1.
Kinga Śliwkiewicz od dzieciństwa zwana Śliwą zmarszczyła czoło i obróciła w dłoni papier. Spojrzała nań przez światło z żyrandola, jakby szukała znaków wodnych, obwąchała i z miną wyrażającą ni to zdumienie, ni to obrzydzenie odłożyła na niski stolik obok talerza z delicjami.
- Co to niby, kurde, ma być? - spytała, wlepiając w przyjaciółkę lazurowe oczy, piękne i fascynujące jak śródziemnomorskie wybrzeże.
- List. Korespondencja. Epistoła, jeśli wolisz. Przyszło poleconym. W skrzynce miałam awizo. Musiałam dymać w piątek na pocztę i odstać pół godziny w kolejce jak po paczkę z AliExpress. Myślałam, że to prezent na mikołajki dla Neli. Zamówiłam i jakoś skubany nie przychodzi - odpowiedziała równie skołowana Lilianna Grodzka i rozlała czerwone wino do dwóch monstrualnych lampek. Były tak duże, że zmieściła się w nich niemal cała zawartość butelki.
- Że korespondencja, to zrozumiałam. Nie mów do mnie jak do debila. Wszystko okej, ale na papierze? Nawet banki, gazownia i zakład energetyczny wysyłają maile. Ekofaktury za telefon, elektroniczne harmonogramy spłat kredytu i monity, jeśli zapomnisz o ratach. Wszystko płynie przez internet. Skrzynki na listy rdzewieją na bramach. Ludzie listy piszą to historia. Piosenka Skaldów się zdezaktualizowała.
- Nieprawda. Policja wysyła wezwania pocztą. Sądy i komornicy też.
- To nie wygląda na pismo urzędowe - mruknęła Śliwa, odsuwając kartkę jak najdalej od siebie, jakby się bała, że papier wybuchnie. - Perfumowana papeteria, tłoczony wzór w cholerne różyczki tak różowe, że aż zęby bolą, i do tego ewidentnie atrament. Myślisz, że nadawca wyrwał pióro z tyłka gęsi i maczał je w kałamarzu?
Lilka popukała się palcem w czoło i upiła łyk wina. Półwytrawne, chilijskie, ulubione. Lekkie, delikatne, wyraźnie owocowe z wyczuwalną nutką borówek i jeżyn. Żadnych ekstrawagancji. Zaledwie dwadzieścia dwa pięćdziesiąt w osiedlowym markecie, a ile radości! Nie przywykła do bardziej ekskluzywnych trunków. Nie gnała za luksusem jak pies za sperką. Umiała cieszyć się z chwil i drobiazgów, wierząc, że to one składają się na poczucie spełnienia i szczęścia. Łatają codzienność raz po raz rozpruwaną i dziurawioną przez pecha, ludzką złośliwość, bezwzględność lub zwyczajną głupotę. Przyszywają do twarzy uśmiech, gdy jest najbardziej potrzebny. Chronią podczas siarczystych zim jak puchowy kombinezon himalaistę i pasują do każdego nastroju. W życiu piękne są tylko chwile - podśpiewywała Lilianna Grodzka co dzień pod prysznicem razem z Ryśkiem Riedlem. Z takim mottem łatwiej żyć.
Sięgnęła po list i przez chwilę przyglądała się równiutkim rzędom liter.
- Nadawczyni, nie nadawca. Podpis wskazuje jednoznacznie, z kim mamy do czynienia. Założę się o kolejną butelkę, że użyła wiecznego pióra. Zbyt czysto to wygląda jak na wydrapywanie gęsim. Pięknie wykaligrafowane. Czyta się równie wygodnie jak druk. Mistrzostwo! W życiu tak nie pisałam, nawet w szkole. A ty to już w ogóle bazgroliłaś, jakbyś miała w planach medyczną karierę.
Kinga zignorowała przytyk. Wzruszyła ramionami, poprawiła pchającą się do oczu czarną jak noc grzywkę i sięgnęła po ciastko. Wygryzła ze środka malinową galaretkę, a biszkopt lekceważąco odłożyła na talerzyk.
- Myślisz, że ona sobie stroi żarty? Na kopercie stempel jak byk. Raczej prawdziwy. Znasz kogoś z Łodzi?
- Coś ty. W życiu tam nie byłam. Nie porzucaj okaleczonych delicji! Nela zobaczy i zacznie robić to samo. Wiecznie cię papuguje we wszystkim. Jesteś jej największym autorytetem.
- Wie, kogo warto naśladować - burknęła Śliwa i posłusznie wepchnęła resztę ciastka do ust, po czym dokładnie oblizała palce. - Idźmy tropem podpisu. Kto to jest cioteczna babcia? Jakiś tajemniczy twór. Matka ciotki czy całkiem inne dziwo?
- Babcia Janka miała siostrę... - oznajmiła Lilka w nagłym zamyśleniu, nie zważając na pobrzmiewający w słowach przyjaciółki sarkazm.
- Nie pasuje. Nazywała się Grodzka, nie Jezierska.
- A z domu Bodecka. I co z tego? Obie wyszły za mąż, nazwiska im się pozmieniały. Ludzka rzecz.
Kinga przewróciła oczami i teatralnie westchnęła. Lubiła efektowne gesty i nadmierną ekspresję. Tym sposobem dawała upust nieujarzmionemu temperamentowi. Podniosła się z sofy, stanęła w drzwiach balkonowych i zabębniła palcami w szybę.
Panowały ciemności. Wiedziała, że niewiele traci. Z balkonu roztaczał się umiarkowanie porywający widok. Zwyczajne blokowisko: szare i ponure wieżowce, wyliniałe trawniki i rachityczne, chylące się ku ziemi drzewa. Aż ciężko uwierzyć, że tuż obok, dosłownie kilka kilometrów dalej, rozciąga się Wigierski Park Narodowy, a za nim Puszcza Augustowska, jeden z największych kompleksów leśnych w kraju.
- Nie wyjdziesz na dymka. - Usłyszała zza pleców. - Przypominam ci, że rzuciłaś to świństwo dla Adama.
- Głupiaś - odszczeknęła Kinga. - Dla siebie rzuciłam. Z uwagi na płuca, biel uzębienia i nieskazitelność młodej skóry. Żaden facet nie jest wart takich poświęceń, nawet Adaś.
- Niech ci będzie. Na jedno wychodzi. Możesz nie wybijać mi szyby pazurami, tylko skupić się jeszcze przez moment? Myślisz, że ta Apolonia pisze na serio?
- Że ofiarowuje ci dom w testamencie? Być może. A z domem zadłużoną hipotekę, kilka egzekucji na koncie i ze dwa trupy w szafie. Otrząśnij się! Ludziom majątki nie spadają z nieba. Wkręca cię - zawyrokowała Kinga gorzko, pociągnęła potężny łyk z kieliszka i zakrztusiła się jak ostatnia pierdoła. Parskała i pluła dookoła, pstrząc wszelkie powierzchnie czerwonymi plackami.
Kwadrans później, gdy sprały plamy od wina z bluzki, spodni, sofy i dywanu, zdołały wrócić do zasadniczego tematu spotkania.
- Dotknęło mnie czyjeś świąteczne wariactwo - wysunęła tezę Lilianna. - Nic z tego nie rozumiem.
- Moim zdaniem sprawa podejrzanie śmierdzi. Testament otwiera się po czyjejś śmierci. Wcześniej nikt nie wie, co jest w nim zapisane, a ta kobieta przecież żyje.
Lilka spojrzała na przyjaciółkę z politowaniem. Wstała, przeszła do kuchennego aneksu i uchyliła zmywarkę, która właśnie zakończyła pracę.
Buchnęła para, przesłaniając Grodzkiej widok na cokolwiek. Cierpliwie wytarła szkła okularów o materiał bluzki i sięgnęła po pomyte naczynia, by pochować je na właściwe miejsca. Pilnowała porządku w kuchni. "W uczuciach masz bałagan, to chociaż w domu powinno być czysto" - mawiała babcia Janka, a wnuczka trzymała się jej wytycznych.
- Jak to nikt nie wie? Gdybyś napisała testament, nie wiedziałabyś, co w nim jest?
- Gdybym podczas pisania była bardzo nawalona...
- Jesteś nienormalna. Po tobie wszystkiego się można spodziewać. Ale to moja krewna. My mamy zwyczajne, ludzkie geny.
- Poczułaś rodzinne flow? Nadajecie na tych samych falach? Też uważasz Suwałki za biegun zimna? Dobrze, że ci nie przysłała kufajki i walonek, żebyś nie marzła wieczorami.
- Czepiasz się. Kiedyś powszechnie tak uważano, a dane meteorologiczne nawet to potwierdzały. Sprawa się przedawniła. Obecnie najzimniejsze odnotowane punkty kraju kryją się w okolicy Siedlec i gdzieś w Górach Izerskich, nie pamiętam dokładnie, w którym miejscu. Przeciętny mieszkaniec środkowej Polski nie musi o tym wiedzieć.
- Ona nie wygląda na przeciętną.
- Fakt. Niezły oryginał. Tylko co ja mam teraz zrobić z tym listem? - podsumowała Grodzka. Wstawiła do szafki ostatnie dwa kubki i oparła się plecami o bufet.
- Olać - zasugerowała Kinga i wrzuciła byle jak do wciąż uchylonej zmywarki puste kieliszki. Następnie otrzepała ręce jak po ciężkiej pracy i zniknęła za drzwiami łazienki.
Lilka wyjęła obie lampki, opłukała nad zlewem i starannie wysuszyła ściereczką. Schowała do podświetlanej witrynki na szkło. Usiadła na sofie z podwiniętymi nogami, ręce skrzyżowała na piersiach i popadła w zadumę. Wlepiła wzrok w czarno-białe zdjęcie babci Janki wiszące na ścianie od niepamiętnych czasów. Obie miały w tym momencie identyczne miny i nieobecny wzrok. Babcia trzymała w jednej ręce bukiet, a drugą przyciskała do głowy słomkowy kapelusz, który usiłował wraz z wiatrem odlecieć w tajemniczą dal. Wnuczka zmrużyła oczy za szerokimi okularami. Zsunęły się nieco z nosa i nadały drobnej, dość dziecinnej twarzy belferski wyraz. Specjalnie wybrała oprawki, które dodawały jej choć odrobinę powagi. Skończyła trzydzieści lat, a z daleka wyglądała na siksę z ostatnich klas podstawówki. Gdy stawała na palcach, od biedy osiągała metr sześćdziesiąt wzrostu. Proste popielate włosy w najbanalniejszym odcieniu zwykle związywała w wygodny kucyk. Maleńkie stopy sprawiały jej od czasów liceum mnóstwo problemów, bo kupienie szpilek lub eleganckich kozaków w rozmiarze trzydzieści pięć graniczyło z cudem, a wybieranie sobie butów na dziale dziecięcym ogromnie ją irytowało. Już bez tego zdarzały się sytuacje, gdy ludzie traktowali ją jak gówniarę, lekceważąc jej PESEL. Gdzie się nie obróciła, trafiał się cwaniak, który próbował rozstawiać ją po kątach lub robić w balona. I proszę bardzo, znowu ktoś postanowił z niej zakpić, wysyłając ten bzdurny list. Cholera, może i jest nieduża, ale przecież nie naiwna!
Spróbowała wygrzebać z pamięci wszystko, co wiedziała o rodzinie. Kiedy była nastolatką, zanudzały ją te babcine opowieści sprzed lat. Słuchała piąte przez dziesiąte, myśląc głównie o tym, by wycyganić od staruszki ze dwie dychy i pobiec ze Śliwą do kina. Jakieś okruchy wspomnień utkwiły jej jednak w przestrzeni między uszami, bo istnienie Apolonii jej nie zaskoczyło. Coś poróżniło dwie siostry, rozdzieliło na kilkadziesiąt lat albo na jeszcze dłużej, aż za kraniec życia. Czy był to potężny dramat, czy zwykłe nieporozumienie lub bzdura? Kto zawinił? Ktoś przecież musiał. Może obie? Takie rozstania zdarzają się zwykle w następstwie krzywdy, a krzywda zawsze ma źródło w człowieku.
- Idę! - Dotarło do Lilianny spod drzwi wejściowych.
Zerwała się i podreptała do przedpokoju.
- Już? Dopiero dwudziesta trzecia. Nie pomogłaś mi za bardzo.
- Jak to nie? Powiedziałam, żebyś to olała. Oczywiście jeśli chcesz, możesz urządzić sobie wycieczkę do Łodzi. Chętnie zostanę z Nelą. Tylko błagam: między świętami a sylwestrem, bo teraz mam od cholery zajęć. Jutro bladym świtem jadę do Olsztyna - tłumaczyła Kinga, wciągając długie kozaki na jeszcze dłuższe łydki. - Muszę się tam stawić na dziewiątą. Nie wiem, jak tego dokonam.
- Wstaniesz przed pianiem koguta.
- Albo wcale się nie położę. Wolę podziwiać brzask od wieczornej strony.
Obejrzała się w lustrze, omotała szyję szalikiem i pociągnęła usta pomadką. Z zadowoleniem uśmiechnęła się do swojego odbicia, uznając je za niezwykle apetyczne. Zapewne pomogło jej w tym wino. Być może też rzucenie fajek. Nieważne. Cieszyła oczy swoje i cudze. Także Adasia. Najchętniej jego, zwłaszcza że czekał pod blokiem w samochodzie, by odtransportować ją do łóżka.
- Długo planujesz wojażować?
- Trzy dni. Potem ostro przysiądę z robotą. Mam do machnięcia kilka projektów na cito. Muszę się wyrobić przed świętami. Wpadnę do was dopiero w przyszły weekend.
Kinga zajmowała się grafiką reklamową. Współpracowała z kilkoma firmami, projektując plakaty, banery, a także reklamy na stronach internetowych. Każde zlecenie paliło jej się w rękach, zawsze potrzebne na wczoraj. Śliwa karmiła się atmosferą deadline'u niczym chlebem powszednim. Kochała życie na wysokich obrotach i nie zamierzała zwalniać.
- Okej, tylko nie zapadnij się pod ziemię. Dzwoń.
- Dzwoń, dzwoń, dzwoń, dzwoneczku - zaintonowała Kinga i mocno uścisnęła Lilkę. - Ucałuj mojego ulubionego skrzata. Nie będę już do niej włazić, bo jeszcze się obudzi.
Przeskoczyła przez próg i zrzuciła połą płaszcza marketowe gazetki z etażerki. Zatrzasnęła drzwi, nie licząc się z późną porą i niewątpliwie śpiącymi mieszkańcami bloku. Po klatce schodowej poniósł się szybki i zdecydowany stukot obcasów.
Grodzka westchnęła, zasunęła starannie rygiel i zabrała się do wieczornych rytuałów wykonywanych zawsze w tej samej kolejności. Schowała talerzyk z delicjami, pościeliła sofę do spania, umyła się, pogasiła światła i po ciemku weszła na palcach do drugiego pokoju.
W dziecięcym łóżeczku pod kolorową pościelą z podobizną wielkiego czerwonego psa z kreskówki leżała maleńka istotka. Największa miłość Lilianny i centralny punkt jej życia. Źródło radości, dumy i nieustannej troski - czteroletnia Nela. Matka nie potrafiła zasnąć, nim na nią nie popatrzyła, nie sprawdziła, czy kołdra się aby nie zsunęła, czy czoło jest suche i chłodne, czy dziewczynka spokojnie oddycha. Nie zastanawiała się, czy powinna i czy tak trzeba. Nie próbowała córce tym niczego wynagradzać. To ludzka sprawa, nie nadmierna troska, zwykły gest. Każdy przeciętny rodzic to robi, nie tylko taki, który dźwiga ciężar wychowania małego człowieka sam, i nie tylko taki, któremu trafiło się niezwykłe, szczególne dziecko. Jak mówi statystyka - jedno na dwadzieścia pięć tysięcy. Tak, Nela była wyjątkowa i choć Lilka w wielu kwestiach starała się ją traktować normalnie, jak typowego przedszkolaka, musiała przyznać, że los rzucił jej w ramiona nader odpowiedzialne wyzwanie. Wcale nie ciężkie. Leciutkie jak piórko, lecz chwilami potwornie trudne. Może najtrudniejsze w całym jej życiu, jednak warte wysiłku, nieprzespanych nocy, wiecznego braku pieniędzy, zepchniętej na boczny tor kariery i wszystkich wypłakanych łez. Po prostu warte miłości.