Pod skórą - Gunnar Kaiser

-
Proszę czekać

1

Gdy byłem młody, szukałem dziewczyn. Zacząłem ich szukać w dniu, kiedy skończyłem dwadzieścia lat, wczesnym rankiem, a zakończyłem latem, pod gwiazdami, w ostatnią noc mojego życia. W tamtych czasach w okolicy, z której pochodzę, o chłopakach takich jak ja mówiono "napalony", a ja aż buzowałem. Ale mój przypadek był chyba szczególny.

Wiosną opuściłem dom rodzinny, przeprowadziłem się na Manhattan i rozpocząłem studia. Do życia potrzebowałem niewiele i zarabiałem na to, rozwożąc mięso po żydowskich sklepikach na Williamsburgu i Staten Island. Przynajmniej tak mówiłem moim rodzicom, gdy pytali, jak spędzam czas. I bynajmniej nie kłamałem.

Ale prawdy też nie ujawniłem. A prawda była taka: szwendałem się po mieście z aparatem fotograficznym, który dostałem w spadku po bracie; w ciągu dnia łaziłem po ulicach Brooklynu, a nocą po klubach i barach na południe od Houston Street, pstrykałem zdjęcia transwestytom przed wejściem do którejś z piwnic na Greenwich Lane, kiedy indziej zbliżenie rąk jakiejś pary palącej podczas imprezy papierosa, czasem fotografowałem suszącą się bieliznę, rozpiętą i powiewającą między dachami. Łaziłem i się rozglądałem. Wypatrywałem dziewczyn.

Ze względu na pracę musiałem wstawać wcześnie. O świcie przez dwie godziny objeżdżałem sklepy, a przed dziewiątą wracałem do hurtowni pustym dostawczakiem. Potem dzień należał do mnie i mojego rolleiflexa. Łaziłem po ulicach i marnowałem życie, jakbym był nieśmiertelny. Grubo po północy wślizgiwałem się bez wyrzutów sumienia do mojej nory nad East River, rzucałem się na łóżko i marzyłem o tym, by trzymać w ramionach którąś z dziewczyn spotkanych na ulicy w ciągu dnia. Był to rok 1969, księżyc znajdował się w siódmym domu, miałem dwadzieścia lat i zdecydowanie za mało snu.

Była definitywną dziewczyną. Tak się co prawda nie mówi i wtedy też tak nie mówiono, ale dla mnie taka właśnie była. Definitywna, ostateczna i absolutna. A tamten dzień, kiedy spotkałem ją na swej drodze, był wszystkim, co miałem. Dostrzegłem ją wczesnym latem, rano, na Flatbush Avenue przy parku Prospect. Wyłoniła się z ciemności metra i szła przede mną. Miała loki w miedzianym kolorze, skórzaną kurtkę i fiołkową spódniczkę. Wyglądała jak bogini z katalogu mody. Oceniłem, że jest o jakieś trzy lata starsza ode mnie, ale uznałem, że nie będę się tym przejmować. W zasadzie nie była już dziewczyną, lecz kobietą, a przynajmniej wyglądała dużo doroślej ode mnie. Może studiowała historię sztuki, była na ostatnim semestrze, w plecaku miała album Caravaggia i dorabiała w kawiarni jako kelnerka. Ale definitywnie była moją definitywną dziewczyną, wiedziałem o tym i szedłem za nią. Dzień nie powinien spełznąć na niczym, musiałem przynajmniej zrobić jej zdjęcie albo dostać od niej całusa. Albo jedno i drugie.

W ten cienisty czerwcowy poranek przeszła przez pół Brooklynu, a ja za nią. Po drodze mijaliśmy wyznawców Hare Kryszna i bezdomnych z Atlantic Terminal. W końcu, jakby była z kimś umówiona, przystanęła przed barem, spojrzała na swoje odbicie w oknie, poprawiła włosy i weszła do środka. Znałem ten lokal. To tutaj w piątki przynosiłem moją zapieczętowaną kopertę z wypłatą. Lokal był wtedy pełen ludzi, bo robotnicy portowi mieli ten sam zwyczaj, a tacos można tu było dostać za pół dolara. Ale o tak wczesnej porze niewiele się tu działo. We wnętrzu przywitała mnie atmosfera błogiego lenistwa i szybujące drobinki kurzu, na stoły padało złote światło, a w powietrzu wciąż jeszcze czuć było zapach piwa i papierosów po wczorajszym wieczorze. W kącie siedział starszy mężczyzna, czytał gazetę i pił herbatę, pośrodku grała w bilard czarnoskóra para, która rozmową i stukaniem kul bilardowych zagłuszała muzykę, a za barem stał Pedro, młody, nieco znudzony Latynos z delikatnym wąsikiem. Przyglądał się mojej definitywnej dziewczynie. Usiadła przy małym stoliku pod oknem, wyjęła z plecaka książkę i zaczęła czytać w świetle poranka, które padało na jej miedzianorude włosy i twarz w odcieniu kości słoniowej. Przez moment stałem zagubiony pośrodku pomieszczenia. Czułem się nieswojo, bo właściwie nie miałem tu czego szukać, a przynajmniej niczego zasługującego na uwagę. Zależało mi jedynie na rozmowie z obcą dziewczyną, na całusie i na wspólnej z nią nocy. W swoje ostatnie urodziny przysiągłem sobie, że od tej pory nie będę już tchórzem. Nie będę się przejmować perspektywą strat i porażek. Chciałem żyć dziko, swobodnie, żyć pełnią życia.

Teraz sobie o tym przypomniałem, a ponieważ ona zapewne wcale mnie nie dostrzegła, zebrałem się na odwagę, otrząsnąłem z odrętwienia, położyłem aparat na stoliku obok i usiadłem. Mogłem ją stąd obserwować i czekać na właściwą chwilę, żeby ją zagadnąć. Z zagadywaniem dziewczyn jest jak z fotografowaniem - chodzi o wybranie odpowiedniego momentu. Próbowałem dojrzeć tytuł książki, którą czytała; może ja też ją kiedyś przeczytałem albo chociaż mógłbym udawać, że to zrobiłem. Ale przeszkodził mi Pedro. Podszedł do niej, przyjął zamówienie i z powrotem poczłapał za bar, nie zaszczyciwszy mnie nawet spojrzeniem. Podziwiałem go za spokój, jaki okazywał wobec tej bogini. Potrafił powstrzymać wszelkie męskie odruchy, manifestując jedynie poranne zmęczenie. Tymczasem ja robiłem się coraz bardziej niespokojny, a im bardziej zdawał się przybliżać odpowiedni moment, tym intensywniej myślałem, w jaki sposób mam do niej zagadać.

Podniecenie mnie sparaliżowało. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, od tej wspaniałej istoty z promiennymi oczami i zbyt długimi rzęsami. Po prostu musiałem się na nią gapić, gdy spoglądała przed siebie w zamyśleniu, niczym aktorka z filmu Antonioniego. Pięć minut później Pedro postawił przed nią kawę, a ja ciągle jeszcze nie zdobyłem się na to, by odezwać się do niej choćby jednym słowem. On zaś stanął teraz przede mną. Jąkając się, zamówiłem pierwszą lepszą rzecz, która przyszła mi do głowy. Chciałem brzmieć cool i na luzie, tymczasem o dziesiątej rano ochrypłym głosem zamówiłem piwo. Nie zdołałem dojrzeć ani tytułu książki, którą czytała, ani jakichkolwiek innych szczegółów, które pozwoliłyby mi zacząć niewymuszoną rozmowę, naturalną i niewinną, jaką w tylu miejscach na świecie prowadzą ze sobą mężczyźni i kobiety. Rozmowę, za którą nikt nie zostanie ukamienowany ani publicznie potępiony. Dlaczego jesteś takim tchórzem, Jonathanie, mimo wszystkich twoich przysiąg i postanowień na następny rok życia?

Gdy się nad tym zastanawiałem, do jej stolika podszedł jakiś mężczyzna. Coś do niej powiedział, ona spojrzała na niego, uśmiechnęła się i zamknęła książkę. Przypuszczam, że siedział gdzieś w ciemnym kącie, poza zasięgiem mojego wzroku. Zbliżył się do niej na dystans kilku kroków i zamienił z nią kilka słów, ale tak cicho, że nic nie zrozumiałem. Najpierw myślałem, że się znają, ale szybko stwierdziłem, że ten facet jest dla niej zupełnie obcym człowiekiem, tak jak ja. Ów wysoki Żyd w białej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem, w wieku około pięćdziesięciu lat, tak szybko stworzył między nimi coś w rodzaju zażyłości, że byłem zdumiony. Ona znów się uśmiechnęła, powiedziała kilka słów i mrugnięciem oczu pozwoliła mu usiąść naprzeciwko.

Zrozumiałem następne zdanie. Wypowiedział je tak głośno i wyraźnie, że pamiętam je do dzisiaj:

- "Choćbyśmy cały świat przemierzyli w poszukiwaniu piękna, nie znajdziemy go nigdzie, jeśli nie nosimy go w sobie"1.

Wypowiedział te słowa śpiewnym tonem, dlatego doszedłem do wniosku, że wyrecytował fragment jakiegoś wiersza. Dziewczyna roześmiała się głośno, dwoma palcami odgarnęła pasemko włosów z czoła, a potem pogładziła książkę przed sobą.

- Czytał to pan? - zapytała.

- Czytałem? - Wziął książkę, dotknął dość zniszczonej płóciennej oprawy, słonecznie żółtej, z zieloną wstążeczką służącą za zakładkę. Uniósł ją, jakby to było małe zwierzątko, które drzemie pod jego opieką. - To ja napisałem tę książkę.

- Ach, więc Ralph Waldo Emerson to pan? - Zaśmiała się. - Bardzo się cieszę, proszę pana. Myślałam, że pan umarł dawno temu.

- Można by tak powiedzieć - odpowiedział. - Ale proszę mówić do mnie Ralph.

Dziewczyna opuściła powieki i uśmiechnęła się, a tymczasem ów mister Emerson oglądał książkę. Powtórzył przy tym gest, który dopiero co zrobiła dziewczyna: opuszkami palców przesunął delikatnie po okładce. Teraz, gdy trzymał książkę w ręce, mogłem wreszcie rozpoznać tytuł.

R.W. Emerson

Natura

Potem mówił dalej. Coś w jego głosie mnie drażniło, ale nie potrafiłem dojść, co takiego.

- Piękne wydanie. Nie da się go kupić byle gdzie.

Nastąpiła chwila ciszy, podczas której moja dziewczyna spuściła oczy. Nie miałem pojęcia, co w tej książce może być tak cennego. Chętnie przyjrzałbym się jej bliżej, aby móc nawiązać z nimi rozmowę, ale musiałem uważać, żeby nie gapić się zbyt nachalnie. Czarnoskóra para przy stole bilardowym na pewno dostrzegła moją ciekawość i nie zdziwiłbym się, gdyby już coś tam szeptali na mój temat.

W końcu dziewczyna powiedziała:

- Dostałam ją w prezencie od ojca.

Mężczyzna przybliżył książkę do twarzy. Chyba ją wąchał, zamknął oczy i wdychał jej zapach, jakby między okładkami ukryte były wszystkie tajemnice świata. Potem powoli przesunął wewnętrzną stroną dłoni po grzbiecie książki, opuścił głowę i powiedział:

- Wspaniała.

Słyszałem, jak dziewczyna przesuwa się na krześle w tę i z powrotem, jakby nagle poczuła przypływ podniecenia. Zapomniałem o swojej wstydliwości i gapiłem się na nich jak skończony idiota. Zobaczyłem, że wzrok dziewczyny z książki w rękach obcego mężczyzny wędruje do jego oczu.

- Zawsze ją noszę przy sobie.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

- Mam jedno wydanie tej książki w domu - powiedział mężczyzna niemal szeptem, ale na tyle głośno, że go zrozumiałem. Najwidoczniej wyczuł jej niepokój i chciał go uśmierzyć. - Pierwodruk esejów. Wspaniały tom z Concord. Być może kiedyś sam Emerson osobiście trzymał go w dłoniach. Mój egzemplarz jest nieco starszy niż ten, ale nie widać tego po nim. Chciałabyś go zobaczyć?

Wstał, nie oddając jej książki, a ona nie zaprotestowała. Przez moment myślałem, że facet przed nią uklęknie i poprosi o rękę, ale on pozostał w pozycji stojącej i patrzył na nią, a ona po trzech nieskończenie długich sekundach wstała, wzięła kurtkę i plecak i poszła za tym misterem Emersonem, nie oglądając się za siebie, i wyszła z nim z baru.

Byłem wściekły czy zafascynowany? Już nie pamiętam, zresztą wtedy być może też nie potrafiłem nazwać swoich uczuć. Nie dość, że za pomocą taniej sztuczki sprzątnął mi sprzed nosa definitywną dziewczynę, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, nie dość, że ona pozwoliła mu się uwieść tak łatwo, jakby tego ranka przyszła tu tylko po to, nie dość, że miał tyle lat co ja i ona razem i mógłby być naszym ojcem, to jeszcze ten mister Emerson - co najbardziej mnie wkurzyło - ani razu jej nie dotknął, ani ramienia, ani pleców, ani dłoni, a ona mimo to poszła za nim, jakby ją pociągał za sobą na niewidocznym sznurku.

Wypiłem do końca piwo. Para przy bilardzie zamilkła i stała niezdecydowana, mężczyzna z gazetą drzemał. Złapałem aparat, pchnąłem drzwi i wypadłem na zewnątrz, kątem oka zdążywszy jeszcze dostrzec krzywy uśmiech Pedra sprzątającego ze stołów.

2

Nowy Jork tamtych dni z młodym mężczyzną, który nosił aparat na szyi, oraz moje nazwisko - jedno i drugie już nie istnieje. Teraz żaden mój włos, żadna komórka skóry nie są tymi, które należały do tamtego chłopca. Miasto, którego ulice przemierzałem, też dawno temu zniknęło, tak dawno, że nawet stare zdjęcia nie potrafią go przywołać. Gdy oglądam fotografie, które dostałem w przesyłce i które teraz leżą przede mną, nie znajduję żadnej wskazówki, jak wtedy naprawdę wyglądało życie. Chodniki, samochody, dzieci bawiące się skakanką, wschód słońca nad pirsem 1, ulice z cygańskimi kawiarniami, koty, które z nastaniem ciemności zbierały się na podwórkach, wiotkie ramiona starszych mężczyzn ubranych w podkoszulki, ostatni hipisi z parku Bridge - to wszystko, co kiedyś było dla mnie swojskie, dzisiaj wydaje mi się fałszywe i podrobione, sztuczne i manieryczne, jak gdyby wraz z kurzem na papierze fotograficznym osiadła warstwa nostalgicznego kiczu. Inaczej, niż wyglądały na zdjęciu, zapamiętałem też szczegóły domu przy ulicy Willow, przed którym stanąłem po raz pierwszy tamtego dnia - w czerwcu 1969 roku. Nie pamiętam drobnolistnego bluszczu, który wyrastał z grubych kamiennych wazonów, wspinał się po bokach portyku i okrywał całą fasadę aż po drugie piętro; nie pamiętam nisz okiennych z szybami podzielonymi na sześć części, tak wąskimi i wysokimi jak otwory strzelnicze, przez co dom wyglądał jak twierdza; jak przez sen przypominam sobie trzy szczyty z czerwonej cegły w stylu georgiańskim, z których środkowy, wsparty na prostych kolumnach, znajdował się nad wejściem do domu. Nic z tego nie pamiętam.

Tyle szczegółów uleciało mi z pamięci, mimo że kiedyś tak często wystawałem przed jego domem. A wszystko zaczęło się owego czerwcowego dnia i właśnie od tego dnia muszę zacząć moją opowieść. Przed żadnym innym budynkiem tyle się nie nastałem przez całe moje życie. Nie rozumiem tej luki w pamięci. Czy zdjęcia zostały źle zrobione? Pod jakimś dziwnym kątem? Czy może plamy pleśni i czarno-biała patyna próbują oszukać mój umysł? Czyżby wraz z upływem lat coś wkradło się w moje wspomnienia, niepostrzeżenie, jakieś senne miraże, tak że zacząłem wątpić w prawdziwość tych zdjęć, nieprzekupnych świadectw przeszłości? A może tak naprawdę to na mnie odłożyła się warstwa nostalgicznego kiczu?

Ale przecież pamiętam. Pamiętam ciszę, która panowała, gdy stałem przed pięcioma stopniami prowadzącymi do drzwi w ryzalicie. Cały budynek, jako jeden z nielicznych na tym odcinku Willow Street, był cofnięty w stosunku do chodnika o kilka metrów, tak że między murami sąsiednich domów powstało coś w rodzaju dziedzińca, przez który trzeba było przejść, aby móc wspiąć się po stopniach do hebanowych skrzydeł drzwi wejściowych. Jeszcze dzisiaj mam w nozdrzach ten zapach, który przywitał mnie wtedy, gdy po raz pierwszy znalazłem się na zacienionym dziedzińcu wybrukowanym kocimi łbami, i który witał mnie we wszystkie pozostałe dni: zapach wilgotnego chłodu, stęchlizny, którą czuć było od starych pędów bluszczu i wilgotnych cegieł, od wieków nietkniętych światłem słonecznym. Pamiętam uczucie chłodu w dłoni, gdy uczepiłem się żeliwnej barierki schodów, jakbym sam siebie chciał powstrzymać przed zawróceniem. Gałka u drzwi była gładka; przekręciłem ją z wahaniem, zanim zdążyłem sobie uświadomić, że od tego momentu nie ma już dla mnie odwrotu.

To był dom, do którego Żyd z baru wprowadził moją dziewczynę. Przyszedłem tu za nimi, na tę ulicę, widziałem, jak skręcają w mrok dziedzińca, skąd mogli wejść jedynie na klatkę schodową, na której znalazłem się i ja niecałe pięć minut później, sam, pełen lękliwej niepewności.

Później, w Izraelu, często myślałem o tej kamienicy położonej na Brooklyn Heights, nad Zatoką Nowojorską. Śniłem o niej, o bursztynowych poręczach schodów, o wysokich sufitach i marmurowym kominku, jak gdyby to była ludzka istota, która jeszcze nie wyrównała ze mną rachunków. Wyobrażałem sobie proporcje budynku, zapach i chłód, które mnie tam ogarniały. Trząsłem się przy tym, sam nie wiedząc, czy udziela mi się nerwowość, której doświadczałem tamtego lata, począwszy od owego konkretnego dnia w czerwcu, czy może przechodzą mnie ciarki, bo powoli zacząłem domyślać się prawdy. Ale jednocześnie doznawałem ekstazy, czując ten dreszczyk powodowany myśleniem o przeszłości. W końcu zapragnąłem, by to wszystko wróciło, by znowu ogarnęła mnie ta szczególna bojaźń... Tylko czego właściwie miałbym się bać? Dlaczego wspomnienia stale wywołują we mnie ten stan pożądania połączonego z niepokojem? Już od dawna się nad tym nie zastanawiałem i do dzisiaj nie mogę sobie tego wytłumaczyć. Siedzę w całkiem innym zakątku świata i w ręce trzymam zdjęcia z zapomnianego życia. Może niepokój bierze się stąd, że nadal nie wiem, kim naprawdę był człowiek, który mieszkał na najwyższym piętrze tego budynku.

Wspominając kamienicę i jej mieszkańców, czasami mam wrażenie, że wracam do najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Brudne szyby w oknach, niczym szkła prastarych okularów, liście bluszczu i wczorajsza wieczorna gazeta na bruku szeleszcząca pod moimi stopami, światło w kolorze ołowiu, które pada leniwie na dziedziniec. Widzę siebie, jak stoję na schodach przed wejściem, dzień po dniu, z pakietem książek pod pachą albo z dziewczyną za rękę, i widzę jego, jak siedzi na górze, w salonie, czuję zapach cygar i skóry, słyszę po raz setny jego szept.

Pamięć płata mi figle. Kiedy miałem sześć lat, brat nauczył mnie, jak rzuca się piłkę futbolową, a przecież wydaje mi się, że wydarzyło się to długo po spotkaniu z misterem Emersonem. Nie pamiętam już nic z dnia mojego drugiego ślubu, chociaż było to zaledwie kilka lat temu i najwyżej dwadzieścia mil stąd. Ale wciąż pamiętam, że drżałem, przekręcając gałkę i po raz pierwszy wchodząc do holu, pamiętam chłód, który mnie tam przyjął i miał mnie później witać wielokrotnie. Tak dobrze pamiętam szczegóły tamtego dnia, jak gdyby od niego zaczęło się moje świadome życie, jak gdyby to wszystko zdarzyło się wczoraj.