Pod Skrzydłem Anioła - Hanna Skrabut

-
Proszę czekać

1.

ŁAWECZKA

Danka siedziała na ławeczce skulona. Była zamyślona i zatroskana. Martwiła się o syna. Jak mogło się to stać, że nic nie zauważyła? Przecież jest dobrą matką, zrobiłaby wszystko dla swojego dziecka. Cały czas myślała o słowach lekarza. "Ciało leczy się łatwo, duszę nie. To wymaga czasu, spokoju, wyrozumiałości i miłości".

Ona to wszystko ma i może dać. Dla niej potwornym przeżyciem było samookaleczenie syna. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego czternastoletni chłopiec chciał odciąć sobie dłoń. Maciej chodził do szkoły muzycznej w Tarnowskich Górach. Grał na skrzypcach od piątego roku życia. Był chwalony za cierpliwość i sumienność. Długie i smukłe palce oraz wspaniały słuch ułatwiały mu naukę. Bez większego problemu pokonywał kolejne progi trudności. Dumni nauczyciele chętnie chwalili się umiejętnościami zdolnego ucznia. W domu było spokojnie. Danka wychowywała Maćka sama. Pomagali dziadkowie, którzy byli bardzo zaangażowani w wychowanie wnuka. Wszyscy mieszkali razem, w dużym domu, w Lasowicach. To był niezwykły dom. Pachnący drożdżowymi bułeczkami, otulony ciepłą kołderką miłości i zrozumienia.

Psychiatra stwierdził, że chłopak przeżywał traumę. Minęło pół roku i nikt nie wie, co popchnęło Maćka do tak okrutnego czynu. Maciek stał się obcy, zamknięty w sobie. Jego świat był niedostępny dla innych. Lekarze dawali jednak nadzieję. Czas, potrzebny jest czas.

Danka dostała wsparcie od rodziców, pomoc psychologiczną, ale dopóki Maciek nie upora się ze swoim problemem, ona nie powróci do normalności. Po trzymiesięcznym pobycie w szpitalu, w którym Maciek próbował odebrać sobie życie przez połknięcie nagromadzonych leków, Maciek trafił do Ośrodka Psychiatrycznego. Obserwacja, leki i psychoterapia nie dały spodziewanych efektów. Dusza wciąż cierpiała. Lekarze nie odnaleźli przyczyny traumy.

Teraz od tygodnia był tutaj, w Ustroniu, w Ośrodku Pod Skrzydłem Anioła. Psycholog zaproponowała, żeby pobyt potraktować jak obóz. Była jeszcze trójka innych dzieci w tym samym wieku. Zatem obok zajęć z psychologiem, które miały przybierać różne formy, prowadzone będą innego rodzaju grupowe zajęcia dydaktyczne i poznawcze. Wyjścia w teren, poza strefę komfortu, pozwolą na własne decyzje, które po tak długim czasie zamknięcia i umoralniania będą wyjątkowo trudne. Ułatwią poznanie nowych terenów, nauczą czerpania radości z życia i uwolnią spontaniczność, która jest niesłychanie ważna u nastolatków.

Danka chciała być blisko syna, dlatego zamieszkała w Pensjonacie Rowerowy Raj. Miała stały kontakt z psychologiem, opiekunem syna, i nadzieję na powrót do normalności.

Janka zobaczyła skuloną na ławce kobietę. Widywała ją tu codziennie. Dziś było jednak tak zimno, że mogło się to źle skończyć. Zrobiła gorącą herbatę z sokiem malinowym. Małą buteleczkę bimbru wsadziła do kieszeni fartucha. Ubrała serdak na ciepły sweter, wzięła kraciasty koc i wyszła przed dom.

- Dzień dobry. - Janka uśmiechnęła się szczerze do zziębniętej kobiety.

- Ja tu mieszkam. - Wskazała ręką na drewnianą chałupę. Pani pewnie zmarzła, dlatego przyniosłam herbatki z malinami. Napijemy się razem. We dwie zawsze raźniej. Ja sama w chałupie, a pani tu na tej ławce. Nie gniewa się pani, ale nie mogę już patrzeć na tę żałość i ból, co to panią gryzie. Pani się otuli chociaż tym kocem. Przemarznie pani. A tu problem jest i trzeba temu zaradzić. Poddawać się nie można. Silnym trzeba być. Herbata dobra, z sokiem z własnych malin. Mam też odrobinkę na rozgrzanie, ale nie wiedziałam, czy pani pijąca. Wie pani, ten świat tak pędzi, tak się zmienia, że nadążyć trudno. Kiedyś to wszyscy palili papierosy. Kto nie palił, to jakiś odscypek był, mało pewny. Dziś to już nie uchodzi. Mało ekologiczne i niezdrowe. To samo z piciem. Kiedyś nie nadążyli pędzić, a dziś to lampkę wina albo jakieś whisky z mrożonymi kamieniami. Ja jestem prosta kobieta i mówię, jak jest. Mówię, co czuję. Ta ławka przyciąga straceńców. Takich, co to przemyśleć coś muszą lub walczą z własną duszą. Niech się pani nie boi, to dobre miejsce. Tu problemy się rozwiązują. Ja nieuczona jestem, ale mówią, że tu Anioł Stróż lubi odpoczywać. Może to on panią tu zwabił, by pomóc. To co, dolać kapkę bimbru na rozgrzanie? - zapytała Janka.

Danka grzecznie podziękowała za herbatę i otuliła się kocem. Pachniał domem. Drzewem z kominka i kompotem z wiśni, ciastem drożdżowym, a nawet zupą ogórkową.

- Pani tu na zabiegi, ratować zdrowie przyjechała? - zadała pytanie Janka.

- Ja tu jestem jako osoba towarzysząca. Zatrzymałam się w Rowerowym Raju. Ta ławka każdego dnia mnie kusi, żeby na niej przysiąść i pomyśleć, czy coś można zmienić i jak to zrobić - odpowiedziała Danka.

- Ja pani mówię. To miejsce jest wyjątkowe. Do mnie letnicy to rzadko przyjeżdżają. Mam takich stałych, co to są już jak rodzina. Takim nie mogę odmówić. Dach nad głową daję, nakarmię, a i do domu słoików do torby naładuję. W tym mieście to zdrowie dużo kosztuje, a u mnie samo zdrowie. Przyjeżdżała do mnie pani Joanna z Tarnowskich Gór. To taka dobra kobieta, a tak źle potraktował ją los. Jest sama, tak jak ja. Straciła męża i dwoje dzieci. Ona przychodziła tu pomyśleć. Siadała tu, gdzie pani, na tej ławeczce, i w zadumie szukała miejsca dla siebie. To takie straszne, gdy człowiek traci cel i chęci do życia. Brak motywacji może doprowadzić do wielu chorób. Ona mówiła, że ma depresję. Potrafiła godzinami patrzeć przez okno. Bez celu, bez emocji i bez nadziei. Często widziała małego chłopca grającego na skrzypcach na ulicy Krakowskiej. Chłopiec grał pięknie, miał wyjątkowe dłonie. Jego długie palce tańczyły na strunach, a smyczek wypuszczał anielskie dźwięki. Chłopca przyprowadzał podejrzany starszy mężczyzna. Może to był jego ojciec? Chłopiec bardzo się go bał.

Danka przerwała swojej rozmówczyni, pytając:

- Kiedy to było?

- Jakieś pół roku temu. Ale czemu pani o to pyta? Czy pani też jest z Tarnowskich Gór? Może zna pani tego chłopca? Joasia mówiła, że on zniknął, przestał grać. Ona go szukała. Nie znała imienia ani nazwiska. Pytała w szkole muzycznej. Nie uzyskała żadnych informacji, ale czuła, że coś się stało. Ten fakt i jeszcze spotkanie z miłą panią z Apteki Pod Dobrym Aniołem sprawiło, że zajęła się pomocą na rzecz dzieci. Teraz pracuje w Fundacji Księdza Stanisława Janowskiego.

Danka znów przerwała opowieść kobiety. Zapytała, pokazując jej zdjęcie syna:

- Czy to ten chłopiec?

Janka popatrzyła na zdjęcie ślicznego chłopca ze skrzypcami. Zobaczyła oczy pełne łez i nadziei, ale nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. To nie ona widziała grającego chłopaka. Zapewniła, że może zapytać Joannę, gdy się zobaczą.

- Sprawa jest pilna. Ja tu jestem z synem. On został przez kogoś bardzo skrzywdzony. Pół roku temu trafił do szpitala. Lekarze i psycholodzy twierdzą, że przeżył traumę. Nikt nie wie, co się stało, a on żyje jak w katatonii. Proszę wysłać to zdjęcie swojej znajomej, może rozpozna tego chłopca. Danka i Janka wymieniły się numerami telefonów. Danka wysłała natychmiast zdjęcie syna w nadziei, że może to rozwikła problem Maćka. Kobiety umówiły się na telefon i spotkanie na ławeczce.

2.

OSCYPKOWE PRZEKRĘTY

Felicja Lak niedawno zmieniła pracę. Jej osobiste doświadczenia doprowadziły ją do pracy w policji. Niezwykła intuicja i analityczna przebiegłość wraz z nowym nieskażonym spojrzeniem na sprawy, sprawiły, że otrzymała propozycję nie do odrzucenia. Została konsultantem w wydziale kryminalnym. Nikt się nie spodziewał, że mała, okrąglutka i zakompleksiona Fela przyjmie tę propozycję. Fela wzięła się za siebie. Nauka, treningi szybko przyniosły efekty. Zbudowały też pewność siebie nieśmiałej dziewczyny z apteki. Fela miała wiele przydatnych cech. Była niezwykle pracowita, skrupulatna i miała dobre serce. Z niezwykłą starannością skupiała się na poszlakach czy dowodach, analizując i dociekając. Wnioski wyciągała ostrożnie, ale zawsze kierowała się intuicją, która nigdy jej nie zawodziła. Nie była specjalnie lubiana w Wydziale. Nie lubi się osób, których chwała chodzi przed nimi. Jednak wszyscy, którzy mieli okazję pracować z Felą, zmieniali o niej zdanie. Dziś została oddelegowana do Ustronia w celu zbadania afery oscypkowej, która na Dworcu Głównym w Katowicach wymknęła się spod kontroli. Do Ustronia przyjechała z synem Adamem i psem Kirą. Zatrzymali się oczywiście w Rowerowym Raju.

- Witajcie. Chodźcie, wy pewnie głodni. - Hanka witała się z gośćmi. - Jaki chcecie pokój? Taki, żeby cicho i spokojnie było, czy chcecie trochę gwaru? Jeśli gwar, to mam pokój obok mnie. Jak cisza, to na końcu korytarza.

Kira merdała ogonem i skakała na Hankę. Ta tuliła psa i cicho szeptała mu do ucha:

- Przekonaj ich, żeby koło mnie chcieli. Ty to umiesz tak ładnie zrobić. - W końcu dodała:

- Tam na koniec korytarza nie dochodzą zapachy świeżutkich pieczonych rogalików z różą i ciasteczek marcepanowych z Nutellą.

- To jest argument. - Adam się zaśmiał. - Jasne, że chcemy ten pokój z połączonymi balkonami. Będziemy wysyłać Kirę na przeszpiegi.

- Wy nie musicie wysyłać psa, sami powinniście przychodzić. Ucieszy mnie wizyta najwyższej kontroli jakości. Jak wasze brzuchy będą zadowolone, to ja będę szczęśliwa. - Śmiała się Hanka.

Fela patrzyła na nią i widziała Lucy. One są naprawdę identyczne. Nie tylko wyglądają tak samo, ale tak samo mówią i się śmieją. Tak samo się poruszają. Ciekawe, czy zrobiły badania genetyczne, tak jak im radziłam. Muszę o to zapytać Lucy. Z Hanką nie jestem na tym etapie znajomości.

- Widzę, że pani komisarz z obstawą. - Hanka się śmiała. - Pies policyjny i ochroniarz, a gdzie reszta rodzinki?

- Ktoś musi pracować. - Adam odpowiedział żartobliwie. - Ja jem za trzech, więc to tak jakby była rodzina w całości.

- Wiem coś na ten temat. - Hanka kiwała głową. - Mój syn też był w twoim wieku.

- Powiedz mi, czy mogę ci w czymś pomóc? Byłaś bardzo tajemnicza przez telefon.

Fela pokrótce opowiedziała o przekrętach oscypkowych w Katowicach. - Teraz jest afera podwójna. Górale domagają się wyjaśnienia, kto wprowadza zły, podrobiony towar. Handlarze chcą ukarać górali za oszustwa, których nie byli świadomi. Tropy prowadzą do Ustronia. Nie broniłam się, jak postanowili tu kogoś wysłać. Wiem, że może wiele nie znajdę, ale poszukam i popytam. Jednym słowem zrobię wszystko, aby wyjaśnić sprawę.

- Oj, dobrze, że mnie tu masz. Tu nikt ci nic nie powie. Trzeba wiedzieć, kogo pytać. Trzeba też wiedzieć, jak zapytać. - Hanka się śmiała.

- To dobrze zrobiłam, że do ciebie przyjechałam. Odpocznę, mogę też coś pomóc. Ja lubię gotować. Za informacje coś ugotuję. Czy zostaniesz moim informatorem? - Fela mrugała oczami i ruszała pupą, udając swojego psa.

- Zobaczę, co da się zrobić. Pamiętaj, że informator robi coś za coś. Czy ty się liczysz z konsekwencjami? Poza tym, ja tu mieszkam i nie mogę spalić kontaktów. Mogę ci kilka podsunąć. Na górce dwieście metrów od Rowerowego Raju stoi ławeczka. To niezwykłe miejsce dla mieszkańców. Ławeczka jest magiczna. Naprzeciw niej jest drewniana chałupa. Mieszka tam Janka. Ona wie wszystko, a tego czego nie wie, to wie, jak się dowiedzieć. Skontaktuję cię z nią. Możesz powiedzieć, że dostałaś namiary od znajomej z Tarnowskich Gór. Do niej systematycznie przyjeżdża Joanna Brek, która pracuje dla tego twojego księdza.

- Świat jest naprawdę mały. Ja dobrze znam Joannę. Nawet nie muszę kłamać. - Fela się ucieszyła. - To my się rozpakowujemy, a ty umów to spotkanie.

Fela biegła na spotkanie z Janką. Szybko znalazła ławeczkę, na której czekała już na nią kobieta w serdaku i kolorowej chuście na głowie. Trzymała w ręku dwa kubki z herbatą.

- Witam! - zawołała radośnie Fela. - Cieszę się, że znalazła pani dla mnie chwilkę czasu.

- Ja też się cieszę. Będę miała z kim wypić herbatkę. Zrobiłam z sokiem malinowym. Maliny z mojego ogrodu. Dziś tak zimno, to może prądu dołożymy. - Janka się uśmiechnęła.

- A pewnie, dobry bimber jest lepszy od tych wielkomiejskich specjałów. Hanka mówiła, że najlepszy do herbaty z malinami. - Fela się uśmiechała.

- Jak dobrze z mądrym porozmawiać i mądrego posłuchać. - Janka wyciągnęła butelkę schowaną w fałdach spódnicy.

Rozmowa przybrała od razu inny wymiar. Tak jakby skrzydła anioła otuliły dwie kobiety, które nagle stały się dwiema przyjaciółkami.

- To co ty byś chciała wiedzieć? Polacy mają oscypki, Włosi gorgonzole, Grecy mają fetę, a Francuzi ser Roquefort. Oscypki ludzie kupują, bo one są nasze. Oscypek to ser owczo-krowi, podpuszczkowy, wędzony. Zapotrzebowanie na sery jest duże, ale producentów oscypków w Beskidach można policzyć na palcach jednej ręki. Oscypki mieszane z mleka owczego i krowiego robi się jak typowe sery twarde, z pełnotłustego mleka. Najpierw trzeba sklagować (to góralskie określenie koagulacji) mleko, czyli podgrzać, żeby się ścięło. Oddziela się wtedy serwatka i masa serowa. Masę zawija się w płótno i pozostawia do odcieknięcia. Po trzech dniach jest z niej bryndza. Potem oscypek wyciska się w formie i zostawia na dobę w solance. W końcu półprodukt, aby stać się oscypkiem, trafia do wędzenia nad ogniem bukowym lub jaworowym. Prawdziwy oscypek musi mieć sześćdziesiąt procent mleka owczego. Powinien być pokryty słomkową skórką, a w środku powinien być jasnokremowy. W mleku owczym jest więcej białka niż w krowim. - Janka znała się na oscypkach.

- Dobrze, ale jak się sprawdza, że to prawdziwy oscypek? - Fela miała wątpliwości.

- Oscypek musi być mocny, nie mdły. Nie może być ani za słony, ani niedosolony. Dobry oscypek czuje się po smaku i zapachu wędzenia. Jak go jesz, to skrzypi w zębach. Jak się starzeje, to wysycha równomiernie. Ten, co pęka, ma za dużo krowiego mleka. Jak jest świeży, to powinien kilka dni poleżeć, aby oddać nadmiar wilgoci i podsuszyć się odpowiednio. Oscypki mogą być do pół roku w lodówce, ale nie można ich mrozić. Mrożenie zabija smak i aromat. Stary oscypek da się uratować. Można go włożyć na chwilkę do lekko nagrzanego piekarnika lub usmażyć czy zgrillować. Ty wiesz, skąd pochodzi jego nazwa? Oscypek pochodzi od oszczypek, to taki mały oszczep. Janka jeszcze długo mogła opowiadać o serach, ale Fela chciała jej zadać konkretne pytania.

- Powiedz mi, czy ktoś w Ustroniu lub okolicy może produkować oszukane oscypki? - zapytała wprost Fela.

- Nie. Oscypki to wyjątkowe sery. Muszą być produkowane w bacówkach. Sezon na oscypki trwa od maja do września. Mamy jeszcze inne sery góralskie. Jest ser bacy lub ocypek. Oscypek jest serem góralskim. Nie każdy ser góralski to oscypek. Wie to tu każdy i każdy ten ser rozpozna. Z wyglądu są jednakowe, ale smak jest różny. Pewnie o ten smak poróżnili się górale i handlarze. Trzeba sprawdzić, pod jaką nazwą sprzedają sery. Jakbyście potrzebowali testera serów, to ja się do tego nadam. Tylko ja taka niezmotoryzowana jestem i gubię się w mieście. To przewodnika bym potrzebowała.

Fela zrozumiała, że w tej aferze nie będzie winnych. Ocypek czy oscypek dla handlarza to to samo. Ważne, żeby się sprzedało.

Miło się rozmawiało, lecz czas płynął. Fela zdecydowała się pożegnać. Janka jednak zatrzymała ją i poprosiła o pomoc.

- Dzisiaj na tej ławeczce poznałam kobietę. Ona tu przyjechała ratować syna. Chłopak szuka pomocy w Ośrodku Pod Skrzydłem Anioła, a ona mieszka w Rowerowym Raju. Chłopiec został bardzo skrzywdzony, przeżył traumę. Nikt nie potrafi mu pomóc. Wysłałam zdjęcie do Joanny Brek. Ona zna tego chłopca i ma informacje na jego temat. To sprawa dla policji. Proszę, porozmawiaj z Joanną, a potem pomóż Dance. Ona strasznie cierpi. Jest tu z synem od tygodnia, ale to dłuższa historia. Bardzo bym chciała jej pomóc i to, że ty tu się zjawiłaś, to znak, że się nam uda. - Janka była poważna i zmartwiona. Na końcu dodała:

- Ja wiem, że sama nie byłabym w stanie zdjąć z niej tej troski. W jedności siła. Ufam, że razem damy radę.

Fela chciała napisać raport ze spotkania, gdy zadzwonił telefon.

- Witam cię, Felu. Nie przeszkadzam? Chciałabym z tobą porozmawiać. Mówi Joanna Brek.

- Ty nigdy nie przeszkadzasz. Właśnie chciałam do ciebie dzwonić. Jestem w Ustroniu. Rozmawiałam z Janką.

- Cieszę się, że mogę tobie opowiedzieć o moich obawach. Mam nadzieję, że to ty zajmiesz się tą sprawą - mówiła Joanna.

- Tego nie mogę obiecać, ale znasz mnie, ja nie odpuszczam. Opowiadaj.

Joanna opowiedziała, że widziała chłopca, którego przywoził prawie codziennie jakiś mężczyzna. Był on dziwny i źle traktował chłopaka. Kazał mu grać i zbierać pieniądze. Chłopiec wyraźnie się go bał. Gdy widziała ich, czuła się speszona tą sytuacją, ale lubiła słuchać chłopaka i patrzeć, jak jego palce ślizgają się po strunach. Gdy chłopiec przestał grać, szukała go. Miała złe przeczucia. Przekazała jeszcze jedną informację. W ośrodku pomocy dzieciom miała kontakt z dziewczynką, która też widywała tego chłopca. Ta dziewczynka przez jakiś czas była uwięziona w domu. Miała złamaną nogę, jeździła na wózku. Jej mama nie była w stanie znieść jej i wózka po schodach, dlatego przez sześć tygodni światem tego dziecka były tylko okna. Mieszkały w starej kamienicy przy ulicy Krakowskiej. Dziewczynka opowiedziała jej o grającym chłopcu i o dzieciach posługujących się dziwnym językiem rąk. To nie był język migowy, bo dziewczynka znała jego podstawy. Ma głuchą babcię. Wie, jak mama rozmawia z babcią. Joanna powiedziała, że byłaby w stanie rozpoznać tego mężczyznę. Może jest notowany. Ważny w śledztwie jest też ten język rąk. Dziewczynka mówiła, że chłopiec grający na skrzypcach, też go znał. Ona sama pamiętała kilka ułożeń, ale nie wie, co oznaczały. Joanna mówiła z przejęciem.

- Wiesz, Felu, należy zachować szczególną ostrożność. Młodzi ludzie są wyjątkowo podatni na szantaż emocjonalny. To działa jak hipnoza. Czasami słowo, gest, zdarzenie przywołują lub wręcz nakazują im coś robić. Mogą być to okaleczenia, próby samobójcze. To czyni sprawców zwyrodnialcami bez skrupułów. Najczęściej oni sami też byli w ten sposób traktowani. To może być jeden człowiek lub kilku ludzi. Najpewniej są młodzi. Trzeba się zastanowić, co łączy w całość nasze informacje. Skontaktuj się ze mną, jak będziesz w Tarnowskich Górach, to pomogę ci odnaleźć dziewczynkę. Może te ułożenia rąk coś znaczą.

Felę przeszedł dreszcz. Myślała, że miło spędzi tu czas. Poplotkuje z Hanką. Spotka się z Olą. Powspominają stare czasy, a tu rozwija się śledztwo.

Po kolacji Hanka z Adamem i psem poszli na spacer. Fela przysiadła się do stolika Danki.

- Nazywam się Felicja Lak i pracuję w policji, w wydziale kryminalnym. Rozmawiałam z Janką i jej koleżanką, która rozpoznała pani syna. Proszę mi wszystko opowiedzieć. Spróbuję pomóc.

Fela nie spodziewała się tak tragicznej opowieści. Maciek ma dopiero czternaście lat.

Co doprowadziło małego chłopca do tak strasznej decyzji? Maciek próbował obciąć sobie dłoń. Poranił sobie obie ręce. Niestety, lewa ręka była zbyt słaba, dlatego w akcie strasznej rozpaczy próbował odciąć sobie lewą dłoń przy pomocy prawej silniejszej. To nie była chęć śmierci. Wystarczyło podciąć sobie żyły. Duże arterie spowodowałyby krwotok, który doprowadziłby do zgonu. Dzięki dziadkowi, który znalazł go w garażu, żyje. To był jednak czysty przypadek. Dziadek i babcia nie zaglądali do garażu. Zadzwonił telefon i miły pan poprosił, żeby sprawdzili, czy ich garaż jest dobrze zamknięty. W okolicy grasują złodzieje i jego właśnie okradli, dlatego uprzedza sąsiadów. Danka się zawahała. Ojciec mówił, że sąsiad się nie przedstawił, a on sam nie rozpoznał go po głosie. Potem nie było już czasu zastanawiać się nad tym. Wszyscy ratowali Maciusia. Zaskakujące było to, że gdy chłopiec odzyskiwał przytomność, cały czas powtarzał, że nie chce tej ręki. W szpitalu w Piekarach Śląskich udało się uratować rękę. Pracowały przy tym dwa zespoły lekarzy. Jedni ratowali prawą rękę, a drudzy lewą. Rany się zagoiły. Niestety, lewa ręka już nigdy nie będzie w pełni sprawna.

Maciuś wciąż nie wracał do zdrowia. Układał palce dłoni w dziwny sposób. Wszyscy myśleli, że ćwiczy, ale to nie były ćwiczenia, nie dla Maćka. Jego próba samobójcza była nieudolna, ale była kolejnym aktem rozpaczy. Danka od tego momentu była cały czas z synem. Siedziała przy nim w dzień i w nocy. Kiedy ją wyrzucali, koczowała pod oknami. Jej ból stał się obsesją, a zdrowie syna najważniejszym celem życia. Dzisiaj też rozmawiała z psychiatrą Maciusia.

- Musi się pani uzbroić w cierpliwość. On jest u nas tydzień. My się dopiero poznajemy. On musi sam chcieć. Musi zaufać, poczuć bezpieczeństwo i wsparcie. To zależy tylko od niego. Ja nie jestem w stanie przyspieszyć tego procesu. Powiem tylko, że grupa rówieśnicza jest pomocna. Zareagował bardzo pozytywnie. Dobrze też reaguje na młodych ludzi, z którymi pracuje. My tak dostosujemy prowadzących zajęcia, żeby stworzyć mu komfortowe warunki. Proszę go nie osaczać, nie płakać i niczego nie przyspieszać. Za szybko i za dużo to też zła strategia. Doktor pożegnał się grzecznie, dając Dance do zrozumienia, że jej codzienne telefony nie pomagają mu w pracy.

Kira przybiegła się przywitać. Znów wymachiwała przyjaźnie ogonem.

- Jaka ona jest śliczna! Pewnie taki policyjny pies jest mądry? - zapytała Danka.

- Tak, Kira jest mądra i piękna. Pewnie byłaby najlepszym psem policyjnym, ale wybrała rodzinę - odpowiedział poważnie Adam. - Pilnuje mnie, jak mama jest w pracy. Wyczuwa na odległość złych ludzi i nie zawsze jest przyjazna.

- To wspaniale. Macie szczęście. Taki pies to skarb. Może gdyby Maciuś miał takiego psa, to cieszyłby się teraz życiem. Ja wiem, to moja wina. To ja powinnam go chronić. Oddałabym wszystko, nawet swoje życie, za jego szczęście. - Danka cała drżała, a Kira lizała jej ręce, jakby chciała ją uspokoić.

Hanka słyszała rozmowę i wyszła z propozycją:

- Jutro jakaś grupa z Ośrodka Pod Skrzydłem Anioła będzie miała zajęcia w terenie. Będą na łące za Rowerowym Rajem, może dołączysz do nich z Kirą, Adasiu? Wasz piękny i mądry pies będzie miał szansę się wykazać. My zaś zobaczymy, jak ocenia wychowawcę i psychoterapeutę. Ja uprzedzę Olę, że przyjdziecie. Zgodę biorę na siebie.

- Wy, moje drogie panie, możecie popatrzeć na ich figle z tarasu. Zapraszam na kawkę i ciasteczko. W terapii nie wolno przeszkadzać. Pies i jego opiekun to co innego.

Fela długo nie mogła zasnąć. Kira czuła jej niepokój i mimo że nigdy nie pchała się do łóżka, tym razem uznała, że to konieczność. Wpakowała się Feli bez pardonu do łóżka, przytuliła się tak mocno, że Fela czuła każdy jej oddech. Zasnęła, a jej spokój i aksamitny dotyk futra utuliły rozemocjonowaną policjantkę. Rano pies zachowywał się tak, jak gdyby nic się nie stało. Właściwie można by rzec, że w obcym miejscu nie wiadomo, kto gdzie śpi. Pomylić się zawsze można. Fela po pysznym śniadaniu usiadła, żeby posegregować notatki i jeszcze raz się zastanowić. Trzeba sprawdzić bilingi rozmów z dnia zdarzenia. Sprawdzić, czy było w okolicy włamanie. Może ten telefon miał na celu znalezienie chłopca i udzielenie mu w porę pomocy. Trzeba sprawdzić pedofili. Musi zapytać o ojca Maćka. Porozmawiać z Joanną i tą dziewczynką, odtworzyć te ruchy dłońmi i sprawdzić, czy Maciek je zna i rozumie przekaz.

3.

POLANA STRACHU

Ola nie miała wyboru. Maciuś jest wyjątkowy. Niestety, to trudny przypadek i należy go traktować z wyjątkową troską. Dogoterapia się sprawdza. Wywiad potwierdził, że wszyscy lubią lub kiedyś lubili psy. To może być jedyna okazja, by to sprawdzić. Obawy jednak rosły. Kira zna się na ludziach. Wie, kiedy nie są szczerzy. Czy ona sama wystarczająco się zmieniła i czy dość zmieniła swoje życie, by pies ją zaakceptował. To nie jest takie proste. Ponosimy konsekwencje swoich decyzji życiowych, nawet wtedy, gdy szczerze ich żałujemy. Ola dostała nową szansę na zmianę swojego życia. Robi to, co kocha, spełnia się i jest szczęśliwa. Znów jest ukochaną córeczką swojego ojca, który zapewniał ją, że zna prawdę. Nie jest jego królewną, czemu jednak nie jest jego pajacykiem? Nie nazywa jej już tak nawet wtedy, gdy są sami. Kiedy tuli ją i głaszcze po długich jasnych włosach. Może on też się boi. Boi się, że wie i musiałby z tym coś zrobić. Każda decyzja będzie miała bolesne skutki. Trzeba zostawić pewne sprawy za sobą i cieszyć się przyszłością. Ola nienawidziła kłamstwa i niedomówień. Walczyła ze starymi demonami przeszłości. Już nie boi się luster, nawet w swoim ośrodku ma kilka sal z lustrami weneckimi. To bardzo pomaga przy terapii. Ważna jest reakcja pacjenta. Czasami jakieś słowo lub gest budzą emocje. Trzeba umieć je odczytywać. Nie każda sesja jest nagrywana. Obecność kamery często zamyka pacjenta w sobie. To nie ułatwia otwarcia się. Rozluźnienie psychoterapeuty wpływa pozytywnie na pacjenta. Jednocześnie wnikliwy obserwator potrafi określić stan pacjenta poprzez reakcje werbalne i pozawerbalne. Dziś Ola chce zmierzyć się z samą sobą na oczach wszystkich. Ala zawsze lubiła psy, Kira jej nie zna i nie wie, kim jest.

Kira biegała po łące jak szalona. Najważniejsze były patyki. Trzeba znaleźć i przynieść człowiekowi. Człowiek lubi rzucać. To niech rzuca. Szczęście człowieka na pierwszym miejscu. Już z daleka widać było grupę sześcioosobową. Wszyscy obserwowali ganiającego psa. Fela zostawiła Dankę i Hankę na tarasie, a sama się wymknęła. Postanowiła wejść na polanę od dołu górki. Nie było to możliwe. Górka kończyła się gwałtownym uskokiem. Skarpa była wysoka i stroma. U jej podnóża wił się leniwie kamienisty strumień. Fela zeszła nieco w dół i zaczęła wchodzić na polanę tuż nad niebezpieczną skarpą. Słychać było piski i krzyki. Kira szczekaniem upominała się o rzucenie patyka. Wszyscy chcieli rzucać, a potem biegli, by złapać patyk przed psem. Pies był niepokonany, zawsze pierwszy. Najlepszy, najszybszy. Ktoś niefortunnie rzucił patyk nie w poprzek stoku, ale w dół. Kira rozpędziła się jak błyskawica. Za patykiem pobiegła też dwunastoletnia Ania. Dziewczynka biegła coraz szybciej i krzyczała coraz głośniej. Nogi same ją niosły i nie mogła się zatrzymać. Ola, widząc, co się dzieje, rzuciła się w pogoń za Anią. Ona wiedziała, że tam jest skarpa i taki bieg jest wyjątkowo niebezpieczny. Ola biegła i krzyczała:

- Musisz się przewrócić, bo inaczej się nie zatrzymasz. Ola już też nabrała takiej prędkości, że wiedziała, że się nie zatrzyma.

Fela najpierw zobaczyła dziewczynkę. Stanęła jej na drodze jak taran. Obie przewróciły się i sturlały kilka metrów w dół. Jeszcze jedna istota biegła. Fela resztką sił zagrodziła drogę Oli. Ona też upadła, a Fela jęknęła z bólu.

- Oby skończyło się na siniakach - powiedziała do przerażonej i zapłakanej Oli.

- Miło cię widzieć. Ty zawsze masz wyczucie czasu. Jesteś tam, gdzie jesteś akurat potrzebna. Dziękuję ci. Wiesz, że uratowałaś nam życie. To skarpa śmierci. Kilku narciarzy już z niej spadło. Kiedyś były tu zabezpieczenia, ale one przyciągały turystów, którzy robili tu sobie wycieczki krajoznawcze, dlatego postanowiono dla bezpieczeństwa je usunąć. - Ola uśmiechała się przez łzy.

- Oj, chyba nie mogę się ruszać - jęczała Fela.

Kira podbiegła do biegaczek. Wylizała Anię, potem Felę, a na końcu podeszła do Oli. Powąchała ostrożnie jej rozbity łokieć. Polizała go, zostawiając psi opatrunek i zaczęła zamaszyście merdać swoim cudnym ogonem, domagając się głaskania.

Dziewczyny pozbierały się i podtrzymując się wzajemnie, zaczęły wspinaczkę w górę przez polanę. Adam zdziwił się, widząc mamę. Musiał ten fakt skomentować:

- Czy ty wszędzie musisz chodzić za nami? Czy ciebie zawsze nosi, nie potrafisz usiedzieć w miejscu?

- Miałaś pić kawę na tarasie i oglądać nasze harce! - Adaś zauważył, że mama kuśtyka.

- Co się stało? Gdzie ty byłaś? - pytał z troską w głosie.

- Byłam tam, gdzie byłam potrzebna. - Fela, Ania i Ola śmiały się beztrosko.

Młodzież wróciła do ośrodka, a Ola z Felą, Adasiem i Kirą poszli na ciasteczka do Hanki.

- Co wy wyprawiacie? - krzyczała zdenerwowana Hanka.

- To niebezpieczny stok jest. Nie można biegać po nim w dół na złamanie karku. Tam jest skarpa. Od dzisiaj ta polana kojarzyć mi się będzie ze strachem. - Hanka widziała, że Fela uratowała dziewczyny. Była jej bardzo wdzięczna.

- To dobra nazwa - Polana Strachu. Nie będziemy jej już wykorzystywać w naszych zajęciach. Ola przytuliła Felę, a ta jęknęła. Kira podniosła kłapciate uszy. Ktoś chyba robi krzywdę jej pani. Kira nie miała siły ruszyć łapą, spała jak zabita, zdrowym snem psiego niemowlaka.

4.

WSZYSTKO RAZY DWA

Lucy była szczęśliwa. Miała cudowną rodzinę. Wyśnionego męża i dwóch synów. Wszystko działo się tak szybko. Przyzwyczaiła się do swojego starego życia. Miała swój porządek i czas na wszystko. Dzisiaj ma męża i dzieci. Nie wie, w co ręce włożyć. Wszystko mnoży się razy dwa. Dwa razy więcej radości, dwa razy więcej problemów, dwa razy więcej miłości, dwa razy więcej obaw, dwa razy więcej pracy, w zamian za dziecięcą, spontaniczną i beztroską zabawę. Do ślubu, wesela i chrzcin bliźniaków żyli jak na haju. Zachłysnęli się własnym szczęściem. Nie spodziewali się, że można spełnić marzenie. A tu wszystko się udało. Spełniło się to, co obiecali sobie na ławeczce, będąc pierwszy raz w Rowerowym Raju. Wydarzyło się nawet więcej, niż mogliby tego pragnąć. Niestety, proza życia zabija. Lucy chodziła jak ćma. Niewyspana, zmęczona, a przecież nie pracowała. Zajmowała się tylko dziećmi. O domu nikt nie wspominał, bo nie przypominał on wymuskanego gniazdka. Jest on jak stacja galaktyczna służąca dwóm astronautom, którzy wciąż poszukują nowego czystego miejsca na swoje eksperymenty.

Zmiana pracy Lucka nie pomogła. Chłopcy rośli i trudno było za nimi nadążyć. Na szczęście pomoc nadeszła. Była zaskakująca i budująca. Tolek, brat Lucka, zdecydował się na powrót do Polski. Był ojcem chrzestnym Piotra i Pawła, miał tu obowiązki. Naprawdę cieszył się szczęściem brata i chciał uczestniczyć w jego życiu. Rodzice wrócili do Katowic, gdzie mieli mieszkanie, a Tolek zamieszkał w mieszkaniu Lucy. Rzadko tam bywał. Miał bowiem swój pokój w ogromnym mieszkaniu brata i dzięki temu mógł być załogą statku kosmicznego. Pracował zdalnie i był szalenie pomocny. Lucy znów zaczęła się uśmiechać. Teraz rodzice Lucka zatrzymywali się w mieszkaniu Lucy. Chcieli być blisko wnuków. Lucy nie mogła wyjść z podziwu dla ich zaangażowania. Rozpieszczali chłopców w mądry sposób. Dawali im siebie. Babcia z bolącym kolanem turlała się po podłodze jak gąsienica motyla, żeby potem wspiąć się po krześle i kuśtykać po pokoju z apaszkami w dłoniach imitującymi skrzydła motyla. Dziadek zbijał karmniki i robił wędki, żeby łowić ryby w kałuży na tarasie, albo w rynnie, gdy padał deszcz. Miło było patrzeć na starania, na ich troskę i chęci. Na siłę wyrzucali Lucy z domu.

- Dziś robimy pranie, będziemy puszczać bańki mydlane. Idź sobie odpocząć - mówił dziadek, chichocząc.

- Dziś pieczemy ciasteczka, za dużo nas będzie w kuchni. Zadzwonię do ciebie, jak posprzątamy - mówiła babcia.

W ten sposób wypoczęta i dowartościowana Lucy znalazła sobie nowy cel, zakochała się, a potem z powodu zawodu miłosnego przerwała naukę i nie podeszła do decydującego o jej życiu egzaminu. Dopiero po latach jest szczęśliwa jak nigdy dotąd, więc postanowiła doprowadzić do końca to, co zaczęła. Ukończyła dwuletnią szkołę o profilu technik farmacji. Z wcześniejszych lat miała wszystkie zaliczenia, brakowało jej tylko egzaminu do zdobycia dyplomu. Było to ponad dwadzieścia lat temu. Zgłosiła się do szkoły i poprosiła o indywidualny tok nauczania. Przystąpiła do kolejnych zaliczeń. Wszystkich dziwiło tempo jej nauki. Wszystko przychodziło jej tak lekko. Przyznała się w końcu, że ponad dwadzieścia lat pracowała w aptece jako pomoc. Nikt nie blokował jej zaliczania przedmiotów w szybszym trybie. Wszystkie praktyczne ćwiczenia zaliczyła na życzenie prowadzących w formie egzaminu praktycznego. Lucy się cieszyła, szczęście dodawało jej skrzydeł. Praktyki zrobiła w swojej aptece Pod Dobrym Aniołem, która bardzo się zmieniła, ale wciąż była apteką Anny Marii i drugim domem dla Lucy.

W dniu egzaminu nikt nie miał wątpliwości, że Lucy go zda. Przed szkołą czekała cała delegacja. W pierwszym rzędzie ci najprzystojniejsi panowie, Piotr i Paweł, z pomarańczowymi gerberami. W drugim ci przystojni panowie, Lucjan i Antoni, z pomarańczowymi różami, a za nimi cała banda z apteki pod przywództwem policjantki Felicji Lak, która najmocniej jej kibicowała. Pomarańczowe kwiaty były ważnym symbolem w życiu Lucy, która zawsze powtarzała, że nie jest marchewką, którą się wyrywa. Fela rozpoczęła przemowę:

- Nareszcie z czystym sercem i spokojem ducha mogę oddać się pracy w innym resorcie.

Czekałam na ten dzień długo. Warto było. Teraz ty zastąpisz mnie godnie przy okienku w aptece i w końcu przestaniesz wszystkich straszyć szmatą.

- Apteka Pod Dobrym Aniołem zawsze będzie twoim miejscem. Czekamy na ciebie. - Maria z dumą patrzyła na Lucy.

- Nie ma jeszcze wyników. - Lucy czuła się zażenowana.

Pomarańczowy szpaler kwiatów, niesiony przez przystojniaków, zburzył jej uporządkowaną przemowę. Tuliła chłopców, którzy już się wyrywali, bo czekała na wszystkich przejażdżka rowerowa.

- Zapraszamy wszystkich do Rowerowego Raju w Ustroniu. Tam chcemy świętować wszystkie nasze doniosłe uroczystości. Dam znać, w jakim terminie. Ustalę z Hanką, kiedy ma pusty pensjonat. Teraz jedziemy na lody.

Fela rzadko widywała Lucy, a jeszcze rzadziej chłopców. To niedopuszczalne, dzieci tak szybko rosną. Tolek zareagował natychmiast:

- Ja mam miejsce w pokoju, możesz wprowadzić się natychmiast. Ja nie chrapię i mogę drapać cię po plecach. Będziesz mogła patrzeć, jak chłopaki rosną i rozrabiają.

- Wiesz - rzekła Fela, najbardziej delikatnie, jak potrafiła. - Ja już mam taką drapaczkę. To się nazywa mąż. Własny, zaobrączkowany, bez możliwości zmiany. Trzeba być kreatywnym, wyjść do ludzi i poszukać sobie obiektu do kochania.

- Wam się dobrze mówi. Ja swoje życie przegrałem. Nikt mnie nie zechce z taką przeszłością. Tolek posmutniał.

5.

JAK ZŁOWIĆ ŻONĘ?

- Nie roztkliwiaj się nad sobą. Chłopie, trzeba działać. Ja szukałem. Może nie od razu zrozumiałem, na czym mi najbardziej w życiu zależy. Mnie też nosiło, gdyby nie mama, to już w czarnej sukience bym chodził. Pewnie nie miałbym takich ślicznych dzieci - Lucek pocieszał brata.

- To prawda. Może miałbyś dzieci, ale takie na nielegalu. Wpadki się zdarzają. Ksiądz też człowiek. - Tolek zachichotał.

- Ale co ja mogę? Stary już jestem, nie do końca ufam sobie. To jak ona zaufa mnie. Ja w końcu starszy od ciebie jestem o pięć lat. Starszego brata słuchać trzeba - perorował Antoni.

- No, jak ja bym cię słuchał, to już by nas nie było. Jak chcesz mieć rodzinę, to musisz wyjść do ludzi. Umów się ze znajomymi - podpowiadał Lucek.

- Moi znajomi to ćpuny i dilerzy, zapomniałeś? Ja się od tego nie odetnę. Próbowałem w Berlinie. Tam byłem anonimowy, ale wilka ciągnie do lasu. Widzisz, jak mieszkam u was i widzę tę bliźniaczą motywację, to wiem, że dam radę. Jak jestem sam, to nie jestem już pewny. - Tolek zawiesił głos.

Przypomniało mu się pewne zdarzenie, które miało miejsce w mieszkaniu Lucy. Była godzina dwunasta, pracował. Wstała na chwilę, aby zrobić sobie kawę. Usłyszał szelest pod drzwiami wejściowymi. Wydawało mu się, że ktoś próbuje włożyć klucz do zamka. Otworzył drzwi. Pod drzwiami stała piękna, elegancka kobieta. Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Kobieta była intrygująca. Miała piękne czarne włosy, przeplatane siwymi pasemkami. Jej oczy były piękne i bystre, a skóra na twarzy delikatna i gładka jak u młodej dziewczyny. Na rękach miała cieniutkie rękawiczki. Jedną zdjęła. Może chciała się przywitać albo szukała czegoś w eleganckiej torbie. Dłoń bez rękawiczki była pomarszczona jak u staruszki. Piękne niegdyś dłonie pokazywały, jak źle potraktował je upływający czas. Były zadbane. Paznokcie w kształcie migdała zdobił czerwony transparentny lakier. Pasował do kobiety. Pokazywał jej siłę i charakter. Kobieta zapytała, czy to mieszkanie pani Dil i jednocześnie, bez zaproszenia, minęła Antoniego w drzwiach i weszła do środka. Stanęła przed obrazem będącym dziką abstrakcją. Z dumą i zachwytem przyglądała się dziełu, a potem z niesmakiem przeniosła wzrok na ramę, szeroką, pięknie rzeźbioną. Zaskoczony całą tą sytuacją powiedział, że pani Dil tu nie mieszka. Kobieta kokieteryjnie rozchyliła usta i rozpięła żakiet. Był przerażony. Powiedział, że mieszka sam i poprosił ją o opuszczenie mieszkania. Kobieta przed wyjściem zapytała jeszcze:

- Do której godziny jest otwarty cmentarz komunalny?

Nie miał pojęcia i odpowiedział, że nie wie. Kobieta się odwróciła i założyła rękawiczkę, a potem jeszcze zapytała:

- Długo pan tu mieszka?

- Tak - odrzekł i zamknął drzwi.

Co to była za kobieta? Nie przedstawiła się. Może ona szukała Lucy. Nie wiedział, czy właściwie wtedy postąpił, ale nie był pewien, czy była ona dobrym człowiekiem. Opowiedziałem tę historię, a Lucy poklepała go po plecach i powiedziała:

- Wiesz, że to siedzi w twojej głowie. To, kim jesteś i co będziesz robić, zależy tylko od ciebie. Dla mnie możesz z nami mieszkać zawsze. Jesteś jak brat, którego nigdy nie miałam. Zastanów się tylko, czy ty tego chcesz? Nie będzie ci przeszkadzać, że okazujemy sobie czułość? Z czasem przestaną cię bawić nasze żarty, a nasza codzienność może stać się drzazgą w oku.

- Och, jaką jesteś mądrą kobietą! Taką bym chciał mieć żonę. Spóźniłem się. Czy jest gdzieś taka druga jak ty? - Tolek myślał głośno, z rozrzewnieniem.

- Jest. Hanka z Rowerowego Raju. Brat, ty zejdź na ziemię. Ona dziś też jest już zajęta. Miałeś szansę, ale zawaliłeś. Ty nic nie robisz, żeby dać sobie szansę.

- No, a jak wy się poznaliście? - Antoni chciał posłuchać zaradnego brata.

- Znaliśmy się z widzenia. Więcej śmiałości miałem do Anny Marii. Nawet myślałem, że skoro oboje jesteśmy samotni, to może będziemy parą, ale to tak nie działa. Musi coś zaiskrzyć. Mnie pomógł bilet do kina i los. Nie było łatwo. Bilet dałem Annie Marii z prośbą, by przekazała go Oli. To ta kierowniczka Apteki Pod Dobrym Aniołem. Ola wiedziała, że to ode mnie. Oddała ten bilet mamie Anny, pani Marii. Ta stała się moim aniołem i przekazała ten bilet Lucy. Lucy pojawiła się w kinie i jak biedronka wpadła w moje sidła.

- No nareszcie, przyznałeś się, że to były zastawione sidła. Ja nic nie wiedziałam, myślałam, że idę do kina i to miała być niespodzianka urodzinowa. Ja nie byłam marchewką, którą wyrywa się na pierwszej randce. - Lucy filuternie drwiła.

- To teraz rozumiem, skąd u was ten sentyment do pomarańczowych kwiatów. No i te marchewki w wazonach na weselu. - Antoni kiwał głową.

- To może ja też kupię bilet i zgubię go na rynku?

- Zwariowałeś? - krzyknęła Lucy. - Metoda jest dobra, ale formę trzeba udoskonalać. Upatrz sobie dziewczynę. Ona musi ci się trochę podobać. Nie wiem, w parku, w przychodni, w aptece, w sklepie. Potem musisz działać intuicyjnie. Podniesiesz bilet i powiesz, że to pewnie jej. Możesz powiedzieć, że masz dwa i może zechce jeden tak niezobowiązująco przyjąć. Musisz być kreatywny, ponoć kiedyś taki byłeś. Tego się nie zapomina. Trzeba tylko chcieć. Motywacja jest motorem człowieka. Pamiętaj, że do kina może przyjść całkiem inna osoba. Nie można się zniechęcać. Sprawdź, co grają w kinie i jeszcze jedno. Seans nie może być późno. Każda porządna dziewczyna będzie się bać nocnego wyjścia z nieznajomym.

Antoni był przystojnym szpakowatym mężczyzną. Trudno uwierzyć, że po ekscesach w wieku młodzieńczym nie spotkał na swej drodze właściwej kobiety. Może parasol ochronny rodziców sprawił, że stał się ostrożny, a wręcz niedostępny. Cieszył się z powrotu do Polski. Znów jego serce wypełniała nadzieja. Nie chciał być sam. Bał się samotności. Wydawało mu się, że jest niezaradny życiowo. Jego wnętrze stało się kruche i delikatne. Był przewrażliwiony, wręcz paraliżował go strach przed popełnieniem czegoś złego. Lucy pomogła mu w zakupach. Odświeżył trochę swoją garderobę, która go również odmłodziła.

Wdzięczny szwagierce, postanowił kupić jej kwiaty. Wszedł do kwiaciarni i bezradnie się rozglądał. Miła kobieta w średnim wieku zaczęła go wypytywać, czego szuka, dla kogo, z jakiej okazji, czy ktoś ma ulubione kwiaty, czy chce tym bukietem przekazać jakąś wiadomość. Właścicielka kwiaciarni była elegancka, miła i niezwykle subtelna. Opowiadała o mowie kwiatów, znaczeniu kolorów i zapachach.

- Widzę, że trafiłem na eksperta. Teraz czuję się niedouczonym laikiem. Gdybym wiedział, że kwiaty mówią, częściej bym je dawał. Może wtedy nie byłbym sam. Może zdołałbym zatrzymać kogoś, by dzielił ze mną życie. - Antoni szukał wzrokiem na palcach kobiety obrączki. Szybko jednak opanował rozbiegany wzrok. Przekazał miłej pani, że kwiaty są dla żony brata, u którego właśnie gości. Nimi chciałby podziękować za jej cierpliwość i wyrozumiałość.

- Odradzam czerwone róże. Namiętność i miłość mogą być opacznie zrozumiane. Pomarańczowe, oprócz energii i entuzjazmu, sugerują pożądanie. Mogą być przyczyną zazdrości. Różowe to podziw dla kobiecości, są eleganckie i subtelne. Może gerbery. To cudowne słoneczka. Kwiat pełen wdzięku, tajemniczości i otwartości zarazem. One wyrażają sympatię i są dowodem wdzięczności dla osoby obdarowywanej.

- W takim razie poproszę różowe gerbery. Trzynaście, żeby odczarować pecha. - Tolek się śmiał.

Kobieta sprawnie układała kwiaty w dłoni. Paprotki, liście, gipsówka wszystko to sprawiało, że bukiet rósł w oczach. Kwiaciarka zwinnie przekładała długie, szczupłe palce, układając kwiaty i tworząc piękną kompozycję.

Antoni, przyglądając się układaniu kwiatów, bezwiednie układał swe palce w nieoczywiste figury. Zauważyła to kobieta. Skończyła bukiet i powiedziała:

- Wiedziałam, że my już kiedyś się spotkaliśmy. Nazywam się Karolina Sofa. - Zapadła niezręczna cisza.

- Ja jestem Antoni Wrona. Niestety, pani nazwisko nic mi nie mówi.

- Mnie pana też nie, ale musieliśmy się spotkać. Ja jestem tego pewna. Chodził pan do szkoły muzycznej i grał na fortepianie albo na skrzypcach. - Kobieta była bardzo pewna siebie.

- Tak, chodziłem. Grałem na fortepianie, ale to był krótki epizod w moim życiu. - Tolek próbował przypomnieć sobie coś z tamtych czasów.

- Byliśmy razem na obozie letnim. Do szkoły przyjechał łowca talentów. Jakiś ważniak. Wybrał sobie sześcioro dzieci. Ty i ja byliśmy wśród nich. Wiem to na pewno, patrzyłam na twoje ręce. To był nasz język migowy. To był zwyrodnialec, zrobił nam wszystkim krzywdę. - Karolina nie była już pewną siebie kobietą. Była krucha i zagubiona.

- Muszę ci powiedzieć, że ja niewiele pamiętam z tamtych czasów. Przeżyłem traumę, ćpałem. Stoczyłem się na samo dno. Teraz jestem czysty, wymazałem wspomnienia. Nie chcę tego pamiętać, choć ciebie chciałbym. - Tolek był szczery.

Żałował, że tak potoczyła się rozmowa. Nawet nie zdążył pokazać, jaki jest teraz, a już odkrył, kim był. Nie miał się czym chwalić.

- Wszyscy mieliśmy traumę. Ja długo nie mogłam się pozbierać. Moja rodzina była bardzo wierząca. Oddali mnie do zakonu, bym nie zrobiła sobie krzywdy. Spędziłam tam dziesięć lat, ale nie przyjęłam ślubów wieczystych. Zawsze chciałam mieć rodzinę i kwiaciarnię. To drugie marzenie spełniłam. Na to pierwsze było już za późno. Nikt nie pokocha straceńca.

- Czy możesz mi zrobić jeszcze jeden bukiet? Sama wybierz kwiaty. Takie, jakie ty lubisz.

Tolek był zdenerwowany. On nic nie pamiętał. Cały czas myślał, że musi zapytać rodziców o ten obóz. Na pewno chciał spotkać się z Karoliną. Wcześniej jednak musiał się dowiedzieć, dlaczego ten czas w jego pamięci jest czarną dziurą.

Karolina przygotowała piękny bukiet. Opowiadała, że ona najbardziej lubi irysy. To kwiaty bogini tęczy. Białe symbolizują czystość, fioletowe - mądrość, niebieskie - wiarę i nadzieję, a żółte - pasję. Do tych irysów dołożę jeszcze frezje, to symbol przyjaźni, wiosny i niewinności. One pięknie pachną. To bukiet z klasą. Pełen symboli i elegancji.

Karolina podała bukiet Antoniemu, a on ukłonił się i oddał jej kwiaty.

- Mam coś poprawić? Nie podoba ci się? - Urocza kwiaciarka nagle się zmartwiła.

- Chciałem ci go ofiarować. Najpiękniejszy bukiet dla wyjątkowej kobiety z klasą. Proszę, przyjmij te kwiaty i umów się ze mną. Będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie odmawiaj mi.

Karolina wykonała kilka ruchów dłonią. Tolek również odpowiedział ruchami dłoni.

- Wiedziałam, że pamiętasz. Ty byłeś ze mną na obozie. Weź moją wizytówkę. Ja zawsze jestem tutaj. Zadzwoń. Będę czekać.

Tolek zapłacił za kwiaty i wyszedł, z bukietem różowych gerber. Cały czas myślał o dziewczynie z kwiaciarni.