Pod prąd. Prawdziwa historia Martina Lewandowskiego i federacji KSW - Martin Lewandowski, Grzegorz Sobieszek


Reflow text when sidebars are open.
Upalne lato 2019 roku. Jadę pociągiem do Wrocławia, by porozmawiać z rodzicami Martina. Chcę, żeby pomogli mi zadawać właściwe pytania, naprowadzili na trop, co w przeszłości ich syna jest naprawdę ważne. Myślę sobie: "Kto zna naszą przeszłość, odartą z upiększeń, lepiej niż nasi rodzice? Kto lepiej pamięta wszystko, co robiliśmy w młodości, nawet te najbardziej wstydliwe momenty naszego życia?". Martin nie przeczuwa podstępu, bez wahania daje mi numer telefonu do ojca. Umawiam się na obiad.
Wrocław Główny wita mnie upalnym słońcem i smrodem spalin. Jak na złość Uber nie potrafi pobrać lokalizacji, idę więc na przydworcowy postój taksówek. W ostatniej chwili przejeżdżający obok cierpiarz krzyczy do mnie przez uchyloną szybę, żebym nie wsiadał do "tych złodziei" i że "oszukują, stare chuje, na licznikach". Ostrzeżony przed "starymi chujami" zamawiam taxi przez telefon i jadę do miejsca, w którym wychował się Martin.
Jestem godzinę przed czasem, więc wybieram się na spacer po osiedlu. Przy wejściu na teren blokowiska wita mnie trzech zaniedbanych trzydziestolatków, sączących na ławeczce browary. Jeden z ewidentną nadwagą, w fighterskiej koszulce, przepasany kołczanem prawilności. O czymś gorąco debatują, na bank nie o MMA. Jednym uchem słyszę: "On wyskoczył, ale tamci to jeszcze na sankach". Na pytanie, czy wiedzą, w którym bloku mieszkał Martin Lewandowski, bez wahania wskazują kierunek.
Idę, sprawdzam, adres się zgadza. Kontynuuję przechadzkę po osiedlu, jakich w Polsce na pęczki. Nic charakterystycznego, nie licząc fantazyjnie zaprojektowanych, niegdyś żółtych, a obecnie wypłowiałych, blaszanych balkonów i nietypowej urbanistyki, przekleństwa szukających konkretnej lokalizacji. Pomiędzy dziesięciopiętrowymi blokami sporo pięknych dużych drzew; czuję się jak w ogrodzie botanicznym. Godzinę później dowiem się, że sadził je w siedemdziesiątym piątym Mieczysław Lewandowski, ojciec Martina.
Na osiedlu mały warzywniak, jeden market, socrealistyczny pomnik wstydliwie schowany w krzakach. Sporo parkingów pod chmurką, dwie starsze panie z psami na spacerze. Kiedyś ulica nazywała się Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, później, kiedy nie było już ZSRR, przemianowano ją na Przyjaźni. Ładnie, bo to słowo dobrze się kojarzy.
Jest południe i środek tygodnia. Blokowisko drzemie i absolutnie nie wygląda na miejsce, w którym wychowywał się przyszły rekin biznesu.
SKĄD NAPRAWDĘ POCHODZI MARTIN LEWANDOWSKI?
Urodziłem się i mieszkałem przez dwadzieścia cztery lata we Wrocławiu, w dzielnicy Krzyki, na którą składa się kompleks kilkunastu przedziwnie zaprojektowanych bloków. Osiedle Przyjaźni było, i wciąż jest, atrakcyjne, z bardzo ciekawą i nowatorską architekturą, otoczone zielenią, czyste i ciche. Mieszkaliśmy na siódmym piętrze jedenastopiętrowego wieżowca. Mieszkanie było, jak na ówczesne standardy, duże, ale musiało pomieścić naszą pięcioosobową rodzinę. Ojciec załatwił sobie członkostwo w spółdzielni mieszkaniowej i przydział na nowe pięciopokojowe lokum na Krzykach w zamian za nasze trzypokojowe w tej samej dzielnicy i wykupienie nowego. Dostaliśmy je jako jedni z niewielu niezwiązani z wojskiem, którzy na osiedlu dominowali; vis-a-vis znajdowała się jednostka. To były takie czasy, że bez znajomości nie dawało się załatwić niczego. Szczęśliwie ojciec znał kogoś, kto wiedział, że uchowało się tutaj jedno wolne mieszkanie. Poszedł, złożył wniosek i wylądowaliśmy - jak na tamte realia - w totalnym luksusie. Miałem fajny widok z okna, z jednej strony na górę Sobótkę i Polmozbyt, a z drugiej na kościół. Mimo że były to tylko bloki, ówczesne władze oddawały je do użytku w 1977 roku z wielką pompą, angażując w oficjalną uroczystość pierwszego polskiego kosmonautę Mirosława Hermaszewskiego. Widocznie bardzo chciały pochwalić się przed światem tymi kilkunastoma kolorowymi budynkami we Wrocławiu. Na Krzykach mieszkali wtedy głównie przedsiębiorcy, urzędnicy i wojskowi, ludzie, którym już wtedy udało się coś w życiu osiągnąć. Należał do ich grona również mój ojciec, który mimo trudnego życiowego startu był człowiekiem niesamowicie przedsiębiorczym.
NA CZYM POLEGAŁ TEN TRUDNY ŻYCIOWY START TWOICH RODZICÓW?
Rodziny mojego ojca i mojej mamy bardzo ucierpiały wskutek wojny i późniejszych prześladowań. Mój dziadek Mieczysław był zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Brał udział w II wojnie światowej, walcząc w Armii "Łódź". W trakcie kampanii wrześniowej został dwukrotnie ranny. Wytypowano go do odznaczenia, niestety przed kapitulacją zniszczono wszystkie dokumenty pułkowe. 19 września 1939 roku dostał się do niemieckiej niewoli. Wysłano go do obozu jenieckiego w Prusach Wschodnich, gdzie otrzymał numer 42164. Przez pewien czas przebywał w obozie z majorem Sucharskim, bohaterskim obrońcą Westerplatte.
Dziadek, wraz z kilkoma jeńcami, zorganizował udaną ucieczkę. Zbiegowie ukrywali się na bagnach, lecz trzeciego dnia złapali ich żołnierze łotewscy współpracujący z Niemcami. Być może wtedy właśnie, w okresie jesienno--zimowym, przy niskich temperaturach, dziadek nabawił się choroby, która później przeistoczyła się w gruźlicę płuc. W połowie marca 1940 roku został przeniesiony do kolejnego obozu, w Ostrzeszowie, kompletnie nieprzygotowanego na przyjęcie jeńców. Przez długi czas dziadek spał na gołej ziemi. Dokuczały mu chłód, deszcz i dotkliwy głód. Tęsknił za domem i urodzonym niedawno (29 lipca 1939 roku) synem - moim ojcem. Nie potrafił pogodzić się z przegraną Polski. Po zdiagnozowaniu u niego choroby płuc jesienią 1940 roku zwolniono go do domu. Kiedy po wielu tygodniach stanął w drzwiach, moja babcia go nie poznała, tak był wyniszczony obozową rzeczywistością. Na wolności wstąpił w szeregi AK, gdzie zajmował się podrabianiem niemieckich dokumentów, a z żoną, moją babcią Antoniną, prowadzili tajne szkolenia z posługiwania się bronią. Nie muszę chyba dodawać, że służba w AK nie była mile widziana przez komunistyczne władze, co wiązało się z wieloma życiowymi trudnościami dla rodziny, także po wojnie. Zwłaszcza dla babci, którą całymi latami prześladowała bezpieka. Było jej wtedy tak ciężko, że musiała mojego tatę oddać na kilka lat do domu dziecka. Lecz mimo trudnego startu mój ojciec osiągnął w życiu bardzo dużo i był dla mnie zawsze wzorem głowy rodziny i odpowiedzialnego przedsiębiorcy.
Cała wrocławska rodzina Lewandowskich: ja, mama Zofia, pierworodny Max, ojciec Mieczysław i najmłodszy Mariusz. Rok 1979
SKĄD POCHODZI TWOJA RODZINA?
Mój ojciec urodził się w Warszawie, w Zamku Ujazdowskim, trzydzieści trzy dni przed wybuchem II wojny światowej. Jego rodzice: mój dziadek w Częstochowie, a babka w Stryju. Moja matka przyszła na świat w Jaworniku, we wschodniej Galicji, na wschodnich terenach przedwojennej Polski, nad rzeką Czeremosz, w bardzo urokliwej krainie, gdzie stykały się granice trzech państw: Polski, Węgier i Rumunii. Dziadek Bronisław i babcia Stanisława ze strony mamy urodzili się, odpowiednio: w Kołomyi i na polskim Pokuciu. Dziadek, z zawodu leśniczy, pracował w Lasach Państwowych. Miał leśniczówkę i duże gospodarstwo. Nie licząc naszej, w Jaworniku mieszkało kilka polskich rodzin obsługujących punkt kontroli granicznej. Wokoło, rozrzuceni po połoninach, żyli Ukraińcy, zwani wówczas Rusinami oraz niezwykle barwni Huculi. Przedstawiciele tych trzech głównych społeczności egzystowali w zgodzie i pokoju. Odwiedzali się, pomagali sobie wzajemnie, uczestniczyli w uroczystościach kościelnych (rzymscy katolicy, grekokatolicy i prawosławni). Do czasu, aż bandy UPA rozpoczęły pogromy Polaków. Wtedy zginęła siostra mojej mamy Ewa. Sytuacja we wschodniej Galicji zrobiła się bardzo niebezpieczna i rodzina mamy, w obawie o życie, podjęła decyzję o ucieczce, pozostawiwszy cały dobytek. Do Polski przyjechali w wagonach towarowych, ostatnim transportem kolejowym do ojczyzny. Tułali się po południowej części kraju, by w końcu trafić do Wrocławia. Mama skończyła tam technikum farmaceutyczne, a później farmację na Akademii Medycznej.
Bardzo żałuję, że poza jednym dziadkiem nie poznałem nikogo z dalszej rodziny. Wszyscy poumierali dość wcześnie, ciężko doświadczeni przez wojenny czas. Kiedy pomyślę, ile cierpienia i zmartwień dotknęło moich dziadków i rodziców, wszystkie codzienne problemy blakną w sekundę.
Jestem pełen podziwu dla ludzi żyjących dawniej. Uważam, że warto znać swoją historię, wiedzieć, dokąd sięgają nasze korzenie.
Ile przypadków zdecydowało o czyimś życiu lub śmierci, jak wielu wyborów musieli dokonać przodkowie, abyśmy wszyscy znaleźli się bezpiecznie tu i teraz. Myślę, że ludzie powinni częściej obcować ze śmiercią, bo wówczas bardziej doceniają życie.
KIM SĄ Z ZAWODU TWOI RODZICE?
Mama magistrem farmacji, ale zajmowała się również prowadzeniem domu i wychowaniem trójki urwisów o imionach Max, Martin i Mariusz, czyli mnie i moich braci. Mieliśmy jeszcze siostrę Marzenę, która na świat miała przyjść jako druga w kolejności, ale zmarła jeszcze przed urodzeniem wskutek konfliktu serologicznego.
Ojca, magistra ekonomii, zajmowała w życiu zdumiewająca liczba najróżniejszych przedsięwzięć: od wyrabiania desek windsurfingowych przez prowadzenie banku i firmy meblarskiej, aż po produkcję świeczek i prowadzenie kurnika. Ta ojcowska przedsiębiorczość sprawiała, że w naszym domu nigdy nie było nudno. Ciągle ktoś przychodził, nocował, wciąż coś się działo. Po latach mogę określić ówczesną sytuację ekonomiczną mojej rodziny jako bardzo dobrą. A przecież mówimy o naprawdę ciężkich czasach, w których niemal każda (!) inicjatywa była karana przez władzę. Mimo to ojciec przebijał się jak taran przez biurokratyczne przeszkody i niechęć urzędników do jakichkolwiek innowacji czy nowości. Był pionierem polskiego windsurfingu. Czułem, że jest nam wyraźnie lepiej niż innym dzieciom, przy czym rodzice uczulili nas, że stan materialny nie przesądza o wartości człowieka, a posiadanie "więcej" oznacza też większą odpowiedzialność.
CZEKAJ, CZEKAJ, MÓWISZ, ŻE POWODZIŁO WAM SIĘ BARDZO DOBRZE, ALE WINDSURFING W KOMUNISTYCZNEJ POLSCE NIE BRZMI JAK LUKRATYWNY BIZNES, MAŁO TEGO - BRZMI JAK SZALONY POMYSŁ.
A mimo to ojcu udało się przebić! Produkował deski w stoczni w Augustowie. Raz w tygodniu jeździł tam z Wrocławia swoim mercedesem 240D. To również dziś wydaje się daleką podróżą, ale pomyśl tylko, czym było wtedy. Wyprodukowane deski eksportował do Francji i Niemiec, organizował krajowe zawody, w tym pierwsze w Polsce regaty windsurfingowe na jeziorze w Boszkowie. Przyjechało stu dwudziestu zawodników. Kolorowe żagle, prasa, telewizja - po prostu niezapomniane przeżycie. Mój ojciec wyjeżdżał także na zagraniczne regaty, co wówczas było ewenementem. Ktoś wyjechał za granicę? Łał! Na bank podróżował z ogonem w postaci przedstawiciela służb, dla których takie zjawisko, jak windsurfing, było zapewne potencjalnie wrogie ustrojowi socjalistycznemu, wymagające kontroli i nadzoru. Kiedyś rodzice pojechali do ZSRR i na pierwszym postoju ich samochód został potajemnie "przeszukany". Tak dokładnie, że połowy prywatnych rzeczy nie odnaleźli.
Lepiej temu dwuletniemu ziomeczkowi nie podskakiwać. Wakacje w Pobierowie. Rok 1977
Szalone lata 80-te wymagały od przedszkolaka odpowiedniej fryzury. Rok 1980
Mam taką dziecięcą miarę tego, że się nam dobrze za komuny powodziło. Ojciec z podróży przywoził pomarańcze i banany. Każdy, kto pamięta tamten czas, wie, że to był luksus. Oczywiście w stanie wojennym wszystko się wywróciło, firma zbankrutowała, ale w naszym domu ciągle coś się działo. Ludzie, którzy otaczali naszą rodzinę, windsurferzy, pracownicy firmy, ta cała brać, byli bardzo radośni. Niekoniecznie bardzo bogaci, nie mieli wiele, ale zawsze pogodni. Co zresztą i dziś można zaobserwować wśród pasjonatów sportów wodnych: liczy się woda, wiatr i dobre towarzystwo. Stan portfela jest mniej ważny. Bardzo dobrze wspominam tamten czas.
A STAN WASZEGO PORTFELA POZWALAŁ NA ZAGRANICZNE PODRÓŻE?
Jeździliśmy z rodzicami do "bratnich" krajów socjalistycznych: do Czechosłowacji, Bułgarii, Węgier czy do Rumunii. Zabieraliśmy wtedy różne rzeczy na drobny handel. Pamiętam, jak siedziałem na granicy w samochodzie, obwieszony złotymi łańcuszkami niczym 50 Cent. Demoludy, a w szczególności Bułgaria i jej wybrzeże, w 1982 roku pachniały fantastycznie.
Dwa lata później zaliczyłem swój pierwszy wyjazd za prawdziwą granicę. To była podróż do Francji, z moimi braćmi, samochodem Renault 5 prowadzonym przez moją mamę. Zosię, która bardzo dzielnie sobie poradziła, przemierzając pół Europy wyłącznie z pomocą mapy i wspierającego ją dwunastoletniego pilota, najstarszego syna Maxa. A później, już jako nastolatek, poleciałem samolotem do ciotki, do Kanady. I to już był absolutny szał, choć bałem się w cholerę. Pierwszy lot samolotem! Nastraszono mnie, że mogę się źle poczuć przy starcie, więc przerażony ściskałem w ręku worek na ewentualne wymioty. Tak czy siak wylądowałem u chrzestnej w Toronto. Ten zapach pizzy, ci goście na BMX-ach, te pełne supermarkety, amerykański styl, frotki, białe skarpetki, deskorolki! Co to był za świat! Kompletnie inny. Chłonąłem atmosferę, przyglądałem się, jakimi ludzie jeżdżą autami, jak duże robią zakupy, kosztowałem wszystkich możliwych słodyczy z otwartych puszek, udając, że chcę je kupić. Zbierałem kolorowe gazetki z reklamami zabawek i w każdej niemal wolnej chwili grałem w gry na automatach! Każdego ranka przed wyjściem do pracy ciotka Danusia mnie budziła, a ja siadałem przed telewizorem, włączałem "Sesame Street" i zajadając corn flakes with milk, uczyłem się angielskiego.
Nie masz pojęcia, jakie to przeżycie dla dzieciaka z biednej komunistycznej Polski wylądować we w pełni demokratycznej Kanadzie! Miałem trzynaście lat i po dwumiesięcznym pobycie naprawdę ciężko zniosłem powrót do kraju. Czułem się tak, jakbym w tym czasie zdobył jakąś tajemną wiedzę, jakbym osiągnął wyższy stopień wtajemniczenia. Już nie dawałem się nabierać, że składak jest BMX-em i wiedziałem, że cienkim deskorolkom daleko do tych prawdziwych zza oceanu. Zobaczyłem, jak może wyglądać świat i to rozbudziło we mnie apetyt.
Rok później w Polsce odbyły się kontraktowe wybory parlamentarne. Byłem wówczas w ósmej klasie podstawówki. Z dwoma najlepszymi kumplami, Marcinem Banasiem i Arkiem Kasprzykiem, jeździliśmy po plakaty do komitetu wyborczego "Solidarności" i z dziką pasją rozwieszaliśmy je na pełnym nielegalu na wszystkich osiedlach. Czułem się jak rebeliant, jak bojownik o słuszną sprawę.
W swojej pierwszej klatce mniej więcej w pierwszym roku życia
Moje piąte urodziny. Od lat młodzieńczych lubiłem ogień. Rok 1980
Kapitan statku nad polskim morzem, 2 lata i 3 miesiące
Z braćmi na osiedlowym podwórku
Myślę, że buntowniczą naturę odziedziczyłem po ojcu. Pamiętam, że w stanie wojennym w jego gabinecie stał wielki enerdowski telefaks. W dzisiejszych czasach śmieszne urządzenie; najpierw na klawiaturze trzeba było wystukać tekst wiadomości, później wydrukować, czyli perforować na dziurkarce i dopiero tę dziurawą taśmę wstawić do dużego czytnika. Następnie łączyłeś się telefonicznie z odbiorcą i przesyłałeś wiadomość. Znajomi ojca, ludzie z "Solidarności", uprosili go, żeby przekazał kilka faksów za granicę, co też uczynił, mimo obaw - taka działalność groziła aresztowaniem i sporymi kłopotami. Kolejnym aktem konspiracji było przekazanie za granicę kilkunastu nagranych kaset VHS, dzięki kontaktom, które tato miał jako producent desek. Na kasetach nagrane były manifestacje uliczne, msze, godziny pobytu w jednostce wojskowej u rekrutów: strzyżenie, przymierzanie mundurów i kalesonów z trokami oraz wkładanie drelichów. Mój ojciec to taki mały bohater tamtych czasów. Walka z okupantem, wrogim systemem była w naszym domu obecna od pokoleń.
Z JEDNEJ STRONY WYCIECZKA DO KANADY, DO CIOTKI NA WAKACJE, A Z DRUGIEJ MIESZKACIE W BLOKU. TO MUSIAŁO U DZIECI RODZIĆ PYTANIA O WARTOŚCI...
W domu rodzice zawsze uczyli nas, że najważniejszą wartością jest rodzina. Brat to był dla mnie BRAT. Braci się wspiera i w razie potrzeby pomaga. Jak trzeba było stanąć w obronie, to stajemy przeciwko zagrożeniu razem. A jak było trzeba za brata komuś przyłożyć, to pomimo strachu tak się robiło. Członkowie "klanu" powinni czuć, że mają wsparcie w sobie nawzajem. W rodzinach dzieje się różnie, w naszej również tak było. Mam dzisiaj własną i wciąż uważam, że to jest dobro, o które należy dbać, ale też nauczyć się rozmawiać o trudnych sprawach, bo one zawsze się pojawiają. Rodzina nie oznacza, że jej członkowie mogą robić wszystko i należy ich ślepo bronić. Akurat wobec swoich bliskich jestem dość krytyczny. Jest też pewna granica, po przekroczeniu której nie uważam, aby należało trwać w jakimś niezdrowym układzie, na siłę, tylko w imię utrzymania rodziny.
Pierwszy lot za granicę: do Kanady
Przed kanadyjskim parlamentem w Ottawie. Rok 1988
JEST POLSKA RODZINA, TO MUSI BYĆ I KOŚCIÓŁ.
Nie. Religia nie była kluczowa. Rodzice, oczywiście, wychowali naszą trójkę w wierze katolickiej; przyjęliśmy podstawowe sakramenty. Zachęcali nas, żebyśmy chodzili do kościoła, ale nie byli dogmatyczni. Nie wywierali jakiejś specjalnej presji. Pamiętam natomiast, że ojciec mocno akcentował patriotyzm. Gdy dorastał, wolnej Polski nie było. W każdej chwili spodziewano się interwencji wojsk radzieckich, jak na Węgrzech czy w Czechosłowacji. Rodzice wspominali, że mało kto wierzył, że z kraju można pozbyć się Rosjan. Przez lata, w czasach, kiedy nie było to najmilej widziane, w różnych miejscach w domu znajdowały się portrety Piłsudskiego. My dostaliśmy wolność na tacy, ale pokolenie moich rodziców musiało ją sobie wywalczyć. Inaczej patrzysz na coś, co zdobyłeś w ciężkim boju, a inaczej na to, co dostałeś w prezencie.
MÓWISZ JAK STUPROCENTOWY STEREOTYPOWY PATRIOTA.
Nie chciałbym przykładać jednej miary do swojego patriotyzmu i patriotyzmu rodziców. Czuję się patriotą, ale nie podzielam skrajnych poglądów. Czasy segregacji powinny minąć już dawno. Niestety, wciąż pojawiają się ludzie, którzy niepotrzebnie dążą do eskalacji konfliktów. Wygląda to tak, jakby historia nie nauczyła ich niczego.
TWOI RODZICE NIE WYGLĄDAJĄ NA STEREOTYPOWYCH "STARYCH".
Mój tata urodził się w 1939, mama w 1941 roku. Mimo tego pragnę podkreślić, że choć moi rodzice mają swoje lata, nie zestarzeli się mentalnie. Nigdy ich nawet tak nie nazywałem - "moi starzy". Mój osiemdziesięcioletni ojciec aktywnie używa konta na Facebooku! Ci, którzy śledzą moje media społecznościowe, mogą czasem zauważyć komentarze Mieczysława i Zosi Lewandowskich na Instagramie, bo i tam mają konta. Świetnie radzą sobie z komputerem. Oboje szukają informacji w sieci, surfują w necie; nie, nie można powiedzieć, że są to mentalnie starzy ludzie. Moi rówieśnicy zawsze zazdrościli mi takich rodziców, tego, że mogłem z nimi porozmawiać o wszystkim. Choć po latach mama przyznała mi się, że po prostu nie chciała o pewnych rzeczach wiedzieć. Dla twojej informacji - nie były to jakieś przerażające historie, z reguły tematy imprezowo-towarzyskie. Niemniej miały prawo wprawić matkę w stan lekkiego zmieszania. Na przykład, gdy oznajmiłem przy śniadaniu, że właśnie stałem się mężczyzną.
JAK ZAREAGOWAŁA?
Speszyła się, bo traktowała mnie wciąż jak chłopca, który dopiero co spakował kapcie do worka i poszedł do przedszkola. Za to ojciec był dumny. Poklepał mnie po ramieniu i powiedział coś w stylu: "Synu, witamy wśród dorosłych".
KTÓRE Z WARTOŚCI WPAJANYCH CI PRZEZ RODZICÓW SĄ Z TOBĄ, A KTÓRE Z CZASEM STRACIŁY NA ZNACZENIU? CZY PO LATACH KONTESTUJESZ KTÓREKOLWIEK?
Zawsze byli bardzo otwarci. Nie wpajali nam żadnych chorych jazd. Moi rodzice nigdy nie mieli problemu z tym, z czym ma problem większość ich rówieśników. Są wierzący, ale nie są dewotami. A patriotyzm mojego taty był zawsze zorientowany na pozytywne działania. Nie oznacza to, że nie było czy też nie ma konfliktów. W wielu sprawach się różnimy i do dziś sprzeczamy.
W przeszłości rodzice obserwowali mnie i moich braci uważnie i jeżeli widzieli, że któryś z nas interesuje się jakąś dziedziną, starali się umożliwić mu rozwijanie tej pasji. W moim przypadku była to fotografia. Gdy ojciec to dostrzegł, kupił mi aparat i zachęcał do robienia zdjęć, brania udziału w wystawach. Podobnie było z moimi braćmi: jednego interesowała iluzja, a drugiego malarstwo. Rodzice zawsze dawali szansę naszym pasjom, choć nigdy nie stali nad nami i nie zmuszali do niczego. Nie było w tym strategii wychowawczej opartej na przymusie typu: "Skoro ci kupiłem aparat, to teraz będziesz robić zdjęcia przez następne czterdzieści lat". Dziś myślę sobie nawet, że w niektórych kierunkach mogliby mnie trochę bardziej docisnąć, bo jak większość dzieciaków wolałem bawić się na podwórku i grać w piłkę... Każda aktywność fizyczna pociągała mnie bardziej niż nauka. Jak spoglądam wstecz, to mogę stwierdzić, że miałem naprawdę fajne dzieciństwo. Na jego obraz składa się nie tylko swoboda, którą dostaliśmy od rodziców, bo to można docenić dopiero po latach, ale również fakt, że niczego nam nie brakowało. Mieliśmy pierwszy odtwarzacz kaset VHS na osiedlu i siedem pirackich kaset z filmami klasy B. Po dwa nagrane na jednej kasecie. Wszyscy koledzy do nas wpadali i oglądaliśmy Chucka Norrisa i Bruce'a Lee. Chodziliśmy po osiedlu i ku przerażeniu sąsiadek naśladowaliśmy odgłosy z tych filmów, a kilka scen odegrałbym nawet dziś, tak wryły mi się w pamięć. To był zresztą mój pierwszy kontakt ze wschodnimi sztukami walki. Jak ja chciałem zostać mistrzem kung-fu! Pamiętam, jak ojciec zdobył prawdziwe rękawice i kaski bokserskie. W naszym przedpokoju urządzaliśmy z braćmi regularne walki. Ojciec stawał pośrodku i mówił: "Ring wolny, pierwsze starcie", a my się praliśmy. Teraz na bank ktoś by wezwał policję czy kuratora, ale wtedy było inaczej. Dzieci wychowywało się w inny sposób. Właśnie w domu po raz pierwszy poczułem, jak smakuje uderzenie bokserską rękawicą w twarz. Na początku pojedynki odbywały się pod ojcowskim nadzorem, ale później radziliśmy sobie z braćmi również bez jego udziału jako sędziego. A jeszcze później coś mi się odmieniło o sto osiemdziesiąt stopni i przez lata krytykowałem ojca za to, że oglądał boks i się nim pasjonował. Na moje postrzeganie tej dyscypliny wpłynęła praca promotorów. Dopiero po przeczytaniu książki Andrzeja Kostyry Walki stulecia. Bohaterowie wielkiego boksu narodził się we mnie sprzymierzeniec pięściarstwa. Wyraźnie to dostrzegłem, że bez korzeni bokserskich nie byłoby współczesnego MMA.
BYŁEŚ DZIECKIEM KONFLIKTOWYM? TYP ZADZIORNEGO BUNTOWNIKA CZY RACZEJ ROZSĄDNEGO NEGOCJATORA?
Mimo że mieszkaliśmy w prominenckich blokach, nasz dziecięcy świat rządził się własnymi prawami. Mieliśmy swoją paczkę chłopaków i dziewczyn, mniej więcej dziesięć osób, która konkurowała z paczką z drugiego krańca osiedla. W dzieciństwie i młodości zaliczyłem sporo bójek. Mimo że nie dążyłem jakoś specjalnie do konfrontacji, raczej starałem się rozładowywać napięcia, to jednak, gdy ktoś przekraczał granicę, którą wyznaczałem, czasami nawet dosłowną, nie cofałem się i nie uciekałem. Oczywiście te dziecięce przepychanki miały różny przebieg i finały, ale mogę powiedzieć, że już wtedy ujawnił się mój pociąg do rywalizacji i walki. Ostatnio brat mi nawet przypomniał, że kiedy byliśmy dzieciakami, to ja go wybawiałem z kłopotów. Później role się odwróciły: ja negocjowałem, brat dążył raczej do awanturki. Większość tych szczenięcych konfliktów stanowiły walki w obronie innej, słabszej osoby. Raz było bardzo, bardzo ostro - wróciłem do domu tak mocno pokiereszowany przez starszego chłopaka z innego bloku, że interweniował mój tata, choć zazwyczaj tego nie robił. Poszliśmy do mieszkania tego chłopaka i tata rozmówił się z jego ojcem, który był milicjantem. Powiedział, że jeśli jego syn jeszcze raz mnie dotknie, to on osobiście przyjdzie mu wpieprzyć. Pamiętam, że bałem się wtedy nie o to, że ponownie dostanę w łeb od tego chłystka, tylko konfrontacji z MO. Ale taki właśnie jest mój tata: na co dzień spokojny i wyrozumiały, ale gdy trzeba, staje się szybki w rękach i ostry jak przedwojenna brzytwa. Przekonał się o tym niejeden amant przymilający się do mojej mamy, co pojawia się jako wątek humorystyczny w wielu rodzinnych opowieściach.
RODZINA, PODWÓRKO. DO KOMPLETU BRAKUJE EDUKACJI. POWIEDZ MI, JAK WSPOMINASZ SZKOŁY, DO KTÓRYCH CHODZIŁEŚ? ZACZNIJMY OD PODSTAWÓWKI.
Niestety bardzo źle. Uczyłem się kiepsko, byłem poniżany. Jedna wielka trauma. Dziś myślę, że wiele z tego, co we mnie trudne, to wątpliwa zasługa właśnie szkoły podstawowej i "szacownego" grona pedagogicznego. Wyśmiewano mnie, bo miałem problemy z czytaniem. Mimo to byłem wywoływany na środek klasy i zmuszany do czytania na głos, choć mi to zupełnie nie szło. Może się wydawać, że to błahy problem, ale dla małego dzieciaka to dramat. Stoisz pośrodku, próbujesz, ale presja odbiera ci nawet te umiejętności, których przed chwilą byłeś absolutnie pewien. Nauczyciel się irytuje, uczniowie zaczynają żartować. Naprawdę miałem ochotę stamtąd uciec! Przemoc psychiczna w najczystszej formie.
Mój nauczyciel matematyki potrafił, przechadzając się między ławkami, ni z tego, ni z owego przyłożyć ci dłonią w potylicę albo podnieść cię do góry za mięsień kapturowy. Tam jest takie miejsce - jeśli wbijesz w nie kciuk, przeszywa cię paraliżujący ból. On wbijał i patrzył na twoje cierpienie. Wtedy mówiłeś wszystko, co chciał, byleby tylko puścił. A nauczyciel historii zwyczajnie terroryzował dzieciaki; lekcje z nim odchorowywali wszyscy. Miał złowrogi wygląd: siwy, przygarbiony i wiecznie ponury belfer, jak z karykatur.
CZY COKOLWIEK W TEJ SZKOLE SPRAWIAŁO CI FRAJDĘ? CZYMŚ SIĘ WYRÓŻNIAŁEŚ WŚRÓD Rówieśników?
Na pewno nie dobrymi ocenami. Na szczęście lubiłem lekcje wuefu. Zamiłowanie do aktywności fizycznej sprawiało, że brałem udział we wszystkich możliwych zawodach. Byłem mistrzem szkoły w badmintonie, wice-mistrzem w strzelectwie z broni sportowej, pływałem, grałem w koszykówkę, piłkę nożną, siatkówkę, piłkę ręczną, ping-ponga, biegałem też na długich i krótkich dystansach. Startowałem w czym się dało, przeważnie z sukcesami. Poza tym w podstawówce czułem się jak w potrzasku. Wyczekiwałem czasu bez szkoły, bez lekcji, bez nauczycieli. Zupełnie inaczej niż później w liceum.
CZYM SIĘ ONO RÓŻNIŁO OD OPRESYJNEJ PODSTAWÓWKI?
Właściwie wszystkim. Szkoła średnia to w moim życiu czas przełomowy. Zacząłem się mocno rozwijać, głównie w kierunku humanistycznym: literatura polska, teatr, muzyka. Chodziłem do klasy o profilu teatralnym, której wychowawczynią była Maryla Wereszczak-Libicka. Fantastyczny okres! Nawet matematykę polubiłem, co zaskoczyło mnie ogromnie, bo wcześniej nic nie wskazywało, że tak się stanie. To zdecydowanie zasługa nauczycielki, pani Eli Protasiewicz. Nie przejmowała się naszymi brakami z podstawówki, każdemu, kto nie rozumiał, poświęcała tyle czasu, ile potrzebował. Tłumaczyła w taki sposób, że wszystko stawało się jasne. Wiesz, przychodzisz do liceum z przekonaniem, które wpojono ci przez lata, że jesteś, łagodnie mówiąc, średnio zdolnym uczniem z dużymi problemami, a tu nagle okazuje się, że wiele zależy od nauczycieli i po chwili orientujesz się, że pasjonuje cię geometria! Oczywiście, nie oznacza to, że moje problemy całkowicie zniknęły.
WSPOMNIAŁEŚ O KLASIE TEATRALNEJ...?
Taki eksperymentalny profil. Na tle innych wyróżniał się tym, że nauka o literaturze szła autorskim i mocno niestandardowym trybem. Dodatkowo poszerzaliśmy swoją wiedzę z teatrologii. Mieliśmy zajęcia z aktorami, uczyli nas wszystkiego, od pantomimy po podstawy aktorstwa. Pisaliśmy recenzje, graliśmy w przedstawieniach, poznawaliśmy teatr od podszewki.
Ze wszystkich etapów edukacji liceum wspominam jako okres największego rozwoju, ale również jako przyjemny czas w życiu, pełen najróżniejszych nowych doświadczeń. Pierwsze samodzielne wyjazdy, pierwsze imprezy, pierwszy seks, pierwsze używki, intensywne miłości. Pierwsze poczucie, że "oto jestem dorosły".
Byłem typem szalonego artysty i aktorstwo szło mi całkiem dobrze. W 1992 roku zagrałem główną rolę w spektaklu pantomimicznym do muzyki Boba Geldofa Świat na opak, wyreżyserowanym przez aktora Teatru Polskiego Krzysztofa Dracza. Spektakl wystawiono na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Paryżu, gdzie otrzymał wyróżnienie oraz zebrał przychylne opinie krytyki. Moja klasa wygrała również europejski konkurs pantomimy, po czym zaproszono nas do stworzenia, wraz ze zwycięzcami z innych krajów, jednego wielkiego spektaklu w Paryżu. Destination Demain w 1993 roku to było naprawdę coś! Duże przedsięwzięcie, na ogromnym stadionie. Grałem Atlasa, który dźwigał Ziemię. A w Świecie na opak Boga. Jak widać, już wtedy było mi pisane branie na barki problemów ludzkości. (śmiech)
Licealista
Z rodzicami
Nastoletni myśliciel
Maryla Wereszczak-Libicka1
Martin był uczniem IX LO w latach 1990-1994. Uczęszczał do klasy teatralnej, która poprzez teatr miała rozbudzać i otwierać młodych ludzi szukających własnej drogi życiowej. Warsztaty teatralne, wiedza o teatrze, systematyczne oglądanie spektakli oraz realizacja programu nauczania szkoły średniej nie pozbawiała młodzieży w przyszłości wyboru różnych kierunków studiów. Martin należał to tego rodzaju uczniów, którzy potrafią przekazać taką energię motoryczną, że zapisują się w pamięci całego środowiska szkolnego. To, co go definiowało od pierwszej klasy liceum, to kultura osobista i umiejętność nawiązywania relacji zarówno z nauczycielami, jak i uczniami. Nic zatem dziwnego, że pełnił klasowe funkcje przewodniczącego i zastępcy. Jego pogoda ducha, swoisty entuzjazm, uśmiech na twarzy budziły sympatię. Jego osobowość (indywidualizm) zaznaczyła się szczególnie na scenie teatralnej, na festiwalu w Paryżu Wchodzimy do Europy. Tam z pewnością objawiło się jego prawdziwe artystyczne "ja". Lecz chociaż wszyscy byli przekonani, że zostanie wielkim aktorem, on wybrał studia ekonomiczne. Bowiem Martin umiał pracować nad sobą, a teatr pozwolił mu uczynić jego życie wartościowym i aktywnym. Rząd dusz ma ten, kto potrafi jednoczyć ludzi duchowo.
CZY BYŁEŚ W MŁODOŚCI TYPEM LIDERA, JAK DZIŚ?
"Lider" to duże i odpowiedzialne słowo, ale fakt, już pod koniec podstawówki byłem wypychany najpierw na wice-, a później na przewodniczącego klasy. A w liceum już po pierwszym tygodniu wybrano mnie na przewodniczącego, mimo że naprawdę wzbraniałem się przed pełnieniem tej funkcji.
Ludzie widzą we mnie ekstrawertyka, który zwraca uwagę na dobro innych. Może także dlatego, że nigdy nie próbowałem się wywyższać? Rodzice wpajali mnie i braciom, że ani status materialny, ani umiejętności, ani inne cechy nie mogą być kartą przetargową w relacjach z rówieśnikami. Mocno mi to zostało w głowie i nigdy nie czułem się w żaden sposób lepszy. Myślę, że to ta cecha najbardziej zjednuje mi ludzi. Nie epatuję statusem, osiągnięciami czy pieniędzmi. Nie robię tego, bo zawsze czułem, że to nie fair. Właściwie to zawsze stałem na drugim biegunie - brzydziłem się przechwałkami, megalomanią, dążeniem do celu po trupach. Kiedy pół osiedla nie chciało się z jakimś chłopakiem bawić, bo był synem sprzątaczki, ja stawałem i mówiłem: "Będziesz teraz częścią naszej paczki i wal tamtych frajerów!".
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej