Przedmowa
Są takie książki, które od pierwszych stron nie tylko opowiadają historię, ale od razu przejmują władzę nad wyobraźnią czytelnika. Wchodzą pod skórę. Zostawiają w człowieku osobliwy rodzaj chłodu, który nie ma nic wspólnego z temperaturą powietrza, lecz z rozpoznaniem, że oto obcuje się z opowieścią dotykającą rzeczy pierwotnych: lęku, winy, głodu, pamięci i milczenia. "Pod Tatrami" należy właśnie do tego rzadkiego gatunku powieści, które są jednocześnie pełnokrwistym thrillerem, znakomitym kryminałem psychologicznym i przejmującą rozprawą o ciemnej stronie człowieka.
To książka zbudowana na niezwykle mocnym fundamencie: na kontraście. Z jednej strony mamy Tatry - ogromne, piękne, surowe, obojętne. Góry, które od pokoleń bywają w polskiej wyobraźni miejscem zachwytu, pielgrzymki, oczyszczenia i spotkania z absolutem. Z drugiej strony mamy ciasnotę starego domu, zamurowanego pieca, piwnic, szczelin, jaskiń, schowków i przewodów, którymi niesie się szmer dawnych głosów. Przestrzeń i klaustrofobia. Widok i mrok. Sacrum i rozpad. W tym właśnie napięciu rodzi się najgłębsza siła tej opowieści.
Najbardziej uderzające w tej powieści jest to, że nie poprzestaje ona na intrydze, choć sama intryga jest znakomita. Autor nie zadowala się prostą konstrukcją: oto śledztwo, oto tajemnica, oto odkrycie. Nie. Tu każde znalezisko odsłania kolejną warstwę winy, a każda odpowiedź rodzi nowe pytanie - nie tylko o fakty, ale przede wszystkim o granice prawa, lojalności, sprawiedliwości i człowieczeństwa. W tym sensie "Pod Tatrami" jest książką niepokojąco dojrzałą. Rozumie, że największy horror nie polega na krwi, lecz na moralnym wyborze. Nie na tym, co zrobił potwór, ale na tym, co robią ci, którzy go rozpoznają.
Centralna oś tej książki - spotkanie dwóch śledztw, oddzielonych czasem, ale połączonych krwią i pamięcią - została poprowadzona z dużą wyczuciem. Współczesna opowieść nie jest tylko echem dawnej sprawy. Ona z nią rozmawia, spiera się z nią, wchodzi z nią w konflikt. To bardzo pięknie pokazany motyw dziedziczenia nie tylko traumy, ale i sposobu patrzenia na świat. Matka i córka nie są tu lustrzanymi odbiciami. Są dwiema wersjami tej samej siły: pragnienia dojścia do prawdy, nawet jeśli prawda okazuje się cięższa od wszelkich kłamstw.
Szczególne uznanie należy się sposobowi, w jaki została tu sportretowana kobieca determinacja. Helena nie jest figurą pomnikową ani papierową "silną bohaterką". Jest wiarygodna właśnie dlatego, że jej siła nie ma w sobie nic efektownego. To nie jest heroizm teatralny. To jest heroizm biurowy, codzienny, cichy, zrodzony z uporu, kompetencji i samotności. Kobieta funkcjonująca w systemie zbudowanym przez mężczyzn i dla mężczyzn, zmuszona udowadniać dwa razy więcej, widzieć wyraźniej i pamiętać dłużej. Ta postać ma ciężar prawdziwego doświadczenia. Czuć w niej nie tylko literacki zamysł, ale i doskonałą intuicję psychologiczną.
Równie przekonująco wypada Dominika, która nie jest prostą kontynuatorką matki, ale kobietą współczesną - wypaloną, zmęczoną, profesjonalnie skuteczną, a zarazem emocjonalnie wyjałowioną przez rytm życia, jaki narzuca wielkomiejski wymiar sprawiedliwości. To, co spotyka ją pod Tatrami, nie jest więc tylko przygodą kryminalną. To także wejście w głąb siebie. W książce bardzo dobrze wybrzmiewa prawda, którą zna każdy, kto pracował z przemocą, śmiercią lub ludzkim cierpieniem: że nie ma czegoś takiego jak bezpieczny dystans. Każde śledztwo w końcu dotyka śledczego. Każda ciemność chce zostać rozpoznana, ale i zostawia na patrzącym swój ślad.
Osobny akapit należy się konstrukcji antagonisty. Powieściowi psychopaci bywają często przerysowani, zbyt efektowni, sztucznie "genialni" lub przeciwnie - pozbawieni tajemnicy, od razu jednowymiarowo odrażający. Tutaj jest inaczej. Ksiądz Klemens - czy raczej Wasyl Sorokin - został pomyślany i napisany jako postać naprawdę przerażająca, bo zarazem wiarygodna. Nie straszy krzykiem. Straszy opanowaniem. Nie jest demonem z legendy, lecz człowiekiem, który znakomicie rozumie mechanizmy zaufania. Wie, jak działa autorytet, religijny rytuał, wspólnota, samotność i wstyd. Wie, kogo wybrać. Wie, kiedy uderzyć. Wie, jak zniknąć. A nade wszystko - wie, jak używać języka świętości do osłaniania tego, co najbardziej potworne.
W tym miejscu dotykamy jednego z najbardziej śmiałych i najbardziej udanych wymiarów tej książki: jej warstwy teologicznej. Autor nie traktuje religii jako taniej dekoracji ani jako prostego rekwizytu grozy. Nie ma tu powierzchownego antyklerykalizmu, nie ma też łatwego moralizowania. Jest coś trudniejszego i znacznie ciekawszego: analiza religijnego wypaczenia. To znaczy takiego momentu, w którym symbol nie zostaje odrzucony, lecz przejęty przez obłęd. Wtedy święte słowa nie tracą znaczenia - przeciwnie, zostają odczytane z dosłownością tak makabryczną, że właśnie ona staje się sednem zbrodni. To zabieg niezwykle ryzykowny literacko, ale tutaj przeprowadzony z wyczuciem, inteligencją i mocą. Dzięki temu ta opowieść wykracza poza ramy kryminału i staje się medytacją nad tym, jak cienka bywa granica między sakramentem a profanacją, między rytuałem a dewiacją, między pragnieniem zbawienia a żądzą zawłaszczenia ciała.
Nie sposób też nie podkreślić znakomitego wyczucia miejsca. Tatry w tej książce nie są pocztówką. Nie są "ładnym tłem". Są bohaterem. Żyją własnym rytmem, własnym wiatrem, własną meteorologią lęku. Halny nie pełni tu roli ozdobnika folklorystycznego. Jest żywiołem psychicznym, uruchamiającym niepokój, bezsenność, drażliwość, rozpad porządku. Dom z kolei nie jest jedynie scenerią gotycką, lecz organizmem akustycznym i pamięciowym. To bardzo mocne literacko i zarazem bardzo zakorzenione w polskiej tradycji opisywania gór. Autor świetnie rozumie, że krajobraz nie jest w literaturze neutralny. Każdy teren ma swoją psychologię. Tatry mają psychologię surowości, obcości i skrywania.
Wielką zaletą tej książki jest również język. Jest gęsty, ale nie ciężki. Przystępny, ale nie banalny. Tam, gdzie trzeba, potrafi być oszczędny i chłodny jak protokół sekcji zwłok. Gdzie indziej - niemal poetycki, choć nigdy pretensjonalny. W opisach domu, ciemności, wiatru i gór czuć rękę autora, który rozumie zarówno reportażowy konkret, jak i metafizyczny ciężar szczegółu. To właśnie dzięki temu czytelnik nie tylko "wie", co się dzieje, ale niemal fizycznie doświadcza tej historii: chłodu kafli, smaku pyłu, zapachu starego drewna, oddechu zamkniętego za murem powietrza.
Warto zwrócić uwagę także na to, jak dobrze poprowadzony został wątek małżeński. Dominika i Mateusz nie są schematyczną parą z thrillera, w której kryzys służy jedynie do generowania napięcia. Ich relacja jest prawdziwa, dojrzała i subtelnie rozpisana. To nie romans ratuje tę historię i nie romans ją napędza. Napędza ją wspólne dźwiganie wiedzy. Współobecność wobec grozy. Małżeństwo nie zostaje tu uratowane przez sentymentalny zwrot, ale przez coś znacznie bardziej wiarygodnego: przez ciężar wspólnie uniesionej tajemnicy.
To wszystko sprawia, że "Pod Tatrami" można czytać na kilku poziomach. Jako wciągający thriller - i na tym poziomie książka działa znakomicie. Jako kryminał proceduralny - i tu również jest bardzo przekonująca. Jako opowieść psychologiczną o dziedziczeniu traumy, o wypaleniu, o bezsenności, o cieniu, jaki rzuca przemoc na tych, którzy ją badają. A także jako przypowieść o prawdzie, która bywa za ciężka dla instytucji, ale nie przestaje być prawdą tylko dlatego, że nikt nie chce jej przyjąć.
Jeśli więc szukają Państwo książki, która nie tylko trzyma w napięciu, ale też zmusza do myślenia; książki mrocznej, ale nie efekciarskiej; inteligentnej, lecz nie chłodnej; odważnej, a przy tym znakomicie zakorzenionej w polskiej przestrzeni kulturowej i geograficznej - ta powieść spełnia te oczekiwania z nadwyżką. To jeden z tych rzadkich utworów, po których zostaje nie tyle wspomnienie fabuły, ile stan wewnętrzny: mieszanina niepokoju, podziwu i zadumy.
A to, w literaturze, jest osiągnięciem najwyższej próby.
Proszę wejść do tego domu ostrożnie. Proszę słuchać ścian. Proszę nie lekceważyć halnego. I proszę pamiętać, że pod najpiękniejszym krajobrazem czasem kryje się to, czego człowiek najbardziej nie chce zobaczyć - ale co, raz zobaczone, zostaje z nim na zawsze.