­wi­łem roz­po­cząć pracę od tele­fonu do Cla­rissy i umó­wie­nia się z nią na spo­tka­nie.

Wybra­łem numer komórki tera­peutki.

- Cla­rissa Vir­ta­nen.

Jej głos brzmiał słodko niczym nek­tar. Wkrótce się prze­ko­nam, czy zmieni się w miód, gdy oświad­czę, że chcę prze­pro­wa­dzić z nią wywiad.

- Dzień dobry, tutaj Arto Haaleajärvi z "Hel­sin­gin Aviisi". Nasza gazeta wypusz­cza wkrótce nowy doda­tek poświę­cony sty­lom życia i chcemy, żebyś zna­la­zła się na okładce pierw­szego numeru.

- Bar­dzo mi to pochle­bia! Oczy­wi­ście, że się zga­dzam, ale pod jed­nym warun­kiem. Nie mam zwy­czaju opo­wia­dać publicz­nie o swoim życiu oso­bi­stym.

- Rozu­miem. Pomy­śla­łem sobie, że zamiast na pry­wat­nych spra­wach sku­pi­li­by­śmy się na two­ich naj­waż­niej­szych osią­gnię­ciach. Widzia­łem cię wczo­raj w pro­gra­mie Asia­stu­dio i sły­sza­łem, jak inte­re­su­jąco oma­wia­łaś zagad­nie­nia doty­czące rów­no­upraw­nie­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ira

W POKOJU BYŁO za dużo krwi ofiary. Nie, nie pisa­łam nią po ścia­nie słów z pio­se­nek Beatle­sów, jak robiła to "rodzina" Man­sona. Za to dywan okrop­nie się zabru­dził. Plama nie miała kształtu serca, lecz przy­po­mi­nała tę, którą ludzie nazy­wają moty­lem pod­czas wyko­ny­wa­nia testu plam atra­men­to­wych, gdy boją się powie­dzieć, że wygląda jak wargi sro­mowe.

Przyj­rza­łam się jej dokład­niej, a potem sku­pi­łam uwagę na skar­pet­kach. Nasią­kły krwią tak bar­dzo, że przy­le­piły mi się do stóp. Gdy pod­cho­dzi­łam bli­żej, mia­łam wra­że­nie, że idę po mokrej od desz­czu tra­wie. Krwi­ste ślady towa­rzy­szyły mi od ciała do dywanu. Zmro­ziło mnie. Jak to moż­liwe, że plama przy­po­mina tak bar­dzo pierw­szą kartę z testu Ror­scha­cha?

Co Freud by na to powie­dział? Czy ślad krwi zabi­tego czło­wieka może odzwier­cie­dlać stan pod­świa­do­mo­ści zabójcy? Czy powinno się to inter­pre­to­wać podob­nie jak pod­czas wró­że­nia z roz­to­pio­nej cyny wyle­wa­nej do wody na Nowy Rok? Motyl ozna­cza, że wzno­szę się do lotu? Mor­der­stwo uskrzy­dla? Teo­ria psy­cho­ana­lizy wyglą­da­łaby obec­nie zupeł­nie ina­czej, gdy­bym to ja leżała na sofie nie­na­wi­dzą­cego kobiet koka­ini­sty w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym Wied­niu.

Chyba odnie­śli­ście złe wra­że­nie. W rze­czy­wi­sto­ści jestem naprawdę dokładna. Nie robię bała­ganu. Tor­tu­ruję, mor­duję i nie pozo­sta­wiam śla­dów. To dla mnie sprawa honoru. Dzięki temu bli­scy zabi­tego nie muszą wyrzu­cać pie­nię­dzy na kosz­tow­nych czy­ści­cieli miejsc, w któ­rych nastą­pił zgon. Nie rozu­miem, dla­czego tym razem sprawy wymknęły się spod kon­troli.

Przy­go­to­wy­wa­łam się do tego mor­der­stwa sta­ran­nie, każdy szcze­gół był wyszli­fo­wany. Nad samym narzę­dziem zbrodni zasta­na­wia­łam się przez wiele dni. Zazwy­czaj kiedy je wybie­ram, chcę powie­dzieć, dla­czego zabi­jam wła­śnie tego męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze.

Tym razem zde­cy­do­wa­łam się na nóż do file­to­wa­nia.

Ach, więc wszystko muszę wam wyja­śniać? Nóż jest jed­nym z naj­bar­dziej oczy­wi­stych sym­boli fal­licz­nych. Co bar­dziej paso­wa­łoby do klatki pier­sio­wej tego hedo­ni­sty uga­nia­ją­cego się za panien­kami od kil­ku­dzie­się­ciu lat?

Wszystko więc miało być zapięte na ostatni guzik, ale nagle zapa­no­wał chaos. Zacho­wa­łam się jak naj­gor­sza ama­torka. Będę musiała pozo­stać na miej­scu prze­stęp­stwa znacz­nie dłu­żej, niż zamie­rza­łam. Czy zdążę pozbyć się ciała?

Zna­le­zie­nie ide­al­nej loka­li­za­cji zabrało mi sporo czasu. Gdy pew­nego razu jecha­łam pocią­giem z Hel­si­nek do Keravy i przez zaku­rzone okno oglą­da­łam posępne kra­jo­brazy, zauwa­ży­łam mały staw koło dworca kole­jo­wego w Savio.

Z inter­netu dowie­dzia­łam się, że leży on na tere­nie daw­nego zakładu pro­du­ku­ją­cego wyroby gumowe. Fabryka zakoń­czyła dzia­łal­ność w roku 1985. Sta­wik był tak zaro­śnięty wodo­ro­stami, że na pewno nikt nie zamie­rzał w nim pły­wać.

Posta­no­wi­łam prze­wieźć tam męż­czy­znę w bagaż­niku jego wła­snego samo­chodu, roz­ło­żyć bre­zent, który spa­ko­wa­łam do torby spor­to­wej, poło­żyć na nim ciało, roz­człon­ko­wać je piłą elek­tryczną, a potem wrzu­cić kawałki zwłok wraz z bre­zentem i piłą do wody, następ­nie zosta­wić auto na par­kingu dworca w Savio i wró­cić pod­miej­skim pocią­giem do Hel­si­nek.

Pozby­cie się trupa sta­no­wiło dla mnie zawsze naj­trud­niej­szy etap mor­der­stwa. Na szczę­ście adre­na­lina daje czło­wie­kowi nad­przy­ro­dzone moce. Napę­dzana nią potra­fi­łam dźwi­gać wielu znacz­nie więk­szych od sie­bie ludzi i wrzu­cać ich do bagaż­nika, a potem do grobu.

Teraz muszę wal­czyć z cza­sem, jeżeli mam zre­ali­zo­wać swój plan, zanim kto­kol­wiek zacznie się zasta­na­wiać nad nie­obec­no­ścią ofiary. Po raz pierw­szy w trak­cie mor­der­czej wyprawy poczu­łam, że nie mam do sie­bie zaufa­nia. Serce zaczęło mi bić szybko. Jesz­cze tylko tego bra­kuje, żebym dostała ataku paniki. Muszę się uspo­koić. Ale strach zawład­nął już moimi myślami. Takie bała­ga­niar­stwo może skut­ko­wać wyłącz­nie tym, że zostanę zła­pana.

Miesz­ka­nie ofiary wyglą­dało tak, jak się tego spo­dzie­wa­łam. Podobne poka­zuje się w pro­gra­mach na temat archi­tek­tury wnętrz. Ale nawet gdyby ktoś oglą­dał całą ich serię, aku­rat tego nie potra­fiłby opi­sać. Zapa­mię­tałby jedy­nie biały kolor, o któ­rym redak­to­rzy opo­wia­dają z prze­ję­ciem, że ma co naj­mniej dzie­sięć odcieni. Biały dywan, biała sofa, białe zasłony, białe łóżko, biały sto­lik nocny i odważ­nie flir­tu­jąca z sza­ro­ścią, ale jed­nak biała półka na książki. Czy tylko mnie biały kolor koja­rzy się z zamknię­tym oddzia­łem psy­chia­trycz­nym? W tej chwili jed­nak ste­rylna sypial­nia bar­dziej przy­po­mi­nała salę ope­ra­cyjną na oddziale chi­rur­gicz­nym. Prze­kli­na­łam swoją nie­zdar­ność.

Nagle moją uwagę przy­cią­gnął wiszący na ścia­nie deko­ra­cyjny obraz. Live Love Laugh. Takie wypi­sy­wane na toreb­kach z her­batą afo­ry­zmy są cha­rak­te­ry­styczne dla ludzi, któ­rzy sami nie potra­fią wyra­zić swo­ich uczuć i muszą to robić za nich inni. Ja oka­zy­wa­łam uczu­cia poprzez zabi­ja­nie.

Obraz sko­ja­rzył mi się z kar­tecz­kami samo­przy­lep­nymi, które rodzina cier­pią­cego na demen­cję umiesz­cza na róż­nych przed­mio­tach, żeby pomóc cho­remu przy­po­mnieć sobie ich nazwę. Byłam prze­ko­nana, że ofiara nie wybrała sama mod­nego dzieła i że poda­ro­wała mu go młod­sza o kil­ka­dzie­siąt lat przy­ja­ciółka.

Przy­pa­tru­jąc się obra­zowi, drgnę­łam, a moje serce zatrzy­mało się na jedno ude­rze­nie. W środku litery "o" słowa Love wid­niała czer­wona kropka.

Szybko pode­szłam bli­żej, tak, to była krew. Jak to się stało, że pry­snęła aż tak daleko?

Z początku wszystko prze­bie­gało dobrze. A teraz? Kom­pletna kata­strofa.

Do miesz­ka­nia dosta­łam się sto­sun­kowo łatwo. Obser­wo­wa­łam swoją ofiarę tak długo, aż zaszo­ko­wana zauwa­ży­łam, jaka jest łatwo­wierna. Odkry­łam, że zosta­wia zapa­sowy klucz w ogro­dzie. Wycho­dząc z domu, chowa go zawsze w nasio­nach sło­necz­nika w karm­niku dla pta­ków. Jego naiw­ność była wprost wzru­sza­jąca.

Męż­czy­zna spę­dzał noce oto­czony pocho­dzą­cymi z lat osiem­dzie­sią­tych sym­bo­lami świad­czą­cymi o wyso­kim sta­tu­sie. Takich łóżek jak jego chyba się już nie pro­du­kuje. Mogę tylko pogra­tu­lo­wać sobie szczę­ścia, że opar­łam się o nie łok­ciem, kiedy zaczę­łam wyma­chi­wać nożem, bo w ostat­niej chwili zauwa­ży­łam, że było to prze­cież łóżko wodne. Gdy­bym przez przy­pa­dek wbiła ostrze przez ciało aż do mate­raca, to na sąsia­dów pię­tro niżej wyla­łyby się setki litrów wody i wście­kli zapu­ka­liby do drzwi.

Ofiara spała tak twardo, że sta­łam sobie spo­koj­nie i przy­glą­da­łam się jej przez kilka minut. Czemu mia­ła­bym się nie­po­trzeb­nie śpie­szyć? Naj­pierw chcę się upew­nić, że naprawdę muszę zabić tego czło­wieka. Nie chcę niczego żało­wać, kiedy będzie za późno.

Trzeba przy­znać, że ni­gdy jesz­cze nie zmie­ni­łam zda­nia co do żad­nej z ofiar. Nawet gdy nie­któ­rzy bła­gali mnie, żebym ich oszczę­dziła. Zwłasz­cza wtedy nie mia­łam lito­ści. Czuję wyłącz­nie dumę z takiej kon­se­kwen­cji. Prze­pro­wa­dzam zawsze dokładną selek­cję, aby wszy­scy fini­szu­jący mogli prze­kro­czyć linię mety.

Wie­lo­krot­nie przy­słu­chi­wa­łam się cichym jękom, zwie­rzę­cym wrza­skom i bez­ład­nemu poto­kowi słów, z któ­rego nic nie rozu­mia­łam. Ludzie odma­wiali przede mną Ojcze nasz, wymie­niali dzie­sięć przy­ka­zań, a zwłasz­cza piąte. Lecz ja trzy­ma­łam się swo­jej decy­zji.

Naj­pierw nóż, potem ude­rze­nie pro­sto w klatkę pier­siową i tak dalej. Nie sądzę, żeby­ście byli tak per­wer­syjni jak ja, więc pew­nie nie chce­cie sły­szeć szcze­gó­łów, tylko to naj­waż­niej­sze. Co czu­łam pod­czas zabi­ja­nia?

Nic.

Tym razem też tak było.

Wszystko się powta­rza. Za każ­dym razem mam nadzieję, że wyda­rzy się coś innego. Że się oży­wię. Że wyssę ener­gię z mojej ofiary. Że znajdę jakiś powód, by żyć. Że poczuję się tak, jak­bym miała wła­dzę. Że wszyst­kie moje pro­blemy zostaną roz­wią­zane. Że w końcu wszystko się zmieni. Że moje czyny będą miały zna­cze­nie, nie­ważne jakie. Że wresz­cie powiem swoje ostat­nie słowo. Nastąpi jakieś kathar­sis. A tu nic.

Zupeł­nie nic.

Mimo to pró­buję cią­gle na nowo. Tym razem miało być ina­czej, bo chcia­łam zamor­do­wać tego czło­wieka rano. Bo chcia­łam zamor­do­wać go sie­kierą. Bo chcia­łam zamor­do­wać go szybko. Bo chcia­łam się zemścić. Bo chcia­łam zabić bez tor­tu­ro­wa­nia. Bo chcia­łam to zro­bić poka­zowo i śmiać się w trak­cie zabi­ja­nia. Bo on zasłu­żył na śmierć. Bo on chciał umrzeć. Bo on i tak by umarł.

Jed­nak nic się nie zmie­niło.

Czu­łam dokład­nie to samo, czyli pustkę.

Może dla­tego wpa­dłam na pomysł, że skoń­czę z zabi­ja­niem. A może po pro­stu mia­łam już tego dosyć.

To był ostatni raz. On będzie moją ostat­nią ofiarą. Taki zaszczyt dla niego, cho­ciaż nie­stety nie usły­szy fan­far.

Led­wie zdą­ży­łam się nad tym porząd­nie zasta­no­wić, a zachciało mi się śmiać? Rezy­gno­wać? Na pewno nie! Cóż innego by mi pozo­stało? Zabi­ja­nie to jedyna rzecz, którą mam. Bez tego będę jak wydmuszka.

Każdy czło­wiek posiada toż­sa­mość. Ja nie mia­łam ele­men­tów budu­ją­cych jaźń. Byłam nie­za­pi­saną tablicą, beczką dud­niącą pustką. Sama musia­łam stwo­rzyć swój wize­ru­nek.

Moja toż­sa­mość to seryjna mor­der­czyni.

Moje imię to prze­po­wied­nia. Rodzice wybrali dla mnie zawód. Dla­czego ina­czej nada­liby mi imię Ira? Po łaci­nie ozna­cza ono nie­na­wiść.

I prze­cież nie prze­stanę zabi­jać, choć­bym nie wiem jak bar­dzo się sta­rała.

Krwi­sty motyl wid­nie­jący przede mną odpo­wie­dział na moje pyta­nie.

Pójdę na psy­cho­te­ra­pię.

Clarissa

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD ROZ­MOWY TELE­FO­NICZ­NEJ. Tam­tego wie­czoru po raz pierw­szy usły­sza­łam głos Iry. Stłu­miony szept, jakby ktoś mówił zza grobu.

To była środa, drugi stycz­nia dwa tysiące dzie­więt­na­stego, zbli­żała się jede­na­sta. Sie­dzia­łam na sofie w salo­nie i oglą­da­łam nagrany na deko­de­rze odci­nek emi­to­wany przez Asia­stu­dio. W Nowy Rok byłam gościem ich pro­gramu i dener­wo­wa­łam się, nie wie­dząc, czy mój występ się udał.

Mia­łam dużo pracy, więc nie zdą­ży­łam obej­rzeć wcze­śniej nagra­nia, ale w końcu usia­dłam przed tele­wi­zo­rem i poło­ży­łam wygod­nie nogi na sto­liku kawo­wym. Po pięt­na­stu minu­tach oglą­da­nia pro­gramu ode­tchnę­łam z ulgą: wszystko prze­bie­gło bez zarzutu.

Wystę­pu­jąc w tele­wi­zyj­nym stu­diu, wyglą­da­łam jak praw­dziwa pro­fe­sjo­na­listka.

My, kobiety, musimy zawsze udo­wad­niać, że jeste­śmy zawo­dow­cami, pod­czas gdy umie­jęt­no­ści męż­czyzn są przyj­mo­wane za pew­nik. Udało mi się od razu wyka­zać auto­ry­te­tem przed redak­to­rem Asia­stu­dio. Zachwy­cony kiwał głową, cokol­wiek powie­dzia­łam.

Jed­nak dla kobiety zna­jo­mość tematu może się oka­zać mie­czem obo­siecz­nym. Męż­czyźni boją się inte­li­gent­nych kobiet. Już dawno temu zro­zu­mia­łam, że ich draż­nię.

Jestem zbyt mądra, zbyt uta­len­to­wana, zbyt zasłu­żona, zbyt kom­pe­tentna.

Zbyt groźna.

Na szczę­ście mia­łam spo­sób, który pozwa­lał rekom­pen­so­wać męż­czy­znom fakt, że moja inte­li­gen­cja zagra­żała ich kru­chemu poczu­ciu wła­snej war­to­ści. Kur­czy­łam się do roz­mia­rów Cali­neczki, ubie­ra­jąc się tak sek­sow­nie, jak tylko się dało.

Mój atrak­cyjny wygląd dzia­łał uspo­ka­ja­jąco na każ­dego. Przy­po­mi­nał męż­czy­znom o tym, że osta­tecz­nie jestem - jak wszyst­kie kobiety - jedy­nie zwy­kłym kawał­kiem mięsa, cho­ciaż oni nie sta­no­wią dla mnie inte­lek­tu­al­nego wyzwa­nia.

Sie­dzia­łam w tele­wi­zyj­nym stu­diu na sofie, wierna swoim zwy­cza­jom, w kobie­cym pan­ce­rzu. Ubra­łam się w tak krótką różową mini­spód­niczkę od Ver­sace, że wyda­wało się to aż bez­czel­no­ścią, i obci­słą koszulę Cha­nel w tym samym kolo­rze, z roz­pię­tymi gór­nymi guzi­kami, która wła­ści­wie niczego nie ukry­wała.

Wpa­try­wa­łam się w swoją syl­wetkę na ekra­nie tele­wi­zora, uśmie­cha­jąc się z zado­wo­le­niem. Wzię­łam ze sto­lika misę, wycią­gnę­łam z niej naj­więk­szego chipsa z gril­lo­wymi przy­pra­wami i wło­ży­łam w cało­ści do ust.

Nagle drgnę­łam na dźwięk tele­fonu.

Poiry­to­wana wci­snę­łam pauzę na pilo­cie deko­dera, chwy­ci­łam komórkę ze sto­lika i zoba­czy­łam nie­zna­jomy numer. Pew­nie tele­mar­ke­ter. Ale oni nie dzwo­nią tak późno. Może to nowy klient.

Roz­gry­złam szybko chipsa na drobne kawałki i prze­łknę­łam je prędko.

- Tutaj Cla­rissa Vir­ta­nen.

Cisza. Może są zakłó­ce­nia na linii i dzwo­niący nie dosły­szał. Spró­bo­wa­łam ponow­nie.

- Cla­rissa Vir­ta­nen.

Na­dal cisza. Wła­śnie mia­łam się roz­łą­czyć, gdy z tele­fonu dobiegł mnie przy­tłu­miony szept.

- Tutaj Ira, cześć.

Jej głos docho­dził jakby z daleka. Nie zna­łam nikogo o tym imie­niu.

- Cześć - odpo­wie­dzia­łam.

- Szu­kam tera­peuty. Masz wolne ter­miny?

- Dzię­kuję, że zadzwo­ni­łaś do mnie. Pierw­szy wolny ter­min mam jutro o dzie­wią­tej rano.

Znów cisza.

- Halo! Jesteś tam jesz­cze?

- Tak. Jutro rano o dzie­wią­tej mi pasuje.

Poda­łam Irze adres swo­jego gabi­netu i poże­gna­łam się z nią.

Tak to się zaczęło.

Gra, któ­rej reguł mi nie zdra­dziła.

Co jest naj­gor­sze?

Bez­senne noce, wstyd, drę­czące mnie sumie­nie? Obwi­nia­jące głosy, któ­rych nie mogę uci­szyć nawet w nocy? Myśli krą­żące bez ustanku? Para­li­żu­jący żal uci­ska­jący duszę? Wyrzuty nęka­jące mój umysł? Obawa, że będzie to trwało wiecz­nie i ni­gdy nie odzy­skam spo­koju? To, że stra­ci­łam wszystko?

To, że tęsk­nię za nią dzień i noc.

Arto

USIL­NIE PRÓ­BO­WA­ŁEM przy­po­mnieć sobie, czy sły­sza­łem wcze­śniej o Cla­ris­sie Vir­ta­nen. Musia­łem sły­szeć, ponie­waż wiła się publicz­nie jak kotka w rui i cią­gle poka­zy­wała przy oka­zji róż­nych festi­wa­lo­wych kon­kur­sów. Żyłem jed­nak we wła­snej bańce wypeł­nio­nej opa­rami wódki i nie zwra­ca­łem na nią żad­nej uwagi, cho­ciaż jako dzien­ni­karz powi­nie­nem śle­dzić aktu­alne zja­wi­ska i mod­nych ludzi. Można chyba stwier­dzić, że po raz pierw­szy dowie­dzia­łem się o niej dopiero od Irmeli Lahjametsä, redak­tor naczel­nej "Hel­sin­gin Aviisi", czyli "Heavi".

Jestem prze­ko­nany, że był to trzeci stycz­nia dwa tysiące dzie­więt­na­stego roku. Na pewno się dzi­wi­cie, dla­czego ta data utkwiła w mojej pamięci. Wtedy upły­nęło dokład­nie sześć lat od śmierci mojej uko­cha­nej żony Marji.

Sie­dzia­łem w znaj­du­ją­cym się w cen­trum mia­sta pubie Sulkakynä, lubia­nej przez dzien­ni­ka­rzy gazety, i cze­ka­łem, aż dzień przej­dzie w noc.

Nie wie­rzę ani w duchy, ani w upiory. Czu­łem się jed­nak tak, jakby Marja chciała nawią­zać ze mną kon­takt zza grobu i coś mi powie­dzieć. Uczu­cie to nie było przy­jemne, raczej zło­wro­gie.

Być może żona zabrała do grobu jakąś tajem­nicę, którą chciała się ze mną podzie­lić, a o któ­rej ja nic nie chcia­łem wie­dzieć. Moimi myślami zawład­nęła rów­nież inna osoba. Ta, którą zawsze kocha­łem, ale z którą już się nie spo­ty­ka­łem. To dla niej żyłem. Z nostal­gicz­nej melan­cho­lii wytrą­ciło mnie stac­cato wywo­łane ude­rze­niami wyso­kich obca­sów o zie­mię. Moje oczy otwo­rzyły się gwał­tow­nie, szu­ka­jąc drogi ucieczki. Za późno. Ktoś pod­szedł i mnie przy­tu­lił.

Uścisk był czuły. Po chwili zdu­miony prze­ko­na­łem się, że to Irmeli, która zamie­niła perukę z bia­łymi dre­dami na taką z chmarą czar­nych loków.

Dokucz­liwa tera­pia prze­ciw­no­wo­two­rowa spra­wiła, że kobieta stra­ciła włosy, ale ciężka cho­roba nie wpły­nęła na jej żar­li­wość w wyko­ny­wa­niu pracy. Nowy look lepiej paso­wał do jej jasnej kar­na­cji. Dra­ma­tyczne czarne obra­mo­wa­nie pod­kre­ślało ładne nie­bie­skie oczy.

Wzrok Irmeli przy­warł do pustych kufli sto­ją­cych przede mną na baro­wej ladzie. Nie­trudno było odgad­nąć, o czym myśli. Pró­bo­wa­łem nie­zau­wa­żal­nie zer­k­nąć na swoje odbi­cie w lustrze wiszą­cym na ścia­nie za ladą. Trudno było uwie­rzyć, że w mło­do­ści uwa­żano mnie za przy­stoj­nego. Po jędr­nych policz­kach pozo­stało tylko wspo­mnie­nie. Teraz mię­śnie twa­rzy zwi­sały luźno. Szla­chet­nie rzeź­biony nos został zła­many w trak­cie pijac­kiego poje­dynku z drzwiami lodówki, a o wypadku przy­po­mi­nała bli­zna bie­gnąca z lewej strony. Moje gęste daw­niej niczym koń­ska sierść włosy tak się prze­rze­dziły, że zebrane w kucyk kosmyki nie przy­po­mi­nały lwiej grzywy, lecz mysi ogon. Jasno błysz­czące za młodu zie­lone oczy zmęt­niały jak staw wypeł­niony sini­cami.

Latem będę obcho­dził pięć­dzie­siątą rocz­nicę uro­dzin, ale moje odbi­cie zdra­dzało, że nie mam powodu do świę­to­wa­nia.

Irmeli prze­nio­sła wzrok z kufli na mnie. Pochwy­ciła moje spoj­rze­nie i jej gniew zamie­nił się w smu­tek. Udało mi się unik­nąć kaza­nia - tym razem.

Zaraz po śmierci Marji zosta­łem wyrzu­cony z "Heavi" z powodu alko­ho­li­zmu. Od tam­tej chwili pra­co­wa­łem jako fre­elan­cer, a Irmeli na­dal dawała mi zle­ce­nia.

- Artsi, dobrze się stało, że wpa­dłam na cie­bie. Pla­nuję pewien arty­kuł. Nie­długo spo­tkam się z kimś, z kim trzeba prze­pro­wa­dzić wywiad, ale przed­tem opo­wiem ci w skró­cie, o co cho­dzi.

Nie mia­łem ochoty zabie­rać się do pracy. Jed­nak musia­łem się sprę­żyć, bo Irmeli i tak dużo mi wyba­czała. Na pewno za dużo.

Sta­ra­łem się oka­zać zain­te­re­so­wa­nie.

- To wła­śnie taki temat, jaki lubisz.

Podobną gadkę sze­fowa wci­skała za każ­dym razem bied­nym ofia­rom, przy­dzie­la­jąc im zada­nia.

- Wywiad z naprawdę cie­kawą osobą. Arty­kuł na kon­kurs.

A cóż by innego. Nie­na­wi­dzi­łem wywia­dów. Tak, nie­na­wi­dzi­łem swo­jej pracy. I nie ubie­ga­łem się o tytuł dzien­ni­ka­rza roku.

- Miej­sce na okładce nowego dodatku o sty­lach życia jest jesz­cze puste.

Irmeli wybie­gała myślami daleko do przodu. Doda­tek miał się uka­zać dopiero latem. Na pewno cho­dziło jej o kogoś takiego, o kim arty­kuł można by zamie­ścić w środku gazety, gdyby zde­cy­do­wano, że na okładkę pój­dzie jed­nak ktoś inny. Na prze­pro­wa­dze­nie roz­mowy mia­łem więc sporo czasu.

- Możesz zro­bić wywiad z Cla­rissą Vir­ta­nen.

Dla­czego Irmeli wci­skała tera­peutkę wła­śnie mnie?

Podała mi kartkę z nume­rem tele­fonu.

Gdy­bym mógł wsiąść do wehi­kułu czasu i wró­cić do prze­szło­ści, tobym to zro­bił, wycią­gnął z kie­szeni skó­rza­nej kurtki zapal­niczkę, zmiął kartkę i ją pod­pa­lił.

Ira

POWIN­NAM BYŁA OSTRZEC was od razu. Ja kła­mię. Chro­nicz­nie i pato­lo­gicz­nie. Nawet gdy cho­dzi o sprawy bez zna­cze­nia.

Zapy­taj­cie mnie, czy wolę psy, czy koty, to odpo­wiem, że te pierw­sze, cho­ciaż uwiel­biam wła­śnie koty i nie­na­wi­dzę psów: ich futro śmier­dzi, gdy zmok­nie, wno­szą na łapach błoto i okrop­nie dener­wu­jąco szcze­kają. Mimo to odpo­wiem, że je lubię. Dla­czego? Kła­mię od tak dawna, że nie umiem się bez tego obyć.

A gdy się to robi wystar­cza­jąco długo, prawda i kłam­stwo zaczy­nają się upo­dab­niać do sie­bie. Więk­szość ludzi uważa, że należy je roz­róż­niać. To takie szla­chetne i moralne. Ja nie jestem o tym prze­ko­nana. Dla mnie kłam­stwo ozna­cza moją prawdę.

Poza tym nie wie­rzę w uczci­wość. Wiele osób tak bar­dzo się okła­muje, że nie potra­fią oni powie­dzieć nikomu nic praw­dzi­wego. Roz­wód jest zawsze winą tego dru­giego, trud­no­ści w pracy powo­duje okropny szef, no i czyja to wina, gdy córka zamie­nia się w ano­rek­tyczkę z auto­de­struk­cyj­nymi skłon­no­ściami? W żad­nym razie twoja.

Ktoś, kto dużo kła­mie, staje się w tym dobry.

Gdy­bym tylko chciała, mogła­bym wam wmó­wić cokol­wiek.

Cokol­wiek.

Teraz zna­cie moje skłon­no­ści, więc uwa­żaj­cie na sie­bie.

Oświad­czy­łam, że koń­czę z zabi­ja­niem. Phi! Nawet nie mam takiego zamiaru. Czło­wiek jest leni­wym zwie­rzę­ciem. Zapy­taj­cie jakie­go­kol­wiek prze­chod­nia, czy dobrze wyko­nuje swoją pracę, to z pew­no­ścią odpo­wie wam twier­dząco. Ale dla­czego ktoś chciałby robić cią­gle coś, co wymaga wysiłku? Ludzie dążą do uła­twia­nia sobie jak naj­bar­dziej życia. Ja jestem dobra, i to cho­ler­nie, tylko w dwóch rze­czach. Tor­tu­ro­wa­niu i zabi­ja­niu. Dla­czego mia­ła­bym z nimi koń­czyć? Poszłam na tera­pię z zupeł­nie innego powodu.

Bałam się, że mnie zła­pią.

Seryj­nych mor­der­ców łączy jedno: chcą bawić się z poli­cją w kotka i myszkę. Pozo­sta­wiają na miej­scu zbrodni wska­zówki. Samo mor­der­stwo to zale­d­wie połowa roz­ko­szy. Oni pod­nie­cają się myślą, że są inte­li­gent­niejsi niż gliny. Ofiary sta­no­wią tylko ele­ment gry. Praw­dziwa walka poka­zu­jąca, kto jest sil­niej­szy, roz­grywa się mię­dzy mor­dercą a poli­cjan­tem.

Ja wcale się nie przej­mo­wa­łam gli­nami i tym, co sądzą. Mogą być mi wdzięczni, bo prze­cież od lat dostar­czam im cie­ka­wych zbrodni, żeby je sobie roz­wią­zy­wali.

Praw­do­po­dob­nie jakiś łaps gdzieś tam w Fin­lan­dii poświę­cał swoje życie, by roz­wi­kłać zagadkę moich mor­derstw. Być może mię­to­sił dłońmi w latek­so­wych ręka­wicz­kach dowody zebrane na miej­scu zbrodni. Może wpa­try­wał się ponuro w zdję­cia podej­rza­nych przy­le­pione do tablicy ogło­sze­nio­wej w swoim pokoju i sta­rał się odgad­nąć, który z nich ma na tyle zimną krew, żeby popeł­niać seryjne mor­derstwa. A może zre­zy­gno­wał z docho­dze­nia, prze­ka­zał je swo­jemu następcy i poszedł na cho­ro­bowe?

No i co z tego? On tylko wyko­ny­wał swoją pracę. Ni­gdy go nie spo­tkam, i dobrze. Dla mnie był jedy­nie wytwo­rem wyobraźni, duchem ubra­nym w mun­dur poli­cjanta. Kiedy jed­nak przy­pa­try­wa­łam się, jak krwi­sty motyl trze­po­cze skrzy­dłami na dywa­nie w sypialni ofiary, przy­szła mi do głowy myśl, że mogą mnie zła­pać. I przy­le­piła się ona do mnie niczym guma do żucia.

Już oczyma wyobraźni widzia­łam sie­bie w wię­zie­niu, w izo­latce, do któ­rej będą mnie cią­gle wsa­dzali, ponie­waż na pewno nie doga­dam się z innymi osa­dzo­nymi i będę to oka­zy­wała pię­ściami, paznok­ciami i zębami.

Zro­bię, co w mojej mocy, żeby unik­nąć tego okrop­nego losu.

Fin­lan­dia jest za małym kra­jem dla seryj­nego mor­dercy. Nie ma nas tu zbyt wielu. Gdy ktoś posma­kuje zabi­ja­nia, to wpada jak śliwka w kom­pot. Ja pobi­łam rekord już dawno temu, ale nie powin­nam się tym chwa­lić. To tylko kwe­stia czasu, zanim jakiś pra­cow­nik Cen­tral­nego Biura Kry­mi­nal­nego zorien­tuje się w sytu­acji. Wtedy nie pomoże mi żadne sta­ran­nie skon­stru­owane alibi. Będzie po mnie.

Na szczę­ście w naszym kraju obo­wią­zuje znana z Mono­poly karta Wycho­dzisz wolny z wię­zie­nia.

W sądzie zażą­dam, aby pod­dano mnie bada­niom i jakiś psy­chia­tra pogrze­bie dogłęb­nie w moim umy­śle i stwier­dzi, że w trak­cie popeł­nia­nia prze­stępstw mia­łam ogra­ni­czoną poczy­tal­ność, czyli pono­szę tylko czę­ściową odpo­wie­dzial­ność. W zwy­kłym ludz­kim języku - pra­wie wariatka. Ci, któ­rych nie pociąga się do odpo­wie­dzial­no­ści kar­nej, są umiesz­czani w wię­zien­nym szpi­talu psy­chia­trycz­nym zamiast w celi. Potem nastąpi cudowne ozdro­wie­nie i powrót do domu i ulu­bio­nych zajęć.

Gra­łam więc na pew­niaka. Zamie­rza­łam zna­leźć sobie tera­peutę, cier­pią­cego na empa­tię, łatwo­wierną głu­piutką osobę, która w razie wpadki napi­sze mi opi­nię tak łamiącą serce, że nie zostanę uznana za winną.

Genialny plan, prawda?

Była w nim tylko jedna luka. Jak ja wytrzy­mam tę tera­pię?

Ludzie trak­tują tera­peutę niczym Jezusa. Zupeł­nie jakby bez pro­sze­nia poświę­cał się dla swo­jego klienta, cho­ciaż samo okre­śle­nie "osoba udzie­la­jąca pro­fe­sjo­nal­nej pomocy" powinno wyja­śniać sprawę.

Tera­peuta zasiada naprze­ciwko cie­bie tylko z jed­nego powodu. Spró­buj otrzy­mać od niego pomoc, jeśli nie będziesz miał dzie­więć­dzie­się­ciu euro albo pozy­tyw­nej decy­zji zakładu ubez­pie­cze­nio­wego wska­zu­ją­cej na potrzebę reha­bi­li­ta­cji psy­chia­trycz­nej. Miękka sofa, współ­czu­jące uśmieszki, życiowe wska­zówki - wszystko zosta­nie ci ode­brane, jeśli nie zaofe­ru­jesz w zamian porząd­nej waluty.

Empa­tyczne spoj­rze­nie, współ­czu­jące miny i cie­płe mat­czyne gesty sta­no­wią wynik kil­ku­let­nich albo kil­ku­dzie­się­cio­let­nich ćwi­czeń. Nie należy się dać temu zwo­dzić ani trak­to­wać tego oso­bi­ście.

Nie mia­łam więc żad­nych złu­dzeń, że tera­peutka będzie zain­te­re­so­wana moimi spra­wami. Naj­waż­niej­sze, żeby dała się wywieść w pole. Powinna tak mocno uwie­rzyć w moją nie­win­ność, żeby była gotowa zezna­wać w sądzie na moją korzyść, jeżeli do tego doj­dzie.

No dobra. Przy­znaję, że spo­dzie­wa­łam się szcze­rej reak­cji tera­peutki na moją opo­wieść. Prze­stra­chu, cze­go­kol­wiek. Nie ocze­ki­wa­łam żad­nego kon­kret­nego uczu­cia. Było mi wszystko jedno, czy okaże odrazę, czy zachwyt.

W mor­do­wa­niu naj­bar­dziej zachwy­cają mnie zacho­wa­nia ofiar. Emo­cje wybu­chają wiel­kimi pło­mie­niami dopiero wtedy, gdy czło­wiek zaczyna wal­czyć o życie. Pozo­stało więc we mnie jesz­cze coś ludz­kiego. Chcę być świad­kiem uczuć ludzi.

Poza tym jeżeli moja histo­ria wzru­szy tera­peutkę, to z pew­no­ścią ta zrobi dla mnie wszystko.

Teraz, po fak­cie, mogę obwi­niać wyłącz­nie sie­bie. Wyda­wało mi się, że zna­la­złam wła­ściwą osobę, ale z gory­czą musia­łam przy­znać, że się myli­łam.

Cla­rissa Vir­ta­nen.

Zauwa­ży­łam tę szybko dyszącą pudlicę w tele­wi­zji. Wiła się pół­naga na tele­wi­zyj­nej sofie niczym kobra tań­cząca w takt muzyki fakira.

Nie­ważne, jak głupi dow­cip rzu­cał dzien­ni­karz robiący z nią wywiad, ona tylko chi­cho­tała, aż zaczę­łam się bać, że posika się w majtki.

Bambi. Pusta głowa. Barbi. Mózg z waty. Kieł­bie we łbie.

Wła­śnie takiej tera­peutki szu­ka­łam.

Popeł­ni­łam jed­nak błąd w oce­nie, któ­rego ni­gdy sobie nie wyba­czę.

Sądzi­łam, że ona mnie wysłu­cha, ale nie będzie inge­ro­wać w bieg wyda­rzeń.

Wiem, że zechce opo­wie­dzieć wła­sną wer­sję.

I zrobi wszystko, żeby mnie uci­szyć.