Pod psią gwiazdą - Milena Grabowska

Reflow text when sidebars are open.
- Psia krew!
Leta uderzyła bezradnie o kierownicę, a potem krzyknęła głośno, co zostało skutecznie zagłuszone przez donośny grzmot. Czuła narastającą frustrację, a kąciki jej oczu zaczęły piec.
Nie, nie mogę płakać. Jeszcze tego brakowało.
Potarła twarz dłońmi i przełknęła ślinę. Ta drobna czynność przypomniała jej, że od ponad czterech godzin była pozbawiona jedzenia, a co ważniejsze, wody. Czuła suchość, choć hektolitry deszczu lały się z nieba. Nie chciała rezygnować, ale przez ułamek sekundy pomyślała, że powinna wrócić. Zadzwonić do Imogen i poprosić, żeby odebrała ją z tego miejsca, które mogłaby nazwać "Gdzieś". Nawet nie wiedziała, jak miałaby wytłumaczyć, gdzie się znajduje, mijała tak wiele rozwidleń, że naprowadzenie kogoś na prawidłową drogę graniczyło z cudem. Dziewczyna co chwilę sprawdzała, czy jedzie w dobrą stronę, a i tak pomyliła się kilka razy i musiała zawracać. Jej siostra na pewno by przyjechała, ale droga mogłaby zająć jej nawet całą noc.
Zacisnęła dłonie na kierownicy i spojrzała na niewielki wyświetlacz, który wskazywał godzinę. W tej samej sekundzie dopadło ją olbrzymie zmęczenie i zrozumiała, że nie ma najmniejszej szansy, by o drugiej w nocy dodzwoniła się do jakiegokolwiek mechanika, który przyjechałby do niej w trakcie ulewy i naprawił auto. Była głodna, zmęczona i zmarznięta, więc nie zastanawiała się długo. Zgarnęła parasolkę i plecak, a następnie wysiadła z samochodu. Zamknęła go i rozejrzała się dookoła, ale ściana deszczu uniemożliwiała jej zobaczenie czegokolwiek.
Momentalnie poczuła, jak koszulka przykleja się do jej pleców.
- Świetnie, po prostu rewelacyjnie.
Mamrotanie do siebie było jej ulubionym zajęciem i robiła to niemal w każdej sytuacji. Gdy miała gorszy dzień, gdy pisała sprawdzian w szkole, gdy wybierała sukienkę i gdy czekała, aż woda na herbatę będzie gotowa. Mamrotała nawet przez sen, co jej siostra z zadowoleniem nagrywała. Mamrotanie było jej częścią, tak samo jak czarne włosy do łopatek, które żyły własnym życiem i zasłaniały jej pole widzenia, gdy tylko wlatywały jej na twarz.
Rozejrzała się dookoła i zamknęła auto. Uznała, że musi ruszyć jak najszybciej, bo inaczej nawet jej bielizna nie pozostanie sucha. Już teraz czuła krople wody spływające jej po plecach. Parasolka nie spełniała swojego zadania. Leta chciała jak najszybciej znaleźć się w jakimś suchym miejscu.
Mniej więcej milę wcześniej mijała dziwny zajazd, na którym wisiał zepsuty neonowy szyld, więc nawet nie wiedziała, jak się nazywa i czy jest czynny. Zazwyczaj nie ufała takim miejscom - z filmów wiedziała, że spotykają się w nich faceci jeżdżący na tirach, i to nie tak, że z góry posądzała ich o najgorsze, po prostu zawsze groźnie wyglądali - ale teraz wszystko było jej obojętne. Chciała zwyczajnie mieć się gdzie przespać i rano zadzwonić do mechanika, żeby naprawił jej auto. Nie czuła strachu, zostawiając swojego starego pick-upa na uboczu, bo był tak zardzewiały, że nikt na pewno nie pokusiłby się o kradzież.
Po kilku minutach marszu nie było już nawet najmniejszego fragmentu jej ciała, który pozostałby suchy. Strużki wody ciekły po jej plecach i wywoływały dreszcze. Trudno było jej dostrzec cokolwiek na odległość większą niż dwa jardy, bo deszcz skutecznie wszystko zasłaniał. Parasolka nie dawała jej żadnej ochrony przed wodą, a szargana przez silny wiatr uniemożliwiała jej stawianie równych kroków. Postanowiła, że ją złoży, i tak też zrobiła, po czym ścisnęła ją mocno w ręce i wzięła kilka głębokich wdechów, żeby zapanować nad swoim rozdrażnieniem. Nie mogło ją spotkać nic gorszego niż to.
Do wyjechania z jej rodzinnego miasta zmusiło ją kilka rzeczy i mała garstka osób. Marzyła o tym i sądziła, że nie znajdzie lepszej okazji niż wakacje tuż przed pierwszym rokiem studiów. Miała stać się poważną panią prawnik, tak jak jej starsza siostra i matka, i babcia, i prawdopodobnie prababcia. Każda z nich była wyniosłą i silną kobietą, która przynosiła chwałę rodzinie i nie uginała się przed żadnym mężczyzną. Leta również miała należeć do tego grona. Nie chciała nawet myśleć, jak zareaguje jej matka, gdy z samego rana znajdzie liścik, w którym jej córka wyjaśniła, że wróci równo na dwa tygodnie przed rozpoczęciem pierwszego semestru na studiach.
Nie musiała się martwić znalezieniem lokum, bo jej mama na pewno już dawno znalazła to idealne. Blisko uczelni, ale nie w samym jej sercu - by przypadkiem Leta nie wpadła na głupi pomysł uczestniczenia w imprezowym życiu studentów. I na pewno zrobiła wszystkie zakupy ubraniowe odpowiednie dla przyszłej studentki prawa. W życiu Lety większość rzeczy była zaplanowana odgórnie. Ale na pewno nie zepsuty samochód i ulewa.
Czuła, że wszystko w niej krzyczy, żeby wróciła do samochodu i zadzwoniła do siostry lub jej narzeczonego, który zawsze był względem niej w porządku. Może udałoby im się tutaj dojechać w mniej niż cztery godziny, gdyby prowadził Max, no i mieli też o wiele sprawniejszy samochód niż ten, który kiedyś należał do ojca Lety, a teraz do niej. Powinna się poddać i wrócić do domu. Może nawet uda jej się zniszczyć liścik pozostawiony na kuchennym stole i jej matka o niczym się nie dowie?
Tchórz.
Przeklęła w duchu, że tak niewielka przeszkoda od razu zmusza ją do rezygnacji. Nie powinna się poddawać. Samochód da się naprawić, a ona może tę jedną noc spędzić w zajeździe, który przypominał miejsce z horrorów. Jak się jednak okazało - tylko z zewnątrz.
Udało jej się dotrzeć na miejsce. Weszła przez drzwi, które okropnie zaskrzypiały. Jej ciało od razu otuliło się dziwnego rodzaju ciepłem, lekko kleistym, ale zdecydowanie przyjemniejszym niż nieustający deszcz. Leta rozejrzała się dookoła i dostrzegła nieduży kontuar, a za nim lekko zaspaną, ale uśmiechniętą dziewczynę. Jej włosy miały co najmniej trzy kolory, a w jej nosie było kilka kolczyków. Zamachała do Lety i ziewnęła.
- Ciężka noc, co? - zapytała, gdy Leta podeszła do kontuaru.
Pozostawiała po sobie mokre ślady.
- Można tak powiedzieć. - Skinęła lekko głową i zdjęła z ramion plecak. Cieszyła się, że zainwestowała w coś lepszej jakości, bo dzięki temu jego zawartość była sucha. A w tym dokumenty, segregator, mapa i pieniądze. - Znajdę tu wolny pokój?
- Całą masę wolnych pokoi. - Dziewczyna wyciągnęła stary zeszyt z krajobrazem jakichś gór na okładce. - Rzadko mamy tutaj gości.
- Naprawdę? - zapytała Leta, udając lekkie zdziwienie.
Zajazd wyglądał przerażająco, a jeśli ktoś jechał nocą, to trudno było go zauważyć, bo neonowy szyld nie działał i wyświetlał tylko kilka pojedynczych liter. Leta nawet nie wiedziała, jak to miejsce się nazywa. Z zewnątrz zdecydowanie odstraszało, bo dach wyglądał, jakby się miał zawalić, a ściany miały brzydki fioletowy kolor. Przy głównym wejściu zauważyła kwietnik, ale z każdej z doniczek wyglądały uschnięte tylko łodygi, które kiedyś musiały być kwiatami.
Jednak gdy weszło się do środka, czuło się przyjemne ciepło. W holu znajdowała się recepcja i dwa małe stoliki z fotelami ustawionymi dookoła nich. Na wprost wejścia były schody, które musiały prowadzić do pokoi. Po lewej stronie, tuż za recepcją, były kolejne drzwi. Na ścianach pomalowanych na delikatne kolory wisiało kilka luster. Leta dostrzegła również pełno kwiatów, ale te były bardzo zadbane. Wszystko wyglądało jak z innej epoki, ale dzięki temu miało swój klimat.
- Szefostwo zapomniało o tym miejscu na jakiś czas, ale teraz ponownie się nim zajęli. W sumie to nie oni, a ich syn.
- To miło - wymamrotała Leta.
- Miło, tak. - Recepcjonistka pokiwała głową. - Wiesz, tutaj w okolicy niewiele jest miejsc pracy. Dzięki remontowi kilka osób mogło złapać fuchy, a i ja znalazłam coś dla siebie.
Leta pokiwała głową, bo co innego miała zrobić? Nie była za dobra w luźnych rozmowach. A poza tym nawet nie miała sił, by się postarać. Chciała pozbyć się mokrych ubrań przyklejonych do ciała.
- Na kogo pokój? - Recepcjonistka nagle zmieniła ton na profesjonalny.
- Leta Cla... - Zawahała się.
Co, jeśli jej mama zacznie jej szukać i znajdzie to miejsce? Wypyta o nią, a wtedy ktoś sprawdzi rezerwacje i zobaczy jej nazwisko. Wolała tego uniknąć. Już próbowała odnaleźć w głowie inne nazwisko, które zaczynało się na "Cla", ale wtedy dziewczyna o kolorowych włosach jej przerwała.
- Zapiszę, że Leta.
- Dziękuję - odparła nieśmiało.
Może spotykała dziwniejsze osoby niż ona? Może często bywali tu ludzie, którzy nie chcieli podawać swoich danych?
- Pokój numer osiem, drugie drzwi po prawej, jak już wejdziesz po schodach. - Recepcjonistka wręczyła jej klucz. - Śniadania serwujemy od szóstej do dziesiątej.
- Dziękuję - powiedziała i zamknęła klucz w dłoni. Na wspomnienie o śniadaniu od razu poczuła ucisk w żołądku. - Czy gdzieś w okolicy znajdę mechanika?
- Mechanika? - Dziewczyna postukała się długopisem po brodzie i wysunęła do przodu dolną wargę. - Jest jeden, jeśli chcesz, mogę jutro do niego zadzwonić. Gdzie masz auto?
- Zostawiłam je niecałą milę stąd, jadąc w lewo.
- Daj mi kluczyki, a jutro auto będzie stało pod drzwiami. - Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła dłoń w kierunku Lety.
Ta lekko się zawahała, zanim wygrzebała kluczyki z plecaka i wręczyła je recepcjonistce. Nie była pewna, czy to najlepsza decyzja, ale teraz czuła potworne zmęczenie. Jedyne, o czym marzyła, to wysuszenie ubrań i ciepłe łóżko.
- Dobrej nocy! - rzuciła jeszcze recepcjonistka.
- Dzięki. - Leta pokiwała głową i udała się w kierunku schodów. Nagle zatrzymała się i obejrzała za siebie. - A tak właściwie... Jak nazywa się to miejsce? Wasz szyld nie działa.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek działał. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Witaj w pensjonacie Pod Psią Gwiazdą!
Jak sałata?
Leta przetarła twarz dłońmi, próbując pozbyć się resztek snu. Ku jej zaskoczeniu zajazd Pod Psią Gwiazdą miał naprawdę wygodne łóżka. Przeciągnęła się i wyjrzała przez okno. Po burzy nie było już śladu. Słońce przedzierało się przez szybę i łaskotało twarz dziewczyny. Miała wrażenie, jakby przeniosła się do innego świata. Zeszła z łóżka i rozejrzała się po niewielkim pokoju. Odnalazła swoje ciuchy i szybko się ubrała.
Poprzedniego wieczoru, zanim zapadła w głęboki sen, resztkami sił wyprała w umywalce swoją bieliznę i rozwiesiła mokre ubrania na grzejnikach. Nie miała przy sobie nic na zmianę, a nie wiedziała, kiedy uda jej się dostać do bagażu pozostawionego w samochodzie. Miała nadzieję, że dziewczyna z recepcji nie żartowała i naprawdę załatwiła mechanika, który będzie w stanie przywrócić jej samochód do życia. Miała marzenia do spełnienia, zepsute auto nie mogło jej powstrzymać.
Zebrała resztę swoich rzeczy i wsunęła wszystko do plecaka. Może przy odrobinie szczęścia uda jej się znaleźć coś lekkiego na śniadanie, co nie będzie wyglądało, jakby chciało ją zabić. Trudno jej było myśleć pozytywnie. Przeczuwała, że tego typu zajazdy nie słyną z sałatek i tofu lub czegokolwiek, co mogliby zjeść wegetarianie. Nie była wybredna i na pewno ucieszyłby ją jakiś owoc, ale czuła, że w tym miejscu nocują tylko zawodowi kierowcy i zgodnie ze stereotypami jedzą tylko kiełbasę.
A jednak już raz została mile zaskoczona, bo cały budynek był zadbany i czysty, a w jej pokoju nie było żadnych pająków czy innego robactwa. Pościel pachniała, w łazience nie było śladu po pleśni. Może powinni odnowić zajazd z zewnątrz, by przyciągać większą liczbę gości?
Leta nasunęła jeszcze wilgotne buty na stopy i wyszła z pokoju, kierując się w stronę recepcji.
Za kontuarem siedziała ta sama dziewczyna, którą spotkała wczoraj wieczorem. Uśmiechała się szeroko. Leta spojrzała na zegarek na swoim nadgarstku i zmarszczyła czoło. Kto jest tak szczęśliwy o siódmej rano?
- Dzień dobry, jak się spało?
- Bardzo dobrze, dziękuję. - Położyła kluczyk od pokoju na blacie. - Wiadomo, co z moim samochodem?
- Och! Stan przyjechał z rana sprawdzić, co z nim, ale jeszcze nie wrócił. Powinien niedługo być.
- Dziękuję. - Leta skinęła głową.
- Śniadanie serwowane jest w sali obok. - Dziewczyna z kolorowymi włosami wskazała na drzwi po lewej stronie recepcji.
Leta znowu jej podziękowała i weszła do pomieszczenia, w którym rozstawionych było kilka niewielkich stolików, a pod ścianą znajdowały się stoły z całą masą jedzenia, które pachniało obłędnie. Było to raczej marnotrawstwo, skoro niewiele osób tu nocowało.
Zaburczało jej w brzuchu i Leta od razu pomyślała o swoim ostatnim posiłku, który jadła całe wieki temu. Wzięła jeden z przygotowanych talerzy, a potem skierowała się w stronę półmisków. Od razu stwierdziła, że jest tam wszystko, o czym człowiek mógłby pomyśleć, gdy słyszy słowo "śniadanie". Nałożyła sobie sporą porcję owsianki, dołożyła całą masę owoców i nie mogła się oprzeć pięknie pachnącej jajecznicy. Dobrała jeszcze trochę pieczywa, sok i ciepłą kawę. Była bardziej niż szczęśliwa, gdy znalazła na brzegu stołu kilka ładnie pachnących pomidorków koktajlowych.
Usiadła i od razu upiła łyk ciepłej kawy. Poczuła, jak przez jej ciało przechodzi przyjemny prąd. Po tej ciężkiej nocy kawa była jak zbawienie. Leta przymknęła powieki i delektowała się smakiem ciepłego napoju. Pensjonat Pod Psią Gwiazdą naprawdę powinien lepiej zadbać o to, jak prezentował się z zewnątrz, i zająć się wymianą neonu. Przez okropny wygląd tracił masę klientów.
Rozchyliła powieki i zobaczyła przed sobą mężczyznę. Opalonego, z widocznym zarostem i w kowbojskim kapeluszu. Skórzanym, takim, jaki nosił jej tata podczas prac w ogródku. Wyglądał, jakby był od niej starszy o kilkanaście lat, ale może była to kwestia opalenizny i dość surowych rysów twarzy.
- Pierwszy raz widzę dziewczynę, która jawnie je tak duże śniadanie - odezwał się jako pierwszy.
- Najwidoczniej patrzyłeś na złe dziewczyny. - Leta wzruszyła ramionami i spojrzała na jego twarz.
Był wysoki i miał zadziorny uśmieszek na twarzy. Jego oczy przypominały kolorem czekoladę. A on sam jakby tylko czekał na nawiązanie z kimś kontaktu. Leta nie słyszała, jak wchodził, ale to nic dziwnego, skoro była tak bardzo zajęta delektowaniem się kawą.
- Najwidoczniej - odparł. - Ale nie widzę mięsa.
- Do każdego tak podchodzisz i oceniasz jego śniadanie?
- Tylko do tych ładnych dziewczyn.
- Jeśli to był podryw, to naprawdę słaby - skwitowała.
- Nie był.
Leta pokiwała głową i upiła kolejny łyk kawy. Myślała, że nieproszony rozmówca odejdzie, ale ten postawił swój talerz po drugiej stronie jej stolika i zajął miejsce. Próbowała go ignorować, ale nie mogła, kiedy specjalnie stukał łyżeczką o ścianki swojego kubka podczas mieszania kawy. Wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić, a potem zmusiła się do dokończenia śniadania i odstawienia brudnych talerzy na niewielki wózeczek do tego przeznaczony.
Nie rozumiała, dlaczego wybrał akurat jej stolik, skoro dookoła było jeszcze kilka wolnych. Nie bała się o swoje bezpieczeństwo, ale nie rozumiała jego zachowania. Zazwyczaj stroniła od ludzi, a posiłki wolała spożywać w samotności.
Wyszła z sali i ruszyła w stronę recepcji. Recepcjonistka nie była sama. Towarzyszył jej mężczyzna na oko po pięćdziesiątce. Łysawy i o głowę niższy od Lety.
- O, Leta! - rozległ się radosny okrzyk dziewczyny z recepcji.
Leta dostrzegła, że ma ona przypiętą do bluzki plakietkę z imieniem. Tris. Wcześniej na pewno jej nie miała. Może ponownie starała się być profesjonalna i nadać powagi temu miejscu?
Odepchnęła myśli gdzieś na bok i spojrzała na mężczyznę, który uśmiechał się do niej ciepło. Wyciągnął w jej kierunku kluczyki.
- Naprawiony - powiedział, a Leta nie mogła powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy.
- Świetnie, w takim razie ruszam - odparła.
- Mam nadzieję, że do domu - powiedział mężczyzna i podrapał się po karku. - Samochód działa, ale nie wytrzyma długiej podróży. Zalecam wybranie jak najkrótszej drogi powrotnej. A tam... przykro mi, ale kompletna naprawa wyniesie cię więcej niż zakup jakiegoś innego samochodu.
- Więc...
Ramiona jej opadły, a uśmiech zniknął z twarzy. Tyle planowania, tyle zbierania oszczędności, ucieczka z domu i na co to wszystko? Wróci z podkulonym ogonem i przeprosi za całe to zamieszanie? Jej matka od razu powie, że jest niedojrzała, i przy każdej okazji będzie jej o tym przypominać.
Nie było jej stać na kupno lepszego samochodu.
Pomyślała o niewielkim segregatorze, który miała w plecaku. Był tam cały plan jej wycieczki. Wszystkie miejsca, które chciała odwiedzić. Rzeczy, które chciała zrobić. Poczuła ukłucie smutku i zawodu. Matka miała rację. Mogła po prostu dać się kierować innym ludziom, to wychodziło jej najlepiej. Skrupulatnie wszystko zaplanowała, ale jej misja i tak nie miała szans na powodzenie.
- Czyli nigdy nie odwiedzę Doliny Śmiechu - wyszeptała do siebie, gdy przypomniała sobie o jednym z punktów na liście.
Mamrotała cicho, ale zapewne Tris i Stan słyszeli jej słowa. Nie chciała wyobrażać sobie, jak żałośnie wyglądała. Wzięła głęboki wdech, by się nie rozpłakać, zacisnęła dłoń na kluczykach od samochodu i pomyślała o wszystkich kłótniach między nią a mamą. I o tym, ile jeszcze ich będzie, gdy wróci do domu.
- Spakuję ci trochę jedzenia na drogę powrotną. - Tris uśmiechnęła się delikatnie.
Leta zapłaciła mechanikowi za naprawę auta, a potem Tris za nocleg. Czuła się paskudnie, więc usiadła na jednym z foteli ustawionych naprzeciwko kontuaru, rzuciła plecak pod nogi i zaczęła mamrotać pod nosem słowa, które często słyszała w domu rodzinnym:
- Uspokój się, dziewczyno. Żadnych wycieczek! Zaraz zaczynasz studia i nie mamy czasu na twoje durne zachcianki.
Jej mama w wielu sprawach się myliła, ale w żadnej tak bardzo jak w tej. To nie była zachcianka, a marzenie. Jej ojca. Najważniejszej osoby w jej życiu.
Z rozmyślań wyrwał ją widok twarzy tego samego mężczyzny, który skomentował jej śniadanie. Posłała mu pytające spojrzenie.
- Denver - powiedział.
- Tak, istnieje takie miasto - wymamrotała.
Już dawno nie spotkała tak specyficznej osoby. Nie tylko skomentował jej śniadanie i tak po prostu się przysiadł, ale też teraz zupełnie bez kontekstu rzucił nazwę losowego miasta.
- To moje imię - powiedział i wyciągnął rękę w jej kierunku.
- Lettice[1]. - Uścisnęła jego dłoń. - Ale wolę, kiedy ludzie mówią "Leta".
- Jak sałata? - Mężczyzna wyglądał na rozbawionego.
- Dlatego wolę, jak mówią "Leta" - westchnęła i puściła jego dłoń.
- Z tego też powodu nie jesz mięsa.
- Jest wiele ważniejszych powodów, dla których ludzie nie jedzą mięsa, niż ich warzywne imię. Poza tym nie tylko ja z naszej dwójki mam dziwne imię.
Kto nazywa dziecko jak jedno z miast? - pomyślała Leta.
- Porozmawiamy o tym w drodze, zbieraj się - rzucił i ruszył w stronę drzwi wyjściowych.
Dziewczyna podniosła się z fotela, ale nie poszła za nim. W pierwszym odruchu pomyślała: Okej, lecimy, ale zmroziło ją, gdy uświadomiła sobie, z jaką łatwością chciała zrobić coś tak niebezpiecznego.
- Idziesz czy nie?
- Dokąd mam iść? - zapytała.
- Słyszałem, że twój samochód nie wytrzyma długiej podróży i będzie to cud, jeśli wytrzyma jakąkolwiek. Widziałem go - wyjaśnił.
Leta pomyślała, że podsłuchiwanie jest kolejnym przejawem upierdliwości Denvera.
- Akurat tak się składa, że mam sprawny pojazd i jadę w tę samą stronę.
- Nie wiesz, w którą stronę jadę.
- Każdy jedzie w tę samą. - Wzruszył ramionami. - Ty masz plan wycieczki, a ja kampera.
- I? - Uniosła prawą brew.
- Razem mamy wszystko, więc możemy ruszać.
- Ruszać dokąd?
- Do tej twojej Przełęczy Radości.
- Doliny Śmiechu - poprawiła. - Poza tym to trzecia pozycja na liście. Po drodze są inne atrakcje.
- Takie jak ból głowy od twojego gadania?
- Zabawne - wymamrotała, a on posłał jej uśmiech.
A potem pomyślała o miejscu, do którego miałaby wrócić. O tym, przed czym chciała uciec. Westchnęła i ruszyła za mężczyzną. Nie mogła chyba trafić gorzej, prawda? A on nie wydawał się kimś, kto mógłby wywieźć ją do lasu, zamordować i zakopać. Tak właściwie jak się uśmiechał, to wyglądał na nawet miłego. Pomijając jego głupie komentarze.
Mogła to zrobić. Poza tym mogli się rozdzielić w najbliższym mieście i każde poszłoby w swoją drogę. Miała gaz pieprzowy i sporo determinacji, żeby udowodnić swojej matce, że da radę. Nawet jeśli miała ruszyć w podróż z nieznanym mężczyzną, który był od niej starszy.
Nic gorszego niż powrót do domu nie mogło jej się przytrafić. Nawet śmierć nie byłaby od tego gorsza.
Wzięła swój plecak i ruszyła za nim, ale usłyszała jeszcze głos Tris. Dziewczyna z recepcji zawołała ją i dała jej torbę pełną jedzenia, mówiąc, że to na koszt firmy.
- Bardzo dziękuję. A czy mogłabym zostawić tutaj swój samochód? Wrócę po niego.
- Pewnie. - Dziewczyna pokiwała głową. - Będzie u nas bezpieczny.
Nie bała się o kradzież, więc podziękowała Tris za wszystko i wyszła.
Wtedy zmroziło ją kolejny raz. Co ona wyprawiała? Pakowała się w tarapaty, których mogłaby z łatwością uniknąć. Denver wydawał się nieszkodliwy mimo wyrazistych mięśni i szesnastu cali różnicy w ich wzroście - tylko że ocenianie kogoś po tym, jak wygląda, nie jest do końca rozsądne. Pod Psią Gwiazdą oceniła jako pensjonat, w którym ściany porośnięte są pleśnią, dywany są powycierane i nie ma ciepłej wody, a okazał się miejscem bardzo czystym i ciepłym, a nawet nieco magicznym. Może u Denvera będzie działała podobna zasada? Z zewnątrz prezentuje się jako człowiek, którego można się obawiać, a w środku okaże się człowiekiem godnym zaufania? Takim, który zaprezentuje coś dobrego, coś, co będzie miłym zaskoczeniem?
Podeszła bliżej i otworzyła swój samochód. Denver uchylił drzwi i złapał za pierwsza torbę.
- Jesteś seryjnym mordercą? - zapytała, gdy przełożyli już prawie wszystkie jej bagaże do jego kampera, który wydawał się stworzony do długich wypraw. Nie znała się na pojazdach tego rodzaju, ale na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić, że kamper wytrzyma wielotygodniową podróż. Nie to co jej stary pick-up.
Kształtem odrobinę kojarzył jej się z autami, którymi poruszali się hipisi, ale był znacznie wyższy i dłuższy. Miał na dachu duży bagażnik, a z tyłu był kolejny i to w nim wylądowały rzeczy dziewczyny.
- Jestem.
- Och... - wyszeptała. - Więc nie mogę z tobą jechać.
- A jeśli powiem, że nie jestem?
- Wtedy będę mogła wsiąść do twojego samochodu.
- Wiec nie jestem, a teraz wskakuj. - Denver machnął ręką. - Poza tym naprawdę myślisz, że seryjny morderca przyznałby się do tego, że jest seryjnym mordercą?
- Och, zamknij się. - Przewróciła oczami.
- Zaraz wracam, pójdę zapłacić za pokój - powiedział, a po chwili zniknął za drzwiami pensjonatu.
Nie było go z dziesięć minut, ale Leta nie zamierzała go poganiać. W końcu oferował jej transport i zgodził się na plan jej wycieczki, którego nawet nie znał. Mieli tkwić zamknięci razem w samochodzie przez wiele godzin, kilkanaście dni i nocy, na odludziach.
Co ona wyprawiała?