Była dokładnie godzina piąta po południu, gdy zaterkotał telefon. Sierżant Kleff pamięta dobrze tę chwilę, gdyż właśnie nastawiał swój srebrny, gruby zegarek według chronometru na stole. Niechętnie podniósł słuchawkę i wypowiedział tyle razy w ciągu dnia powtarzaną formułkę:
- Posterunek policji rzecznej. Sierżant Kleff. Słucham! - Na jego twarzy malował się wyraz znudzenia i rozleniwienia.
Sierżant Kleff miał stanowczo powody, aby czuć się zawiedzionym w swych ambicjach. Kiedy podnosił słuchawkę, pomyślał, że znowu jakiś miejscowy mruk zgubił portfel z dokumentami albo niefortunny automobilista przejechał pasącego się na szosie barana.
I właśnie w tym momencie usłyszał w słuchawce spokojny, zrównoważony męski głos:
- Chciałem pana zawiadomić, że w pensjonacie "Pod Szlachetnym Koniem" popełniono morderstwo!
Sierżant Kleff miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Ale natychmiast przyszło mu na myśl, że byłoby to sprzeczne z jego urzędową godnością. Więc rzekł z naciskiem:
- Tylko bez głupich kawałów!
- Ani mi w głowie kawały - odparł spokojny męski głos. - Niech pan się pofatyguje do pensjonatu "Pod Szlachetnym Koniem", tam przekona się pan, że w holu leży najprawdziwszy trup.
Sierżant Kleff przełknął ślinę.
- Proszę podać szczegóły - oświadczył wzburzony.
- Nie mam czasu na szczegóły - odparł głos. - Nie płacą mi za to. Niech pan się ruszy z tego przeklętego posterunku i zjawi tutaj.
- Skąd pan telefonuje? - zapytał Kleff.
- Ależ pan niedomyślny - powiedział głos. - Przecież w całej okolicy są tylko dwa aparaty telefoniczne: pański i ten, z którego rozmawiam. Jestem oczywiście w pensjonacie "Pod Szlachetnym Koniem". Stoję sobie w holu i patrzę na tego biednego nieboszczyka.
W głosie dźwięczała nuta ironii.
- Pana nazwisko! - zawołał zdenerwowany sierżant.
Odpowiedział mu cichy śmiech.
- Niech pan nie wymaga od mordercy, aby się przedstawił!
Sierżant usłyszał cichy stuk.
- Halo! - zawołał. - Halo!
Milczenie. Uderzył w widełki z irytacją. Wreszcie zrozumiał, że rozmówca odwiesił słuchawkę.
- Morderstwo - rzekł do siebie sierżant Kleff. - Prawdziwe morderstwo.
Otarł pot z czoła i nagle ogarnęło go przerażenie.
Rozmawiałem z mordercą - pomyślał sierżant Kleff. - Teraz muszę go odkryć, zdemaskować i oddać w ręce sprawiedliwości. Jeżeli mi się to nie uda, wylecę jak z procy na zieloną trawkę. Cały świat dowie się, że sierżant Kleff jest osłem, który gawędził telefonicznie z mordercą, a potem pozwolił mu uciec w nieznanym kierunku.
Czuł, jak gorycz przepełnia mu serce. Ale był angielskim policjantem, a jak wiadomo angielski policjant ma szczególnie silne poczucie obowiązku. Więc z największą niechęcią wstał, poprawił pas, sprawdził pistolet, z którego od wielu lat nie oddał żadnego strzału, i ruszył do pensjonatu "Pod Szlachetnym Koniem".
Kiedy zbliżył się do okazałego budynku, zobaczył na tarasie kilka osób, które oczekiwały go z widocznym napięciem. Sierżant Kleff grzecznie zasalutował, jak mają w zwyczaju dobrze wychowani policjanci na Wyspach, i powiedział:
- O godzinie piątej odebrałem dość niezwykły telefon!
Kleff był bystrym człowiekiem, więc natychmiast obliczył, że na ganku zgromadziło się siedem osób, w tym trzy kobiety i czterech mężczyzn. Wszyscy robili wrażenie zalęknionych, podenerwowanych i Kleff odczuł, iż do jego przybycia przywiązują ogromną wagę.
Jeden z mężczyzn, starszy siwy pan, ubrany w kostium do gry w golfa, wysunął się o krok naprzód i powiedział:
- Telefon? Nic o tym nie wiedziałem. Popełniono morderstwo. Ale czy ktoś z państwa zdążył już zawiadomić policję?
Ostatnie zdanie skierowane było do sześciu osób zgromadzonych na ganku. Wszyscy żywo zaprotestowali, a jedna z pań, ładna szatynka o żywych oczach i smagłej cerze, zawołała:
- To przecież nieważne. Jak to dobrze, że pan się tutaj zjawił, sierżancie!
Sierżant wcale nie był tego zdania, ale zachował należną powagę.
- A więc popełniono morderstwo? - powiedział z godnością i odrobiną ubolewania.
- Tak jest - odparł pan w golfowym kostiumie i uczynił gest, jakby zapraszał sierżanta do holu. Kleff przeszedł więc między zgromadzonymi na ganku osobami i przekroczył próg pensjonatu. Jego oczom przedstawił się straszny widok. Na samym środku obszernego holu, na marmurowej posadzce leżały zwłoki mężczyzny.
- Proszę, aby nikt nie opuszczał tego domu! - zawołał sierżant Kleff i ukląkł przy zwłokach.
Zamordowany był mężczyzną lat około trzydziestu. Za życia musiał się odznaczać wyjątkową siłą fizyczną. Był świetnie zbudowany, zwalisty, wysoki. Miał sympatyczną twarz, ogorzałą od słońca i wiatru, jasne włosy, duże dłonie i muskularne ramiona. W jego piersi tkwił wielki nóż, wbity prosto w serce.
- To straszne - sierżant usłyszał za sobą szept. Odwrócił się i zobaczył pana w kostiumie golfowym, który wszedł tutaj i patrzył teraz jak zahipnotyzowany w twarz zamordowanego.
Mój Boże - pomyślał sierżant Kleff. - Dlaczego nie miałem właśnie dzisiaj wolnego dnia!
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.