Pod ostatnią gwiazdą - A. W. Matthew

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W głębokich lasach, otoczonych nieprzeniknioną mgłą, stoi starodawny klasztor, którego cienie kryją mroczne tajemnice. Tam, gdzie zakonnice modlą się w ciszy, a ściany mają uszy, rozgrywa się opowieść pełna tajemnic, demonów i zakazanej miłości. Wypełniony jest nieustanną ciszą, przerywaną jedynie odgłosami starych kroków i delikatnym szumem modlitw. Zbudowany z surowego kamienia, jego mury zdają się przetrzymywać nie tylko modlitwy, ale również duchy minionych wieków. Krużganki pełne są mrocznych korytarzy, których końce utkwione są w cieniach, a okna zdobią stare witraże, na których odwieczne historie odbijają się w kolorowych refleksach. W centrum tego wszystkiego znajduje się Alice. W tej opowieści o tajemniczym klasztorze i walce o uczucie Alice musi odnaleźć siłę, by przetrwać. W mrokach nie z tego świata da z siebie wszystko w walce o miłość, tylko czy to wystarczy?

Chłodna noc, wiatr poruszający każdym drzewem sprawia, że nawet pojedyncze gałęzie łamią się na wszystkie możliwe strony. Drzewa poustawiane obok siebie, zaczepiając się jedno o drugie, wyglądały, jakby walczyły ze sobą o więcej przestrzeni. Kilka rozszalałych gałęzi zahaczało o obiekt stojący zaraz obok nich. Ogromny budynek, wykonany w starym stylu. Podniszczone cegły, przemokłe fundamenty. Obdrapana miejscowo skała, skruszona cegła i poszarzałe szyby w oknach to dopiero początek.

Puk... puk... puk... puste dźwięki uderzenia dopełniały jedynie nocne i przerażające, mrożące krew w żyłach dźwięki kruków, które krążyły nad całym obiektem. Siadały na pojedynczych drzewach. Swoimi pustymi przeszkolonymi oczami wpatrywały się daleko w przestrzeń, dostrzegając tym samym rzeczy niedostępne dla innych. Wymijały agresywne gałęzie i pokonywały wiatr. Była to nierównouprawniona walka. Wszystko po to, by w końcu znaleźć dogodne miejsce, aby zasiąść i odpocząć. Skrzeczały, rozkładając szeroko skrzydła i przesuwając się powoli do przodu. Niektóre, gubiąc się w wietrze, uderzały o budynek. Niejednokrotnie przeżyły bliskie spotkanie z szybą. Nie były w stanie uciec. Mroczna okolica, wiatr mrożący kości, ciemne niebo, gęsto występujące drzewa, a w sercu...

DOM PANA

Przestarzały, wybudowany już wiele, wiele lat temu. Czujący na sobie odcisk czasu. Wykonany w stylu rokoko, z powyginaną pseudo bramą wokół. Metal zakończony kolcami i ogromne drzwi wjazdowe. Wiecznie uchylone. Prowadziły prosto do okolicznego klasztoru. Parę dobrych kilometrów od miasta, na zupełnym odludziu. Przepełnione tajemnicami... miejsce łączące serca wiernych z ich jedynym bogiem. Tak ważne miejsce w tak demonicznej scenerii. Cóż za ironia losu. Tak samo pomyślała nasza mała Alice, dziewczyna przydzielona przez górę tego właśnie klasztoru. Pełna lęku i po długim czasie poszukiwań wreszcie znalazła miejsce, w którym miała się wstawić, jednak... jej mina nie zdawała się mówić, że się z tego cieszy. Ułożyła swoją drobną dłoń na jednej części dużej bramy, zwiastującej wejście główne. Wrota były tak chłodne, że aż poczuła, jak mróz rozchodzi się po całym jej ciele. Zardzewiała brama momentalnie zostawiła resztki rdzy na opuszkach jej palców. Lekko zgarbiona i wystawiająca głowę, by ocenić sytuację i drogę przed sobą, od razu się wzdrygnęła. Lekki nacisk spowodował skrzypienie, mocno raniąc jej delikatne uszy. Przełknęła ślinę, robiąc krok do przodu i pokonując dziwne wrota. Gdy oczy przyzwyczaiły się do panującej małej mgły, ujrzała duży, ogromny obiekt. Wejście z dużymi drzwiami z mniejszym budynkiem za sobą, po bokach dwie masywne wieże, a wszystko złączone w jedno. Na szybach nieco już zdarte, nałożone wcześniej kolory, tak samo witraże. Na górze, nad środkową częścią, ogromny kamienny krzyż, dziwnie przekrzywiony, jakby miał zaraz spaść. Wyglądało to dość bogato, gdyby tylko nie było tak zniszczone...

Droga klasyczna, piaskowa, a po bokach kwiaty, krzewy, mniejsze drzewka, a wszystko uschłe, podłamane. Jakby już dawno uleciało z nich życie. Gdyby tylko nie umarły... Chociaż to mimo całej tej otoczki wyglądało w miarę dobrze i kojąco. Na co komu mały ogródek z roślinami różnego typu, gdy koniec końców pozwalamy mu się zamienić w cmentarz? Podobnie jak u ludzi na zwykłym cmentarzu, tu również zabrakło duszy. Momentalnie zamarła na chwilę. Uniosła dłonie, przyciskając je do klatki piersiowej. Przez minutę obserwowała ten smutny widok. Stała lekko zgarbiona, co było spowodowane ciężkim plecakiem, który aktualnie miała na sobie. Były tam wszystkie niezbędne rzeczy. Jej twarz ze strachu przybrała teraz wyraz współczucia, jednak nie trwało to długo. Chłodna dłoń nocy dotknęła jej delikatnego karku. Ponownie wzdrygnęła się, jednak tym razem nieco mocniej. Mięśnie na drobnej szyi zacisnęły się. Palce u stóp nieco uniosły jej drobne ciało. Na chwilę o parę centymetrów przybliżyła się do ciemnych jak smoła chmur. Im dłużej tu stała, coraz bardziej chciała stąd uciec. Jednak... doskonale wiedziała, że nie może tego zrobić. Nie miała prawa tego zrobić. Musiała iść przed siebie. Odwróciła się na pięcie, czując, jak drobne włoski unoszą się na całym jej ciele. Krok po kroku, stopa za stopą aż wreszcie skończył się piasek, a zaczęła druga część drogi. Znów na chwilę się zatrzymała. Skupiła uwagę na drodze, a raczej dróżce. Czemu droga była podzielona na dwa? Nie, to nie tak... ta droga była po prostu niedokończona. Jakby praca nad nią została przerwana w jednej sekundzie. Poprawiła plecak i powoli dociskała do ziemi kolejny niezgrabny kamień na wyłożonej, względnie prostej, wąskiej drodze, biegnącej od bramy do drzwi wejściowych, z którymi stanęła wreszcie twarzą w twarz. Pomyliła się. Cegły z daleka wyglądały pięknie, a przynajmniej milion razy lepiej niż teraz, gdy dotyka je dłonią. Mgła sprawia, że to tragiczne miejsce wygląda... mniej tragicznie? Jeśli to oczywiście możliwe. Jej drobne palce ułożyły się w małą piąstkę, która szybko wykręcając się w drugą stronę, coraz bardziej przybliżała się do drzwi, a raczej wrót. Wtedy w jednym z mrocznych pokoi, za brudnymi kolorowymi szybami, nagle zapaliło się światło. Ręka momentalnie wstrzymała się w bezruchu. Ślina podeszła jej mocno do gardła. Dodatkowo... w oknie mignęła sylwetka. Pojawiła się tak szybko, jak zniknęła. Oczy z okna od razu wróciły na drzwi. Ręka za plecy, krok w tył i uczucie kłucia w klacie. To wszystko było tak niepokojące.

- Kto to był? Przecież to klasztor. Ktoś musi się nim zajmować. Ktoś musi tu mieszkać. To na pewno jedna z sióstr - powtarzała sobie głęboko w duchu.

Chłód klamki przeszył jej dłoń. Uchyliły się drzwi, a zanim ta zdążyła coś powiedzieć, jak spod ziemi, przed jej oczami wyrosła postać ubrana w czarne szaty, z nielicznymi białymi paskami. Nie zdążyła nawet dobrze otworzyć ust, gdy usłyszała głos nieznajomej istoty.

- Witaj... Jak zakładam... panna Alice, prawda? Czekaliśmy na ciebie. Zapraszam...

Spokojny głos trafił do jej uszu. Był bardzo ciepły i kojący. Dzięki niemu Alice przez chwilę zapomniała o mrocznej atmosferze całego tego miejsca. Czuła, jak jej serce nieco zwalnia, oddech uspokaja się, dłonie wypełnia miłe ciepło, a na jej zmartwionej twarzy zaczyna pojawiać się drobny uśmiech. Nie wiedziała jeszcze dokładnie, kto do niej mówi, jednak to nieistotne. Już sam głos wystarczył. Nie minęło dużo czasu, gdy nieznajoma ukazała swoją twarz. Duża świeca zaczęła rozchodzić się po ciele, unosiła się coraz bardziej do góry, aż w końcu oświetliła całą osobę. Alice odczuła, jak kamień spadł jej z serca. Co by nie było i co by się nie działo, jeden strach już minął. Odpowiedź na jedno z pytań i to tych najważniejszych już dostaliśmy.

"Czy ktoś tu mieszka?" - jak widać, na szczęście tak.

Alice bez słowa ruszyła za kobietą. Przemierzała ciemny korytarz, powoli się ogrzewając. W budynku na szczęście było dość ciepło. Ogrzewanie działało naprawdę dobrze. Pierwszy krok za próg był najtrudniejszy, jednak już każdy kolejny przychodził z coraz większą pewnością. Dziewczyna potrzebowała paru sekund, by przyzwyczaić się do środka. Na początku nie zwróciła uwagi na kobietę, która ją przywitała, a dokładniej na jej wygląd. Szczęście z powodu tego, że ktokolwiek tutaj jest, było zbyt ogromne, by zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Kobieta, rzecz jasna, była zakonnicą, jednak nie taką pierwszą lepszą. Długie kruczo czarne włosy opadały na jej plecy. Mała świeca doskonale oświetlała jej szczupłą sylwetkę. Smukła buzia, krągłe policzki, delikatne rysy twarzy, na pierwszy rzut oka małe dłonie i trochę ciemniejsza karnacja. Zakonnica była naprawdę śliczna.

Alice uniosła dłonie i chuchnęła na nie gorącym powietrzem. Szły już dłuższą chwilę. Nie wiedziała czemu, ale strasznie się jej to dłużyło. Tuptały obok siebie bez słowa. Gdy nieco życia wróciło w ciało dziewczyny, ta wyciągnęła dłoń i powoli skierowała ją w stronę zakonnicy. Hol klasztoru był pogrążony w ciemności. Jedynym źródłem światła była sama zakonnica trzymająca świecę. To nasunęło koleje pytanie. Czemu nie ma tu ani grama światła? Widać, że budynek ma swoje lata, jednak powinna tu być elektryczność. A może jednak nie? Rozglądając się dookoła, w głowie pojawiało się coraz więcej pytań. W końcu jednak dłoń, równie drobna, co zakonnicy, trafiła na bark służki. Aktualnie najważniejszą rzeczą, jaką musi wiedzieć, jest imię wierzącej. To jest jasne, że ta kojarzy, kim jest nowo przybyła. Przecież na pewno dostali informacje wcześniej, jednak imiona sióstr dla Alice są zagadką, więc pora zacząć ją rozwiązywać. Poza tym bez znajomości imienia nie może przywitać się tak, jakby chciała.

- Emm, przepraszam. Czy mogłabym się dowiedzieć, jak masz na imię?

Zakonnica zatrzymała się w miejscu i powoli odwróciła się na pięcie. Jedną rękę miała zajętą, a drugą do tej pory przykładała do brzucha. W tym momencie złapała Alice za rękę. Delikatnym ruchem ściągnęła ją ze swojego barku i nieco zaciskając, opuściła na dół. Świeczkę ustawiła teraz bardziej pomiędzy nie. Były teraz jedynym oświetlonym punktem w całej tej głuchej ciemni. W tle cały czas słychać było uderzające wyładowania. W budynku nie były już tak straszne i głośne, jednak dało się usłyszeć, że ich częstotliwość wzrosła. Burza była coraz mocniejsza. Alice spuściła wzrok, śledziła ruchy zakonnicy. Dłoń kobiety była tak bardzo ciepła, a skóra miękka, jednak to nie to uczucie ujęło ją najmocniej. Gdy uniosła wzrok, teraz widziała twarz w całej okazałości, a nie tylko z boku. Była prześliczna. Włosy, policzki, słodki uśmiech... to nie było najcudowniejsze. Błękit... głęboki i odbijający się w świetle świeczki niczym diamenty. Jej oczy były czyste i przejrzyste niczym morze. Alice na chwilę odleciała, przyglądając się samej sobie poprzez odbicie.

- Masz przepiękne oczy... Jestem w stanie dostrzec w nich swoją osobę. Są tak... czyste... - Alice dodała mimowolnie, nawet nie zarejestrowała, kiedy to powiedziała.

Instynktownie zacisnęła dłoń nieco mocniej. Oczy przebiły nawet ten przyjemny dotyk. Dopiero gdy dotarło do niej, co powiedziała, od razu puściła dłoń i szybko zasłoniła usta. Zrobiła mały krok w tył, jakby ze wstydu. Wzrok przez panujący mrok nie miał już niestety gdzie uciec, więc po prostu utkwił w miejscu podłogi, która w tej chwili dostępna była tylko dla oczu wyobraźni. Znów zapanowała chwilowa cisza, jednak na szczęście nie tak długa, jak wcześniejsza. Zakonnica uchyliła usta... i nabrała powietrza...

- Ja... o jejku, miło mi, dziękuję. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Skoro mówisz, że są czyste, to tym samym taka jest i moja dusza. Jeden z największych komplementów, jaki mogłabym usłyszeć. Bardzo mnie to cieszy... - powiedziała spokojnie, po czym ułożyła dłoń na swoim policzku, nieco go przekręcając. W oddali parę gałęzi mocno uderzyło w okna, a podłoga wydała kolejny pojedynczy dźwięk...

- Na imię mam Elisa. Planowałam porozmawiać z tobą potem, jak już odpoczniesz. Może źle zrobiłam? Wybacz, jeśli poczułaś się zignorowana. Założyłam, że jesteś padnięta po podróży. Do tego trafiłaś do nas w taką okropną pogodę... - przeciągnęła ostatnie słowa i skierowała wzrok w stronę okna znajdującego się obok.

Dawało ono minimalną wartość światła, które i tak ginęło w tym wszystkim. Jakby tylko wskazywało, gdzie jest okno i nic więcej. Alice zaczęła wymachiwać rękami. Poczuła się nieco głupio. Nie miała zamiaru wywierać jakiejś presji. Nie chciała, by zakonnica odebrała to tak, jakby była na nią zła. Tylko tego teraz jej brakowało. Otworzyła szerzej oczy i uśmiechnęła się nerwowo. Spojrzała w kierunku drzwi wejściowych, a raczej w kierunku, z którego przyszła.

- Nie, nic z tych rzeczy. Miło mi, że pomyślała siostra o moim możliwym zmęczeniu. To prawda. Pogoda jest okropna... - dodała nieco ciszej, omijając słowa, których chciała użyć.

- Myślę, że odpoczynek to dobry pomysł. Ten plecak jest dość ciężki, a do tego dość mocno zmarzłam... - zatrzęsła się i paluszkiem wskazała na plecak, który cały czas ciążył jej na plecach.

Kobieta z początku niepokojąca teraz wydawała się już nieco milszą osobą. Dopiero teraz doszły do jej uszu kolejne dźwięki kroków z góry. Żywe kroki, niektóre wolne, niektóre szybkie. Gdzieniegdzie można było usłyszeć chyba nawet bieg. Jakim cudem do tej pory to do niej nie trafiło? Przez ten wstęp chyba naprawdę za bardzo wszystkim się przejęła.

- Czyli siostra Elisa. Miło mi cię poznać...

- Mi również bardzo miło. Cieszę się, że do nas trafiłaś. Już o tobie trochę słyszałam. Cała przyjemność po mojej stronie...

W tej samej sekundzie, gdy Elisa skończyła mówić, z góry rozległ się mocny huk. Jakby coś upadło. Alice nieco się wzdrygnęła, jednak Elisa nawet nie drgnęła.

- Zmarzłaś, mówisz. Wierzę. Więc ustalone. Porozmawiamy potem. Zaraz będziemy w pokoju. Zostawisz rzeczy, a ja pójdę zrobić ci herbaty.

- Byłoby super. Ciepła herbata brzmi bosko... - dodała Alice z nieukrywanym uśmiechem. - W ogóle przed chwilą coś tam na górze uderzyło. Chyba moje przyjście wszystkich pobudziło albo... inne siostry też lubią siedzieć do późna... - dodała.

Zakonnica opuściła odrobinkę świeczkę tak, że pół twarzy jakby jej znikło. Odwróciła się i ruszyła dalej. Palcem wskazała Alice, by zrobiła jeszcze parę kroków. Wiatr poruszył jej włosami. Alice zrobiła się blada jak na początku. Suchość w gardle wróciła w ułamku sekundy, a serce znów zamarło. Wszystko to połączone z drganiem w nogach powróciło w jednej chwili po słowach zakonnicy, które brzmiały:

- Tu nie ma innych sióstr...