Pod sztandarem miłości - Renata Czarnecka

Reflow text when sidebars are open.
Helena Radziwiłłowa mocno przeżyła upadek ostatniego kochanka, Jakoba Jefimowicza Sieversa. Po odwołaniu ambasadora miała kilka bezsennych nocy, a dnie spędziła zamknięta w buduarze. Rozmyślała o tym, co tak nieoczekiwanie się zdarzyło. Gdy w grudniu wracała do Warszawy, snuła szeroko zakrojone plany i w blasku chwały widziała przyszłość Radziwiłłów. A teraz niespodziewaną porażkę Jakoba, która spadła na nich wszystkich jak grom z jasnego nieba, musiała odchorować w samotności, w zaciszu buduaru, gdzie złoto kapało z sufitu, lustrzanych ram, foteli i sekreter, gdzie woale i aksamity przetykane złotą i srebrną nicią przyciągały wzrok soczystą czerwienią, a ściany ozdobione były portretami przodków i obrazami sielskiego życia na wsi, tonącej w zieleni traw i czerwieni polnych maków. Zbytek, który zwykle pieścił oczy księżnej i wyzwalał radość, teraz nie spełniał swej roli. Helena zdawała się go nie zauważać, zbyt dotknięta osobistą porażką, zdjęta bólem serca z powodu tak niefortunnych zdarzeń. Co się teraz stanie? Jaki będzie los ukochanej Christine, o której Sievers zdążył już napomknąć cesarzowej? Czy ta wyniosła imperatorowa o dobrodusznym uśmiechu i przenikliwym spojrzeniu bystrych oczu nie domyśla się, co mogło łączyć Helenę z jej ambasadorem? Mój Boże, przecież nie była w moim łóżku - uspokajała się Radziwiłłowa, ale czarne myśli jej nie opuszczały, że coś złego z tego może być, wszak przykład hrabiego Naryszkina dowodził, że teraz karty rozdaje Igelström. A więc tego człowieka należy się chwycić! - wpadła na trop, jakby odkryła drzwi, przez które może wyjść z podniesioną głową. Mimo że nie pałała do nowego ambasadora wielką sympatią, to zawsze okazywała mu szacunek, nieraz gościła w swoim domu, zapraszała do Nieborowa z kochanką. Nadskakiwała mu i była uprzejma. Czy teraz nie powinna śmiało wkroczyć do pałacu rosyjskiej ambasady, żeby pogratulować baronowi awansu? Tak też zrobi, niech tylko Sievers wyjedzie z Warszawy.
Tymczasem Jakob każdego dnia wyczekiwał na Radziwiłłową w nadziei, że przyjdzie i zechce go pożegnać. Może nawet powie parę słów, w których zadrga żal z powodu jego nagłego wyjazdu, z powodu tych niesprawiedliwości, jakie dosięgły go w zamian za dobre serce i trud sejmowych prac.
Nadszedł ostatni dzień przed wyjazdem. Było popołudnie. Sievers właśnie wrócił z pożegnalnego obiadu, który na jego cześć wydał Igelström. Nie miał chęci tam iść, lecz nie sposób było odmówić. Obiad, na którym byli rosyjscy oficjaliści, przebiegał w skupieniu i ciszy przerywanej jedynie co rusz przez Pawła Gawryłowicza Diwowa, który sypał anegdotami, jakby chciał rozweselić żałobne towarzystwo. I było w tym wiele racji - spotkanie przy stole ludzi, którzy dotąd zmierzali w tym samym kierunku, przypominało pożegnalną stypę wydaną na cześć zmarłego i ku jego pamięci. Odtąd będzie on jedynie zmarłym, o którym ktoś wspomni w czasie wypominków. Tymczasem Sievers, siedzący już nie na honorowym miejscu przy baronie, lecz znacznie dalej, pomiędzy Bułhakowem a Diwowem, wcale się nie odzywał, a pytany o cokolwiek, odpowiadał zdawkowo półsłówkami. Ukradkiem przyglądano mu się z uwagą i wnikliwością. Nie dziwiono się smętnej minie, twarzy pogrążonej w ponurych myślach. Oto wystawiono na pokaz jego hańbę, a na próbę jego cierpliwość i grzeczność. Jak długo wytrzyma dociekliwe spojrzenia Igelströma, jeszcze tak niedawno gotowego bić mu czołem, jak długo ścierpi półuśmieszki przepełnione triumfem i drwiną zarazem? Nie minęła godzina, a odszedł od stołu, przepraszając. Wytłumaczył się jutrzejszą podróżą, przed którą rad by nabrać sił i spakować swoje rzeczy.
- Drogi Jakobie Sievers - powiedział Igelström - od tego masz pan kamerdynerów.
- Wolę sam, pan wybaczy, baronie - odparł sucho, przeszywszy ambasadora świdrującym spojrzeniem wyblakłych oczu.
Baron nie zatrzymywał go i Jakob powrócił do swoich pokoi. Już z rana zaczął się pakować, lecz nie wiadomo dlaczego przerwał to i teraz wbił wzrok w otwarte kufry. Zaczął zbierać swoje osobiste rzeczy i pakować, jakby wraz z nimi zabierał bagaż doświadczeń i przeżyć, pośród których najwięcej było rozczarowań. Zresztą niewiele tego miał: parę osobistych drobiazgów, trochę garderoby, kilka książek. Nigdy nie był rozrzutny, a teraz, kiedy coraz bliżej mu było do śmierci, całkiem odrzucił zbytek, ciesząc się z drobnostek, rzeczy na pozór błahych - na pozór, gdyż dla niego każdy wypity kieliszek wina czy przeczytana książka smakowały lepiej i wbijały się w pamięć ze zdwojoną mocą.
Czas mijał, leniwie odmierzany przez poruszające się równo, rytmicznie wskazówki starego ściennego zegara. Z namaszczeniem zamknął wieko ostatniego kufra i pogładził tkliwie jego skórzany wierzch kuty żelazem. Już teraz, natychmiast, mógłby jechać, nie zważając na nadchodzący zmrok. Podszedł do okna i spoglądał w dal. Widział dachy magnackich pałaców i kamienic oraz kopuły kościołów pogrążające się w pierwszych mrokach. Nigdy by nie przypuszczał, że w lutym tego roku witany hukiem armat, teraz odjedzie jako człowiek potępiony, wróci do swojego domu jak na zesłanie. Nie takiego oczekiwał powrotu, nie w hańbie, lecz w blasku chwały, o którą przecież nigdy nie zabiegał, lecz zdążył poczuć jej smak. Gwiazda i Order Świętego Andrzeja od cesarzowej, od króla pruskiego Order Orła Czarnego - to wszystko mile łechtało jego ego i powodowało, że dążył do celu ze zdwojoną siłą, nabierał szorstkości i stanowczości. Widział cel, dla którego gotów był usuwać wszelkie przeszkody. W jednej chwili to wszystko straciło swój wymiar, głębię, zostało przekreślone pełnym gniewnych słów listem od cesarzowej Katarzyny. W uszach ciągle słyszał jej donośny lodowaty głos, jakże inny od tego sprzed roku. Tamten otulał go ciepłem i był dla niego drogowskazem. Teraz znalazł się na rozstaju dróg, lecz wyraźnie wskazują mu, którędy ma pójść - drogą hańby i potępienia, byle dalej od Petersburga, dalej od ludzkich oczu. Zaszyć się w wiejskim zaciszu, skryć i siedzieć cicho jak szczur, który wychodzi z nory jedynie po zmroku, żeby przemykać śmierdzącymi kanałami miasta oddającego się wszelkim plugastwom. Jego oczy się zaszkliły. Kilka łez potoczyło się po suchych policzkach. Otarł je ręką i pociągnął nosem. Przecież w dalekim Bauenhoff znajdzie się miejsce dla takiego starca jak ja - myślał, pragnąc tam, w zaciszu wiejskiej posiadłości, dokończyć żywota, mając u boku córki, zięciów i wnuki. Ale jakże spojrzę im w twarz? - Obawy cisnęły mu się do głowy. - Moje córki kochają mnie miłością wielką i bezgraniczną, lecz zięciowie? Czyż niełaska cesarzowej nie dotknie ich wszystkich przeze mnie? Przecież to wszystko już zaczęło się dziać - zatrwożył się. - W zasługach pominięto biednego Garona, męża Lisetty. Jak przełknąć taką ujmę? Jak z nią żyć? A czyż ja sam nie stałem się ofiarą gier Zubowów? I kogo to wszystko obchodzi?...
Jakob oderwał wzrok od okna i podszedł do lustra. Ręką poprawił perukę. Spoglądał na swoje lustrzane oblicze. Ostatnie noce były bezsenne i mocno zaznaczyły się na jego twarzy. Cera była blada, oczy podkrążone i zgasłe, a na ustach brakowało uśmiechu, jaki zwykł przywdziewać na twarz, a który znikał jedynie w chwilach głębokiej zadumy. Oderwał wzrok od lustra i usiadł za biurkiem. Sięgnął po pióro, umoczył je w atramencie i skreślił parę słów. Na tę chwilę jego twarz się ożywiła, dotąd blade policzki nabrały koloru, a oczy błysnęły nadzieją. Ciągle wierzył, że zdobył serce pięknej Heleny Radziwiłłowej nie dzięki swojej wysokiej pozycji, jaką jeszcze parę dni temu zajmował, lecz dzięki walorom ducha i ciała. Dlatego musiał do niej napisać. W sercu tliła się nadzieja, że ujrzy ją właśnie tego wieczoru, że wystarczy tylko dać jakiś znak, wykonać gest, powiedzieć parę słów, żeby przybyła. Kiedy skończył, wezwał lokaja, któremu przykazał natychmiast zanieść bilet do pałacu Radziwiłłów i oddać do rąk księżnej wojewodziny wileńskiej.
Helena tkwiła w buduarze i od kilku dni nie wychodziła z łóżka. Tutaj przynoszono jej śniadania i obiady. Nie chciała kolacji, jadła niewiele, co mocno zaniepokoiło jej małżonka, który radził wezwać lekarza. Radziwiłłowa uspokajała go, że to przejściowe dolegliwości, może to nawet kobiece przekwitanie daje znać o sobie. W końcu skończyła już czterdzieści lat. Właśnie w podobnym wieku kobiety wchodzą w najgorszy okres swojego życia, który odbiera im płodność, a w ramiona zamiast kochanka wpycha rozwrzeszczane wnuki. Książę uwierzył w to z łatwością - może dlatego, że z natury nie był dociekliwy, a słowa żony zwykł przyjmować za pewnik: skoro tak mówi, to tak jest, nie inaczej. Nie ma co roztrząsać kobiecych słów, rozterek i chorób. Ucałował jej dłonie, kazał dużo odpoczywać, myśleć o rzeczach przyjemnych, i wyszedł. Pozostawił ją posępną i zdruzgotaną, gotową nawet uwierzyć we własne słowa, które przecież miały być jedynie wybiegiem, żeby pozbyć się małżonka, wytłumaczyć jej chwiejny nastrój, wszelką podłość i nieczułość względem najbliższych.
- Co ja wygaduję! - rzuciła, ledwo drzwi zamknęły się za księciem Michałem. Sięgnęła po owalne lustro z szuflady stolika i spojrzała na swoje odbicie. Nie była zadowolona z tego, co tam ujrzała. Nieprzespane noce mocno przygasiły jej urodę, oczy pozbawione były blasku, a cera, zamiast promienieć, była szara. Usta wydęte i matowe nie mogły przyciągać pożądliwych spojrzeń.
- Wyglądam jak stara ropucha - powiedziała z rozpaczą. - Oto co bezsenność i kłopoty robią z kobietą.
Jej myśli rozproszyła służąca, która przyniosła bilet od Sieversa. Helena natychmiast ją odesłała i otworzywszy list, czytała w napięciu.
Księżno, jutro z rana wyjeżdżam z Warszawy. Czuję się samotny i opuszczony przez przyjaciół, chociaż sytuacja, w jakiej znalazłem się nieoczekiwanie, pokazała, że nigdy ich nie miałem. Zabieram ze sobą kilka krzewów różanych w donicach i caprifolium, które podarowała mi Pani wiosną - będą mi przypominać miłe chwile spędzone w Warszawie i w Grodnie. Tak, droga księżno, tylko chwile smakują najmocniej, gdyż stanowią jedynie ułamek naszego życia, za to zapadają w naszą pamięć i w serce po stokroć mocniej niż godziny i dni wypełnione szczęściem. Pragnę pozostać w Pani dobrej pamięci. Kłaniam się i całuję ręce
Jakob Sievers
- Jutro odjeżdża... - powiedziała głośno, jakby chciała usłyszeć swój głos, i zamyśliła się. Jej głowę zaprzątały dziesiątki myśli, a jedna wyprzedzała kolejną. - On na mnie czeka, biedny człowiek... Jest przekonany, że przyjdę...
Helena zerwała się z łóżka i usiadła przed wielkim lustrem, w którego toni widziała swoje odbicie. Gdyby nie okoliczności, zapewne poszłaby do Sieversa, lecz w takiej sytuacji ona nie może narażać się na jakieś domysły, ironiczne uśmieszki czy pogardliwe, a jeszcze gorzej: litościwe spojrzenia rosyjskich oficjalistów. Oderwała się od sekretery, by krążyć po pokoju w zwiewnej dezabilce. Czuła na przemian to chłód, to uderzenia gorąca. Sięgnęła po wachlarz i wachlowała nim rozgrzane ciało. Zegar wybijał siódmą. Za oknami panował mrok.
- To zadziwiające - westchnęła i podeszła do lustra - a jeśli rzeczywiście to przekwitanie?... Boże drogi! - Jej twarz okryła się strachem tak wielkim, jakby za chwilę miała umrzeć. Ciągle wierzyła, a nawet była przekonana, że ma przed sobą z dziesięć lat kobiecości, uwodzenia mężczyzn, flirtów z nimi, czarowania urodą, a tu masz ci los! I jeszcze ten list od ministra. Myśli nie dawały wytchnienia. - A może napisać bilet, że jestem chora, to by usprawiedliwiło moją nieobecność. Nie, Sievers nie jest głupcem, nie uwierzy. Będzie podejrzewał, że to wykręt. Co tu robić...
Jutro wyjeżdżam z Warszawy. Ciągle słyszała jego głos, który nutą goryczy brzmiał w jej uszach. To daje nadzieję. Jutro skończą się jej katusze i poczuje się wolna. Wówczas zamknie za sobą bezpowrotnie przeszłość, żeby spoglądać w przyszłość. Odtąd tylko ona będzie się liczyć. Trzeba zapomnieć o Sieversie i pomyśleć o Christine. Ona jest teraz najważniejsza. Księżniczka Czetwertyńska na wiosnę wyjdzie za mąż, to już niedługo. Helena sama odwiezie córkę do Petersburga, a przy okazji pomówi z cesarzową. A tymczasem już teraz trzeba zabiegać o łaski Igelströma, tak jak postanowiła wcześniej. Tylko nie przez łóżko. Po pierwsze, Honorata Załuska całkiem omotała barona, chociaż przy najlepszych staraniach można by i ją odstawić na boczny tor. Helena była pewna, że potrafiłaby tego dokonać, ale ona za nic nie chciałaby zostać kochanką człowieka tak ponurego i zimnego jak baron Josif Igelström.
Tej nocy Helena długo nie mogła zasnąć. Dopiero nad ranem pogrążyła się w spokojnym i głębokim śnie, z którego przebudziła się przed południem. Widząc, że dochodzi jedenasta, natychmiast wezwała służbę z zamiarem posłania pokojowej, by rozeznała, czy Jakob Sievers odjechał z Warszawy. Służąca, młoda dziewczyna o zielonych oczach, odparła, że ambasador wyjechał o świcie, a jego wyjazd przyciągnął tłumy ludzi, którzy mimo wczesnej pory wylegli na ulice, to wystawali w oknach, żeby widzieć ambasadorski powóz otoczony zaledwie kilkoma kozakami, a w nim zdegradowanego ministra. Ale nikt go nie widział, bo okna karety były zasłonięte ciemnymi zasłonami, co dało Helenie do myślenia. Może to nie on! Może ktoś inny był w powozie, a tymczasem Sievers ciągle tkwi w pałacu ambasady! - dociekała. Głupiaś albo wariatka! - Helena odkryła niedorzeczność własnych posądzeń i zaraz jęła sobie tłumaczyć te zasłonięte okna karety. Przecież człowiek, który odjeżdża w niesławie, niechętnie pokazuje twarz, lecz przeciwnie, skrywa ją skrzętnie w mrokach nocy albo w karecie, albo jakimkolwiek innym sposobem, byle uchronić się od ludzkich spojrzeń. Gdy dziewczyna opowiadała, czym tego dnia żyła Warszawa, Radziwiłłowa najpierw poczuła jakieś przygnębienie i smutek, lecz zaraz ustąpił on radości. Żwawo wyskoczyła z łóżka i narzuciwszy na siebie jedwabny szlafrok ozdobiony tiulem i białym lekkim futerkiem u kołnierza i rękawów, usiadła do sekretery. Skreśliła parę słów, po czym poleciła służącej dostarczyć bilet niezwłocznie do pani Załuskiej. Gdy dziewczyna wyszła, Helena z płonącymi z wrażenia policzkami oczekiwała odpowiedzi z pałacu ambasady rosyjskiej. Chodziła od okna do okna, to zbliżała się do lustra, pełna obaw, czy tego wieczoru zostanie przyjęta przez panią Załuską. Jednocześnie targały nią gniew i duma. Ona, która tytułuje się księżną wojewodziną wileńską, musi zabiegać o łaski takiej kobiety jak Załuska, która nie ma tytułu książęcego i jest szarą płotką przy Helenie Radziwiłłowej. Do czego to doszło! Pukanie do drzwi rozproszyło jej myśli. Weszła służąca z listem od pani Załuskiej, który Helena natychmiast wyrwała z jej rąk i drżącą dłonią rozerwała bilet. Załuska odpowiedziała w grzecznych słowach, że serdecznie zaprasza księżnę do pałacu o każdej porze dnia, gdyż drzwi ambasady rosyjskiej są dla Radziwiłłów zawsze szeroko otwarte. Miła odpowiedź dobrze usposobiła Helenę, która zaraz wydała dyspozycje służbie, żeby przygotowała jej kąpiel, a na wieczór karmazynową suknię przetykaną złotogłowiem, i by zaraz zjawiła się u niej fryzjerka. Całe popołudnie upłynęło Radziwiłłowej na przygotowaniach do wyjścia w gości. Zresztą co tam Załuska, która chociaż jest młodsza od Heleny o kilkanaście lat, to wcale nie ładniejsza. Księżna uważała nawet, że nie ma w niej niczego pięknego. A więc co baron w niej widzi? Twarz Radziwiłłowej się zasępiła. Nie znała odpowiedzi. Może jest dobrą kochanką. Tylko to mogło wytłumaczyć opętanie, jakiemu uległ ów ponury i zimny mężczyzna.
Obiad księżna zjadła wraz z rodziną w jadalni. Helena była w dobrym humorze, nawet żartowała i miała apetyt, co bardzo ucieszyło księcia Michała. Widział, że żona wróciła do zdrowia. Także Christine ucieszyła się, że matka zeszła do nich, by wspólnie zjeść posiłek. Ale zaraz po obiedzie Radziwiłłowa uprzedziła rodzinę, żeby nie czekano na nią z podwieczorkiem, gdyż wybiera się do pani Załuskiej.
- Dobrze, kochana Leno - powiedział książę Radziwiłł, całując dłoń małżonki. - Oczywiście, że powinnaś iść, w ogóle powinnaś częściej wychodzić, aby odegnać smutki.
- Jakie smutki, kochany? - Wbiła w księcia baczne spojrzenie, a jej myśli zasnuły się czarnymi podejrzeniami. Może on wie, domyśla się, co ją łączyło z Sieversem. Nie jest głupcem, dlatego prędko odgadł przyczynę jej niedomagań, choroby, która nie w ciele ma swoje źródło, lecz w duszy.
Odzyskawszy rezon, Helena rzekła pewnym głosem, w którym wyczuć można było gorycz pod lodem zimnych słów:
- Jedynym smutkiem jest to, mój kochany mężu, że dotąd nie doczekaliśmy się małego księcia Dominika pod naszym dachem... choć nie, mylę się. Jeszcze większą troską jest to, że nasza Christine ciągle tkwi w Warszawie, zamiast lśnić niczym najjaśniejsza gwiazda na dworze petersburskim, a przypominam ci, że księżniczka osiągnęła już odpowiedni wiek, by wyjść za mąż.
- Na to jeszcze nie jest za późno, Leno. Zresztą wiesz, że wszystko wymaga czasu, i ten nieszczęsny Sievers, który był orędownikiem sprawy z Dominikiem... - odparł, schłodzony jej zimnym tonem.
- Dość długo czekałam! - oświadczyła, przerywając mu, choć chciał jeszcze coś powiedzieć. To wspomnienie Sieversa rozdygotało jej nerwy. Helena poderwała się na nogi i pomknęła do buduaru, żeby przygotować się do wyjścia. Jeszcze chwilę chodziła wzburzona po pokoju, pytając się w myślach, ile razy jeszcze usłyszy o tym człowieku, który miał być jej nadzieją, a zamiast tego może okazać się zgubą. Mój Boże - wzdychała - mieć przeszłość jak najdalej za sobą, zapomnieć, patrzeć już tylko w przyszłość. Nie da się... Na to potrzeba czasu, który przykurzy wspomnienia. Zegar wybijający piątą wyrwał księżnę z otchłani myśli. Zawołała służbę i zaczęła się ubierać. Dobrą godzinę spędziła na przygotowaniach do spotkania z panią Załuską. Ale przede wszystkim miała nadzieję widzieć się z baronem Igelströmem, któremu chciała pogratulować awansu. Księżna siedziała przed lustrem, a fryzjerka układała jej włosy, potem wpięła w szare kłosy kilka diamentów, po czym Radziwiłłowa sięgnęła po flakon perfum i skropiła nimi skraj sukni. Nuty różane, przełamane cynamonem i pomarańczą, wypełniły buduar. W tej chwili przyniesiono księżnej sukę, którą wcześniej wykąpano, potem wysuszono jej sierść miękkim ręcznikiem, a psi fryzjer ją ufryzował. Helena wyciągnęła z szuflady sekretarzyka złotą obrożę z pamiętnym napisem od cesarzowej, założyła ją psu na szyję, po czym w geście dobrej woli uperfumowała sukę, która podrażniona intensywnym zapachem, kichnęła parę razy.
- To bardzo dobre francuskie perfumy, moja maleńka - powiedziała księżna dobrodusznie, niewinnie tarmosząc psa za uszy. - Przecież wiesz, Katiu, że u księżnej Radziwiłłowej wszystko jest najlepsze. A teraz pora na nas, bądź dziś miła dla gospodarzy, szczególnie dla barona, tak wiele od niego zależy, niestety - westchnęła i wzięła sukę z rąk służącej, żeby wtulić ją w swoją miękką atłasową suknię.
Radziwiłłowa ubrana najwytworniej, trzymając w ramionach pachnącą Katinkę, opuściła pałac i zniknęła w sześciokonnej złoconej karecie, bogato rzeźbionej i wyścielonej karmazynem oraz adamaszkiem. Wybrała najpiękniejszy powóz, najpiękniejsze śnieżnobiałe klacze przyozdobione srebrnymi uzdami i srebrzysto ubranych młodych i pięknych stangretów. Zbytkiem i splendorem chciała pokazać pani Załuskiej, że wszystko, co najlepsze, należy do księżnej Radziwiłłowej.
Powóz zajechał na dziedziniec ambasady. Sługa otworzył drzwi karety, a drugi z lokajów służył księżnej przy wysiadaniu, nawet chciał odebrać od niej psa, by mogła swobodnie wysiąść, lecz obruszyła się na ten pomysł i jeszcze kąśliwie rzuciła, że najcenniejszego podarunku od jej imperatorskiej mości cesarzowej Katarzyny nie będzie dotykał jakiś tam kamerdyner, że ona nikomu ze służby i rzadko nawet jakiemuś znacznemu gościowi pozwala brać na ręce ów skarb. Wypowiedziawszy swoje nauki, Helena podążyła do pałacu, mijając kłaniających się jej w pas służących. Zatrzymała się w holu, gdzie oczekiwał lokaj, który ujrzawszy gościa, prosił, by księżna łaskawie zechciała przejść do salonu i tam poczekać, aż on zaanonsuje księżnę jaśnie pani. Lokaj zniknął, uprzednio skłoniwszy się sztywno, tymczasem Radziwiłłowa rozsiadła się w fotelu. Sługa wrócił po chwili, mówiąc, że jaśnie pani prosi o chwilę cierpliwości albo zaprasza do buduaru, jeśli księżna ma ochotę widzieć się z nią prędzej.
Kurwa mać, szlag by to wziął! - zaklęła w duchu Helena. Nienawykła była czekać, to na nią w najlepszych domach oczekiwano z niecierpliwością, jej wypatrywano, jej obecność uznawano za honor. Pewnie Załuska szykuje się w tej swojej gotowalni - myślała i nie zamierzając czekać ani chwili dłużej, podążyła schodami na piętro, gdzie znajdowały się pokoje Honoraty. Zastała ją pośród służących, z których jedna fryzowała jej włosy, druga piłowała jej paznokcie u rąk, inna z kolei szykowała suknię. Załuska zdawała się nie dostrzegać Heleny, dopiero gdy kamerdyner doniósł jej, że księżna oczekuje, gospodyni uniosła wzrok znad paznokci.
- Księżna Radziwiłłowa! - zawołała piskliwym głosem. - Tak się cieszę, że zechciała mnie pani odwiedzić. Proszę wybaczyć, że nie przyjęłam pani w salonie, ale właśnie dziś wieczór wybieram się do marszałkowej Moszyńskiej. Zaprosiła nas, to znaczy mnie z baronem, nie możemy jej odmówić, sama pani rozumie, księżno.
Helena zamyśliła się, a na jej ustach zadrgał niemrawy uśmiech. Tak więc już nie z panią Mniszchową przyjaźni się pani Załuska. Odkąd urząd marszałka wielkiego koronnego objął hrabia Moszyński, to z jego młodą żoną weszła w konfidencję.
- Baron jest teraz rozchwytywany przez pierwszych oficjalistów koronnych - Honorata rozproszyła jej myśli i roześmiała się, gdyż radość biła z całej jej osoby, wprost nie mogła jej okiełznać. - Nawet król posyłał z biletem do ambasadora, ale gdzie upchać tych wszystkich, którzy mają nadzieję gościć w swoich domach pierwszego ministra jej cesarskiej mości? To wszystko stało się tak nagle. Niebawem Boże Narodzenie, myślę, że w karnawale znajdziemy więcej czasu dla starych przyjaciół.
- Jakże inaczej - rzekła sucho księżna, gdy naraz Honorata wyciągnęła stopę, a służąca zaczęła piłować jej paznokcie. Ten widok wzbudził w Helenie niesmak. Jakże to tak: wystawiać na widok publiczny tak intymne rzeczy jak piłowanie paznokci czy fryzowanie. Ale przecież w końcu sama sobie jestem winna - skwitowała w myślach. Mogłam poczekać w salonie. Ach, to niedorzeczność! Księżna Radziwiłłowa nigdy nie czekała dłużej niż chwilę, i to nawet w apartamentach samego króla! Jakże tu miałoby być inaczej! Helena się zadumała. Teraz to nie Załuska była najważniejsza, a widok krzątających się przy niej służących już nie budził niesmaku księżnej ani jej nie irytował. Było coś ważniejszego ponad to wszystko. To hrabina Moszyńska zajęła jej myśli. Marszałkowa już zarzuca sieci, żeby usidlić Igelströma, chce wkraść się w jego łaski, zapraszając go do swojego domu - pomyślała Helena.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Styczeń przywitał warszawiaków śniegiem i lekkim mrozem, choć spodziewano się, że zima dopiero rozpanoszy się na dobre. W noc poprzedzającą Nowy Rok uważnie obserwowano sklepienie niebieskie, oczekując jakichś znaków na niebie, które by miały zdradzić przyszłość. Spodziewano się komety zwiastującej kataklizm albo śmierć wielkiego władcy. Wyczekiwano jej z trwogą, a zarazem z nadzieją, licząc w duchu, że owa niebiańska jasność wywróży śmierć cesarzowej Rosji Katarzyny. Jednak Nowy Rok i kolejne dni nie przyniosły nic znaczącego, nic, co miałoby położyć kres zachłanności dwóch bestii, które w niecały rok rozszarpały ciało konającej Polski, pozostawiając jedynie jej szkielet.
Warszawa jak dawniej tętniła życiem, ulice były zatłoczone mieszczanami, przyjezdnymi i powozami. Żydzi i warszawskie handlarki tak jak dawniej rozkładali swoje kramy przy kolumnie Zygmunta i przy kościele Świętego Krzyża, nawołując do kupowania towarów i targując się z każdym klientem. Przy kościołach tkwiło jeszcze więcej żebraków niż ostatniej zimy, a gdy zmierzchało, kryli się po norach albo odwiedzali liche szynki, gdzie tracili jałmużny. Potem w pijackim amoku urągali całemu światu, nie oszczędzając Boga i wszystkich świętych. Na pozór wszystko było jak przed rokiem, tylko więcej rosyjskiego wojska panoszyło się na ulicach, w szynkach, kawiarniach i teatrach, a polskie arystokratki z dumą obnosiły się w towarzystwie rosyjskich oficjalistów i oficerów.
W grudniu zeszłego roku, kiedy skończył się sejm w Grodnie, do Warszawy z Litwy powróciło wiele magnackich rodzin z przeświadczeniem, że teraz należy odnaleźć się w tym nowym świecie. Milczeniem zbywano grabież ziem polskich, której dokonał król pruski za zgodą imperatorowej. Była to rzecz, która nawet zdrajców ojczyzny, wpatrzonych w Katarzynę jak w ikonę, przyprawiała o palący wstyd. Ci, którzy sprzedali Polskę, w zaciszu swoich pałaców bili się w piersi i coraz mocniej odczuwali wzbierającą ku nim nienawiść ludu warszawskiego. Gdy jechali złotymi karocami i gdy spoglądali na ulice przez okna powozów, widzieli nienawistne spojrzenia warszawiaków. Gdyby nie silne patrole kozaków, kto wie, czy lud nie dokonałby na nich samosądu i nie tańczył na ich trupach w szaleńczej euforii zemsty.
Księstwo Czartoryscy do późnej jesieni siedzieli w Powązkach, oczekując wydarzeń, o których jeszcze latem uprzedzał ich Jan Dembowski. W końcu września doszły do nich słuchy, że pod Krakowem pojawił się Kościuszko. Serce Izabeli zabiło mocniej. Przeczuwała, że lada dzień zacznie się dziać to, o czym wielu z nich marzyło i na co czekało z utęsknieniem. Przedsięwzięcie, dzięki któremu naród odzyska wolność, nie było już mrzonką, lecz zaplanowanym i przygotowanym zrywem Polaków. Wystarczyło tylko, żeby Kościuszko wydał komendę do walki zbrojnej.
Gdy księżna siadywała w salonie przy kominku u boku swego męża i kiedy patrzyła na dzieci, wtedy się zamyślała. Jej twarz wyrażała niepokój, a w spojrzeniu przebłyskiwała troska. Wówczas nie słyszała muzyki wygrywanej przez Zofię ani słów pani Petit, gdy czytała na głos jakiś romans. Wpatrywała się w synów, a szczególny jej niepokój budził Konstanty. Znała jego patriotyczny zapał i dlatego chciała mieć go blisko siebie, w obawie, by nie narobił głupstw. Wtedy, latem, gdy znalazła w jego pokoju satyry wymierzone w imperatorową, długo myślała, co ma zrobić, a kiedy Konstanty wrócił ze stolicy, odtąd miała na niego większe baczenie. Gdy prosił o pozwolenie wyjazdu do Warszawy, odmawiała. Wtedy młody książę, nie znając jej ukrytych intencji, rozpaczał, żądał wyjaśnień i krzyczał, że jest dorosły, że pójdzie prosić ojca o zgodę i jest pewien, że książę mu nie odmówi. Izabela, widząc zacietrzewienie syna, odpowiadała, że jeśli chce rozmawiać z ojcem, to ona nie może mu tego zabronić, lecz dodawała z pewnością w głosie, że to niczego nie zmieni.
Pewnego chłodnego popołudnia, gdy pierwsze liście spadały z drzew, a za oknami zawiewał wiatr, po kolejnej sprzeczce Izabela weszła na piętro, pozostawiając w holu księcia Konstantego. Po chwili zjawił się nestor rodziny, książę Adam. Pani Czartoryska zatrzymała się i spoglądała na niego przez balustradę. Kostek, ujrzawszy ojca, ucieszył się.
- Ojcze, muszę z tobą pomówić! - rzekł.
Książę spojrzał na niego mimochodem, oddając lokajowi płaszcz i kapelusz, po czym spytał:
- Teraz?
- Tak, ojcze, natychmiast!
- O co chodzi? - Książę wbił w niego badawcze spojrzenie.
- Ilekroć chcę wyjechać do Warszawy, matka wzbrania mi tego. Nie wiem, dlaczego - wyjawił Konstanty z pretensją w głosie i z jakimś niewypowiedzianym żalem.
- Synu - powiedział książę Adam, widząc chmurną twarz księcia i jego rozgorączkowanie. - Skoro matka odmawia ci zgody na wyjazd, widocznie ma po temu powód.
- Jaki powód, ojcze?! - obruszył się. - Trzyma mnie tutaj jak psa na uwięzi! A ja?! Ja mam już dwadzieścia lat! Nie jestem chłopcem, lecz mężczyzną! Nie zniosę tego dłużej! Gdy pytam ją, jaki jest powód tej odmowy, odpowiada tylko, że tak będzie lepiej, bo ona tego pragnie! Lepiej?! Dla kogo?! I dlaczego nikt nie pyta mnie, czego ja chcę?!
Podniesiony głos młodego księcia zwabił do holu księżniczkę Zofię i księżnę Marię, gdy tymczasem Izabela zniknęła w buduarze. Z goryczą przełknęła słowa syna, który w jej sercu zajmował szczególne miejsce. Tymczasem książę Adam, nie chcąc roztrząsać drażliwych spraw w obecności całej rodziny, kazał Konstantemu przyjść za kwadrans do swojego gabinetu. Młody książę zjawił się punktualnie i bardzo się zdziwił, ujrzawszy w pokoju ojca również matkę. Jej obecność tutaj zmroziła go, a słowa utknęły mu w krtani.
- No, mów - ponaglił go gospodarz. - Dokończ to, co zacząłeś tam, w holu.
- Chciałem pomówić z tobą w cztery oczy, ojcze, jak mężczyzna z mężczyzną - powiedział głosem pewnym, jakby w tej oto chwili wróciła mu śmiałość.
- Sądzisz, że twoja matka niczego nie musi wiedzieć, bo też niczego nie zrozumie, tylko dlatego, że jest kobietą? - odparł nestor rodu.
Młody książę zmieszał się.
- Tak więc oświadczam ci, mój drogi chłopcze, że dopóki masz matkę, powinieneś okazywać jej największy szacunek, a jeśli tak bardzo chcesz poznać powód jej odmowy, oto jest on właśnie w jej rękach.
Izabela wyciągnęła dłoń, w której trzymała złożoną na pół kartkę. Konstanty zatrzymał na niej wzrok, po czym podszedł do matki pewnym krokiem. Już chciał sięgnąć po papier, gdy naraz zawahał się, gdyż oto w tej chwili przypomniał sobie o nieszczęsnym wekslu, który ponad pół roku temu wpadł w ręce hrabiego Markowa, a o którym całkiem zapomniał.
- Co to jest? To, ta kartka... - spytał drżącym głosem.
- Przeczytaj - rzekł ojciec.
Konstanty sięgnął po kartkę i rozłożywszy ją niepewną ręką, wbił w nią wzrok. Jego dotąd napięte powieki rozkurczyły się, zaciśnięte wargi rozerwały, by położyć się lekko jedna na drugiej, a dotąd pochmurna twarz naraz pojaśniała. To nie był weksel!
- To tylko satyra... nic nieznaczące głupstwo... - powiedział wreszcie z ulgą w głosie, która rozstroiła nerwy Izabeli.
- Satyra???! To skład konsyliarski! - poprawiła go pani Czartoryska. - Przez takie głupstwo ludzie tracą wszystko, idą na katorgę! Zdajesz sobie sprawę, coś mógł narobić???!... Teraz rozumiesz, dlaczego byłam przeciwna twojemu wyjazdowi do Warszawy.
- Nie możesz mi zabronić! - Uniósł się gwałtownie, drżąc na całym ciele, i chodził gorączkowo po pokoju, założywszy ręce za plecy. - Chcę tak jak inni walczyć orężem o wolność kraju! Czekam tylko na komendę generała Kościuszki, a wtedy nic mnie nie powstrzyma! Nic! Ani twoje prośby, ani groźby, nakazy i łzy! Nic zupełnie!!!
- Kostek! Czyś ty zwariował?! - wybuchnęła księżna przerażona jego słowami, gdyż zdała sobie sprawę, jak wielki jest jego zapał do walki i jak trudno go będzie ugasić. - Pomagamy w przygotowaniu powstania, na ten cel poświęciłam już biżuterię wartą kilka tysięcy dukatów i Bóg widzi, że dam i poświęcę wszystko, oprócz moich dzieci!
- A więc to tak!!! - rzucił zbulwersowany. - Chcesz swoją wolność kupić błyskotkami, lecz to inni mają dla ciebie przelewać krew, byś mogła siedzieć w tych swoich marmurowych pałacach! To podłe!!! Rozumiesz?!
Konstanty, mocno wzburzony, nie czekał na słowa matki, lecz natychmiast wybiegł z gabinetu i zaszył się u siebie. Izabela zaszlochała, nie mogąc opanować płaczu. Jej małżonek nie wiedział, co powiedzieć. Dopiero po chwili ruszył z miejsca, co widząc, księżna spytała, dokąd idzie.
- Muszę z nim pomówić - powiedział książę.
- Poczekaj! - Zatrzymała małżonka. - Czy on nie ma racji?... I czy my nie jesteśmy egoistami, którzy walkę o wolność kraju pozostawiają innym... albo, jeszcze gorzej, przyszłym pokoleniom? To nasze wnuki będą przelewać krew... Wstydzę się tego, Adamie, tej bezgranicznej i ślepej miłości do naszych dzieci, których nigdy się nie wyrzeknę i nie oddam ojczyźnie, nie oddam nikomu. Jestem przede wszystkim matką.
Książę otarł łzy spływające po policzkach małżonki, po czym ucałował jej dłoń w geście pocieszenia.
Słonecznego wczesnojesiennego popołudnia do Powązek zawitali Jan Dembowski i książę Eustachy Sanguszko. Przywieźli dla księstwa wiadomość, że Kościuszko jest już za granicą, a termin powstania przesunięto na przyszły rok. Ta wiadomość uspokoiła panią Czartoryską. Dotąd nie mogła spać, trapiły ją to bóle głowy, to wyrzuty i trwoga o dzieci. Czy w przypadku wybuchu powstania uda jej się zatrzymać synów przy sobie? Czy Konstanty nie rzuci się na barykady, nie chwyci do ręki broni, by wraz z ludem walczyć o wolność? Ile nocy przepłakała, za dnia wyczekując wszelkich wieści, że oto już się zaczęło, a teraz, kiedy dotarła do niej wiadomość, że koniec tego roku będzie spokojny, odetchnęła z ulgą. Jest jeszcze czas, żeby pomyśleć o przyszłości, o jakiejś drodze ucieczki, byle uchronić dzieci. Tymczasem na rozkaz Kościuszki każdy obywatel był zobligowany do działań na rzecz przyszłego powstania. Mieszkańcy miast mieli gromadzić amunicję, działa i broń. Uruchomiono ludwisarnie, a na wsiach chłopi i szlachta mieli trzymać w stajniach konie i robić zapasy żywności. W wielkiej konspiracji w całym kraju werbowano do polskiej armii oficerów i szeregowych żołnierzy.
Z końcem listopada księstwo Czartoryscy powrócili do Warszawy i święta Bożego Narodzenia spędzili w pałacu przy Senatorskiej. W wieczór wigilijny zebrali się przy wspólnym stole, a w pierwszy dzień świąt gościli u siebie parę osób. Przyjechały Katarzyna Kossakowska z Krzysią, a potem dotarł książę Sanguszko z siostrami. Dzięki gościom dom wypełnił się gwarem, śmiechem i śpiewem, w którym rej wiodły panny Sanguszkówny, Zofia Czartoryska i Krystyna Potocka. Dały one występ, śpiewając kolędy i pastorałki. Niebawem dołączyli do nich wszyscy domownicy. Nawet księżna Maria dała się porwać tej wesołej atmosferze, a matka, widząc ją uśmiechniętą i radosną, poczuła ciepło w sercu. Potem nadszedł Nowy Rok. Wieczorem rodzina zebrała się w salonie, żeby posłuchać kolęd wygrywanych na klawikordzie przez Zofię. Gospodyni wraz z panią Petit dziergały koronki, pan domu czytał gazetę, a starszy z książąt drzemał przy kominku. Tymczasem Konstanty tkwił przy stole bilardowym, zabijając nudę grą. Izabela przyglądała mu się, a gdy ich spojrzenia się spotykały, księżna uśmiechała się serdecznie. Dziękowała Bogu, że zapał patriotyczny młodego księcia ostygł i że nie wspomina już on o powstaniu, o tym, że pragnie wziąć w nim udział. Nawet gdy bywali w ich domu Jan Dembowski i książę Sanguszko, z ust Kostka nie padały żadne sugestie, zdawał się być jakiś spokojny, jakby wydoroślał, zrozumiał, że najważniejszą rzeczą dla rodu jest przetrwać, że najłatwiej dać się zabić, a wtedy jest to śmierć nikomu niepotrzebna, że taką śmiercią nie kupi się wolności, że więcej można zrobić, żyjąc. Izabela odłożyła koronki i poszła na piętro sprawdzić, co robi Maria. Zapukała cicho do drzwi, a gdy nikt nie odpowiedział, ponowiła pukanie. Znów cisza, pchnęła więc lekko drzwi i zajrzała do środka. Maria siedziała przy sekretarzyku, pochylona nad kartką papieru, i coś pisała. Matka widziała jej skupioną twarz i lekką zmarszczkę przecinającą czoło. Księżna wirtemberska, usłyszawszy płytki oddech matki, odwróciła się.
- Pukałam, ale nie słyszałaś - wytłumaczyła księżna Izabela to najście. - Nie chciałam przeszkadzać... Widzę, że jesteś zajęta.
- Nie przeszkadzasz, wejdź, proszę - powiedziała Maria i wyciągnęła ręce do matki.
Izabela ochoczo weszła do środka i ujęła dłonie córki. Widząc jej czerwone policzki, spytała zaniepokojona:
- Może jesteś chora, Mario? Masz takie rozpalone policzki.
- Jestem zdrowa, mamo - zapewniła z życzliwym uśmiechem.
- Pisałaś do małego Adasia... - Pani Czartoryska bardziej to stwierdziła, niż spytała.
Na te słowa twarz Marii okryła się smutkiem, lecz tylko na chwilę, bo wnet jej oblicze rozjaśniło się tajemniczym uśmiechem.
- Nie, nie do niego - powiedziała.
- A więc do kogo? - spytała Izabela, bardzo zaintrygowana, bo była pewna, że tylko miłość może tak rozpromienić twarz kobiety. - Kim on jest?
Nie pomyślała, nawet przez głowę jej dotąd nie przemknęło, że oto Maria zaczyna myśleć o radosnej przyszłości w ramionach mężczyzny, którego kocha. Oby tylko z wzajemnością - przemknęło jej przez myśl, bo wiedziała, że źle lokowane uczucia są udręką jeszcze większą niż brak miłości.
Maria sięgnęła po zapisaną kartkę i podała ją matce, mówiąc:
- Proszę, niech to zostanie między nami, dopóki nie skończę całości.
Izabela przyjrzała się zapisanej atramentem kartce i odczytała:
Malwina, czyli domyślność serca
Dalej czytała już w ciszy i skupieniu. Całkiem pogrążyła się w świecie stworzonym przez Marię.
- To powieść... - powiedziała Izabela, spoglądając na córkę, a jej dotąd skupioną twarz w jednej chwili rozpromienił życzliwy uśmiech.
Maria spojrzała na matkę i wtuliła głowę w jej ramiona.
- Kochana Maryniu... - rzekła pani Czartoryska, czule gładząc jej włosy, i poczuła w sercu ciepło, a w duszy radość. Oto Maria sama znalazła lekarstwo na samotność i rozpacz, pogrążając się w własnym świecie.