Lucjan
Rottmannsberg, zima 1945 roku
Lucjan czyścił zgrzebło, planując w myślach zadania na dzisiejszy dzień. Zimą miał zdecydowanie mniej obowiązków. Tym bardziej, że skończyły się również prace dodatkowe, które zlecał mu czasami bauer. Martwiło go to i cieszyło zarazem. Żałował utraconego zarobku, a jednocześnie coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że koniec jest bliski, dlatego Niemcy tak liczą każdą reischmarkę.
Gdy drzwi stajni skrzypnęły, mężczyzna nie zareagował, często bowiem ktoś tędy wchodził i wychodził.
- Lutek!
Podniósł głowę na dźwięk głosu siostry.
- Co tam?
- Schreder cię woła.
- O, dobrze, może ma dla mnie jakąś dodatkową robotę.
- Robotę to pewnie ma, ale nie dodatkową - odparła Sabina, podchodząc bliżej. - Słyszałam, jak rozmawiał z żoną, że trzeba spieniężyć, co się da, więc pewnie pojedziecie na spęd bydła.
- O tej porze roku nie ma żadnego spędu. To nie czas na sprzedaż.
- Może i nie czas, ale widać, że kasa jest im pilnie potrzebna.
Lucjanowi zaświeciły się oczy. Na handlu znał się jak mało kto. Zawsze potrafił tak zaprezentować towar, że kupujący prawie mu dziękował za możliwość nabycia. Nauczył się też kilku sztuczek. Tu podrasował, tam przyczernił i każda sztuka bydła od razu lepiej wyglądała. Schrederowi bardzo spodobały się efekty jego działań, więc często wysupłał kilka reischmarek ekstra od uzyskanych dochodów. Lucek doceniał ten gest, ale i tak na boku zawsze jeszcze coś uszczknął albo zachachmęcił. Niezmiennie go też bawiło, że Niemcy chcą uchodzić za takich uporządkowanych i praworządnych, a jak tylko jest okazja, to korzystają zupełnie tak jak ruska swołocz, z której kpią nieustannie, wytykając im chamstwo i prostactwo. No, może robią to mniej wulgarnie i bardziej dbają o pozory, ale i im dodatkowe monety miło dźwięczą, więc bez skrupułów oszukują i niemieckie władze, i siebie nawzajem.
- Ty się tak nie uśmiechaj pod nosem, tylko idź, bo on czeka na ciebie - ponagliła siostra.
- Idę, idę. Wracasz?
- Nie, zajrzę jeszcze do obory.
- Do obory czy do Ryśka?
- Ty się nie wściubiaj tam, gdzie nie trzeba - ofuknęła go i obróciwszy się na pięcie, wyszła ze stajni.
Lucjan bez zbędnej zwłoki poszedł do bauera. W domu tak pachniało kartoflanką, że od razu poczuł ściskanie w żołądku. Do obiadu jednak jeszcze było sporo czasu, więc przełknął ślinę i odegnał myśl o pysznej, gęstej zupie, w której, być może, znalazłby jakieś skrawki mięsa.
Drzwi do gabinetu były otwarte, więc tylko puknął sygnalizacyjnie i wszedł do środka.
- Jesteś. Dobrze. Siadaj, bo mamy kilka spraw do omówienia - powiedział Schreder, wyciągając cygaro z ust. - Ale najpierw zamknij drzwi.
Lucjan uniósł lekko brwi, lecz nie skomentował. Zamknął drzwi i usiadł na wprost bauera, zastanawiając się, jakie to sprawy będą omawiali.
- Poleciłem chłopakom przygotować wszystko, co się da na sprzedaż.
- Czyli?
- Świnie, byki, cielaki, kury, krowy.
- Całość pan wyprzedaje?
- Niestety, nie da się od razu, ale tu jest właśnie zadanie dla ciebie. Zostawimy starsze krowy, żeby mieć co doić i co oddawać do mleczarni. Systematycznie jednak te młodsze, sztuka po sztuce, będziesz wywoził i sprzedawał.
- Gdzie?
- W Backnangu, ale i w innych miastach i miasteczkach w okolicy. Weźmiesz do pomocy Ryszarda, a Hans posłuży wam za przewodnika.
Lucjana zdziwiły te słowa. Hans, weterynarz, miał mnóstwo pracy w okolicy i nigdy go nie tracił na zbędne zajęcia, a tu nagle ma być ich przewodnikiem. Doprawdy ciekawe rzeczy zaczynały się dziać.
- Trzeba ustalić, co się uda jak najszybciej sprzedać. Musimy też porobić zapasy. Zabijemy młode sztuki i powędzicie.
- Mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Co pan będzie robił z taką ilością wędzonek?
- Sprzedawał oczywiście. Część też schowam. Nie wiem jeszcze, gdzie, ale coś się wymyśli.
Lucjan poprawił lok i przejechał dłonią po lekko zarośniętych policzkach.
- Długo to ma być schowane?
- Nie wiem.
- To może lepiej zasolić? Sól długo trzyma. Może wisieć i wisieć.
- Myślisz?
- Robiliśmy tak w domu, jak był nadmiar, a kiedy przyszła wojna i bieda, chowaliśmy tak resztki dobytku, żeby nam wszystkiego nie zarekwirowali.
- Wiesz, jak to zrobić?
- Wiem.
- To powiesz siostrze. Niech przyuczy resztę.
- Sabina też to potrafi. Jeszcze lepiej niż ja.
- Dobrze, bardzo dobrze. Od jutra zajmiesz się handlem, a Józek zastąpi cię przy dojeniu.
Lucjan skinął głową i choć rozmowa była zakończona, wciąż siedział na krześle.
- Czegoś nie zrozumiałeś?
- W sumie to się tak zastanawiam, co będzie, jak mnie władza przyłapie. Co innego sprzedać na lewo kilka sztuk, a co innego kilkanaście. Jeszcze mnie poślą do więzienia albo na stryczek.
Karol uśmiechnął się szeroko i puścił kilka kłębów dymu.
- Dostaniesz swoją dolę, wiesz przecież. Zawsze się dobrze rozliczaliśmy.
- Wiem, ale i tak mnie to trochę martwi.
- Władza ma teraz co innego do roboty, niż pilnować zwykłych rolników.
- Prawdą jest więc, że idzie koniec wojny?
Schreder przygasił cygaro, wstał od biurka, włożywszy ręce do kieszeni, podszedł do okna. Dłuższą chwilę milczał, ale Lucjan znał jego zwyczaje, więc cierpliwie czekał.
- Tak. Tym razem naprawdę koniec. Człowiek czekał i czekał na ten koniec, a jak nadchodzi, to nie wie, czy się cieszyć, czy martwić. - Westchnął. - Wiesz, że nie byłem zwolennikiem Hitlera, ale to mój kraj, ojczyzna, więc robiłem swoje najlepiej, jak umiałem, starając się przy tym nikomu nie wyrządzić krzywdy. Bo wojna wojną, ale przyzwoitym człowiekiem trzeba być zawsze.
- Racja - przytaknął Lucjan, bo Schreder rzeczywiście traktował ich całkiem dobrze. Byli jednak i inni bauerzy, których z chęcią udusiłby własnymi rękami. Bez mrugnięcia powieką i jakichkolwiek skrupułów.
- Moi synowie walczyli na froncie. Byli zwykłymi żołnierzami. Zginęli w drugim roku wojny. Strasznie ich żałowałem, bo to moje chłopaki, moja duma, ale tak sobie teraz myślę, że lepiej, iż na froncie zginęli, niż mieliby działać w... Zresztą, nieważne, nie żyją, więc nikt nie będzie szargać ich pamięci ani o nic oskarżać.
Lucjanowi trochę dłużył się ten wywód, ale czekał cierpliwie, aż Schreder dobrnie do końca. Miał bowiem nadzieję, że dowie się czegoś konkretnego.
- Dwie starsze córki poszły za mąż, ale zamierzam je ściągnąć do domu. Ich mężowie parali się różnymi rzeczami, więc lepiej, żeby ich zostawiły. Wyślę je razem z najmłodszą córką oraz moją żoną do Francji. Tam będą bezpieczne. Przeczekają ten najgorszy czas, w którym nie wiadomo, co z nami zrobią i jakie będą warunki kapitulacji oraz reparacji wojennych.
- Pan nie jedzie?
- Nie, ja zostanę. Nie mam nic na sumieniu, więc będę pilnował dobytku.
- Czasami nie trzeba mieć nic na sumieniu, a jak ktoś chce, to i tak znajdzie odpowiedni paragraf.
- Wiem, ale ten dom, gospodarstwo to mój cały dobytek, moje życie i rodzinna spuścizna. Nie zostawię tego samopas - odparł stanowczo i zasiadł ponownie przy biurku. - Rozumiesz więc, że potrzebuję pieniędzy. Pięć kobiet to duży wydatek. Nie wiem, czy córki, te zamężne, mają zgromadzone jakieś oszczędności, więc lepiej, żebym i o nich pomyślał.
- Słusznie. A co z nami?
- Wy pewnie wrócicie do Polski, bo jakżeby inaczej?
- Będziemy mogli?
- Pewnie tak. Chyba że będziecie chcieli zostać. Pracowici jesteście. I ty, i twoja siostra. Jakby była taka możliwość, to ja chętnie bym was u siebie zatrzymał. Sporo sprzedam, ale i tak będzie co robić w polu oraz oborze.
Lucjan nie zakładał takiej opcji, uznał jednak, że nie ma sensu mówić teraz o tym na głos.
- Myśli pan, że wkroczą tu Rosjanie? Czy raczej nie dotrą na wioski?
- Rosjanie, Amerykanie, nie wiadomo, kto to będzie. Co do wiosek, cóż, na te dalsze pewnie nie, ale my mieszkamy niedaleko Backnangu, więc nie ma co liczyć, że nas ominą. Trzeba więc się pospieszyć. Bardzo pospieszyć.
- Dobrze, pójdę szykować, co trzeba.
Opuszczał gabinet Karola Schredera z radosnym sercem i szerokim uśmiechem na twarzy. Nie mógł się doczekać chwili, kiedy szwaby zbiorą cięgi i odpokutują za wszystko, co zrobili Polakom, Polsce i innym narodowościom. Miał nadzieję, że czas rozliczeń będzie dla nich bardzo dotkliwy.
A szczególnie dla tego skurwysyna Klemensa Meyera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki