1
Patrycja siedziała na ławce ukrytej w cieniu drzewa i choć na kolanach
trzymała książkę, nie potrafiła się skupić na czytaniu. Nie wyławiała
też z otoczenia śpiewu ptaków, szumu liści w koronach drzew czy chrzęstu
kamieni pod butami ludzi spacerujących alejkami. Do jej uszu dochodziły
jedynie śmiechy i krzyki dzieci. Plac zabaw wypełniony był kilkuletnimi
odkrywcami i odkrywczyniami świata, którzy odciągali jej uwagę od
lektury. Właśnie przyglądała się trzylatkowi, który uciekał przed
opiekunką. Sprawiało mu to najwyraźniej ogromną radość, jakby znał
skutki takiej gonitwy. Matka dopadła do synka, chwyciła go w ramiona,
zakręciła wkoło i wycałowała po policzkach. Perlisty śmiech chłopca
wybrzmiewał w powietrzu, a Patrycja czuła, jakby ktoś wbijał jej w brzuch szpilki. Dostawała odłamkami ich miłości, więc kuliła się,
próbowała uspokoić oddech, choć na skórze piekły wszystkie blizny.
Łapała się na tym, że nieświadomie szukała wzrokiem dzieci, które mogły
mieć trzy, cztery latka.
- Dzień dobry, wolne? - usłyszała nad sobą głos. Drgnęła, wyrwana z zamyślenia, ale natychmiast skinęła głową.
- Bardzo proszę - odparła, przesuwając się na skraj ławki, chociaż
miejsca było wystarczająco dużo.
Blisko niej usiadła młoda kobieta, ubrana w dżinsy i luźną jasną
koszulkę. Obok swoich stóp, obutych w czarne sneakersy, postawiła
wiaderko z łopatką. Patrycja powędrowała wzrokiem za spojrzeniem
nieznajomej. Kobieta przyglądała się dziewczynce z warkoczem. Mała nie
mogła mieć więcej niż pięć lat. Wspinała się właśnie po niskiej
drabince.
- Które jest pani? - zagadnęła ją nieoczekiwanie matka dziecka.
Patrycja się wyprostowała, wzięła książkę do ręki i w pierwszej chwili
chciała wskazać na chłopca w zielonych spodenkach, ale chrząknęła i wyjaśniła:
- Jestem sama, przyszłam poczytać.
- No tak, dzisiaj piękna pogoda, więc żal siedzieć w domu. Moja córka
uwielbia ten plac zabaw. To ta w różowym sweterku.
- Przepraszam, ale mój wolny czas się skończył, muszę wracać. Życzę pani
miłego dnia - powiedziała, żeby jak najszybciej zakończyć wymianę zdań.
Nie chciała rozmawiać o dzieciach, wystarczyło, że na nie patrzyła.
Chwyciła książkę, poprawiła torebkę na ramieniu i energicznym krokiem
weszła w parkową alejkę. Uspokajała oddech. Czasami na placu zabaw
dopadała ją panika, znajdowała ją nawet w najbardziej ukrytym zakątku
pod rozłożystymi lipami lub dębami i dusiła, kołatała jej sercem, a Patrycja była przekonana, że właśnie umiera, choć w umieraniu nie była
perfekcyjna. Za każdym razem okazywało się, że nawet tego nie potrafiła
zrobić dobrze, bo do tej pory zawsze się budziła, a naprzeciwko siebie
miała twarz lekarza. Mimo wszystko przychodziła na plac zabaw, patrzyła
na huśtawki, zjeżdżalnie, drabinki i piaskownicę, jakby chciała sama
sobie zadawać rany tym widokiem.
- Wdech... wydech... - szepnęła. - Wdech... wydech...
* * *
Gdy Marcel przekraczał próg mieszkania, wciąż mielił w głowie wiadomość,
którą dostał kilka dni temu. Nie był przygotowany na to, by czekać na
adopcję latami, ponieważ Patrycja wciąż nie była gotowa i oboje nie
mieli pewności, czy kiedykolwiek będzie zdolna do podjęcia decyzji o rodzicielstwie zastępczym. Próbował przestać o tym myśleć, więc szukał
coraz to nowych zajęć w pracy. Dzisiaj był na spotkaniu autorskim dla
dzieci w swojej bibliotece, a potem, jako dyrektor placówki, na obiedzie
z pisarzem Grzegorzem Łasiem oraz przedstawicielem jego wydawnictwa. Z pewnością nie poruszał z nimi prywatnych tematów, ale gdy tylko
przekroczył próg domu, powróciły wciąż te same od kilku lat lęki i oczekiwania.
Wszedł do przedpokoju i wrzucił klucze do ustawionej na komodzie
drewnianej skrzyneczki z kaszubskim wzorem. Wsunął na stopy kapcie, a buty ułożył starannie w szafce. Lubił, gdy stały równo.
- Jesteś? - usłyszał z głębi mieszkania głos Patrycji.
Po chwili zobaczył żonę siedzącą na hokerze przy wyspie kuchennej i pochylającą się nad laptopem. Marszczyła czoło i z uwagą się czemuś
przyglądała, czasami poprawiała zsuwające się jej z nosa okulary.
- Jestem, jestem... Już kończę, układam właśnie plan zajęć, bo od jutra
zaczynamy - powiedziała, przyjmując całus w policzek. - Zaraz to zamknę...
nie chcę, by mi uciekło.
- Dobrze. - Marcel westchnął i przeszedł na drugą stronę wyspy. - Jak ci
minął dzień?
- Pracowicie - odparła.
Patrycja nie wspominała mężowi o swoich wizytach na placu zabaw.
Wiedziała, że będzie się martwił, znów wysyłał ją na terapię, a ona
czuła się tym wszystkim już bardzo zmęczona, choć nadal nie umiała
przestać podsycać w sobie tęsknoty za macierzyństwem.
Marcel zajrzał do garnka stojącego na kuchence.
- Mniam... - Uśmiechnął się pod nosem, bo danie pachniało wyśmienicie.
Uwielbiał przygotowywane przez żonę leczo. Zawsze zawierało mnóstwo
warzyw, ale przede wszystkim świeże pomidory i cukinię.
- Możesz nakładać na talerze... Okej, skończyłam. - Patrycja zamknęła
laptop i odsunęła go na bok. Dopiero teraz mogła się dokładnie przyjrzeć
mężowi. Wyglądał na zmęczonego.
Kiedy wreszcie usiedli przy wyspie kuchennej, przez kilka minut
milczeli. Łamali chleb i zanurzali go w warzywno-mięsnym sosie,
rozkoszowali się smakiem niewyszukanej potrawy. Wreszcie Marcel po raz
kolejny streścił jej rozmowę z pracownicą ośrodka adopcyjnego. Patrycja
mu nie przeszkadzała, nie zadawała żadnych pytań. Myślała o tym, co
wcześniej przeczytała w internecie, teraz pozwalała się mężowi wygadać.
Marcel z pewnością tego potrzebował, bo nie potrafił milczeć i "trawić"
swoich emocji w ciszy, jakby to, co nie zostało wypowiedziane,
natychmiast zamieniało się w ołów i zalegało w ciele, pochylając
sylwetkę ku ziemi.
Patrycja przyglądała mu się z uwagą, bo promienie słońca wpadające przez
okno tworzyły wokół mężczyzny bladą poświatę.
- Nigdy nie będziemy mieć dziecka - rzuciła wreszcie. Nie uśmiechnęła
się, jak miała w zwyczaju, a na jej czole pojawiła się poprzeczna
zmarszczka. W jej słowach wybrzmiała gorycz pomieszana z rozczarowaniem.
Z trudem też panowała nad tym, by się nie rozpłakać. Pragnęła dziecka,
syna, córki, obojętnie, marzyła, żeby słyszeć w domu tupot małych
stópek, śmiech, płacz, by stworzyć pełną rodzinę, jakiej zawsze
pragnęli. - Czas się z tym pogodzić. Nie jestem w stanie rozpocząć
procesu adopcyjnego. Boję się, że skrzywdziłabym i dziecko, i nas. Po
prostu nie dam rady.
Marcel podniósł wzrok i przyjrzał się Patrycji. Kochał ją całym sercem.
* * *
Pamiętał ich pierwsze spotkanie. Dostał wtedy posadę dyrektora w miejskiej bibliotece, trochę się bał tej pracy. Personel może nie był
liczny, ale zarządzanie dwiema filiami wydawało się wyzwaniem. Głowę
miał jednak pełną pomysłów, wcześniej przez pięć lat pracował w małej
wiejskiej bibliotece pod Gdańskiem, zdobył doświadczenie. Szybko się
okazało, że był biegły w pozyskiwaniu funduszy unijnych, pisał
najróżniejsze projekty, dzięki czemu zasoby niewielkiej wypożyczalni z roku na rok rosły, a czytelników przybywało. Marcel potrafił szukać
sponsorów, rozmawiać z pisarzami i pisarkami, organizować warsztaty i spotkania, a przede wszystkim promować czytelnictwo. Wzięcie udziału w konkursie na dyrektora większej placówki było czymś naturalnym, chciał
się rozwijać.
Pierwszego dnia w nowym miejscu, kiedy wszyscy pracownicy już wyszli,
usiadł w fotelu jednej z bibliotekarek i dopijał kawę. Rozglądał się z dumą po pomieszczeniu, układał w głowie plany, jak zmieni wypożyczalnię,
jakie remonty przeprowadzi, gdzie przestawi półki, w jaki sposób
zdobędzie fundusze, gdy nagle ktoś szarpnął drzwi i do środka wpadła
wysoka brunetka. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia lat. Marcel
wziął ją za studentkę. Była szczupła, miała patykowate nogi, które
podkreślały wąskie nogawki spodni, a jej fryzura zdała się
bibliotekarzowi nieco potargana, jakby dziewczyna zapomniała się uczesać
albo nie potrafiła okiełznać niesfornych kosmyków. Co chwilę poprawiała
zsuwające się jej z nosa okulary.
- Przepraszam, mogę jeszcze coś wypożyczyć? - wysapała. - Bałam się, że
już zamknięte.
- Bo zamknięte - odparł bibliotekarz. Wstał zza biurka i chciał wyprosić
spóźnialską czytelniczkę, ale było w niej coś takiego, co nie pozwoliło
mu tego zrobić. Stał więc i czekał na rozwój wydarzeń.
- Oj, przepraszam... Pan pewnie jest nowym dyrektorem?
- Tak. Marcel Bednarczyk - odparł i wyciągnął rękę do sympatycznej
dziewczyny.
- Patrycja Zaborska. Jestem nauczycielką w pobliskiej podstawówce -
dodała, a zaskoczony Marcel uniósł brwi, choć starał się ukryć
zdziwienie.
- Niech zgadnę, język polski albo angielski?
- To drugie, ale prywatnie uczę też japońskiego.
- Myślałem, że jest pani studentką, o ile nie licealistką, a tu dwa
fakultety. - Marcel się zaśmiał. Dokładnie przyjrzał się kobiecie w modnych okularach, z pieprzykiem koło nosa i lekko odstającymi uszami,
które z pewnością dodawały jej uroku. Wyglądała jak łobuziara. Tak o niej wtedy pomyślał, choć później się okazało, że to raczej nadwrażliwa
dusza, skrywająca swoją delikatność pod grubą warstwą racjonalizmu.
- Dziękuję za komplement. Nie mam zbyt dużego stażu. Od zeszłego
września jestem nauczycielką, zaraz po studiach pracowałam przez rok w Japonii, a po powrocie szukałam przez jakiś czas swojego miejsca na
ziemi i oto jestem tutaj.
- I wróciła pani?
- Tak... długa historia. Jakoś tak wyszło, że postanowiłam zostać w Polsce, tam nic mnie nie trzymało, poza zainteresowaniami kulturą i językiem. Tęskniłam do kraju. To był czas poszukiwań i weryfikacji
planów życiowych. - Uśmiechnęła się. - A pan?
Marcel odruchowo spojrzał na dłoń Patrycji, nie zauważył obrączki, ale
pomyślał, że taka zjawiskowa dziewczyna na pewno jest w związku.
- Ja miałem mniej ekscytujące życie, bo po studiach był staż w jednej
bibliotece, praca w drugiej, a teraz jestem tutaj - streścił krótko
swoją karierę zawodową. W myślach próbował też ocenić, o ile lat mógł
być starszy od anglistki. Obstawił, że około siedmiu, ośmiu. Jak się
później okazało, niewiele się pomylił. - No dobrze, to co chciałaby pani
wypożyczyć?
- Najpierw chciałabym oddać to... - Sięgnęła do torby przewieszonej przez
ramię i wyłożyła na biurko dwie książki Yasunari Kawabaty: Krainę
śniegu i Tysiąc żurawi. - Lubię do nich wracać. Moje egzemplarze
komuś pożyczyłam i nigdy już ich nie odzyskałam.
Marcel przyjrzał się podniszczonym okładkom. Czarno-biała z górną
częścią twarzy kobiety o wyraźnie skośnych oczach przyciągnęła jego
uwagę.
- Pewnie dobre?
- Bardzo. Uwielbiam liryczny styl autora. Polecam. Nieprzypadkowo dostał
Nobla.
- Teraz czuję się zawstydzony, bo noblistę powinienem kojarzyć.
- Nie da się wszystkiego pamiętać i przeczytać, niestety.
Rozmawiali przez kilkanaście minut, ale już wtedy nawiązała się między
nimi nić porozumienia. Jakby niewidzialny pająk utkał sieć, z której już
nie mogli się wydostać. Ostatecznie Patrycja niczego nie wypożyczyła,
ale zapowiedziała, że wróci następnego dnia o odpowiedniej porze. Marcel
za to nie chciał tego wieczoru spędzać samotnie, zapytał więc, czy
Patrycja nie napiłaby się z nim piwa z okazji jego pierwszego dnia w nowej pracy. Tak więc wieczór spędzili na rozmowie w pobliskim pubie,
szybko przeszli na "ty". Okazało się, że wiele ich łączy, a tematy nie
kończyły się do późnych godzin nocnych. Trzy miesiące później zostali
parą, po półtora roku zamieszkali razem, a po czterech latach od
pierwszego spotkania byli już małżeństwem.
Marcel z sentymentu próbował czytać ulubionego pisarza żony, ale
Yasunari Kawabata wydawał mu się zbyt trudny i niezrozumiały, nigdy się
z japońskim noblistą nie polubili, choć w ich domu stały jego książki po
polsku i w oryginale, kupione z czasem w antykwariacie na pamiątkę ich
spotkania.
* * *
Marcel odgonił wspomnienie i przez chwilę wpatrywał się w twarz żony. W głowie wyświetlały mu się najróżniejsze obrazy z przeszłości. Znów
pojawiło się to, co zaległo między nimi jakiś czas temu, co gniotło,
uwierało i nie dawało o sobie zapomnieć, ponieważ nie zawsze wiedzieli,
jak o tym rozmawiać.
- Pyszne - powiedział, choć nie zamierzał mówić o jedzeniu. Na moment
się zawahał, ale wreszcie bardzo powoli się odezwał: - Pati, wiem... choć
od wielu miesięcy unikamy tego tematu. Może czas o tym porozmawiać?
Oboje chcemy dziecka...
Patrycja gwałtownie odłożyła sztućce. Nie podniosła głowy, by spojrzeć
na męża. Męczyło ją poczucie winy, bo to przez nią to wszystko, ta
cisza, to omijanie ważnych dla nich spraw, planów na przyszłość... Nigdy
tego nie powiedział, ale ona wiedziała, czuła to niczym drzazgę pod
skórą. Każdego dnia, a może nawet z godziny na godzinę rana podchodziła
ropą.
- Marcel... - zaczęła. Próbowała uporządkować myśli. Nie umiała mu
powiedzieć tego, co cisnęło się jej na usta. Bała się, że jej posłucha i zrobi coś, co jeszcze bardziej pootwiera jej rany. - Marcel... ja
zrozumiem, jeżeli będziesz chciał... - zająknęła się - chciał... odejść...
Naprawdę... ty możesz być ojcem... nie chcę ci tego za...
- Boże, Pati! Jak możesz w ogóle tak myśleć? - Podniósł głos, nie
pozwalając jej skończyć. Kiedyś już próbowała mówić to samo, ale nie
chciał, żeby te słowa wybrzmiewały w powietrzu. - Proszę cię! Są inne
sposoby!
- Inne? - zakpiła, choć nie chciała drążyć tematu. - Liczysz na bociana?
- Nie na bociana, ale... szperałem w necie i mam pomysł.
Patrycja powoli podniosła głowę i wbiła smutne spojrzenie w męża. Zaraz
jej powie, że odchodzi, że znalazł inną, że składa reklamację, bo nie
tak się umawiali na początku tej relacji.
Teraz jednak patrzyła w jego oczy w kształcie migdałów.
- I? - spytała wreszcie, choć bała się odpowiedzi.
- Surogatka - powiedział krótko.
Przez kilka minut milczeli, wpatrując się w siebie. Marcel trzymał w dłoni widelec, ale powoli odłożył go na talerz. Stuknięcie przerwało
ciszę, dopiero wtedy Patrycja się odezwała.
- Rozmawialiśmy o tym. Jak to sobie wyobrażasz? Będziemy szukać ogłoszeń
w internecie?
- Nie o tym myślałem. Mówię o zawodowych surogatkach.
- Zawodowych? Zwariowałeś?
- Nie! Tak zwanych zawodowych. Posłuchaj cierpliwie - dodał i zaczął
wyjaśniać: - Znalazłem w internecie międzynarodowe kliniki, które
pomagają parom mieć dziecko. Szukają surogatek, zapłodnienie odbywa się
in vitro, przecież możesz wyhodować jajeczko. Masz jajniki.
- Tak - prychnęła. - Los nie był aż tak okrutny i zostawił mi namiastkę,
żebym nie zapomniała, kim byłam i co straciłam.
- Kim byłaś? - zirytował się, bo ciągle kręcili się wkoło.
- Kobietą.
- Boże, Pati, przecież nadal nią jesteś.
- Podobno ktoś, tylko nie pamiętam kto, powiedział, że kobieta to osoba
z macicą, więc sam widzisz... definicja jest jednoznaczna.
- Czy ty możesz mnie chociaż wysłuchać? - spytał, powoli tracąc
cierpliwość.
- Proszę bardzo. Co z tą surogatką? Dałeś już ogłoszenie?
- Nie dałem - odparł zmęczonym głosem. - Ale sprawa wydaje się prosta,
przynajmniej w teorii. Jakaś biedna dziewczyna ma za to kasę, my dziecko
biologiczne i wszyscy są zadowoleni.
- Czyli będziemy wykorzystywać jej biedę... - zakpiła, a on gwałtownie
wstał, szybko jednak z powrotem usiadł i spróbował się uspokoić.
- Nie mów tak. To coś porównywalnego do przeszczepu - odezwał się. -
Jakby ktoś wypożyczał ci macicę... Nie wiem, jak to inaczej wyjaśnić, bo
ty wszystko negujesz.
- Nie neguję, jestem realistką.
- A możesz chociaż przez moment rozważyć surogację?
- W Polsce? - prychnęła, choć kiedyś znalazła na forum internetowym
mnóstwo ogłoszeń dziewczyn gotowych wynająć swój brzuch. Każda z nich
zapewniała dyskrecję, w dodatku oferowała promocyjną cenę. - Nie zgodzę
się na nic nielegalnego - dodała dla pewności. W pamięci odtworzyła
wszystkie filmy o surogacji, jakie w życiu oglądała. Zazwyczaj wszystko
kończyło się tragicznie. Mąż powoli zakochiwał się w kobiecie noszącej
jego dziecko, małżeństwo tak czy inaczej się rozpadało, surogacja była
więc według niej najszybszą drogą do katastrofy, a nie szczęśliwego
macierzyństwa.
- Wiem, dlatego mówię, że to kliniki międzynarodowe. Są kraje, gdzie to
jest prawnie uregulowane.
- Jakie kraje? Chyba nie Rosja? - zakpiła.
- Masz do wyboru: Ukraina, Cypr, Gruzja, USA, Czechy, Kanada...
- USA? - zdziwiła się.
- Myślę, że akurat USA może być poza naszym zasięgiem finansowym. -
Marcel się uśmiechnął, choć przyszło mu to z trudem. - Ale Ukraina, Cypr
czy Gruzja już tak. Czechy chyba bym sobie darował, bo mam wrażenie, że
tam sytuacja nie do końca jest jasna.
Patrycja wciąż przyglądała się Marcelowi. Trudno jej było poskładać w całość to, co mówił. Bała się kolejnego rozczarowania. Już dwa razy w swoim życiu nastawiała się na to, że zostanie matką. Może o dwa za dużo,
pomyślała z ironią.
Zanim więc odpowiedziała mężowi, wymownie westchnęła, a wtedy on znów
zaczął mówić:
- Nie odpowiadaj. Przeczytałem w necie o parze chłopaków mających
dziecko z surogacji. Prześlę ci wywiad z nimi. Przystąpili do programu w Kanadzie, bardzo szczegółowo opowiadają o całej procedurze.
- Co?
- Cztery lata temu surogatka urodziła im dziecko.
- Ona była dawczynią jajeczka? - spytała.
- Nie, wzięli je od dawczyni. Przeczytaj sama.
Marcel ponownie próbował się uśmiechnąć, po czym wstał, podszedł do
stolika, na którym leżały jakieś kartki, i po chwili położył przed
Patrycją wydruki.
- Jest tu też historia pary, która czeka na bliźniaki. Przystąpili do
programu w Tbilisi, a tu wywiad z rodzicami rocznej dziewczynki
urodzonej przez Ukrainkę w Kijowie. Przeczytaj to wszystko, a później
podejmiemy decyzję. Jeżeli chcesz, skontaktujemy się z prawnikiem.
- Znasz kogoś, kto się na tym zna?
Marcel kiwnął głową, a potem wymienił nazwę kancelarii prawnej i dodał,
że już umówił ich na konsultację za tydzień w czwartek o dziewiętnastej,
oczywiście online.
- Nawet nie zapytałeś mnie o zgodę, tylko nas umówiłeś?
- Chcesz, to odwołam, ale posłuchaj, ty jesteś w stanie wyprodukować
jajeczko, ja nasienie, nie mamy tylko do dyspozycji brzucha z macicą,
tak? Ale możemy go wypożyczyć.
- Dla ciebie to takie proste? - Patrycja podniosła głos. Odsunęła od
siebie talerz z zimną już potrawą.
- Nic nie jest proste! - warknął. - Ale nie mogę patrzeć, jak cierpisz,
rozumiesz? Widzę, jak się snujesz po kątach, słyszę, jak płaczesz po
nocach. Wiem, że chodzisz na plac zabaw i siedzisz tam godzinami! Nie
chcesz adopcji ani bycia rodziną zastępczą, więc to jest ostatnie
wyjście. Innego nie ma - rzucił. Chciał jeszcze dodać, że oboje słyszą
tykanie zegara, że za chwilę się okaże, że jej "fabryczka" stanęła i nie
wyprodukuje już żadnego jajeczka, a wtedy usłyszą głośny komunikat:
Game over.
Patrycja się nie odezwała. Zdawała się odrętwiała, jakby wszystkie
wiadomości, które przed minutą przyswoiła, wgniotły ją w krzesło. Nigdy
wcześniej nie rozważała zawodowej surogatki. Owszem, raz pomyślała o tym, czy nie zapłacić jakiejś dziewczynie, żeby urodziła im dziecko, ale
bała się, że to przyniosłoby więcej problemów i im, i dziecku. Kobieta
mogłaby ich szantażować, chcieć odebrać prawa rodzicielskie, zakochać
się w jej mężu, a tego by nie przeżyła. Nie miała siły na walkę,
wyczerpała już wszystkie siły.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - spytała.
- Nie wiem, rzucam propozycję. Poczytaj, porozmawiamy z prawnikiem,
ocenimy, czy nas na to stać, i zdecydujemy. Razem - podkreślił ostatnie
słowo.
- A ile to kosztuje? - spytała cicho.
- Dużo. - Westchnął. - Najpierw jednak musimy się zdecydować,
przemyśleć, czy jesteśmy gotowi na surogację. Nie możemy pozwolić sobie
na błąd. Żadne z nas tego nie przetrzyma.
- Ty możesz mieć dzieci - dodała. - To ja nie mam macicy.
Patrycja dokładnie pamiętała dzień, kiedy obudziła się ze śpiączki i dowiedziała się, że lekarze, żeby ratować jej życie, musieli usunąć
macicę. Uszkodzenia była zbyt rozległe, do tego wdał się stan zapalny, a organizm nie reagował na antybiotyki. Takie uparte, złośliwe ciało,
które wszystko robiło na przekór. Dwukrotnie wydaliło z siebie płody, a teraz dla pewności niepowtarzania procederu rozmnażania pozbawiło się
macicy. Jedynym pocieszeniem miało być zachowanie jajników. Pamiątka po
płodności.
Kiedy Patrycja była wreszcie w stanie podnieść się ze szpitalnego łóżka
i za pomocą chodzika dojść do łazienki, stanęła przed lustrem, żeby
sobie popatrzeć w oczy. Milczała, lecz nie odrywała wzroku od swojego
odbicia, choć w pierwszym odruchu chciała na siebie splunąć.
- Nie mam macicy - odezwała się chrapliwym głosem. W ustach czuła
piasek, nie mogła przełknąć śliny. - Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie
mam macicy. Nie mam macicy! Nie mam macicy!! Nie mam macicy!!! -
krzyknęła, sprowadzając do łazienki pielęgniarkę. Kobieta w białym
fartuchu stanęła w progu niczym zjawa.
- Co się stało? - spytała, widząc, że pacjentka wciąż stoi o własnych
siłach, nie padła na podłogę z wrzaskiem, lecz wpatruje się w lustro. -
Pomóc pani wrócić do łóżka?
- Nie mam macicy... straciłam dziecko... - szepnęła i nagle jej ciało zgięło
się wpół, jakby się złamało pod ciężarem słów, chociaż ręce wciąż
wspierały się na uchwytach chodzika. Kobietą wstrząsnęły spazmy płaczu.
Pielęgniarka zrobiła krok naprzód, potem drugi, położyła dłoń na plecach
Patrycji. Pod palcami czuła każde drżenie jej ciała, jednak nie
potrafiła przerwać fali jej rozpaczy. Czekała cierpliwie, by kilkanaście
minut później odprowadzić pacjentkę do łóżka. Pomogła się jej położyć, a potem nachyliła się nad nią, bo usłyszała niewyraźny szept:
- Nie... mam... dziecka i nie mam macicy...
- Ale ma pani długie życie przed sobą.
- Wysoka cena za lata samotności...
* * *
Dwa tygodnie późnej wieczorem na biurku Patrycji piętrzył się jeszcze
większy stos wydruków oraz książek o Ukrainie, Gruzji i Cyprze. W mieszkaniu pachniało cynamonem, bo na parapecie paliła się świeca sojowa
o tym zapachu, a w tle leciała muzyka wydobywająca się z kręcącej się na
gramofonie płyty The Cure, przypominająca Marcelowi nastoletnie czasy.
Album Bloodflowers był reliktem przeszłości, pamiątką pięknej i chmurnej młodości. To był ostatni prezent, jaki dostał od ojca, bo pół
roku później siedemnastoletni wówczas chłopak płakał na jego pogrzebie.
Od tamtego czasu płytę kładł pod igłą gramofonu tylko w ważnych
momentach swojego życia, a taki właśnie nastąpił dzisiaj. Czarny krążek
nieco trzeszczał, czasami się zacinał, ale dźwięki, które zostały na nim
zapisane, dawały Marcelowi poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakby
potrafiły przyciągnąć ducha jego ojca.
Marcel otwierał butelkę wina i co chwilę zerkał w stronę Patrycji, która
wciąż wydawała się sceptyczna, ale miał nadzieję, że ostatecznie uda mu
się znaleźć coś, co przeważy szalę. Przegadali kilka ostatnich nocy,
rozważyli wszystkie za i przeciw przystąpienia do programu
surogacyjnego, policzyli też oszczędności, wystarczyło podjąć decyzję.
- Nie kupiłeś mojego ulubionego sera? - Patrycja wpatrywała się we
wnętrze lodówki.
- Jest w dolnej szufladzie.
- Masz szczęście... - Uśmiechnęła się pod nosem. Zdawała się w dobrym
humorze. Dzisiaj miała otwarcie swojej niewielkiej szkoły językowej
mieszczącej się w budynku po biurze rachunkowym o obiecującej nazwie
"Profit". Znajdowały się tam trzy pomieszczenia. Dwa postanowiła
przeznaczyć na sale lekcyjne, w holu zmieściła się niewielka recepcja
albo biuro, wciąż nie mogła się zdecydować, jak je nazywać. Zatrudniła
młodą dziewczynę z sąsiedniej wsi. Miała robić zapisy dzieci i dorosłych, pilnować planu, kierować ruchem, pobierać opłaty, czyli
przejąć wszystkie najmniej lubiane czynności. Patrycji udało się też
namówić na pracę u siebie świetną germanistkę, miała więc w ofercie aż
trzy języki: angielski, japoński i niemiecki, a w przyszłości chciała
zdać egzamin państwowy z hiszpańskiego. Na niewielką miejscowość powinno
wystarczyć, tym bardziej że nie tylko ona uczyła tu języków obcych.
Cieszyła się jednak, że w każdej grupie zebrała się odpowiednia liczba
chętnych, a dodatkowo dzisiaj zgłosiła się do niej logopedka, która
chciała wynająć trzecie pomieszczenie w budynku. Koszty utrzymania się
więc rozłożą, nie będzie trzeba ogrzewać pustego pokoju.
- No dobra, idziemy na kanapę - zdecydował Marcel, po czym przeniósł
kieliszki i butelkę z winem.
Patrycja postawiła talerz z przekąskami i poszła po książki. Położyła je
na stoliku.
- Jesteś pewny, że chcemy to zrobić? - spytała, ale w jej głosie
brzmiała niepewność. Co prawda po lekturze wszystkich materiałów ujrzała
w swoim ciemnym tunelu, po którym krążyła od kilku lat, światełko, ale
wciąż nie potrafiła powiedzieć "tak". Jakby te trzy głoski grzęzły jej w gardle niczym kamienie. Przeczytała oferty kilku międzynarodowych
klinik, uwierzyła, że takie rzeczy dzieją się naprawdę, że można mieć
dziecko urodzone przez obcą kobietę za granicami kraju, a wszystko
dyskretnie i w ciszy. Odnalazła w tym szansę dla siebie, ale oczami
wyobraźni widziała porażkę, czuła dobrze oswojony strach, że od nowa
zacznie się wszystko to, z czego przez kilka lat zwierzała się u psychoterapeutki.
- Jestem pewny - odparł Marcel. - Jeżeli nie spróbujemy teraz, będziemy
tylko żałować. Czas nie działa na naszą korzyść, nie muszę ci
przypominać, że mam czterdzieści trzy lata. Ty jesteś młodsza, ale...
- ...ale się boję.
- Też się boję. - Marcel przytulił żonę. Czule głaskał ją po plecach, a potem po prostu spytał: - No to który kraj?
Patrycja rozłożyła książki na sofie, jedną obok drugiej, i przez moment
się im przyglądała.
- Obstawiałabym Gruzję, gdybym miała podjąć decyzję teraz - powiedziała
wreszcie, zostawiając otwartą furtkę dla swojego strachu. Tryb
przypuszczający nigdy nie był ostateczny, dawał możliwość zawrócenia na
każdym etapie drogi. - Podoba mi się, że podpisuje się akt notarialny,
że surogatka nie może być biologiczną matką, że jest przystępnie
finansowo i dość łatwo dolecieć, ponadto Gruzja jest pięknym krajem. I jeszcze jedno mi się podoba. - Na chwilę zawiesiła głos. - Że nie
poznalibyśmy tej dziewczyny. Nie chcę, żeby była częścią naszego życia.
Nie zniosłabym widoku jej brzucha. Wolę, żeby była daleko, niewidzialna,
wyłącznie wyobrażona.
- Rozumiem - odparł. Dotknął policzka żony i dodał: - Też bym wybrał
Gruzję. Cypr odrzucam, bo zbyt wiele złych rzeczy przeczytałem o tamtejszej surogacji. Ukraina jest blisko, ale trwa w niej wojna, w związku z tym różnie może być. Stać nas jedynie na Gruzję...
- Czyli Gruzja? Naprawdę to zrobimy?
* * *
Patrycja wróciła wspomnieniem do dnia, kiedy po raz pierwszy robiła test
ciążowy. To było dwa lata po ślubie, pewnego kwietniowego poranka.
Siedziała na muszli klozetowej i wpatrywała się w dwie kreski, które
nieoczekiwanie miały wywrócić jej świat do góry nogami. Nie planowała
dzieci. Nie że w ogóle, po prostu teraz nie była na to gotowa. Od razu w myślach zaczęła przetasowywać swoje życie zawodowe, ale też prywatne.
Według niej zbyt krótko byli z Marcelem po ślubie. Rozmawiali o dzieciach, ale zawsze w kontekście dalekiej przyszłości, na pewno nie w tej chwili. Właśnie kupili dom, który będzie wymagał długiego remontu.
We wrześniu dostała wychowawstwo w czwartej klasie, nie mogła teraz iść
na zwolnienie i urlop macierzyński. Z przerażeniem patrzyła na dwie
czerwone kreski, jak na prosty zapis równania: chłopak plus dziewczyna,
plus seks równa się dziecko.
- I jak? - usłyszała zza drzwi Marcela. Zapukał, po chwili wszedł do
środka. Zobaczył żonę siedzącą na toalecie bez wyraźnej emocji na
twarzy. Nie wiedział, czy się cieszy, czy rozpacza, czy złości. Zbliżył
się i wziął od niej test. - Dwie kreski. To znaczy?
- Dobrze podejrzewałam. Okres mi się nigdy nie spóźniał - odparła, a jej
głos zabrzmiał płaczliwie, choć z całej siły próbowała opanować emocje.
- Czyli będę tatą? - ucieszył się. Marcel zawsze pragnął mieć dużą
rodzinę. Kiedy poznał Patrycję, rozmawiali o tym, chcieli mieć dwoje, a może i troje dzieci. Na tyle zgadzała się ona, bo on chętnie przytuliłby
do serca i czwórkę.
- Chyba tak... Boże... Marcel, ja chyba nie jestem jeszcze gotowa. To za
wcześnie...
- Co ty mówisz? - Uklęknął przy niej, położył dłonie na jej kolanach. -
Nie zabezpieczaliśmy się, więc prawdopodobieństwo było, myślałem, że się
z tym liczysz.
- Było, ale przecież tyle razy się udawało... Co ja teraz zrobię?
- Jak to co? Urodzimy, wychowamy i będziemy kochać.
- A dom? A remont?
- Ogarniemy. Jak nie my, to kto?
Patrycja doskonale pamiętała tamte uczucia. Strach pomieszał się z nadzieją i ciekawością, bo w ich życie miał właśnie wkroczyć mały
człowiek. Z trudem zaakceptowała decyzję losu, który podsunął jej te
dwie kreski na plastikowej płytce i powiedział, że jej życie równa się
życie Marcela i tego maleństwa, które miało się w niej rozwijać.
- Damy sobie radę? - zaszlochała, a on ją tulił, całował po policzkach,
ocierał łzy i głaskał po plecach.
- Będziemy najlepszymi rodzicami pod słońcem.
Nie byli.
* * *
Patrycja odgoniła wspomnienie. Wróciła myślami do tu i teraz. Patrzyła
na Marcela, który właśnie krzyknął:
- Poczekaj! Mam coś na zachętę! Żeby łatwiej było zdecydować. - Skoczył
na równe nogi i pognał do kuchni. Otworzył szafkę z suchymi produktami i zaczął czegoś w niej szukać. Wreszcie wyciągnął papierową torebkę. -
Specjalnie pojechałem do gruzińskiej piekarni i ukryłem to przed tobą.
Niestety zimne, ale myślę, że to nieistotne.
- A ja się zastanawiałam, co to za dziwny zapach! - Uśmiechnęła się,
kiedy na talerzu przed nią znalazło się chaczapuri w kształcie otwartej
łódeczki z jajkiem pośrodku, chyba najbardziej znany wypiek kuchni
gruzińskiej. - Nie mów tylko, że jechałeś po nie trzydzieści kilometrów?
- Jechałem, ale warto było.
- A gdybym pomyślała o Ukrainie?
- Kupiłem też mrożonkę z barszczem po ukraińsku. - Zaśmiał się.
Podskórnie czuł jednak, że Patrycję bardziej zainteresuje Gruzja.
- Czyli co? - spytała retorycznie. - Jesteś pewien, że chcemy przystąpić
do programu? Że damy radę? Że tym razem nie stanie się nic złego? A jeżeli wisi nad nami jakieś fatum?
- Dużo pytań, ale jestem przekonany, że to nasza jedyna opcja i nie ma
na co czekać - odparł. - Z tego, co mówił prawnik, powinno się udać.
Podpowie, jak załatwić wszystkie dokumenty.
- To będzie trwało wieki... - jęknęła.
- Wcale nie.
Patrycja przez moment milczała, ale Marcel zauważył, jak nagle zmienił
się wyraz jej twarzy. Kobieta zrobiła się blada, zadrżały jej kąciki
warg, a na czole pogłębiła się poprzeczna zmarszczka.
- Nie... przestań! - krzyknęła nieoczekiwanie. - Nie chcę tego. Nie
wyobrażam sobie, żeby obca kobieta nosiła moje dziecko - rzuciła,
podrywając się z miejsca. Wciąż miała wrażenie, że utknęła w jakiejś
pętli, była niczym chomik biegnący przed siebie w kołowrotku, próbujący
rozpaczliwie dogonić metę, która po prostu nie istniała. - Przepraszam,
ale nie mogę. Nie mogę, rozumiesz?
- Ale przecież przed chwilą rozważałaś... że...
- Wiem - weszła mu w słowo. - Nie dam jednak rady, nie chcę. Zapomnijmy
o tym. Zapomnijmy wreszcie, do cholery, o dziecku. Nie będzie go i czas
się z tym pogodzić!
* * *
Marcel stał pod prysznicem i pozwalał wodzie obmywać ciało. Był
zmęczony. Podczas rozmowy z Patrycją robił dobrą minę, żeby jej nie
martwić, żeby rzucić żonie koło ratunkowe, które ona ostatecznie
odepchnęła. A przecież widział, jak każdego dnia bezradnie machała
rękoma, nie mogąc złapać powietrza. Od operacji minęły już trzy lata, a ona nadal nie doszła do siebie. Wściekał się na los, ale przede
wszystkim na siebie, że nie jest dla niej wystarczającym wsparciem.
Wkurzało go, że jego życie było sekwencją sytuacji, z których musiał
szukać wyjścia, jakby ktoś zaprogramował go tak, żeby się skupiał na
zagadkach i łamigłówkach, a los niestrudzenie podrzucał mu coraz to nowe
trudności. Niedługo będzie mógł ogłosić się specjalistą od rozwiązywania
skrajnie zamotanych zadań. Oparł ręce o ściankę kabiny i pozwolił, by
woda spływała mu na kark. Nie potrafił uspokoić myśli. Ktoś obserwujący
z boku ich życie mógłby wyciągnąć wniosek, że niepotrzebnie się
upierali, że mogliby wreszcie nauczyć się odpuszczać. Skoro życie mówiło
"nie", to trzeba to zaakceptować. Nie leżało to jednak w naturze
Marcela. Może brak ojca i nadmierna troska matki spowodowały, że nie
przyjmował odmowy? Upierał się, realizował kolejne punkty planu,
okazując zawsze entuzjazm i optymizm, choć wewnątrz panikował, a bywało,
że i płakał. Patrycja była bardzo do niego podobna, choć zdawała mu się
jeszcze delikatniejsza, bardziej krucha.
Mężczyzna zakręcił wodę i sięgnął wreszcie po ręcznik. Długo pocierał
szorstką tkaniną głowę, jakby próbował oczyścić ją z natrętnych myśli.
Potem stanął przed lustrem, kilka razy podniósł kąciki ust, przeczesał
włosy. Był gotowy do udziału w kolejnych życiowych zapasach, nawet gdyby
miały się odbywać bez dziecka.
2
Eka Dzawanszwili szła do domu w towarzystwie teściowej i nastoletniej
szwagierki, a obok kobiet dreptało dwoje małych dzieci: Maia i Rezo.
Właśnie wyszli z cerkwi, gdzie młoda matka zapaliła świece przed
wizerunkiem Świętego Jerzego, patrona męskości, i zwróciła się do niego
z prośbą o pomoc w poszukiwaniu pracy dla jej męża Gurama, który
ostatnio nie miał szczęścia na polu zawodowym. Już po raz trzeci w tym
roku został zwolniony. Nigdzie nie mógł zagrzać miejsca dłużej niż kilka
lub kilkanaście miesięcy, bo nie potrafił mieć nad sobą szefów, zawsze
mu coś nie pasowało i wcześniej lub później kończyło się kłótnią. Nie
umiał trzymać języka za zębami, pyskował i wymądrzał się nawet przed
klientami. Żaden pracodawca nie chciał mieć kogoś takiego u siebie,
ludzie się skarżyli, straszyli, że zmienią warsztat. Łatwiej więc było
pozbyć się Gurama, który twierdził, że za tak marne pieniądze nie
opłacało się pracować, niż próbować go zmieniać.
Kobiety wspinały się dość stromą ulicą, wzdłuż której ciągnęły się stare
budynki, niektóre naznaczone niedbale skleconymi dobudówkami
zaprzeczającymi wszelkim prawom konstrukcyjnym, inne obrośnięte
zdrewniałą winoroślą albo bluszczem, tu i ówdzie pomalowane
przebarwionym liściem. Gruzinki ciężko stawiały kroki, bo tego dnia
panował niemiłosierny upał, a słońce wciąż było wysoko. Kobiety powoli
podążały w kierunku wielorodzinnego budynku, w którym znajdowało się
ciasne trzypokojowe mieszkanie należące do teściów Eki. Z oddali widać
było niebieskie balkony, na jednym z nich sąsiadka wywieszała właśnie
przez barierkę dywan, obok na sznurkach leniwie poruszały się ręczniki i męskie koszule. Wśród gwaru ulicy brzmiały głośne rozmowy dobiegające
nie tylko z otwartych okien czy drzwi, lecz także od strony siedzących
tu i ówdzie mężczyzn grających w karty lub popijających piwo.
Gdzieniegdzie wałęsały się bezdomne psy, które podchodziły do ludzi,
próbując wyżebrać jedzenie.
- Mamo, mamo, bolą mnie nogi... - jęczała młodsza Maia i wyciągnęła ręce
do matki, by ją podniosła.
Eka schyliła się do córki i z trudem ją dźwignęła.
- Jesteś już bardzo ciężka - powiedziała. Eka była drobnej budowy, nie
należała do wysokich i silnych, więc niesienie trzylatki pod górkę było
sporym wyzwaniem.
- Duże jesteście! Na nóżkach trzeba iść. - Nino stanęła w obronie
synowej. Chuchro z niej przecież było, sama skóra i kości. To po
urodzeniu córki ubyło jej kilogramów, bo gdy szła za Gurama, to i siedzieć miała na czym, i oddychać czym. Spojrzała na nią z politowaniem, a potem nakazała postawić dziewczynkę. - Kiedy moje dzieci
były w wieku Mai to same tu biegały, góra-dół, góra-dół, a teraz to
takie delikatne wszystko się zrobiło.
Kiedy wreszcie dotarły do domu, w progu powitali ich niezadowoleni
ojciec z synem, którzy domagali się posiłku. Z pokoju wyszła także
najstarsza członkini rodu Gelaszwiliczów, babcia Rima. Kobieta była
nieco przygarbiona, ale ciemne oczy skrywały jeszcze mnóstwo życiowej
energii. Oparła ręce na biodrach, na których miała przewiązany fartuch
kuchenny.
- A wy gdzie tak długo się pałętacie?! - krzyknęła i zagoniła wszystkich
do kuchni, gdzie na stole stała już torebka z mąką, a obok, w miseczce,
znajdowało się poszatkowane mięso na farsz.
Kobiety niemal natychmiast umyły ręce i zabrały się do pracy, choć cały
czas między nogami plątały się dzieci. Co rusz któreś płakało, chciało
pić, siku, jeść.
- Guram! - krzyknęła Eka, gdy już straciła cierpliwość. - Zabierz je z kuchni!
- A co ja jestem, niańka? Przecież nie będę się nimi zajmować, mam co
innego na głowie! - odpowiedział Guram, a ona wreszcie nie wytrzymała,
chwyciła maluchy i zaprowadziła je do pokoju, gdzie jej mąż z teściem
oglądali telewizję. Posadziła dzieciaki na dywanie i wysypała przed nimi
drewniane klocki. - Bawcie się grzecznie, bo nie będzie dziś obiadu!
- Jaka narowista ta twoja żonka. - Otar się zaśmiał.
Eka puściła tę uwagę mimo uszu i wróciła do kuchni. Zdecydowanie wolała
towarzystwo kobiet. Zgodnie zabrały się za przygotowanie chinkali, bo w domu Gelaszwiliczów zawsze królowały tradycyjne potrawy. Na straży
dawnego porządku stała Rima, która powtarzała, że dopiero po jej śmierci
mogą sobie wprowadzać nowe zwyczaje. Kiedy raz Eka głośno wypowiedziała
swoje marzenie o posiadaniu zmywarki do naczyń, została zrugana przez
seniorkę i na wszelki wypadek nigdy już później nie mówiła głośno o swoich pragnieniach. Posłusznie stawała przy zlewozmywaku i nie
narzekała. Pod dachem teściów mieszkała już sześć lat, znała swoje
miejsce, choć nie tak wyobrażała sobie życie, gdy szła za mąż. Wydawało
się jej wtedy, że przez cały czas będzie adorowana, noszona na rękach,
kochana...
* * *
Gurama pierwszy raz spotkała w piekarni, w której zatrudniła się krótko
po szkole, by zarobić na studia. Jej pensja nie była wysoka, ale każdego
miesiąca z dumą odbierała swoje trzysta lari. Rodzicom oddawała
pięćdziesiąt, a resztę oszczędzała, by za rok rozpocząć naukę na
wymarzonym kierunku, pragnęła bowiem zostać architektką. Od dziecka
uwielbiała rysować i wychodziło jej to ponoć całkiem nieźle. Nauczyciele
ją chwalili, powtarzali, że ma talent, i żeby go nie zmarnowała. A że
Eka upodobała sobie rysowanie budynków, naturalnie skierowała swoje
myśli ku architekturze, tym bardziej że równie mocno lubiła matematykę i fizykę. Co prawda matka z ojcem pukali się w czoło, bo ich zdaniem to
nie był zawód odpowiedni dla dziewczyny, ale ona się uparła, nie chciała
słyszeć o niczym innym. Dlatego też potrzebowała pieniędzy, rodzice nie
byli w stanie sfinansować jej nauki.
Zatrudniła się więc w małej rodzinnej piekarence prowadzonej przez
Tigrana Abasiego, z którym jej ojciec często grywał w szachy.
Specjalnością tego miejsca były bubliki - żona właściciela, z pochodzenia Ukrainka, umiejętnie łączyła przepisy kuchni gruzińskiej z ukraińską, ormiańską i rosyjską. Eka uwielbiała pszenno-drożdżowe krążki
z sezamem, choć te z makiem też jej smakowały. Bubliki upodobał sobie
również młody Guram, ale chyba bardziej spodobała mu się sprzedawczyni,
bo stał się częstym klientem piekarni, chociaż musiał przejść połowę
miasta, by tu trafić. Zagadywał, prawił komplementy, kupował bułeczki i częstował nimi piękną dziewczynę, która wciąż nie dawała się zaprosić na
randkę, miała bowiem bardzo precyzyjny pomysł na swoje życie. Nie
zakładała szybkiego zamążpójścia, odsuwała randki na później. Najpierw
studia, praca i dopiero wtedy może pomyśli o amorach. Eka pragnęła żyć
jak kobiety na zachodzie Europy, choć czasem brakowało jej determinacji.
Łapała się na tym, że spojrzenie młodego mężczyzny działało na nią w jakiś nieznany do tej pory sposób i gdy wieczorem leżała w łóżku,
zamiast o architekturze rozmyślała o przystojnym chłopaku. A wtedy
zawsze oblewała ją fala gorąca, ściskało w brzuchu, serce zaczynało
łomotać jak po biegu. Za to Guram od dziecka karmiony był opowieściami o szczęśliwej miłości swoich rodziców, o gruzińskich tradycjach, o rodzinnych zwyczajach, o przodkach walczących w obronie wolnej Gruzji,
miał więc zupełnie inny plan na życie niż młoda sprzedawczyni.
Po kilku miesiącach wizyt w piekarni i daremnego zapraszania dziewczyny
na spacer postanowił podjąć bardziej zdecydowane działania. Pewnego dnia
pojawił się elegancko ubrany, jakby właśnie wracał z cerkwi. Miał na
sobie białą koszulę i ciemne spodnie, a przez ramię nonszalancko
przerzuconą czarną skórzaną ramoneskę. Eka jednak od razu zauważyła, że
musiał tego popołudnia wypić więcej czaczy2 niż zwykle. Chłopak
był bardzo pobudzony, jakby się czymś denerwował. Kupił bubliki z makiem, z sezamem i bez dodatków, po dziesięć sztuk każdego rodzaju.
Wziął również kilka puri i dwa rodzaje bułek, jakby szykował wystawną
suprę3.
- Pomożesz mi to zanieść do samochodu? - spytał, dziwnie wesół.
Uśmiechał się od ucha do ucha. Miał rumiane policzki, zwichrzone włosy.
Eka przyznała w myślach, że mężczyzna był przystojny. Podobały się jej
jego zawadiacki uśmiech, czarne niczym węgle oczy, oliwkowa skóra.
Lubiła, gdy przychodził do sklepiku, bo zawsze miał dla niej miłe słowo.
Potrafił ją rozbawić, ale też poruszyć w niej jakąś niewidzialną siłę,
która potem nie dawała zasnąć. Kiedy tylko Eka zamykała powieki, zawsze
widziała przed sobą roześmiane oczy Gurama. Nie chciała jednak dopuścić
do siebie myśli, że się w nim zadurzyła. Uparcie odmawiała mu
zaproszenia na spacer czy kawę, choć czuła, że za każdym razem robiła to
mniej stanowczo. I gdy pewnego tygodnia ani razu nie poprosił o spotkanie, była ogromnie rozczarowana, wystraszyła się nawet, że może
jutro go nie zobaczy. Kiedy wyznała swoje uczucia siostrze, ta zaśmiała
się, po czym stuknęła Ekę w czoło.
- Głupia! Ty się zakochałaś - oznajmiła jej Tamari, ale ona kręciła
głową, próbując odgonić od siebie tę myśl. Przecież tego nie było w jej
planach!
- Nie... - zaprzeczyła, choć niezbyt zdecydowanie.
Ece przecież podobało się w Guramie wszystko, nawet ten pociągający
mrok, jaki nosił w sobie, a którego nie potrafiła nazwać, miała jednak
wrażenie, że krył się w ciemnych oczach, w spojrzeniu, w ruchu rąk, a nawet w uśmiechu. Czaił się za rogiem, trzymany w tajemnicy niczym pies
na krótkiej smyczy. Lubiła spontaniczność mężczyzny i jego poczucie
humoru. Łapała się na tym, że jeżeli nie pojawił się do południa w środę, to spoglądała w okno, wypatrując jego sylwetki. Naprzeciwko
piekarni stał dom o drewnianej konstrukcji, nieco rachitycznej,
nietrzymającej już pionu, pomalowany w czasach świetności na bladożółto,
gdzieniegdzie łuszczyła się jeszcze farba. Przed nim znajdowała się
ławeczka, na której chłopak czasami przysiadał z przyjacielem. Spędzali
tak godzinę lub dwie, obserwując krzątającą się za ladą Ekę. Początkowo
ją to krępowało, czuła się nieswojo, wciąż podglądana, ale kiedy ławka
przez cały dzień stała pusta lub siadali na niej starzy mężczyźni z sąsiedztwa, nieoczekiwanie zalewała ją fala smutku. Ganiła się potem za
ten sentymentalizm i udawała, że nic a nic nie obchodzi ją bezczelny
młodzik.
- Nie dasz sobie rady z zakupami? - spytała, bo za Guramem do sklepu
piekarni weszło kilku innych klientów.
- Nie, bardzo cię proszę. Nigdy wcześniej cię o to nie prosiłem, raz
możesz coś dla mnie zrobić.
Spojrzał jej głęboko w oczy, aż ją przeszły dreszcze.
Z zaplecza wyszedł Tigran. Szpakowaty mężczyzna uśmiechnął się do
dziewczyny i zachęcił ją ruchem ręki, by pomogła chłopakowi, a sam
zaczął rozmowę z klientami. Eka wzruszyła ramionami, chwyciła papierową
torbę z puri, drugą z bułkami i wyszła na zewnątrz, gdzie zauważyła
czarne BMW. Nic szczególnego nie przykuło jej uwagi, na ulicach miasta
jeździło mnóstwo takich aut. BMW było ukochaną marką Gruzinów i koniecznie musiało być czarne, jakby dopasowywali je do koloru oczu.
Nagle jednak drzwi auta się otworzyły, a z wnętrza wyskoczyło dwóch
młodzieńców. Bez ostrzeżenia chwycili dziewczynę pod ręce i siłą
wciągnęli do środka.
- Nie! Nie! - krzyczała, próbując się bronić, ale silne ramiona mężczyzn
nie pozwalały jej wyskoczyć z rozpędzającego się właśnie samochodu. -
Proszę, nie! - Eka się rozpłakała, bo właśnie zrozumiała szatański
pomysł Gurama i wpadła w panikę, nie tak miało wyglądać jej życie. Serce
waliło jej jak oszalałe, a ciałem wstrząsały dreszcze. Rozpaczliwie
szukała po kieszeniach telefonu, ale zostawiła go pod ladą. Nie miała
jak wezwać braci na pomoc. - Wypuść mnie... - szeptała, ale Guram,
siedzący w fotelu obok kierowcy, spoglądał na nią z szerokim uśmiechem.
Tradycji stało się zadość. Za radą ojca wybrał sobie żonę idealną. Eka
Dzawanszwili pochodziła z dobrego, choć bardzo skromnego gruzińskiego
domu, była piękna, mądra i młoda, a taka miała być matka jego przyszłych
dzieci. Szczerzył się więc do niej, wyobrażając sobie ich wspólne
szczęście, choć dziewczyna go wyzywała: - Głupi jesteś! Bajek się
naczytałeś! Wypuść mnie natychmiast, bo jak tylko wysiądę z tego auta,
to przyrzekam, że cię zdzielę w pysk! Guram! To nie średniowiecze!
Zatrzymajcie samochód!
Wszyscy mężczyźni w aucie parsknęli śmiechem. Byli pewni, że dziewczyna
się przekomarza. A Eką faktycznie targały sprzeczne emocje, co jeszcze
bardziej ją rozwścieczało. Wolałaby mieć jasność, że nie chce Gurama,
ale jej serce jak na złość szeptało zupełnie coś innego. Chciała go i nie chciała, bo nie tak zaplanowała swoje życie.
Po półgodzinie dotarli w okolice najstarszej części miasta, gdzie w jednym z mieszkań dwukondygnacyjnego, pomalowanego na niebiesko domu,
czekała reprezentacja rodu Gelaszwiliczów w towarzystwie sąsiadów. Nie
było szans, by Eka uciekła, zresztą nawet nie próbowała, po prostu
poddała się przestarzałej tradycji. Wprowadzono ją do środka wśród
okrzyków radości. Dziewczyna nie mogła się jeszcze zdecydować, co czuła,
bo wystarczało, że spoglądała na rozanieloną twarz Gurama, a serce jej
miękło i nieznane jej ciepło rozlewało się po ciele. Rima złapała ją za
rękę, kazała wszystkim iść do pokoju, a pannę wprowadziła do kuchni.
- Siadaj i nie becz - powiedziała ostro, ale szybko dodała już zupełnie
łagodnie: - Zrobię ci kawę, bardzo słodką, bo cukier dobry na smutki. Od
razu ci się humor poprawi. Nie ma co lać łez.
- Muszę wracać do domu, nie mogę tu zostać - jęknęła Eka, ocierając
twarz chusteczką.
- Przecież wrócisz, włos z głowy ci tu nie spadnie, widzisz, że jestem
przy tobie, skrzywdzić cię nie dam - odparła starsza kobieta i postawiła
przed dziewczyną niewielki kubek z ciemnym napojem. Potem usiadła obok
niej. - Najpierw się napij.
- Dziękuję - szepnęła. Chwyciła naczynie i próbowała upić łyk, by zrobić
Rimie przyjemność, ale kawa była zbyt gorąca, niemal gęsta od cukru.
Spojrzała staruszce w oczy, widziała w nich zdecydowanie i hardość, ale
też jakąś łagodność i dobroć. Rozejrzała się po niewielkiej kuchni.
Poczuła przyjemne dla nosa zapachy, jakby nagle znalazła się w domu
swojej babci.
- Wszystko się ułoży, zobaczysz. Guram wybrał cię na żonę, to dobry
chłopak, trzeba, żeby się ustatkował, założył rodzinę.
- To jakieś wariactwo z tym porwaniem, przecież nikt już tak nie robi -
jęknęła. Może gdzieś na wsi ktoś jeszcze kultywował dawne tradycje, ale
przecież nie w stolicy!
- Oj, tam! - Rima machnęła ręką. - Dobrze wam razem będzie, zamieszkacie
z nami. On po szkole samochodowej, zarobi na was i na dzieci.
- Ja nie chcę jeszcze dzieci, chciałam iść na studia...
- Po co ci studia? Do rodzenia i wychowywania dzieciaków niepotrzebne. A my jesteśmy dobrą rodziną, z tradycjami.
- Widzę właśnie te tradycje...
- Nie narzekaj, mogłaś trafić gorzej. Pij, pij kawę, dobrze ci to zrobi.
A jak już bardzo chcesz się uczyć, to porodzisz dzieci i może nadarzy
się okazja, to jeszcze na studia pójdziesz. Znam jedną taką, której się
udało. Tobie też może. Widzę, że uparta jesteś, może jeszcze bardzo
młoda, nieświadoma swojej mocy, ale uwierz mi, nabierzesz odwagi, żeby
stawiać na swoim. Zhardziejesz, ja to wiem - dodała, wbijając spojrzenie
w młódkę. - Widzę to w twoich oczach, a ja rzadko kiedy się mylę.
Eka pociągnęła kilka razy nosem, ponownie przetarła twarz.
- Myślicie, że Guram by pozwolił?
- A co ma nie pozwolić? Dogadacie się jakoś. Porwał cię zgodnie ze starą
tradycją, on ma dobre serce. Ja nie jestem głupia, widzę, że czasy się
zmieniają, dla kobiet również, ale życie jest życie, ktoś musi dawać mu
początek. Podoba ci się mój wnuk?
Eka się zarumieniła, bo nigdy nie wypowiedziała tego głośno nawet sama
przed sobą.
- Tak... podoba... lubię go...
- No i sama widzisz. Po co więc czekać?
Staruszka nagle wstała z krzesła i krzyknęła na Gurama. Pojawił się w kuchni bardzo szybko, jakby czekał na znak od babki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki