Pekka
PODZIWIAŁEM CLARISSĘ, ponieważ poświęcała życie
pomaganiu duchowym rozbitkom. Zupełnie jakby czuła się winna, że sama
wydostała się na powierzchnię, a jej klienci nadal szamotali się w mętnej wodzie.
Ja nie miałbym odwagi wykonywać takiej pracy, podczas której trzeba
spoglądać ciemności prosto w oczy.
Jestem przekonany, że dzięki terapii większość klientów Clarissy się
wyleczyła lub jakość ich życia się poprawiła.
Ilu z nas może powiedzieć, że jego praca ma równie wielkie znaczenie?
Clarissa zawsze otwierała butelkę szampana, gdy jej sesje terapeutyczne
z jakimś klientem kończyły się powodzeniem. Stawała na tarasie i puszczała prysznic niczym kierowca Formuły 1 stojący na podium. Resztki
napoju wlewała do kryształowego kieliszka i z rozkoszą wypijała łyk.
Korki po szampanie przechowywała w ogromnym wiklinowym koszu. Na
początku swojej kariery żona miała trudności z oddzieleniem życia
osobistego od spraw zawodowych, o których myślała bez przerwy. Starała
się rozwiązać ten problem, próbując różnych relaksujących zajęć, aż
uznała, że ani szydełkowanie, ani origami nie zapewniają jej spokoju
ducha.
Na pamiątkę tych prób w naszym salonie wisiała zrobiona pod wpływem
irytacji, splątana i niedokończona makrama. Jedynym udanym rękodziełem
był zarezerwowany na korki od szampana kosz, i to dlatego, że sam go
ukończyłem. Obecnie wypełniony był po brzegi.
Następnego dnia po świętowaniu przed Clarissą na sofie siedział już nowy
klient potrzebujący pomocy. Taka jest właśnie Finlandia, kraj dobrobytu,
w którym ludzie ustawiają się w kolejce do terapeuty. Moja żona nie
mogła w żaden sposób przyjąć wszystkich potrzebujących, chociaż
pracowała z poświęceniem ponad miarę.
Znaczna część osób zatrudnionych w sektorze socjalnym musi harować za
nędzną pensję, bez żadnego podziękowania. Clarissa też się na tym nie
wzbogaciła, ale z tego powodu szanowano ją jeszcze bardziej.
Była najskuteczniejszą specjalistką, jeśli chodziło o wykorzystanie
seksualne i przemoc. Wypowiadała się w niezliczonych artykułach
prasowych, ale dopiero kampania #metoo rozbiła bank. Od jej
rozpoczęcia nie było nawet tygodnia, żeby jakieś medium nie zwracało się
do Clarissy z prośbą o wywiad.
Moja żona naprawdę przejmowała się swoimi klientami, może nawet za
bardzo. W domu nie rozmawialiśmy o ich sprawach. Obowiązywała ją
przecież tajemnica zawodowa, więc nie mogła mi zdradzać żadnych
szczegółów. Dla mnie było ważne, żeby w wolnym czasie zapominała o kłopotach innych ludzi i skupiała się na swoim życiu.
Nie chciałem być o nikogo zazdrosny.
Wierzyłem w nasze małżeństwo.
Ufałem żonie.
Słynne ostatnie słowa.
Arto
PEWIEN CZŁOWIEK, młody malarz wystawiający
właśnie swoje dzieła w muzeum Kiasma, podbiegł, wymachując rękami, do
lady w Sulkakynie i mocno uścisnął Irmeli, która kiedyś robiła z nim
wywiad.
Ona pożegnała się ze mną pośpiesznie i natychmiast zamówiła drinki dla
siebie i artysty.
Postanowiłem przystąpić bezzwłocznie do zbierania materiału na temat
Clarissy Virtanen. Ponieważ zawsze byłem albo na kacu, albo pijany,
później nie będę w lepszej formie niż teraz, gdy tak kołysałem się na
stołku barowym.
Wyciągnąłem z torby laptopa i zacząłem szukać w internecie informacji o terapeutce.
Trzy kwadranse później wiedziałem o niej wszystko. Wywnioskowałem, że
gorliwie udzielała wywiadów, ale nigdy nie opowiadała o swoim życiu
prywatnym. Koszmar każdego dziennikarza.
Clarissa Cristal Virtanen, lat pięćdziesiąt, pracowała od dwudziestu
jeden lat. Chętnie przekazywała mediom komentarze nie tylko na temat
swojej specjalizacji, ale także innych związanych z nią zagadnień,
niezależnie od tego, czy chodziło o mobbing w miejscu pracy, narcyzm,
czy rozwód.
Jako ekspertka wypowiadała się jasno i w analityczny sposób. Jej tok
myślenia był zrozumiały i błyskotliwy. Nie szczędząc wysiłków, broniła
praw dziewcząt i kobiet i chyba nie przejmowała się tym, jak ludzie
reagują na jej poglądy.
Trafiała w sedno spraw, nie bała się prezentować odważnych opinii. W przeciwieństwie do większości specjalistów nie mówiła ogródkami ani
wymijająco, tylko nazywała rzeczy po imieniu, czasami nawet prowokująco.
Ostatnio w swoim eseju dla "Tietouutiset" stwierdziła na przykład, że
władza nie chce zajmować się przestępstwami seksualnymi, których
ofiarami są dzieci.
Finlandia powinna wystosować oficjalne przeprosiny do wszystkich ofiar
pedofilów, podobnie jak w roku dwa tysiące szesnastym państwo
przeprosiło tych, którzy byli źle traktowani w domach zastępczych
prowadzonych przez opiekę społeczną - argumentowała.
Finlandia chroni pedofilów, a nie ich ofiary. Finlandia nie może
twierdzić, że jest państwem dobrobytu i cywilizowanym, dopóki nie weźmie
odpowiedzialności za każdą przemoc i każde przestępstwo seksualne
wymierzone w dzieci.
Prawo należy zmienić tak, aby dorośli, którzy wiedzieli o czynach
pedofilskich, a nie poinformowali o tym policji, zostali ukarani za
pomoc w przestępstwie.
Pamiętałem, że esej wywołał ożywioną dyskusję, ale nie pamiętałem, że
napisała go właśnie Clarissa.
Utrata pamięci mnie nie zdziwiła. Alkohol wypłukał z mojego mózgu wiele
ważniejszych spraw, które poszły w zapomnienie.
Clarissa wygłaszała tak śmiałe opinie, że świetnie nadawały się na
tytuły artykułów, a nawet chwytliwe nagłówki. Nic więc dziwnego, że
dziennikarze lgnęli do niej.
Chociaż nie zgadzała się na publiczne omawianie swoich prywatnych spraw,
bardzo chętnie uczestniczyła w różnych promocjach. Jeżeli wierzyć
plotkarskim gazetom, przyjaźniła się z wieloma celebrytami. Widywana
była na wieczornych premierach filmów i spotkaniach promocyjnych
książek. Pojawiała się na łamach magazynów towarzyskich, wychylała się
zza ogromnego kapelusza jakiejś damy uczącej dobrych manier albo
przytulała się do pary prezenterów telewizyjnych dzielących nożem swój
tort weselny.
Jej wstrzemięźliwość w kwestiach osobistych mnie nie zaskoczyła.
Zachowywała się jak typowa ekspertka. Tacy ludzie nie chcą zdradzać
szczegółów swojego życia, uważają, że wywiady powinny zawierać smakowite
wyimki z ich merytorycznej wiedzy i różnych teorii, a redaktor musi
pamiętać o wymienieniu w artykule wszystkich nagród, wyróżnień i medali.
Jednak ja, szczwany lis, uważałem, że potrafię wystrychnąć ją na dudka.
Niektórzy dziennikarze mają obawy przed robieniem wywiadów z psychologami, psychiatrami lub terapeutami. Pewnie boją się, że trafią
do nich na kozetki i cofną się do dzieciństwa. Dla mnie takie strachy są
śmieszne.
Zastanawiałem się, czy Clarissa jest naprawdę dobrą terapeutką i będzie
umiała rozwikłać mój problem. Jak zareaguje, gdy jej oświadczę, że
zniszczyłem swój najważniejszy w życiu związek?
Tęsknota pożerała moją duszę.
Ona była tak blisko, a ja nie mogłem skontaktować się z nią w żaden
sposób. I wcale nie podejrzewała, że ciągle o niej myślę.
Ira
ZAPOMNIAŁAM POWIEDZIEĆ o jednej rzeczy.
Mianowicie Clarissa nie była moją pierwszą terapeutką. Siadywałam na
obskurnych sofach, drewnianych krzesłach i zapadających się fotelach,
odkąd skończyłam dziesięć lat.
Pewnego dnia moje zachowanie po prostu się zmieniło, a rodzice nigdy się
nie dowiedzieli dlaczego.
Zawieziono mnie wtedy do gabinetu psychologa dziecięcego zatrudnionego
przez urząd miasta. Ale on zgodził się przyjąć mnie tylko raz.
Jego zdaniem podobno nic mi nie dolegało.
Matka i ojciec odetchnęli z ulgą, że leczenie się skończyło, zanim
rozpoczęło się na dobre. To, o czym nie mówiono, nie istniało.
W tamtych czasach moja rodzinna miejscowość była bardzo mała i wszyscy o wszystkim wiedzieli. Rodzice bali się plotek, że ich ukochane dziecko
leczy się na głowę.
Czy wspominałam, że biały kolor przywodzi mi na myśl szpital
psychiatryczny? W wieku czternastu lat trafiłam właśnie tam, na oddział
dla młodzieży. Od dawna cierpiałam na anoreksję.
Moja przypominająca szkielet sylwetka wzbudzała podziw pomieszany z przerażeniem wszędzie, gdzie tylko się pojawiałam. "Chciałabym być taka
chuda, ale nie chora" - powiedziała mi koleżanka z klasy, wzdychając z zazdrością. Każda dziewczyna i kobieta chce być szczupła, jednak w przeciwieństwie do nich my, anorektyczki, nie liczymy, ile kilogramów
musimy zrzucić, żeby dobrze wyglądać w bikini, tylko ile dzieli nas od
śmierci.
Zgadnijcie, co mnie śmieszy.
Ludzie uważają, że mieli normalne dzieciństwo. Zawsze. Niezależnie od
tego, jakie ono było.
Też broniłam swoich rodziców w rozmowie ze szpitalnym psychiatrą.
Przecież robili wszystko, co w ich mocy. Każdy by tak postępował!
Mój zły stan nie świadczył o dzieciństwie ani rodzicach, tylko o mnie
samej.
Gdy ukończyłam osiemnaście lat, ojciec zaprowadził mnie wbrew mojej woli
do prywatnej przychodni na spotkanie z psychiatrą. Ta zaleciła
psychoanalizę. A więc tradycyjne leżenie na kozetce.
Nie interesowały mnie takie archeologiczne wykopaliska.
Psychiatra szybko przyznała, że jej umiejętności nie wystarczą do
rozwiązania mojego problemu. Formułowała swoje słowa z ostrożnością, ale
wyczytałam między wierszami, o co jej chodziło.
Nie miała ochoty odpowiadać za moje samobójstwo.
Clarissa
SZUKAM W ZAKAMARKACH swojego mózgu wspomnienia
pierwszego spotkania. Czy mogłam zapobiec temu, co się potem wydarzyło?
To brzmi bezsensownie, ale jestem przekonana, że gdy Ira weszła do
gabinetu, podświadomość natychmiast próbowała mi podszepnąć, w czym
problem.
Nie posłuchałam jej.
Zazwyczaj spisuję uwagi dotyczące terapii moich klientów i przechowuję
ich akta w osobnych segregatorach w szafie archiwizacyjnej gabinetu.
Segregator Iry zawiera jedynie kilka kartek formatu A4. Niektóre są
zapisane w całości, inne zawierają parę zdań. Nie na wszystkich naszych
spotkaniach robiłam notatki.
Dokumentacja nie przyniesie mi więc większego pożytku. I jak tu sobie
przypomnieć najważniejsze wydarzenia swojego życia!
Pomyślałam, jak Ira by ze mnie drwiła, gdyby się dowiedziała o mojej
udręce.
Nie mogłam przecież przewidzieć, że zwykła historia leczenia klientki
stanie się cennym materiałem dowodowym, dzięki któremu będę mogła
wykazać... No właśnie, co?
W każdym razie na pewno nie swoją niewinność, bo na ten temat nawet nie
warto dyskutować.
Chyba nie będę niczego udowadniała. Spróbuję jedynie wyjaśnić tę sprawę.
Przecież nie mogę was prosić o nic innego jak tylko o wyrozumiałość.
Boję się jednak, że to także jest niemożliwe.
Ten wzrok zapamiętam na zawsze. Ira wyciągnęła do mnie rękę i popatrzyła
na mnie. Jej oczy były granatowe, tak ciemne, że w przytłumionym świetle
gabinetu wyglądały niemal na czarne. Poeta powiedziałby, że przywodziły
na myśl mroczne morze, a na jego dnie kryły się zagadki, o których ja
nie miałam pojęcia.
Jej spojrzenie zawierało groźbę. Jakby rzucała mi wyzwanie, żebym wzięła
udział w lubianej przez dzieci grze polegającej na patrzeniu sobie w oczy. Przegrywa ten, który pierwszy odwróci wzrok.
Ira potrafiła mnie rozgryźć. Dla innych klientów byłam przede wszystkim
lustrem. Widzieli w nim to, co chcieli. Dla niektórych natomiast byłam
matką, która nigdy ich nie doceniała i każdym gestem okazywała im
pogardę, a dla pozostałych ojcem, który porzucił ich właśnie wtedy, gdy
najbardziej potrzebowali jego ochrony. Jeśli chodzi o Irę, nie mogłam
uciec się do swojej zawodowej roli.
Kiedy po raz pierwszy podałyśmy sobie dłonie, miałam poczucie, jakby
przez tę jedną błyskawicznie mijającą chwilę wydarzyły się niezliczone
rzeczy. Powiada się, że przed śmiercią człowiekowi przewija się przed
oczami całe jego życie. Ja odniosłam podobne wrażenie.
Byłam gotowa poświęcić wszystko. Co za idiotyzm!
Wam wydaje się to na pewno jeszcze bardziej zawikłane. Ja nie robiłam
nic innego, tylko się zastanawiałam, co poszło nie tak. Teraz znam
odpowiedź. To było po prostu nieporozumienie. Sprawy okazały się inne,
niż myślałam.
Zrozumiałam wszystko opacznie od samego początku. Nic nie było tym, na
co wyglądało. To pierwsze spojrzenie ani pozostałe kwestie.
Ira cały czas trzymała mnie za kark, chociaż sądziłam, że panuję nad
sytuacją. Wprawiała mnie w ruch niczym marionetkę.
Uważałam, że obowiązują nas te same reguły, jak w przypadku pozostałych
moich klientów.
Terapia opiera się na iluzji. Moje zadanie polega na tym, aby klient
uwierzył, że to on prowadzi piłkę, chociaż robi to terapeuta.
Ira wywróciła cały układ do góry nogami, a ja nie uwolniłam się już spod
jej wpływu.
Nawet się nie zorientowałam, że jestem jej więźniem.
Arto
KIEDY POSZPERAŁEM, jak sądziłem, wystarczająco w przeszłości Clarissy, znów skupiłem się na piciu. Zamówiłem piwo i siedziałem nad nim przy barze w tym samym miejscu, które zająłem rano
zaraz po otwarciu Sulkakyny. Przez cały dzień starałem się trzymać
smutek z daleka, lecz teraz wdarł się w moją świadomość z taką siłą, że
nie mogłem go już odepchnąć.
Postanowiłem pójść do domu i tam kontynuować wspominanie Marji.
Zaszedłem do sklepu po sześciopak piwa; dotrzymywał mi towarzystwa na
kanapie. Próbowałem przekonać samego siebie, że nie jestem zbyt pijany,
był to przecież zwykły wieczór, i aby to sobie udowodnić, zacząłem
oglądać program publicystyczny Asiastudio, jak na porządnego
dziennikarza przystało. Właśnie leciała powtórka noworocznej audycji.
Na ekranie telewizora pojawiła się twarz Clarissy. Jak zdążyłem się
zorientować z przebiegu rozmowy, omawiano kwestię feminizmu. Ekspertyza
terapeutki wystarczała, żeby skomentować także i ten temat.
- Równouprawnienia nie osiągnie się bez limitów. To fakt - oświadczyła z naciskiem.
Czuła się w telewizyjnym studiu jak w domu. Siedziała na sofie
wyprostowana, z wyrazem spokoju na twarzy. Publiczny występ
najwidoczniej wcale jej nie denerwował.
Przemawiała wyraźnie, równym tonem, używała precyzyjnych wyrażeń,
prezentując swoją teorię w sposób przystępny dla widzów. Nie dała się
wciągnąć w specjalistyczny żargon, tylko starała się wysławiać tak, aby
zrozumiał ją nawet głupszy człowiek.
Zbyt późno włączyłem telewizor. Wywiad wkrótce się skończył. Redaktor
wydawał się oczarowany Clarissą jeszcze bardziej niż ja. Jąkał się i budował bezładne zdania, a w końcu przeszedł na temat Rosji i zamiłowania Putina do polowań.
Następnego ranka obudziłem się z bólem głowy, jakżeby inaczej.
Postanowiłem rozpocząć pracę od telefonu do Clarissy i umówienia się z nią na spotkanie.
Wybrałem numer komórki terapeutki.
- Clarissa Virtanen.
Jej głos brzmiał słodko niczym nektar. Wkrótce się przekonam, czy zmieni
się w miód, gdy oświadczę, że chcę przeprowadzić z nią wywiad.
- Dzień dobry, tutaj Arto Haaleajärvi z "Helsingin Aviisi". Nasza gazeta
wypuszcza wkrótce nowy dodatek poświęcony stylom życia i chcemy, żebyś
znalazła się na okładce pierwszego numeru.
- Bardzo mi to pochlebia! Oczywiście, że się zgadzam, ale pod jednym
warunkiem. Nie mam zwyczaju opowiadać publicznie o swoim życiu
osobistym.
- Rozumiem. Pomyślałem sobie, że zamiast na prywatnych sprawach
skupilibyśmy się na twoich najważniejszych osiągnięciach. Widziałem cię
wczoraj w programie Asiastudio i słyszałem, jak interesująco omawiałaś
zagadnienia dotyczące równouprawnienia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ira
W POKOJU BYŁO za dużo krwi ofiary. Nie, nie
pisałam nią po ścianie słów z piosenek Beatlesów, jak robiła to
"rodzina" Mansona. Za to dywan okropnie się zabrudził. Plama nie miała
kształtu serca, lecz przypominała tę, którą ludzie nazywają motylem
podczas wykonywania testu plam atramentowych, gdy boją się powiedzieć,
że wygląda jak wargi sromowe.
Przyjrzałam się jej dokładniej, a potem skupiłam uwagę na skarpetkach.
Nasiąkły krwią tak bardzo, że przylepiły mi się do stóp. Gdy
podchodziłam bliżej, miałam wrażenie, że idę po mokrej od deszczu
trawie. Krwiste ślady towarzyszyły mi od ciała do dywanu. Zmroziło mnie.
Jak to możliwe, że plama przypomina tak bardzo pierwszą kartę z testu
Rorschacha?
Co Freud by na to powiedział? Czy ślad krwi zabitego człowieka może
odzwierciedlać stan podświadomości zabójcy? Czy powinno się to
interpretować podobnie jak podczas wróżenia z roztopionej cyny wylewanej
do wody na Nowy Rok? Motyl oznacza, że wznoszę się do lotu? Morderstwo
uskrzydla? Teoria psychoanalizy wyglądałaby obecnie zupełnie inaczej,
gdybym to ja leżała na sofie nienawidzącego kobiet kokainisty w dziewiętnastowiecznym Wiedniu.
Chyba odnieśliście złe wrażenie. W rzeczywistości jestem naprawdę
dokładna. Nie robię bałaganu. Torturuję, morduję i nie pozostawiam
śladów. To dla mnie sprawa honoru. Dzięki temu bliscy zabitego nie muszą
wyrzucać pieniędzy na kosztownych czyścicieli miejsc, w których nastąpił
zgon. Nie rozumiem, dlaczego tym razem sprawy wymknęły się spod
kontroli.
Przygotowywałam się do tego morderstwa starannie, każdy szczegół był
wyszlifowany. Nad samym narzędziem zbrodni zastanawiałam się przez wiele
dni. Zazwyczaj kiedy je wybieram, chcę powiedzieć, dlaczego zabijam
właśnie tego mężczyznę w garniturze.
Tym razem zdecydowałam się na nóż do filetowania.
Ach, więc wszystko muszę wam wyjaśniać? Nóż jest jednym z najbardziej
oczywistych symboli fallicznych. Co bardziej pasowałoby do klatki
piersiowej tego hedonisty uganiającego się za panienkami od
kilkudziesięciu lat?
Wszystko więc miało być zapięte na ostatni guzik, ale nagle zapanował
chaos. Zachowałam się jak najgorsza amatorka. Będę musiała pozostać na
miejscu przestępstwa znacznie dłużej, niż zamierzałam. Czy zdążę pozbyć
się ciała?
Znalezienie idealnej lokalizacji zabrało mi sporo czasu. Gdy pewnego
razu jechałam pociągiem z Helsinek do Keravy i przez zakurzone okno
oglądałam posępne krajobrazy, zauważyłam mały staw koło dworca
kolejowego w Savio.
Z internetu dowiedziałam się, że leży on na terenie dawnego zakładu
produkującego wyroby gumowe. Fabryka zakończyła działalność w roku 1985.
Stawik był tak zarośnięty wodorostami, że na pewno nikt nie zamierzał w nim pływać.
Postanowiłam przewieźć tam mężczyznę w bagażniku jego własnego
samochodu, rozłożyć brezent, który spakowałam do torby sportowej,
położyć na nim ciało, rozczłonkować je piłą elektryczną, a potem wrzucić
kawałki zwłok wraz z brezentem i piłą do wody, następnie zostawić auto
na parkingu dworca w Savio i wrócić podmiejskim pociągiem do Helsinek.
Pozbycie się trupa stanowiło dla mnie zawsze najtrudniejszy etap
morderstwa. Na szczęście adrenalina daje człowiekowi nadprzyrodzone
moce. Napędzana nią potrafiłam dźwigać wielu znacznie większych od
siebie ludzi i wrzucać ich do bagażnika, a potem do grobu.
Teraz muszę walczyć z czasem, jeżeli mam zrealizować swój plan, zanim
ktokolwiek zacznie się zastanawiać nad nieobecnością ofiary. Po raz
pierwszy w trakcie morderczej wyprawy poczułam, że nie mam do siebie
zaufania. Serce zaczęło mi bić szybko. Jeszcze tylko tego brakuje, żebym
dostała ataku paniki. Muszę się uspokoić. Ale strach zawładnął już moimi
myślami. Takie bałaganiarstwo może skutkować wyłącznie tym, że zostanę
złapana.
Mieszkanie ofiary wyglądało tak, jak się tego spodziewałam. Podobne
pokazuje się w programach na temat architektury wnętrz. Ale nawet gdyby
ktoś oglądał całą ich serię, akurat tego nie potrafiłby opisać.
Zapamiętałby jedynie biały kolor, o którym redaktorzy opowiadają z przejęciem, że ma co najmniej dziesięć odcieni. Biały dywan, biała sofa,
białe zasłony, białe łóżko, biały stolik nocny i odważnie flirtująca z szarością, ale jednak biała półka na książki. Czy tylko mnie biały kolor
kojarzy się z zamkniętym oddziałem psychiatrycznym? W tej chwili jednak
sterylna sypialnia bardziej przypominała salę operacyjną na oddziale
chirurgicznym. Przeklinałam swoją niezdarność.
Nagle moją uwagę przyciągnął wiszący na ścianie dekoracyjny obraz. Live
Love Laugh. Takie wypisywane na torebkach z herbatą aforyzmy są
charakterystyczne dla ludzi, którzy sami nie potrafią wyrazić swoich
uczuć i muszą to robić za nich inni. Ja okazywałam uczucia poprzez
zabijanie.
Obraz skojarzył mi się z karteczkami samoprzylepnymi, które rodzina
cierpiącego na demencję umieszcza na różnych przedmiotach, żeby pomóc
choremu przypomnieć sobie ich nazwę. Byłam przekonana, że ofiara nie
wybrała sama modnego dzieła i że podarowała mu go młodsza o kilkadziesiąt lat przyjaciółka.
Przypatrując się obrazowi, drgnęłam, a moje serce zatrzymało się na
jedno uderzenie. W środku litery "o" słowa Love widniała czerwona
kropka.
Szybko podeszłam bliżej, tak, to była krew. Jak to się stało, że
prysnęła aż tak daleko?
Z początku wszystko przebiegało dobrze. A teraz? Kompletna katastrofa.
Do mieszkania dostałam się stosunkowo łatwo. Obserwowałam swoją ofiarę
tak długo, aż zaszokowana zauważyłam, jaka jest łatwowierna. Odkryłam,
że zostawia zapasowy klucz w ogrodzie. Wychodząc z domu, chowa go zawsze
w nasionach słonecznika w karmniku dla ptaków. Jego naiwność była wprost
wzruszająca.
Mężczyzna spędzał noce otoczony pochodzącymi z lat osiemdziesiątych
symbolami świadczącymi o wysokim statusie. Takich łóżek jak jego chyba
się już nie produkuje. Mogę tylko pogratulować sobie szczęścia, że
oparłam się o nie łokciem, kiedy zaczęłam wymachiwać nożem, bo w ostatniej chwili zauważyłam, że było to przecież łóżko wodne. Gdybym
przez przypadek wbiła ostrze przez ciało aż do materaca, to na sąsiadów
piętro niżej wylałyby się setki litrów wody i wściekli zapukaliby do
drzwi.
Ofiara spała tak twardo, że stałam sobie spokojnie i przyglądałam się
jej przez kilka minut. Czemu miałabym się niepotrzebnie śpieszyć?
Najpierw chcę się upewnić, że naprawdę muszę zabić tego człowieka. Nie
chcę niczego żałować, kiedy będzie za późno.
Trzeba przyznać, że nigdy jeszcze nie zmieniłam zdania co do żadnej z ofiar. Nawet gdy niektórzy błagali mnie, żebym ich oszczędziła.
Zwłaszcza wtedy nie miałam litości. Czuję wyłącznie dumę z takiej
konsekwencji. Przeprowadzam zawsze dokładną selekcję, aby wszyscy
finiszujący mogli przekroczyć linię mety.
Wielokrotnie przysłuchiwałam się cichym jękom, zwierzęcym wrzaskom i bezładnemu potokowi słów, z którego nic nie rozumiałam. Ludzie odmawiali
przede mną Ojcze nasz, wymieniali dziesięć przykazań, a zwłaszcza
piąte. Lecz ja trzymałam się swojej decyzji.
Najpierw nóż, potem uderzenie prosto w klatkę piersiową i tak dalej. Nie
sądzę, żebyście byli tak perwersyjni jak ja, więc pewnie nie chcecie
słyszeć szczegółów, tylko to najważniejsze. Co czułam podczas zabijania?
Nic.
Tym razem też tak było.
Wszystko się powtarza. Za każdym razem mam nadzieję, że wydarzy się coś
innego. Że się ożywię. Że wyssę energię z mojej ofiary. Że znajdę jakiś
powód, by żyć. Że poczuję się tak, jakbym miała władzę. Że wszystkie
moje problemy zostaną rozwiązane. Że w końcu wszystko się zmieni. Że
moje czyny będą miały znaczenie, nieważne jakie. Że wreszcie powiem
swoje ostatnie słowo. Nastąpi jakieś katharsis. A tu nic.
Zupełnie nic.
Mimo to próbuję ciągle na nowo. Tym razem miało być inaczej, bo chciałam
zamordować tego człowieka rano. Bo chciałam zamordować go siekierą. Bo
chciałam zamordować go szybko. Bo chciałam się zemścić. Bo chciałam
zabić bez torturowania. Bo chciałam to zrobić pokazowo i śmiać się w trakcie zabijania. Bo on zasłużył na śmierć. Bo on chciał umrzeć. Bo on
i tak by umarł.
Jednak nic się nie zmieniło.
Czułam dokładnie to samo, czyli pustkę.
Może dlatego wpadłam na pomysł, że skończę z zabijaniem. A może po
prostu miałam już tego dosyć.
To był ostatni raz. On będzie moją ostatnią ofiarą. Taki zaszczyt dla
niego, chociaż niestety nie usłyszy fanfar.
Ledwie zdążyłam się nad tym porządnie zastanowić, a zachciało mi się
śmiać? Rezygnować? Na pewno nie! Cóż innego by mi pozostało? Zabijanie
to jedyna rzecz, którą mam. Bez tego będę jak wydmuszka.
Każdy człowiek posiada tożsamość. Ja nie miałam elementów budujących
jaźń. Byłam niezapisaną tablicą, beczką dudniącą pustką. Sama musiałam
stworzyć swój wizerunek.
Moja tożsamość to seryjna morderczyni.
Moje imię to przepowiednia. Rodzice wybrali dla mnie zawód. Dlaczego
inaczej nadaliby mi imię Ira? Po łacinie oznacza ono nienawiść.
I przecież nie przestanę zabijać, choćbym nie wiem jak bardzo się
starała.
Krwisty motyl widniejący przede mną odpowiedział na moje pytanie.
Pójdę na psychoterapię.
Clarissa
WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD ROZMOWY TELEFONICZNEJ.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy usłyszałam głos Iry. Stłumiony szept,
jakby ktoś mówił zza grobu.
To była środa, drugi stycznia dwa tysiące dziewiętnastego, zbliżała się
jedenasta. Siedziałam na sofie w salonie i oglądałam nagrany na
dekoderze odcinek emitowany przez Asiastudio. W Nowy Rok byłam gościem
ich programu i denerwowałam się, nie wiedząc, czy mój występ się udał.
Miałam dużo pracy, więc nie zdążyłam obejrzeć wcześniej nagrania, ale w końcu usiadłam przed telewizorem i położyłam wygodnie nogi na stoliku
kawowym. Po piętnastu minutach oglądania programu odetchnęłam z ulgą:
wszystko przebiegło bez zarzutu.
Występując w telewizyjnym studiu, wyglądałam jak prawdziwa
profesjonalistka.
My, kobiety, musimy zawsze udowadniać, że jesteśmy zawodowcami, podczas
gdy umiejętności mężczyzn są przyjmowane za pewnik. Udało mi się od razu
wykazać autorytetem przed redaktorem Asiastudio. Zachwycony kiwał głową,
cokolwiek powiedziałam.
Jednak dla kobiety znajomość tematu może się okazać mieczem obosiecznym.
Mężczyźni boją się inteligentnych kobiet. Już dawno temu zrozumiałam, że
ich drażnię.
Jestem zbyt mądra, zbyt utalentowana, zbyt zasłużona, zbyt kompetentna.
Zbyt groźna.
Na szczęście miałam sposób, który pozwalał rekompensować mężczyznom
fakt, że moja inteligencja zagrażała ich kruchemu poczuciu własnej
wartości. Kurczyłam się do rozmiarów Calineczki, ubierając się tak
seksownie, jak tylko się dało.
Mój atrakcyjny wygląd działał uspokajająco na każdego. Przypominał
mężczyznom o tym, że ostatecznie jestem - jak wszystkie kobiety -
jedynie zwykłym kawałkiem mięsa, chociaż oni nie stanowią dla mnie
intelektualnego wyzwania.
Siedziałam w telewizyjnym studiu na sofie, wierna swoim zwyczajom, w kobiecym pancerzu. Ubrałam się w tak krótką różową minispódniczkę od
Versace, że wydawało się to aż bezczelnością, i obcisłą koszulę Chanel w tym samym kolorze, z rozpiętymi górnymi guzikami, która właściwie
niczego nie ukrywała.
Wpatrywałam się w swoją sylwetkę na ekranie telewizora, uśmiechając się
z zadowoleniem. Wzięłam ze stolika misę, wyciągnęłam z niej największego
chipsa z grillowymi przyprawami i włożyłam w całości do ust.
Nagle drgnęłam na dźwięk telefonu.
Poirytowana wcisnęłam pauzę na pilocie dekodera, chwyciłam komórkę ze
stolika i zobaczyłam nieznajomy numer. Pewnie telemarketer. Ale oni nie
dzwonią tak późno. Może to nowy klient.
Rozgryzłam szybko chipsa na drobne kawałki i przełknęłam je prędko.
- Tutaj Clarissa Virtanen.
Cisza. Może są zakłócenia na linii i dzwoniący nie dosłyszał.
Spróbowałam ponownie.
- Clarissa Virtanen.
Nadal cisza. Właśnie miałam się rozłączyć, gdy z telefonu dobiegł mnie
przytłumiony szept.
- Tutaj Ira, cześć.
Jej głos dochodził jakby z daleka. Nie znałam nikogo o tym imieniu.
- Cześć - odpowiedziałam.
- Szukam terapeuty. Masz wolne terminy?
- Dziękuję, że zadzwoniłaś do mnie. Pierwszy wolny termin mam jutro o dziewiątej rano.
Znów cisza.
- Halo! Jesteś tam jeszcze?
- Tak. Jutro rano o dziewiątej mi pasuje.
Podałam Irze adres swojego gabinetu i pożegnałam się z nią.
Tak to się zaczęło.
Gra, której reguł mi nie zdradziła.
Co jest najgorsze?
Bezsenne noce, wstyd, dręczące mnie sumienie? Obwiniające głosy, których
nie mogę uciszyć nawet w nocy? Myśli krążące bez ustanku? Paraliżujący
żal uciskający duszę? Wyrzuty nękające mój umysł? Obawa, że będzie to
trwało wiecznie i nigdy nie odzyskam spokoju? To, że straciłam wszystko?
To, że tęsknię za nią dzień i noc.
Arto
USILNIE PRÓBOWAŁEM przypomnieć sobie, czy
słyszałem wcześniej o Clarissie Virtanen. Musiałem słyszeć, ponieważ
wiła się publicznie jak kotka w rui i ciągle pokazywała przy okazji
różnych festiwalowych konkursów. Żyłem jednak we własnej bańce
wypełnionej oparami wódki i nie zwracałem na nią żadnej uwagi, chociaż
jako dziennikarz powinienem śledzić aktualne zjawiska i modnych ludzi.
Można chyba stwierdzić, że po raz pierwszy dowiedziałem się o niej
dopiero od Irmeli Lahjametsä, redaktor naczelnej "Helsingin Aviisi",
czyli "Heavi".
Jestem przekonany, że był to trzeci stycznia dwa tysiące dziewiętnastego
roku. Na pewno się dziwicie, dlaczego ta data utkwiła w mojej pamięci.
Wtedy upłynęło dokładnie sześć lat od śmierci mojej ukochanej żony
Marji.
Siedziałem w znajdującym się w centrum miasta pubie Sulkakynä, lubianej
przez dziennikarzy gazety, i czekałem, aż dzień przejdzie w noc.
Nie wierzę ani w duchy, ani w upiory. Czułem się jednak tak, jakby Marja
chciała nawiązać ze mną kontakt zza grobu i coś mi powiedzieć. Uczucie
to nie było przyjemne, raczej złowrogie.
Być może żona zabrała do grobu jakąś tajemnicę, którą chciała się ze mną
podzielić, a o której ja nic nie chciałem wiedzieć. Moimi myślami
zawładnęła również inna osoba. Ta, którą zawsze kochałem, ale z którą
już się nie spotykałem. To dla niej żyłem. Z nostalgicznej melancholii
wytrąciło mnie staccato wywołane uderzeniami wysokich obcasów o ziemię.
Moje oczy otworzyły się gwałtownie, szukając drogi ucieczki. Za późno.
Ktoś podszedł i mnie przytulił.
Uścisk był czuły. Po chwili zdumiony przekonałem się, że to Irmeli,
która zamieniła perukę z białymi dredami na taką z chmarą czarnych
loków.
Dokuczliwa terapia przeciwnowotworowa sprawiła, że kobieta straciła
włosy, ale ciężka choroba nie wpłynęła na jej żarliwość w wykonywaniu
pracy. Nowy look lepiej pasował do jej jasnej karnacji. Dramatyczne
czarne obramowanie podkreślało ładne niebieskie oczy.
Wzrok Irmeli przywarł do pustych kufli stojących przede mną na barowej
ladzie. Nietrudno było odgadnąć, o czym myśli. Próbowałem niezauważalnie
zerknąć na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie za ladą. Trudno
było uwierzyć, że w młodości uważano mnie za przystojnego. Po jędrnych
policzkach pozostało tylko wspomnienie. Teraz mięśnie twarzy zwisały
luźno. Szlachetnie rzeźbiony nos został złamany w trakcie pijackiego
pojedynku z drzwiami lodówki, a o wypadku przypominała blizna biegnąca z lewej strony. Moje gęste dawniej niczym końska sierść włosy tak się
przerzedziły, że zebrane w kucyk kosmyki nie przypominały lwiej grzywy,
lecz mysi ogon. Jasno błyszczące za młodu zielone oczy zmętniały jak
staw wypełniony sinicami.
Latem będę obchodził pięćdziesiątą rocznicę urodzin, ale moje odbicie
zdradzało, że nie mam powodu do świętowania.
Irmeli przeniosła wzrok z kufli na mnie. Pochwyciła moje spojrzenie i jej gniew zamienił się w smutek. Udało mi się uniknąć kazania - tym
razem.
Zaraz po śmierci Marji zostałem wyrzucony z "Heavi" z powodu
alkoholizmu. Od tamtej chwili pracowałem jako freelancer, a Irmeli nadal
dawała mi zlecenia.
- Artsi, dobrze się stało, że wpadłam na ciebie. Planuję pewien artykuł.
Niedługo spotkam się z kimś, z kim trzeba przeprowadzić wywiad, ale
przedtem opowiem ci w skrócie, o co chodzi.
Nie miałem ochoty zabierać się do pracy. Jednak musiałem się sprężyć, bo
Irmeli i tak dużo mi wybaczała. Na pewno za dużo.
Starałem się okazać zainteresowanie.
- To właśnie taki temat, jaki lubisz.
Podobną gadkę szefowa wciskała za każdym razem biednym ofiarom,
przydzielając im zadania.
- Wywiad z naprawdę ciekawą osobą. Artykuł na konkurs.
A cóż by innego. Nienawidziłem wywiadów. Tak, nienawidziłem swojej
pracy. I nie ubiegałem się o tytuł dziennikarza roku.
- Miejsce na okładce nowego dodatku o stylach życia jest jeszcze puste.
Irmeli wybiegała myślami daleko do przodu. Dodatek miał się ukazać
dopiero latem. Na pewno chodziło jej o kogoś takiego, o kim artykuł
można by zamieścić w środku gazety, gdyby zdecydowano, że na okładkę
pójdzie jednak ktoś inny. Na przeprowadzenie rozmowy miałem więc sporo
czasu.
- Możesz zrobić wywiad z Clarissą Virtanen.
Dlaczego Irmeli wciskała terapeutkę właśnie mnie?
Podała mi kartkę z numerem telefonu.
Gdybym mógł wsiąść do wehikułu czasu i wrócić do przeszłości, tobym to
zrobił, wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki zapalniczkę, zmiął kartkę
i ją podpalił.
Ira
POWINNAM BYŁA OSTRZEC was od razu. Ja kłamię.
Chronicznie i patologicznie. Nawet gdy chodzi o sprawy bez znaczenia.
Zapytajcie mnie, czy wolę psy, czy koty, to odpowiem, że te pierwsze,
chociaż uwielbiam właśnie koty i nienawidzę psów: ich futro śmierdzi,
gdy zmoknie, wnoszą na łapach błoto i okropnie denerwująco szczekają.
Mimo to odpowiem, że je lubię. Dlaczego? Kłamię od tak dawna, że nie
umiem się bez tego obyć.
A gdy się to robi wystarczająco długo, prawda i kłamstwo zaczynają się
upodabniać do siebie. Większość ludzi uważa, że należy je rozróżniać. To
takie szlachetne i moralne. Ja nie jestem o tym przekonana. Dla mnie
kłamstwo oznacza moją prawdę.
Poza tym nie wierzę w uczciwość. Wiele osób tak bardzo się okłamuje, że
nie potrafią oni powiedzieć nikomu nic prawdziwego. Rozwód jest zawsze
winą tego drugiego, trudności w pracy powoduje okropny szef, no i czyja
to wina, gdy córka zamienia się w anorektyczkę z autodestrukcyjnymi
skłonnościami? W żadnym razie twoja.
Ktoś, kto dużo kłamie, staje się w tym dobry.
Gdybym tylko chciała, mogłabym wam wmówić cokolwiek.
Cokolwiek.
Teraz znacie moje skłonności, więc uważajcie na siebie.
Oświadczyłam, że kończę z zabijaniem. Phi! Nawet nie mam takiego
zamiaru. Człowiek jest leniwym zwierzęciem. Zapytajcie jakiegokolwiek
przechodnia, czy dobrze wykonuje swoją pracę, to z pewnością odpowie wam
twierdząco. Ale dlaczego ktoś chciałby robić ciągle coś, co wymaga
wysiłku? Ludzie dążą do ułatwiania sobie jak najbardziej życia. Ja
jestem dobra, i to cholernie, tylko w dwóch rzeczach. Torturowaniu i zabijaniu. Dlaczego miałabym z nimi kończyć? Poszłam na terapię z zupełnie innego powodu.
Bałam się, że mnie złapią.
Seryjnych morderców łączy jedno: chcą bawić się z policją w kotka i myszkę. Pozostawiają na miejscu zbrodni wskazówki. Samo morderstwo to
zaledwie połowa rozkoszy. Oni podniecają się myślą, że są
inteligentniejsi niż gliny. Ofiary stanowią tylko element gry. Prawdziwa
walka pokazująca, kto jest silniejszy, rozgrywa się między mordercą a policjantem.
Ja wcale się nie przejmowałam glinami i tym, co sądzą. Mogą być mi
wdzięczni, bo przecież od lat dostarczam im ciekawych zbrodni, żeby je
sobie rozwiązywali.
Prawdopodobnie jakiś łaps gdzieś tam w Finlandii poświęcał swoje życie,
by rozwikłać zagadkę moich morderstw. Być może miętosił dłońmi w lateksowych rękawiczkach dowody zebrane na miejscu zbrodni. Może
wpatrywał się ponuro w zdjęcia podejrzanych przylepione do tablicy
ogłoszeniowej w swoim pokoju i starał się odgadnąć, który z nich ma na
tyle zimną krew, żeby popełniać seryjne morderstwa. A może zrezygnował z dochodzenia, przekazał je swojemu następcy i poszedł na chorobowe?
No i co z tego? On tylko wykonywał swoją pracę. Nigdy go nie spotkam, i dobrze. Dla mnie był jedynie wytworem wyobraźni, duchem ubranym w mundur
policjanta. Kiedy jednak przypatrywałam się, jak krwisty motyl trzepocze
skrzydłami na dywanie w sypialni ofiary, przyszła mi do głowy myśl, że
mogą mnie złapać. I przylepiła się ona do mnie niczym guma do żucia.
Już oczyma wyobraźni widziałam siebie w więzieniu, w izolatce, do której
będą mnie ciągle wsadzali, ponieważ na pewno nie dogadam się z innymi
osadzonymi i będę to okazywała pięściami, paznokciami i zębami.
Zrobię, co w mojej mocy, żeby uniknąć tego okropnego losu.
Finlandia jest za małym krajem dla seryjnego mordercy. Nie ma nas tu
zbyt wielu. Gdy ktoś posmakuje zabijania, to wpada jak śliwka w kompot.
Ja pobiłam rekord już dawno temu, ale nie powinnam się tym chwalić. To
tylko kwestia czasu, zanim jakiś pracownik Centralnego Biura
Kryminalnego zorientuje się w sytuacji. Wtedy nie pomoże mi żadne
starannie skonstruowane alibi. Będzie po mnie.
Na szczęście w naszym kraju obowiązuje znana z Monopoly karta
Wychodzisz wolny z więzienia.
W sądzie zażądam, aby poddano mnie badaniom i jakiś psychiatra pogrzebie
dogłębnie w moim umyśle i stwierdzi, że w trakcie popełniania
przestępstw miałam ograniczoną poczytalność, czyli ponoszę tylko
częściową odpowiedzialność. W zwykłym ludzkim języku - prawie wariatka.
Ci, których nie pociąga się do odpowiedzialności karnej, są umieszczani
w więziennym szpitalu psychiatrycznym zamiast w celi. Potem nastąpi
cudowne ozdrowienie i powrót do domu i ulubionych zajęć.
Grałam więc na pewniaka. Zamierzałam znaleźć sobie terapeutę,
cierpiącego na empatię, łatwowierną głupiutką osobę, która w razie
wpadki napisze mi opinię tak łamiącą serce, że nie zostanę uznana za
winną.
Genialny plan, prawda?
Była w nim tylko jedna luka. Jak ja wytrzymam tę terapię?
Ludzie traktują terapeutę niczym Jezusa. Zupełnie jakby bez proszenia
poświęcał się dla swojego klienta, chociaż samo określenie "osoba
udzielająca profesjonalnej pomocy" powinno wyjaśniać sprawę.
Terapeuta zasiada naprzeciwko ciebie tylko z jednego powodu. Spróbuj
otrzymać od niego pomoc, jeśli nie będziesz miał dziewięćdziesięciu euro
albo pozytywnej decyzji zakładu ubezpieczeniowego wskazującej na
potrzebę rehabilitacji psychiatrycznej. Miękka sofa, współczujące
uśmieszki, życiowe wskazówki - wszystko zostanie ci odebrane, jeśli nie
zaoferujesz w zamian porządnej waluty.
Empatyczne spojrzenie, współczujące miny i ciepłe matczyne gesty
stanowią wynik kilkuletnich albo kilkudziesięcioletnich ćwiczeń. Nie
należy się dać temu zwodzić ani traktować tego osobiście.
Nie miałam więc żadnych złudzeń, że terapeutka będzie zainteresowana
moimi sprawami. Najważniejsze, żeby dała się wywieść w pole. Powinna tak
mocno uwierzyć w moją niewinność, żeby była gotowa zeznawać w sądzie na
moją korzyść, jeżeli do tego dojdzie.
No dobra. Przyznaję, że spodziewałam się szczerej reakcji terapeutki na
moją opowieść. Przestrachu, czegokolwiek. Nie oczekiwałam żadnego
konkretnego uczucia. Było mi wszystko jedno, czy okaże odrazę, czy
zachwyt.
W mordowaniu najbardziej zachwycają mnie zachowania ofiar. Emocje
wybuchają wielkimi płomieniami dopiero wtedy, gdy człowiek zaczyna
walczyć o życie. Pozostało więc we mnie jeszcze coś ludzkiego. Chcę być
świadkiem uczuć ludzi.
Poza tym jeżeli moja historia wzruszy terapeutkę, to z pewnością ta
zrobi dla mnie wszystko.
Teraz, po fakcie, mogę obwiniać wyłącznie siebie. Wydawało mi się, że
znalazłam właściwą osobę, ale z goryczą musiałam przyznać, że się
myliłam.
Clarissa Virtanen.
Zauważyłam tę szybko dyszącą pudlicę w telewizji. Wiła się półnaga na
telewizyjnej sofie niczym kobra tańcząca w takt muzyki fakira.
Nieważne, jak głupi dowcip rzucał dziennikarz robiący z nią wywiad, ona
tylko chichotała, aż zaczęłam się bać, że posika się w majtki.
Bambi. Pusta głowa. Barbi. Mózg z waty. Kiełbie we łbie.
Właśnie takiej terapeutki szukałam.
Popełniłam jednak błąd w ocenie, którego nigdy sobie nie wybaczę.
Sądziłam, że ona mnie wysłucha, ale nie będzie ingerować w bieg
wydarzeń.
Wiem, że zechce opowiedzieć własną wersję.
I zrobi wszystko, żeby mnie uciszyć.