Pod sycylijskim niebem - Martyna Zając

Kup ebooka

18.17 zł
15.08 zł (18,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2

Pierwszy poranek

Obudziłam się wcześniej, niż planowałam, i leżałam nieruchomo, wsłuchując się w budzący się hotel. Z dołu dochodził stuk talerzy, gdzieś na korytarzu skrzypnęły drewniane deski, a zza uchylonych okiennic wpadało ciepłe powietrze. Przez pierwsze sekundy nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jestem.

Spojrzałam na jasne ściany pokoju.

Sycylia.

Odsunęłam lekką firankę i otworzyłam okiennice szerzej. Powietrze było już ciepłe. Wyszłam na niewielki balkon. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, chwilę później rozległ się dźwięk przejeżdżającego skutera.

To wszystko wydawało się zupełnie inne niż poranki, które znałam z domu. Nie było pośpiechu, klaksonów ani ludzi biegnących na autobus. Nawet odgłosy miasta brzmiały spokojniej.

Przymknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Pomyślałam, że może właśnie tak pachnie początek wakacji.

Zeszłam na dół późnym rankiem.

Restauracja była prawie pełna, więc usiadłam przy małym stoliku obok otwartego okna. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i może właśnie dlatego poczułam ulgę.

Kelner postawił przede mną wodę z lodem i mały koszyk z pieczywem. Odruchowo zaczęłam jeść szybko, tak jak zwykle przed pracą. Po paru kęsach uniosłam wzrok. Przecież nigdzie nie musiałam się spieszyć. Odłożyłam pieczywo, sięgnęłam po szklankę z wodą i pierwszy raz naprawdę rozejrzałam się dookoła.

Ze stolika widziałam sporą część ogrodu. Pomiędzy palmami i wysokimi iglastymi drzewami połyskiwała tafla basenu, a dalej wznosiły się łagodne wzgórza. Jeden z pracowników poprawiał poduszki na leżakach, przygotowując je na kolejny ciepły dzień.

Przy jednym ze stolików siedziała rodzina z dwójką dzieci, a kawałek dalej starsze małżeństwo jadło śniadanie, rozmawiając ze sobą od czasu do czasu. Im dłużej się rozglądałam, tym bardziej zauważałam, że niemal wszyscy przyjechali tutaj z kimś. Znowu poczułam się niekomfortowo.

Po powrocie do pokoju wyciągnęłam z torby notes. Miał miękką, czerwoną okładkę i lekko zaokrąglone rogi od ciągłego noszenia w torebce. Towarzyszył mi od dawna. Zapisywałam w nim przypadkowe myśli, cytaty z książek, listy zadań i plany odkładane na "kiedyś". Większość z nich nigdy nie wyszła poza kartki tego notesu.

Otworzyłam go, obracając długopis między palcami. Potem napisałam:

Plan na sycylijski tydzień:

Wypić kawę na tarasie bez pośpiechu

Zobaczyć wschód i zachód słońca

Odwiedzić winiarnię poza miastem

Pójść na lekcję robienia makaronu

Kupić pamiątki

Zjeść kolację z widokiem na morze

Spróbować sycylijskich specjałów

Przeczytałam tę listę od początku. Od dawna układałam swoje dni pod pracę, terminy albo innych ludzi. W tym momencie nie było na niej ani jednego obowiązku. Same rzeczy, których chciałam doświadczyć. Patrzyłam na kartkę z lekkim zdziwieniem. Nigdy wcześniej nie układałam takiej listy tylko dla siebie.

Podciągnęłam nogi na łóżko i popatrzyłam w sufit, gdzie stary wiatrak obracał się leniwie nad moją głową.

Nie musiałam od razu decydować, co zrobię dalej. Zamknęłam notes i obróciłam go w dłoniach. Zaczęłam zastanawiać się, od czego zacząć, ale zaraz uśmiechnęłam się do własnych myśli. Przecież ta lista nie miała być kolejnym planem do odhaczenia. Miała po prostu przypominać mi o rzeczach, na które chciałam sobie pozwolić.

Kiedy ponownie wyszłam z pokoju, zwróciłam większą uwagę na hotel. Poprzedniego wieczoru zależało mi głównie na tym, żeby znaleźć pokój, odłożyć walizkę i odpocząć po podróży, a rano zeszłam prosto na śniadanie.

Na korytarzu zwolniłam kroku. Wzdłuż jasnych ścian ciągnęły się dekoracyjne malowidła otoczone misternymi zdobieniami, które przechodziły wyżej, aż pod sam sufit. Uniosłam głowę. Tam wzory stawały się bogatsze, pełne ornamentów i drobnych detali, których wcześniej nawet nie zauważyłam. Z wysokiego sufitu zwisał ogromny kryształowy żyrandol, a światło wpadające przez okna odbijało się w jego szklanych elementach i rozsypywało drobnymi refleksami po ścianach.

Na klatce schodowej zauważyłam stare lustro w złoconej ramie, elegancką sofę ustawioną pod ścianą i kolejne malowidła. Wczoraj przeszłam tę samą drogę, skupiona głównie na numerze swojego pokoju, i nie zauważyłam prawie niczego.

Im niżej schodziłam, tym bardziej miałam wrażenie, że znalazłam się w domu należącym kiedyś do zamożnej sycylijskiej rodziny, a nie w hotelu. Wszystko było zadbane, odrestaurowane i przygotowane dla gości, a jednak nie straciło tego, co musiało być tutaj od dziesiątek lat. Zdobione sufity, wysokie drzwi, ciężkie żyrandole i złocone ramy przypominały o czasach, kiedy po tych samych korytarzach chodzili zupełnie inni ludzie.

Recepcja była prawie pusta. Na ladzie stały filiżanki po porannej kawie, obok leżała niedbale złożona gazeta. Przeszłam przez chłodny hol i wyszłam przed hotel.

Minęłam niewielką piekarnię i skręciłam w pierwszą uliczkę, która wydała mi się ciekawa. Na kolejnych skrzyżowaniach wybierałam drogę właściwie przypadkowo, nie próbując nawet jej zapamiętać.

Uliczki były wąskie, miejscami tak bardzo, że balkony po obu stronach niemal stykały się nad moją głową.

Z otwartych okien dochodziły rozmowy i dźwięk naczyń, a pomiędzy budynkami wisiało pranie, które poruszało się lekko przy każdym podmuchu wiatru. Co jakiś czas mijał mnie skuter, zmuszając do przyciśnięcia się bliżej ściany, po czym znikał za kolejnym zakrętem.

Po kilku minutach znowu minęłam ten sam mały plac z fontanną.

Zatrzymałam się.

No pięknie.

Rozejrzałam się. Fontanna, niewielka kawiarnia na rogu i balkon z czerwonymi pelargoniami wyglądały znajomo. Miałam ochotę zirytować się na samą siebie, ale zamiast tego tylko westchnęłam.

Pierwszy dzień na Sycylii, a ja już zdążyłam zatoczyć koło. Sięgnęłam do torebki po telefon i sprawdziłam mapę. Niebieska kropka uparcie pokazywała miejsce, z którego przed chwilą przyszłam.

Pokręciłam głową z rozbawieniem i ruszyłam w przeciwnym kierunku.

Idąc dalej, zauważyłam mały sklepik i weszłam do środka. Pachniało cytrynami, świeżym pieczywem i lekko słodkim aromatem.

Przeszłam powoli między półkami.

Kolorowe opakowania makaronów, butelki oliwy, słoiki z pesto i ciasteczka z włoskimi nazwami wypełniały półki. Większość produktów wyglądała znajomo, choć tutaj prezentowały się zupełnie inaczej niż w Polsce.

Przy lodówce zauważyłam rząd szklanych butelek.

Wyjęłam jedną z nich i przeczytałam etykietę.

Limonata.

Przede mną przy kasie stała starsza kobieta. Rozmawiała ze sprzedawczynią, a co jakiś czas obie się śmiały. Nie rozumiałam ani słowa, ale z przyjemnością słuchałam melodyjnego włoskiego, który brzmiał dokładnie tak, jak wyobrażałam go sobie przed wyjazdem.

Kiedy przyszła moja kolej, postawiłam butelkę na ladzie.

Młoda sprzedawczyni uśmiechnęła się do mnie.

- Una... - zaczęłam niepewnie.

- Limonata? - dokończyła.

Skinęłam głową.

- S?.

Zapłaciłam, schowałam resztę do portfela i wyszłam na ulicę z butelką w dłoni i mimowolnym uśmiechem. Przed wyjazdem potrafiłam od rana przejmować się tym, czy zdążę na autobus do pracy. Na Sycylii cieszyła mnie zwykła lemoniada i jedno krótkie słowo wypowiedziane po włosku. Ta drobna rzecz wywołała we mnie niemal dziecięcą satysfakcję.

Wracając do hotelu, zwolniłam przy ogrodzie pełnym drzew cytrynowych. Owoce wisiały nisko nad kamienną ścieżką. Podeszłam do drzew i wyciągnęłam rękę. Ostrożnie przesunęłam opuszkami palców po chropowatej skórce jednego z owoców. Nigdy wcześniej nie widziałam cytryn rosnących na drzewie. Były większe, niż sobie wyobrażałam, a ich intensywny zapach mieszał się z ciepłym powietrzem. Stałam tak przez chwilę, wsłuchując się w delikatny szelest liści poruszanych wiatrem.

To było dziwne uczucie. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz pozwoliłam sobie zatrzymać się tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Ruszyłam dalej, nie zastanawiając się, ile czasu minęło.

ROZDZIAŁ 4

Między ruinami a muzyką

Dzisiaj postanowiłam pojechać do Solunto.

Wieczorem poprzedniego dnia przeczytałam krótki opis ruin ukrytych wysoko nad morzem. Podobno z tego miejsca widać było całą zatokę i wodę rozlewającą się szeroko poniżej wzgórz. Zdecydowałam, że chcę tam pojechać. Od przyjazdu znałam właściwie tylko najbliższą okolicę. Nie chciałam wrócić do Polski z poczuciem, że przez cały pobyt nie odważyłam się ruszyć trochę dalej.

Długo stałam przed otwartą szafą.

Najpierw sięgnęłam po czarną sukienkę, po chwili odłożyłam ją z powrotem. Potem wyciągnęłam białą koszulę, ale i ona zaraz wróciła na wieszak. Ostatecznie wybrałam lekką lnianą sukienkę w kolorze piasku. Do torebki spakowałam krem z filtrem, butelkę wody, okulary przeciwsłoneczne i książkę. Zasunęłam zamek, zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi, po czym zawróciłam.

Otworzyłam torebkę po raz kolejny, chociaż dobrze wiedziałam, co przed chwilą do niej włożyłam. Okulary były na swoim miejscu. Krem również. Patrzyłam na jej zawartość, próbując przypomnieć sobie, czego właściwie szukam, chociaż tak naprawdę nie brakowało w niej niczego.

Zamknęłam zamek i wyszłam z pokoju, zanim zdążyłam ponownie zajrzeć do środka.

Na przystanek przyszłam trochę wcześniej. Autobus stał już przy krawężniku z otwartymi drzwiami. Weszłam do środka, kupiłam bilet i odruchowo usiadłam blisko wyjścia. Po drugiej stronie było sporo wolnych miejsc, więc przesiadłam się pod okno.

Podczas podróży złapałam się na tym, że nawet wybór miejsca potrafił uruchomić we mnie potrzebę kontrolowania wszystkiego.

Autobus ruszył, a droga zaczęła piąć się przez wzgórza porośnięte suchą roślinnością i niewielkie miasteczka przyklejone do zboczy. Co jakiś czas między domami pojawiały się krótkie błyski morza odbijającego promienie słońca. Za każdym kolejnym zakrętem otwierał się nowy widok na zatokę i coraz trudniej było oderwać wzrok od krajobrazu.

Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się na niewielkim przystanku. Wysiadłam jako ostatnia. Drzwi zamknęły się za mną i po chwili zostałam sama przy wąskiej drodze prowadzącej pod górę.

Rozejrzałam się, sprawdzając, czy na pewno wysiadłam we właściwym miejscu. W pobliżu nie było nikogo poza starszym mężczyzną zamiatającym chodnik przed niewielkim sklepem. Zauważyłam drogowskaz prowadzący do parku archeologicznego i ruszyłam przed siebie.

Po drodze minęłam bar, za którego ladą piętrzyły się ciepłe rogaliki. Kupiłam jednego z miodem i butelkę wody. Postanowiłam zjeść później, gdy znajdę trochę cienia.

Obok mnie spacerowali inni turyści. Szłam między ruinami, zaglądając w kolejne przejścia i przyglądając się pozostałościom dawnego miasta. Zachowały się fragmenty ulic, resztki domów i pojedyncze kolumny, które od wieków trwały w tym samym miejscu, opierając się upływowi czasu.

Lubiłam takie miejsca. Zamiast myśleć o historii, bardziej ciekawiło mnie życie ludzi, którzy kiedyś tutaj mieszkali. Jak wyglądały ich poranki, czym wypełniali czas i jak radzili sobie z codziennością w świecie tak bardzo różnym od naszego. Chyba właśnie ta zwyczajna część ich życia ciekawiła mnie najbardziej.

Wiatr przynosił zapach dzikiego tymianku. Ciepło rozgrzanej ziemi przenikało przez cienkie podeszwy sandałów. Schodziłam w węższe przejścia prowadzące niżej, a pomiędzy ruinami otwierał się widok na zatokę rozciągającą się daleko poniżej.

Gdy słońce zaczęło mocniej przypiekać, znalazłam miejsce w cieniu drzewa. Usiadłam na starym stopniu, wyjęłam z torebki rogalika i butelkę wody. Jedząc powoli, otworzyłam książkę.

Po kilku stronach nie potrafiłam powiedzieć, o czym właściwie czytam. Wzrok przesuwał się po kolejnych linijkach, ale moje myśli nieustannie uciekały gdzieś indziej. Zamknęłam książkę i odłożyłam ją obok siebie.

Odchyliłam głowę i popatrzyłam w niebo. Nad ruinami krążyły mewy, a wiatr poruszał wysuszoną słońcem trawę. Siedziałam pod drzewem, wsłuchując się w szelest roślin i odległy śpiew ptaków. Myśli nadal pojawiały się w głowie, ale nie próbowałam już ich porządkować. Pozwalałam im płynąć.

Schowałam książkę do torebki i ruszyłam dalej, wybierając kolejne ścieżki według tego, co akurat przyciągnęło moją uwagę.

Wieczorem wracałam w stronę przystanku autobusowego. Powietrze zdążyło już trochę ostygnąć, ale słońce wciąż zalewało uliczki Solunto ciepłym, złotym światłem. Kilka restauracji powoli zapełniało się ludźmi, z otwartych okien dochodził zapach pieczonych ryb i świeżych ziół.

Zatrzymałam się przy niewielkim sklepie z pamiątkami. Na szybie, między pocztówkami i mapami okolicy, wisiało kilka lokalnych ogłoszeń. Jedno z nich od razu przyciągnęło mój wzrok.

LUNGO MARE LIVE - TONIGHT

21:00 - Luca M. & Mare Nero

Qvivi - Palermo

Byłam przekonana, że za chwilę przestanę o nim myśleć. Tymczasem nazwa baru nie dawała mi spokoju, chociaż uparcie próbowałam zająć myśli czymś innym. Zerknęłam jeszcze raz na godzinę koncertu i ruszyłam w stronę przystanku. Przecież nie musiałam tam iść. Mimo to przez całą drogę powrotną wracałam myślami do Qvivi.

...

Weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i cały gwar ulic został po drugiej stronie. Zdjęłam sandały i usiadłam na łóżku. Nogi przyjemnie pulsowały po całym dniu chodzenia. Zostałam sama. Plan był prosty. Wziąć prysznic, dokończyć rozdział książki, którego nie udało mi się przeczytać w ruinach, i położyć się wcześniej spać. Problem polegał na tym, że perspektywa kolejnego wieczoru spędzonego wyłącznie we własnym towarzystwie wcale mnie nie cieszyła.

Zamiast wejść do łazienki, zaczęłam krążyć po pokoju. Poprawiłam ubrania wiszące w szafie. Przesunęłam kosmetyki stojące przy lustrze, chociaż wszystko stało dokładnie tam, gdzie je zostawiłam. Zamknęłam szafę, po chwili znowu ją otworzyłam. Sama nie wiedziałam, czego właściwie szukam.

Na wieszaku wisiała granatowa sukienka. Zdjęłam ją i przyłożyłam do siebie przed lustrem. Jasne, lekko falowane włosy sięgały mi za ramiona, a niebieskie oczy wydawały się bardziej intensywne dzięki delikatnej opaleniźnie, którą słońce zostawiło na mojej twarzy. Kilka piegów rozsianych na nosie i policzkach stało się bardziej widocznych niż zwykle.

Przyjrzałam się swojemu odbiciu. W rysach twarzy było mniej zmęczenia, a skóra nabrała od słońca cieplejszego koloru.

Wyjście do baru pełnego obcych ludzi wydawało się ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Z drugiej strony siedzenie w pokoju tylko dlatego, że bałam się wyjść samej, wcale nie brzmiało lepiej. Coraz bardziej męczyło mnie to ciągłe przeciąganie każdej decyzji na dwie strony. Chciałam wyjść, ale się bałam. Chciałam zostać, ale wiedziałam, że później będę miała do siebie pretensje. Nawet zwykły wieczór potrafiłam skomplikować tak, że sama miałam już tego dość.

Odłożyłam sukienkę na łóżko i weszłam pod prysznic. Ciepła woda spływała po ramionach, zmywając zmęczenie po całym dniu. Oparłam dłonie o chłodne płytki i zamknęłam oczy. Wciąż mogłam zrezygnować. Nikt nie wiedział, że planowałam tam pójść.

Wytarłam ciało miękkim ręcznikiem i założyłam granatową sukienkę. Rozpuściłam włosy i wsunęłam na nie czarną opaskę.

Zamknęłam drzwi pokoju i zeszłam na dół.

Do centrum Palermo dotarłam tuż przed rozpoczęciem koncertu. Qvivi okazał się niewielkim barem schowanym w jednej z bocznych uliczek niedaleko portu. Zatrzymałam się przed wejściem.

Już z zewnątrz słyszałam muzykę, brzęk szkła i głosy dochodzące z wnętrza.

Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby zawrócić.

Właśnie wtedy drzwi otworzyły się od środka. Z baru wyszła para w średnim wieku. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i przytrzymał drzwi.

- Grazie - powiedziałam cicho.

Skoro już stałam przy wejściu, głupio było się wycofać, więc weszłam do środka.

Kelnerka przeciskała się między stolikami z tacą pełną kieliszków, a przy barze trudno było znaleźć wolne miejsce. Początkowo cały ten gwar trochę mnie przytłoczył. Usiadłam przy stoliku stojącym z boku sali, skąd dobrze było widać scenę.

Kelnerka podeszła niemal od razu.

- Spritz?

Skinęłam głową.

Kelnerka uśmiechnęła się i zniknęła między stolikami, a ja w tym czasie rozejrzałam się po sali.

Na scenie muzycy przygotowywali się do koncertu. Basista stroił instrument, perkusista poprawiał ustawienie mikrofonu, a nieco z boku stał gitarzysta w ciemnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Nie rozglądał się po sali ani nie próbował zwracać na siebie uwagi. Skupiał się na gitarze, sprawdzając kolejne dźwięki.

Kiedy odsunął włosy z czoła, przyjrzałam mu się uważniej. Był wysoki i szczupły, miał ciemne, lekko niedbałe włosy, kilkudniowy zarost i skórzaną bransoletkę na lewym nadgarstku. Najbardziej przyciągał jednak spokój, z jakim trzymał gitarę. Było widać, że czuł się swobodnie. Wszystkie ruchy wykonywał z pewnością człowieka, który robił to setki razy.

Stał trochę z boku, a jednak coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę właśnie w jego stronę.

W tej samej chwili podniósł głowę.

ROZDZIAŁ 5

Pierwsze spotkanie

Koncert się skończył, ale ludzie nawet nie myśleli o wychodzeniu. Muzycy schodzili ze sceny, kelnerki zbierały puste talerze, a między stolikami mieszały się śmiech i głośne rozmowy. Widocznie tutaj wieczór dopiero się zaczynał.

Siedziałam przy swoim stoliku, obracając w dłoniach szklankę, na której dnie zostały już tylko kostki lodu, i chyba jako jedyna nie wiedziałam, co zrobić dalej. Mogłam wrócić do hotelu albo zostać. Żadna z tych możliwości nie przekonywała mnie na tyle, żebym naprawdę się na nią zdecydowała.

Popatrzyłam w stronę sceny. Basista zniknął już gdzieś między ludźmi, perkusista rozmawiał przy jednym ze stolików, a gitarzysta został przy instrumentach. Powoli zwijał kable, schował gitarę do futerału i sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. Robił to z taką samą uważnością, z jaką przed chwilą grał.

To mnie zaskoczyło. Na scenie od razu przyciągał wzrok, a teraz zajmował się instrumentami z taką swobodą, że cała reszta sali zdawała się dla niego nie istnieć.

Jeśli wyjdę, wrócę do pokoju. Jeśli zamówię kolejnego drinka, kupię sobie trochę czasu. Sama nie wiedziałam, na co właściwie czekam. Czemu podejmowanie decyzji zawsze musiało być dla mnie takie trudne. Wyjście miałam tuż przed sobą. Wystarczyło przejść przez drzwi i wrócić. Zamiast tego wstałam od stolika i podeszłam do baru.

Barmanka z ciemnymi lokami spiętymi wysoko i tatuażami na przedramionach spojrzała na mnie pytająco.

- Jeszcze jeden Aperol?

Miałam ochotę odmówić, ale skoro i tak nie byłam gotowa wracać do hotelu, skinęłam głową.

- Tak.

Czekając na drinka, obejrzałam wnętrze. Nie było tu idealnie równych półek ani starannie dobranych dekoracji. Obok starych fotografii Palermo wisiały plakaty koncertów z różnych lat, na jednej z półek stały ceramiczne sycylijskie głowy, a kilka butelek miało już lekko wytarte etykiety. Za barem dziewczyna sprawnie przesuwała kolejne szklanki, zamieniając przy tym kilka słów z gośćmi. Patrząc na nią, pomyślałam, że większość osób zagląda tutaj nie tylko na drinka, ale również dla swobodnej, serdecznej atmosfery.

Barmanka postawiła przede mną szklankę.

W tej samej chwili obok mnie stanął gitarzysta, którego przed chwilą obserwowałam na scenie.

- To co zwykle? - zapytała, spoglądając na mężczyznę stojącego przy barze.

- Tak, poproszę.

Sięgnęła po butelkę ginu i niską szklankę. Nie musiała pytać o zamówienie. Najwyraźniej bywał tu często.

Odwrócił się w moją stronę.

- Aperol?

Stał tak blisko, że musiałam lekko unieść głowę, żeby na niego spojrzeć. Przez sekundę nie byłam nawet pewna, czy naprawdę mówi do mnie.

Serce mi przyspieszyło.

Świetnie. I co teraz?

Nagle wyleciały mi z głowy nawet te włoskie słowa, których zdążyłam się nauczyć.

- Mi dispiace... Non parlo italiano.

Byłam przekonana, że na tym ta rozmowa się skończy.

- Możemy rozmawiać po angielsku.

- Naprawdę?

- Tak. Nie mówię perfekcyjnie, ale myślę, że wystarczy.

Odruchowo poprawiłam włosy za ucho.

- To dobrze. Mój angielski też nie jest idealny.

- Czyli mamy podobnie.

Słuchał uważnie, nie przerywając, a kiedy zabrakło mi słowa, czekał spokojnie, aż sama je znajdę.

Barmanka postawiła przed nim niską szklankę.

- Negroni? - zapytałam.

- Tak.

- Dobry wybór.

- Lepszy niż Aperol.

Zerknęłam na bursztynowoczerwony kolor Negroni, a potem na szklankę, którą trzymałam w dłoni.

- Widzę, że masz bardzo zdecydowane zdanie na ten temat.

Uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony moją odpowiedzią.

- Tylko w ważnych sprawach.

Przez sekundę patrzyłam na niego, nie wiedząc, czy mówi poważnie.

- Jestem Luca.

Wyciągnął do mnie rękę.

- Liliana.

Uścisnęłam ją.

Jego uścisk był pewny, ale delikatny. Kiedy mnie puścił, poczułam lekki dreszcz i od razu zirytowała mnie własna reakcja. Przecież tylko podał mi rękę. Żaden z moich planów nie zakładał tej rozmowy, a jednak z każdą kolejną minutą coraz mniej miałam ochotę ją kończyć.

Teraz mogłam przyjrzeć mu się uważniej. Docierał do mnie delikatny zapach perfum z nutą cytrusów i morskiej świeżości. Sama nie wiedziałam, dlaczego zwracam uwagę na takie drobiazgi.

- Pierwszy raz na Sycylii?

- Tak.

- I na jak długo?

- Tylko tydzień.

- To zdecydowanie za krótko, żeby naprawdę poznać Sycylię.

- Zaczynam dochodzić do tego samego wniosku. Przez pierwsze dni zdążyłam zobaczyć Palermo i Solunto. Im więcej jednak odkrywam, tym dłuższa robi się lista miejsc, które chciałabym odwiedzić.

- Masz już jakiś plan?

Przed wyjazdem miałam plan na niemal każdy dzień. Tutaj jednak już od pierwszego poranka wszystko zaczęło układać się inaczej.

- Mam w notesie całą listę miejsc. Problem w tym, że trudno zdecydować, od czego zacząć. Chciałabym spróbować miejscowej kuchni. Nie tej, którą polecają przewodniki, tylko takiej, którą wybierają sami mieszkańcy. Nie mam jednak pojęcia, od czego zacząć.

- Jadłaś już arancini?

Pokręciłam głową.

- Jeszcze nie.

- Widziałam je już wcześniej, ale za każdym razem wybierałam coś, co znałam. Chyba nadal boję się zamawiać rzeczy, których nie potrafię nawet wymówić.

- To pierwsza rzecz, którą powinnaś zrobić.

Roześmiałam się.

- Aż tak?

- Gdybyś wyjechała z Sycylii, nie próbując arancini, ominęłaby cię połowa podróży.

- W takim razie dopisuję je do listy.

- Nie dopisuj.

Odwróciłam się do niego, czekając na wyjaśnienie.

- Jest takie miejsce niedaleko stąd. Po zamknięciu baru miałem wpaść tam na kolację.

Zawahał się, po czym dodał:

- Jeśli masz ochotę, możesz pójść ze mną.

Wyjście na kolację z kimś, kogo właśnie poznałam, zdecydowanie nie było w moim stylu. Luca nie próbował mnie przekonywać. Po prostu czekał.

Zwykle znalazłabym wystarczająco dużo powodów, żeby odmówić. Zamiast szukać kolejnego powodu, żeby wrócić, chciałam zobaczyć, dokąd zaprowadzi mnie ten wieczór.

Podniosłam na niego wzrok.

- Chętnie.