Pod Siutem - Karol May
8.00 zł
6.88 zł
(8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pierwsza połowa popołudnia minęła, a drugą zamierzałem spędzić samotnie na przechadzce po mieście. To też nie zaprosiłem koniuszego, który byłby mi pewnie chętnie towarzyszył. Przeznaczone mi jednak było spotkanie, o którem nawet nie śniłem.
Wyszedłszy z dziedzińca, zwróciłem się nie ku portowi, lecz ku miastu, i doszedłem do bielonego grobowca jakiegoś szeika. Obok grobowca był most, wiodący przez kanał. Właśnie miałem nań wstąpić, kiedy stanąłem zaskoczony niespodziewanym widokiem. Oto ujrzałem bardzo długą i bardzo cienką, biało odzianą postać, z olbrzymim turbanem na głowie, o bardzo charakterystycznym, krętym i chwiejnym chodzie. Czy dobrze widziałem, czy też uległem złudzeniu? Był to także marszałek, ale nie ten nieforemny marszałek baszy, lecz chudy i cienki, jak tyka, zarządca domu mego tureckiego przyjaciela z Kairu. I on spostrzegł mnie także i stanął.
- Selimie, czy to ty rzeczywiście? - zawołałem.
- Słusznie, bardzo słusznie! - odpowiedział swoim chrapliwym głosem, oddając mi zdaleka jeden ze swych karkołomnych pokłonów. - A czy to prawda, effendi, że to ty jesteś? W takim razie dzięki Allahowi, gdyż właśnie szukam ciebie.
- Ty mnie szukasz? Sądziłem, że jesteś u Murada Nassyra w Kairze. Jakież ważne powody musiały was skłonić do opuszczenia miasta wcześniej, aniżeli to było ułożone?
- Więc sądzisz, że Murad Nassyr znajduje się tu ze mną w Siut?
- Oczywiście!
- Mylisz się. Ja sam przybyłem, ażeby ciebie odszukać.
- Naco? Ale zaczekaj! Tu na moście nie możemy rozmawiać o tych sprawach. Chodźmy do jakiej kawiarni; to będzie najlepsze.
- Tak, to najlepsze, - potwierdził, kłaniając mi się, poczem obrócił się, aby mi towarzyszyć do miasta. Weszliśmy do pierwszej napotkanej kawiarni i, znalazłszy jakiś cichy kącik, kazaliśmy sobie podać limonjady. Następnie zapytałem:
- A więc dlaczego przybyłeś sam, ażeby mnie tu odszukać?
- Bo mój pan mi tak kazał - brzmiała niezbyt inteligentna odpowiedź.
- Cóż go do tego skłoniło?
- Nie chce, żebyś był sam.
- Aha! Czy Murad Nassyr sądzi, że potrzebuję obrońcy?
- Nie, ale w każdym razie będzie lepiej, jeśli będę przy tobie. Byłem najsłynniejszym wojownikiem mojego szczepu i, jak wiesz, idę o lepsze z bohaterami całego świata...
- Tylko nie z upiorami - przerwałem.
- Nie żartuj, effendi! Przeciw duchom nie można walczyć strzelbą, ani nożem; tam pomagają tylko modlitwy.
- Ależ to nie były duchy!
- Przypadkowo! Przecież mogły to być rzeczywiście dusze zmarłych, których nie można zastrzelić, bo już nie żyją. Spełniałem swój obowiązek, leżąc pod bramą na czatach. Przyślij mi żywych nieprzyjaciół, choćby pięćdziesięciu, stu, nawet tysiąc! Zobaczysz, jak po bohatersku stawię im czoło! Moja odwaga podobna jest do wichru pustynnego, który wszystko obala, a przed męstwem mojem drżą nawet skały. Kiedy w walce podniosę głos swój i rękę, uciekają nawet najdzielniejsi, a moim celnym strzałom nie oprze się największy śmiałek. Dlatego to przysyła mnie Murad Nassyr do ciebie, ażebyś żył bezpiecznie pod tarczą mojej opieki.
- Sądzę jednak, że musi być jeszcze inny powód.
- W takim razie się mylisz. Wiem tylko, że mam cię bronić.
Widziałem, że ten stary, tchórzliwy, lecz mimo to dobroduszny zabijaka mówił prawdę. Równocześnie jednak byłem pewien, że nietylko ten jeden powód skłonił Murada Nassyra do tego, że mi swego "słusznie, bardzo słusznie!" przysłał. Co to być mogło? Rozmyślałem nad tem długo i szeroko, i znalazłem tylko jedną odpowiedź, która mogła być trafna: Turek mi nie dowierzał. Sądził może, że ucieknę, gdy zapłacił za mnie koszta podróży i dał nadto niewielką kwotę pieniędzy? Do takiej nieufności nie dałem najmniejszego powodu. A może obawiał się, ażebym, bawiąc w Siut sam, nie pokrzyżował jego planów kupieckich? W takim razie powinien był szczerze wobec mnie postąpić i wyjawić, co mianowicie planował. Jeśli jedno z dwojga, albo i jedno i drugie było prawdą, to Selim nie był chyba człowiekiem zdolnym do powstrzymania mnie od jakiegokolwiek czynu, który uważałbym za dobry, słuszny i wskazany. Słowem, nie widziałem już szczerości na twarzy mego grubego Turka i, kiedy patrzyłem na niego z oddalenia, zaczynała się chwiać moja ufność. Wydał mi się bardziej wyrachowanym i samolubnym, aniżeli przedtem, i zbudziło się we mnie przekonanie, że powinienem być wobec niego ostrożniejszym. Przypomniałem sobie przytem reisa effendinę, który pod każdym względem wydawał mi się mniej skryty. Dlaczego tak zamknął się w sobie i zamilkł, kiedym mu wspomniał imię Murada Nassyra? Musiało to mieć jakąś przyczynę, jakiś powód, nietylko na tej okoliczności polegający, że emirowi wydało się, iż raz już słyszał imię tego Turka. Za kilka dni należało spodziewać się przybycia Murada, miałem więc nadzieję, że wyjaśnią mi się jego stosunki handlowe i plany. Do tego czasu musiałem się jednak pogodzić z opieką "bohatera" Selima. Zapewne nudził się podczas moich rozmyślań, gdyż przerwał milczenie pytaniem:
- Czemu tak nagle zamilkłeś? Czyś niezadowolony, że przyjechałem?
- Wszystko mi jedno, czy jesteś tu czy w Kairze, - odrzekłem. - Obawiam się tylko, że będziesz nudził się w Siut, gdzie nie masz żadnego zajęcia.
- Żadnego zajęcia? Nudzić się? Nie sądź tak! Wszak mam być twym obrońcą, a to da mi dość zajęcia. Ani na krok nie wolno mi ciebie odstąpić; tak kazał mi mój pan, Murad Nassyr.
- Ach! Więc i mieszkać chcesz ze mną?
- Naturalnie! Gdzie zamieszkałeś?
- W pałacu baszy. Nie wiem tylko, czy cię tam zechcą dość chętnie przyjąć.
- Czy wątpisz o tem? Prawda, ty jesteś, niestety, niewiernym i nie wiesz, że Islam nakazuje swoim wyznawcom jak największą gościnność. Oprócz tego jestem największym bohaterem mojego szczepu, słynnym człowiekiem, którego nawet sam wicekról przyjąłby chętnie w swym domu. Powiem memu gospodarzowi i przyjacielowi, że muszę ich opuścić i sprowadzić się do pałacu.
- Ach! Masz przyjaciela ze sobą?
- Tak, poznałem go na okręcie.
Wysiadł tu, ażeby razem ze mną zamieszkać.
- Któż to jest?
- Handlarz, który chce poczynić w Siut zakupy. Poczekaj chwilkę! Pójdę zaraz do niego, by go o tem zawiadomić.
- Nie śpiesz się, dopóki nie dowiemy się w pałacu, czy cię tam przyjmą.
- O to nie trzeba się dowiadywać, gdyż niema żadnej wątpliwości, że mnie przyjmą z otwartemi rękami.
- Być może, ale mimo to chcę się upewnić. Sądzę, że nic nie będziesz miał przeciw temu, że udamy się najpierw do pałacu.
- Słusznie, bardzo słusznie! Idę za tobą. Ruszajmy.
Nie było mi to wcale przyjemne - prosić, ażeby go w domu baszy przyjęto, lecz musiałem pogodzić się z tą myślą, wiedząc, iż ten "największy bohater swojego szczepu" nie odstąpi mnie ani na krok. Zapłaciłem więc należną kwotę i ruszyliśmy ku pałacowi. Przybywszy tam, zobaczyłem grubego marszałka w tych drzwiach, w których przyjął mnie i reisa effendinę. Skłonił mi się bardzo nisko i rzucił pytające spojrzenie na mego towarzysza. Gdy wymieniłem jego imię i powiedziałem, że życzy sobie zamieszkać przy mnie, odrzekł szybko i bardzo uprzejmie:
- Effendi, zostaw go u mnie! Postąpiłem wobec ciebie nikczemnie i dlatego poszedłeś do koniuszego. Poznaję teraz, że obecność twoja jest zaszczytem dla naszego domu, więc proszę cię, pozwól mi błąd swój naprawić.
Propozycja ta była mi bardzo na rękę i dlatego chętnie z niej skorzystałem. Mieszkając u czarnego grubasa, nie mógł Selim naprzykrzać mi się tak bardzo. On także zgodził się na to i rzekł:
- Widzisz, że miałem słuszność, effendi! Moje zalety podziwiają wszędzie i, gdziekolwiek się zjawię, zastaję otwarte drzwi domów i namiotów. Zanim jednak wejdę do tego błogosławionego domu, muszę się na krótki czas oddalić, ażeby się pożegnać z gospodarzem i towarzyszem. Niebawem ujrzycie znowu moje oblicze. Niechaj Allah przedłuży dni wasze i pozwoli wam cieszyć się jeszcze długo moją obecnością.
Poszedł. Co miałem uczynić? Zostać w domu i czekać na niego? Chciałem przejść się po mieście. Właśnie wychodziłem z dziedzińca, kiedy się zjawił koniuszy i zapytał mnie, czy może mi towarzyszyć. Zgodziłem się chętnie, a czarny grubas, usłyszawszy to, oświadczył, że gdyby się do nas nie przyłączył, ściągnąłby na siebie gniew Allaha i wszystkich kalifów. Poprosił więc mnie o kilka chwil zwłoki, dopóki nie postara się o to, żeby Selima dobrze w naszej nieobecności przyjęto. Koniuszy oddalił się także na kilka minut, aby się przygotować do drogi. Po chwili ukazali się obydwaj, odświętnie ubrani. Marszałek przyprowadził dwóch gońców i dwóch murzynów. Pierwsi mieli iść przodem z białemi laskami i torować nam drogę w razie potrzeby, a czarni mieli zamykać orszak i nieść na pokaz drogocenne fajki i kapciuchy. Dowiedziałem się później, że marszałek chciał wydać rozkaz, ażeby ztyłu za nami służba prowadziła trzy konie, co miało być dla tłumów dowodem, że idziemy piechotą nie z ubóstwa lub braku koni; wzgląd jednak na mnie, nie posiadającego konia, odwiódł go od tego zamiaru.
Tak przechodziliśmy powoli i majestatycznie ulicami miasta, zbudowanego przeważnie z ciemnego iłowego kamienia. Co mam o niem powiedzieć? Siut, to nie Kahira. Wszystko tu takie, jak tam, tylko w mniejszych rozmiarach i z pewnemi zmianami terenu. I życie na ulicy podobne. Spotykaliśmy handlarzy wody, owoców, chleba, chłopców z osłami, posługaczy, Turków, Koptów i Fellatów, zupełnie tak, jak tam. Miasta wschodnie są do siebie nadzwyczaj podobne. W bazarach był ścisk wielki, ale nasi gońcy trącali i bili laskami tak silnie dokoła siebie, że mieliśmy zawsze wolną drogę. Uszanowanie, z jakiem witano wszędzie czarnego marszałka, było dowodem, że piastował ważne i wpływowe stanowisko. Krótka i powolna przechadzka tak go znużyła, że stękał za każdym krokiem. Wkońcu oświadczył, że z głodu i znużenia nie może iść dalej i musi bezwarunkowo wstąpić do sufry.
Sufra jest to właściwie stół do uczt, a grubas użył tego wyrazu na oznaczenie restauracji. Nie słyszałem jeszcze o takiej restauracji, więc byłem ciekawy, do jakiego zaprowadzi nas lokalu. Dał służącym, idącym naprzedzie, rozkaz. Skręcili w boczną uliczkę i stanęli, jak szyldwachy, po obu stronach bramy jednego z domów. Weszliśmy na mały, otwarty dziedziniec, na którym leżało kilka szeregów poduszek. Tam siedzieli już goście. Każdy z nich miał przed sobą glinianą miskę, do której sięgał obiema rękami. Czystości nie wymagano tu widocznie, bo brud uderzał z pierwszego wejrzenia. Oprócz tego panował tu taki odór starej oliwy, że, gdybym nawet był głodny, straciłbym odrazu apetyt.
Marszałek potoczył się w próżny kąt i usiadł tam na poduszce. Ponieważ koniuszy poszedł za jego przykładem, uczyniłem to samo. Jeden z brudnych kelnerów przyszedł nas spytać o rozkazy. Czarny grubas odpowiedział podniesieniem trzech palców wgórę.
- Dla mnie nie trzeba! - rzekł koniuszy. - Ja nie jem.
Teraz wiedziałem już, co mają znaczyć trzy palce. Oznaczały mianowicie trzy porcje. Oświadczyłem więc czem prędzej, że ja także nic jeść nie będę.
- Mimo to trzy! - rozkazał grubas, podnosząc trzy palce. Niebawam przyniesiono to, czego żądał; miało to zielonawo-brunatną barwę i wyglądało jak namuł. Przypatrzyłem się tej potrawie z uwagą, wciągnąłem w nozdrza przejmujący zapach, ale napróżno; nie mogłem zgadnąć, co to było.
- Zrób mi tę przyjemność i spróbuj! - wezwał mnie marszałek, przysuwając mi jedną z trzech misek.
- Dziękuję ci! Ciało moje nie potrzebuje teraz pokarmu. Niech tobie służy!
- Zapewniam cię, że wszyscy chętnie tę potrawę spożywają, bo jest źródłem rozkoszy. Mąka soczewiczna gotowana w oliwie. To czyni duszę zdolną do najczystszych uczuć i uzbraja serce przeciw wszelkim cierpieniom świata.
Wymawiając te słowa, sięgnął tłustą, czarną ręką do miski, utoczył kulę i przysunął mi ją do ust z zachętą.
- Masz, spróbuj!
- Zatrzymaj ją sobie! - odrzekłem, usuwając jego rękę. - Niechaj się oczyszczą twoje uczucia i uzbroi serce!
Wsunął kulę do ust i rzekł zadąsany:
- Wy, chrześcijanie, nie wiecie jednak nigdy, co czynicie. Przecież Ezaw sprzedał swoje pierworodztwo za misę soczewicy na oliwie. Ale ty o tem nie wiesz.
- Tę historję z soczewicą opowiada nasza biblja. Mahomet przepisał ją tylko stamtąd; ale w naszem Piśmie Świętem niema nic o tem, żeby soczewica była gotowana na oliwie.
- Niema tego rzeczywiście? W takim razie prorok był bardzo rozumny, że napisał to dla nas. Więc ty znasz także koran? Tak, ty jesteś człowiekiem uczonym. Znasz wszelakie sposoby leczenia żołądka, ale nie wiesz, co smaczne.
Wsuwał w usta jedną garść tego przysmaku po drugiej i wypróżnił w ten sposób pierwszy, potem drugi, a wkońcu trzeci talerz. Wyczyścił je następnie, jak źle wychowane dziecko, palcem wskazującym, który oblizał. Podczas tego zajęcia brał także żywy udział w rozmowie mojej z koniuszym, który, jak się okazało, był żądnym wiedzy człowiekiem. Ponieważ udało mi się poskromić konia, przypisywał mi wszystkie inne zdolności i zadawał jedno pytanie po drugiem, a ja musiałem mu na nie odpowiadać.
Powracając do domu, ujrzeliśmy sprowadzone umyślnie ślepe dzieci, siedzące pod bramą. Widok ich był zarówno wzruszający, jak wstrętny. Oślepłe oczy puchną, tworząc jątrzące się półkule, na których wiodą swój żywot muchy i inne owady. Choroba to zaraźliwa i przechodząca z oka na oko, z osobnika na osobnika. Dzieci otrzymały pieniądze, poczem je wyprowadzono. Żart, na który pozwoliłem sobie względem grubasa, nie obciążył mi bynajmniej sumienia. Miał on takie dochody, że mógł śmiało wydać tę małą kwotę na pożałowania godnych ślepców.
Wkrótce potem zmierzch zapadł i zaczęło się szybko ściemniać. Zaproszono mnie na wieczerzę, którą koniuszy ze mną spożył. Spytał mnie wprawdzie, czy ma wezwać także mego towarzysza, oświadczyłem mu jednak, że Selima nie można właściwie nazywać w ten sposób, gdyż jest tylko sługą mego przyjaciela. Nie zależało mi na tem, żeby tego długiego człowieka mieć nieustannie przy sobie, a koniuszy nie miał także ochoty widzieć u siebie tak miernej osobistości.
Po wieczerzy zaprosił mnie mój gospodarz na partję szachów. Poustawialiśmy właśnie figury, kiedy na dworze powstał niezwykły hałas. Kilka głosów krzyczało równocześnie, lecz słów nie można było zrozumieć. Sądząc, że zaszedł jaki nieszczęśliwy wypadek, wybiegliśmy na dziedziniec przed stajnię. Stało tu kilku parobków, oraz paru innych domowników, którzy patrzyli w niebo i wołali:
- Zaćmienie księżyca, zaćmienie księżyca!
Tak było rzeczywiście; księżyc zaciemniał się. Nie wiedziałem o tem, że należy spodziewać się zaćmienia. Była pełnia, a szary cień ziemi zakrywał powoli tarczę naszego trabanta. Należało wnosić, że zaćmienie nie będzie zupełne. Mimo to zaszedł cień tak daleko, że tylko wąski sierp księżyca pozostał odsłonięty. Zjawisko to przejęło wszystkich mieszkańców pałacu nieopisanym strachem. Najpierw wypadł, sapiąc, gruby marszałek, a za nim Selim.
- Effendi, - zawołał pierwszy, zobaczywszy mnie, czy widzisz, że księżyc znika? Powiedz mi, co to oznacza?
- To oznacza, że ziemia stoi między słońcem a księżycem i rzuca cień swój na niego. To jest powodem zaćmienia.
- Między słońcem a księżycem? Rzuca cień swój? Czy widziałeś go już kiedy?
- Widziałem go już nieraz, a w tej chwili widzę znowu.
- Effendi, jesteś źródłem mądrości i studnią wiedzy, lecz o słońcu, księżycu i gwiazdach nie wolno ci mówić. O nich nic nie wiesz! Czyż nie słyszałeś, że to szatan osłania księżyc?
- Tak sądzisz? A nacóżby on to czynił?
- Ażeby nam zapowiedzieć nieszczęście. To wróżba nieszczęścia dla całego świata, a szczególnie dla mnie.
- Dla ciebie? A cóż ty masz wspólnego z tem zaćmieniem?
- Wiele, bardzo wiele! Czy widzisz ten amulet u mnie na szyi? Noszę go dla ochrony przed zaćmieniem księżyca.
- Zaćmienie księżyca - to całkiem naturalne zjawisko. A gdyby nawet groziło jakiemś niebezpieczeństwem, to amulet zapewnie nie ochroniłby cię przed niem.
- Mówisz tak, bo jesteś chrześcijaninem, a nie muzułmaninem. Co chrześcijanin może wiedzieć o księżycu? Jaki jest znak chrześcijaństwa? Czyż nie krzyż?
- Rzeczywiście.
- A znakiem islam u jest półksiężyc. Musimy więc o księżycu więcej wiedzieć, niż wy; to jasne. A może mi tego nie przyznajesz?
Ten argument był z jego stanowiska słuszny, musiałem go więc pobić tą samą bronią, i dlatego odpowiedziałem:
- Nie, nie przyznaję ci tego wcale. Czy waszym znakiem jest nów, czy pełnia księżyca?
- Tylko półksiężyc.
- Więc mów, jeśli chcesz, o pierwszej i ostatniej kwadrze, ale nie o nowiu i pełni, a dziś jest pełnia. No, cóż ty na to?
Stropił się, spojrzał na mnie z otwartemi ustami, a potem odrzekł:
- Effendi, w tem nie mogę ci się oczywiście sprzeciwić! Nowiu nie widziałem wogóle.
- Więc nie twierdź, że rozumiesz się na księżycu. Kto nawet jeszcze nowiu nie widział, ten nie może sądu wydawać o zaćmieniu księżyca. Zresztą, nawet półksiężyc nie jest prawdziwym pierwotnym znakiem islamu.
- A cóż?
- Szabla, krzywa szabla Muhammeda. Kiedy wasz prorok w miesiącu ramadhan, drugiego roku hedżiry, wydał mekkańczykom pierwszą wielką bitwę, nasadził swoją szablę na żerdź i kazał ją nieść na czele jako sztandar. Poprowadziła ich ona do zwycięstwa i odtąd uważano ją za sztandar wojenny. W późniejszej walce odbito rękojeść szabli i zostało tylko krzywe żelazo, przedstawiające kształt księżyca. To skłoniło kalifa Osmana do przyjęcia półksiężyca za symbol całego państwa islamu.
- Allah, Allah! Effendi, ty znasz wszystkie głębie historji i wszystkie tajniki religji! - zawołał.
- Oraz wszystkie szerokości, wysokości i głębokości księżyca - dodałem. - Jest on 380.000 kilometrów oddalony od ziemi, jego średnica wynosi 3480 kilometrów, jest więc pięćdziesiąt razy mniejszy od ziemi, a najwyższa góra na nim ma 7200 mtr.
Na to zamilkli wszyscy stojący dokoła. Ponieważ w Egipcie, jak wogóle w całej Turcji, liczy się na metry, więc ludzie ci zrozumieli wymiary, lecz nie wierzyli, żeby je wogóle można było podać. Spojrzenia ich zwróciły się z księżyca na mnie, dał się słyszeć pomruk, poczem grubas zawołał:
- Niech Allah pozwoli ci długo żyć i oświeci twój rozum! Powiedz mi, zaklinam cię na życie, na ojca twego i na brody wszystkich przodków twoich, czy mówisz na serjo?
- Wcale nie żartuję.
Potrząsnął głową i spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Co miałem uczynić? Do zrozumienia moich wywodów brak im było najpotrzebniejszych wiadomości, więc zarówno czarnego, jak i drugich nie byłem w stanie przekonać. Zaczęli więc odmawiać dla usunięcia złych skutków zaćmienia mnóstwo zdań z koranu i lamentowali przytem tak długo, dopóki zaćmienie nie przeszło. Nawet i potem nie okazywali wesołości, sądzili bowiem, że skutki zaćmienia okażą się dopiero teraz. Długi Selim zwrócił się do mnie, sądząc, że zawezwę go, aby mnie do domu odprowadził, powiedziałem mu jednak, że pójdę teraz spać, więc udał się z grubasem do jego mieszkania. - - -
Nazajutrz, po śniadaniu, przyprowadzono konie. Umówiona przejażdżka odbyła się w większem towarzystwie, aniżelim się spodziewał. Marszałek nie omieszkał przyłączyć się do nas, a Selim twierdził, że musi także jechać z nami, gdyż jest moim obrońcą i powinien mnie chronić przed upadkiem z konia. Zapewniałem go wprawdzie, że obawy są zbyteczne, lecz odpowiedział:
- Effendi, jestem największym bohaterem i jeźdźcem mojego szczepu, ty zaś jesteś Frankiem i nie widziałem cię jeszcze nigdy na koniu. Jeśli skręcisz kark, ja będę za to odpowiadał. Dlatego nie odstąpię cię i nie spuszczę z oka.
- Czyż jesteś rzeczywiście tak doskonałym jeźdźcem?
- Nikt mi jeszcze w jeździe konnej nie dorównał - odpowiedział z głębokim ukłonem.
- Więc spodziewam się, że słowa dotrzymasz. Gdybyś Opuścił mnie choćby na chwilę, poskarżę się twojemu panu, że jesteś lichym obrońcą, na którego liczyć nie można.
- Uczyń to, uczyń! Moja moc i troskliwość unosić się będą nad tobą nawet wtedy, gdyby cię porwał razem z koniem wicher pustyni. Gnałbym w zawody ze złemi duchami samumu.
Powiedział to z taką pewnością siebie, jakgdyby już kiedy ścigał się ze wszystkiemi wichrami pustyni, a ja cieszyłem się zgóry na myśl o zawstydzeniu, które go czekało.
Było nas zatem sześciu: marszałek, koniuszy, Selim, ja i dwaj parobcy, którzy nam towarzyszyli. Jechaliśmy powoli przez miasto na wzgórza ku grobom skalnym. Przybywszy na te wzgórza, odgraniczające dolinę Nilu od pustyni libijskiej, ujrzeliśmy rozległą piaszczystą równinę, różowiącą się przed nami w promieniach słońca. Zjeżdżaliśmy z góry powoli i dopiero, kiedy znaleźliśmy się już na dole, rzekł koniuszy:
- Teraz cwałem, effendi! Mamy dość miejsca na pustyni.
Ścisnął konia ostrogami i popędził.
Muszę Selimowi wystawić świadectwo, że dotychczas dotrzymywał słowa i nie odstępował od mego boku. W jego wzroku i twarzy malował się wyraz dumnego zadowolenia; zdawało mu się, że jeździ o wiele lepiej ode mnie. Miało to swoją przyczynę. Oto koń mój, wydostawszy się na gościniec, chciał zaraz ze mną pędzić, ściągnąłem mu jednak cugle tak ostro i tak silnie ścisnąłem go kolanami, że musiał poskromić swoją niecierpliwość. Usiłowania tego nikt nie zauważył, a ponadto siedziałem na siodle za przykładem myśliwców prerjowych w ten sposób, że nogi miałem podane wtył, a korpus cały pochylony naprzód. Nie przedstawia ta pozycja zbyt pięknego widoku, ale jest wygodna dla jeźdźca. Przenosząc ciężar ku przodowi ciała końskiego, zapewnia zwierzęciu znacznie większą swobodę ruchów. Reszta towarzyszów siedziała po arabsku dumnie i prosto z wyjątkiem marszałka. Zdawało się więc wszystkim, że są lepszymi jeźdźcami ode mnie. Selim jeździł nieźle i miał niezłego konia, więc nic dziwnego, że na mnie trochę z góry spoglądał. Kiedy puściliśmy się w cwał, chciał mój ogier rozwinąć całą swą rączość. Powstrzymałem go jednak i z tego powodu zostałem z Selimem wtyle. Obydwaj parobcy mieli jechać wprawdzie za nami, zniecierpliwili się jednak dość prędko, minęli nas i popędzili naprzód...............