Pod obcym niebem. Spełnione marzenie - Sylwia Kubik

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ma­rianna

Ebers­berg, zima 1945 roku

Ma­rianna sie­działa na pry­zmie ubi­tego śniegu i wpa­try­wała się w za­śnie­żone pola. Ry­szard le­pił bał­wana, co rusz wo­ła­jąc matkę, żeby spoj­rzała na jego dzieło. Ro­biła to, nie chcąc spra­wić sy­nowi przy­kro­ści. Po­ta­ki­wała, chwa­liła, a na­wet zmu­szała się do uśmie­chu. Ma­ska, którą przy­wdziała ja­kiś czas temu, przy­le­gła na stałe do jej twa­rzy, kry­jąc praw­dziwe emo­cje uwal­niane do­piero ciemną nocą, gdy wszy­scy już za­snęli i mo­gła cho­ciaż przez chwilę być sobą. Bez uda­wa­nia.

- Tata! Tata idzie!

Ry­szard z da­leka do­strzegł Lu­cjana i nie ba­cząc na za­spy, po­biegł w jego stronę, prze­wra­ca­jąc się co kilka me­trów. Po­krę­ciła głową z roz­czu­le­niem. Sy­nek był wierną ko­pią ojca. Nie tylko z wy­glądu, ale i cha­rak­teru. Pso­cił co nie­miara, a przy tym był tak słodki i cwany, że ni­gdy nie ścią­gnął na sie­bie gniewu Gerdy czy in­nych miesz­kań­ców domu. Sze­roki uśmiech uno­szący jego okrą­głe po­liczki do góry i czarne oczy bły­ska­jące ra­do­ścią po­tra­fiły skru­szyć na­wet naj­tward­sze serca.

Lu­cjan chwy­cił chłopca, za­rzu­cił go so­bie na ra­miona i z uśmie­chem szedł w stronę Ma­rianny, która po raz ko­lejny stwier­dziła, że obaj są iden­tyczni.

- Ma­ry­siu - za­wo­łał, pod­cho­dząc bli­żej. - Ry­siek tak szybko ro­śnie, że nie­długo to on bę­dzie mnie no­sił na ba­rana.

Chło­piec ro­ze­śmiał się gło­śno i przy­tu­lił do głowy ojca, zrzu­ca­jąc mu czapkę.

- Tak, mamo! Będę duży i silny!

Lu­cjan zdjął syna z ra­mion i po­pra­wiw­szy mu włosy, wy­cią­gnął z kie­szeni pre­zent.

- Zo­bacz, zro­bi­łem ci procę na śnieżki. Ulep kilka, to na­uczę cię strze­lać.

Ry­szard z za­pa­łem za­brał się do ro­bie­nia ku­lek, a Lu­cjan pod­szedł do uko­cha­nej i ser­decz­nie ją uści­skał.

- Ma­ry­siu, nie sia­daj na śniegu. Prze­zię­bisz się albo i za­pa­le­nie płuc zła­piesz.

- Nic mi nie bę­dzie.

Jej głos był ma­towy, wy­prany z wszel­kich emo­cji. Ostat­nimi czasy bar­dzo czę­sto to sły­szał i mar­twił się o uko­chaną. Dziew­czyna jakby za­pa­dła się w so­bie. Co prawda i daw­niej nie była zbyt wy­lewna, rzadko oka­zy­wała uczu­cia, ale nie­kiedy po­zwo­liła so­bie na prze­jaw ra­do­ści, zło­ści czy smutku. Te­raz zaś zu­peł­nie jakby przy­wdziała ma­skę, która skry­wała to, co czuła.

Lu­cjan znał przy­czynę ta­kiego za­cho­wa­nia, sam wpadł w tak wielką fu­rię, że tylko cu­dem Ry­siek z Sa­biną okieł­znali jego złość. Długo do­cho­dził do sie­bie, lecz czas ule­czył jego rany. Z Ma­rianną było ina­czej. Cier­piała w mil­cze­niu. Sza­no­wał to i na wszel­kie moż­liwe spo­soby sta­rał się nieść uko­je­nie, kiedy jed­nak mimo upływu mie­sięcy Ma­ry­sia od­da­lała się co­raz bar­dziej, uznał, że za­szło to za da­leko i musi in­ter­we­nio­wać. Tego, co się stało, nie można było cof­nąć, zmie­nić, jed­nak trzeba było żyć da­lej, wie­rząc, że los kie­dyś się od­mieni.

- Sa­bina ostat­nio przy­nio­sła nowe wie­ści od ko­le­ża­nek. Prze­grana szwa­bów jest co­raz bar­dziej re­alna. Bar­dzo moż­liwe, że na wio­snę bę­dziemy mieli ko­niec wojny.

- Nie wie­rzę w te plotki - żach­nęła się Ma­rianna. - Ileż to już razy sły­sze­li­śmy, że zo­stali roz­gro­mieni i lada chwila wszystko się za­koń­czy?

- Ow­szem, ale te­raz jest ina­czej. To na­prawdę po­czą­tek ich końca.

- Uwie­rzę, jak zo­ba­czę. Zresztą, na­wet je­śli na­stąpi ko­niec wojny, to co? Co z nami tu­taj?

Lu­cjan pod­szedł do dziew­czyny, usiadł obok niej na pry­zmie śniegu i otu­lił ra­mio­nami.

- Wró­cimy do domu.

- Do domu... Któ­rego? Sta­wi­szyn? Osinki?

- Do Pol­ski, a do­kąd do­kład­nie, to się zo­ba­czy.

- Nie chcę wra­cać do Sta­wi­szyna. Matka pew­nie na­wet za próg domu mnie nie wpu­ści. Mó­wiła, że mam nie wra­cać z brzu­chem, a ja co? Wrócę nie tyle z brzu­chem, co z dziec­kiem. Bę­kar­tem.

- O czym ty mó­wisz? Ja­kim bę­kar­tem. Ry­siek ma ojca i jak tylko wró­cimy, weź­miemy ślub.

- Mó­wię tak, jak po­wie Aniela. Dla niej nie bę­dzie tłu­ma­cze­nia. Uzna mnie za pusz­czal­ską kurwę i tyle.

- Na pewno nie. Je­stem przy to­bie i za­wsze będę.

- Och, jak ty nic nie ro­zu­miesz. - Po­krę­ciła głową. - Nie znasz mo­jej matki.

- To po­znam. Poza tym do Sta­wi­szyna po­je­dziemy tylko w od­wie­dziny. Naj­pew­niej za­miesz­kamy w Osin­kach, bo tam mam ka­wa­łek pola i dach nad głową.

- Skąd wiesz, że masz? Wojna trwa od lat, a od mie­sięcy żadne z nas nie ma wie­ści z domu. Co, je­śli się okaże, że na­szych do­mów nie ma? A co gor­sza, może i na­szych bli­skich?

- Franka jest za­radna i ob­rotna. Wiem, po pro­stu wiem, że po­ra­dzi so­bie w każ­dej sy­tu­acji. Ten brak wia­do­mo­ści jest do­bry, bo zna­czy, że Niem­com ogień się pod dupą pali i mają waż­niej­sze rze­czy niż cen­zu­ro­wa­nie li­stów. I naj­pew­niej dla­tego poczta nie funk­cjo­nuje.

- Ten twój opty­mizm bywa de­ner­wu­jący.

- Może opty­mizm, a może re­alne spoj­rze­nie na to, co się dzieje wo­kół nas. Zo­bacz, od dawna nikt nowy na ro­boty nie przy­je­chał.

- Na wieś - prych­nęła Ma­rianna. - Bo w tych ich­nich fa­bry­kach co chwilę ktoś się po­ja­wia. Szwaby już ta­kie ła­panki urzą­dzają, że strach wyjść na ulicę, żeby ja­kieś hycle nie prze­chwy­cili. Jak się do­wie­działa Magda od zna­jo­mej, biorą, jak leci i od razu wy­wożą.

- Akt de­spe­ra­cji. To też po­ka­zuje, że już tam u nich nie jest od li­nijki i zgod­nie z pla­nem. Po­sy­pało im się wszystko w cho­lerę - pró­bo­wał tłu­ma­czyć Lu­cjan.

- Na­wet je­śli tak jest, to Niemcy nie wyjdą ot tak z Pol­ski. Zo­sta­wią za sobą ru­iny i zglisz­cza. Z czego bę­dziemy żyli? Co bę­dziemy je­dli? Przed wojną było nie­ła­two, w cza­sie wojny jesz­cze go­rzej, a po woj­nie... Po­myśl, pola znisz­czone od bomb, ale i od chwa­stów, bo pew­nie zie­mie le­żały przez lata odło­giem. Kto miał je upra­wiać, skoro po­wy­wo­zili Po­la­ków na Sy­be­rię, na ro­boty i nie wia­domo, do­kąd jesz­cze. Tam nie bę­dzie co jeść.

- Oczy­ścimy pola, za­sie­jemy, za­sa­dzimy, więc zbiory będą.

- Czym za­sie­jemy? Lu­cjan! Zejdź na zie­mię. Skąd weź­miesz te wszyst­kie ziarna i bulwy?

- Prze­sa­dzasz. Na pewno nie jest tak, że wszystko znik­nęło, bo do tej pory już umar­liby z głodu.

- I pew­nie wielu umarło. Ci, któ­rym nie miał kto po­móc i nikt pa­czek z je­dze­niem nie przy­sy­łał. Jak ci po­ma­ga­jący wrócą, to kto bę­dzie słał i po­ma­gał? Nikt. Tylko gęb do­dat­ko­wych do kar­mie­nia doj­dzie. Nic do­brego nas tam nie czeka.

- Ma­ry­siu, jak tylko od­zy­skamy wol­ność, rząd pol­ski bę­dzie my­ślał, skąd wziąć po­moc.

- Fan­ta­sta z cie­bie. A kiedy to rząd, ja­ki­kol­wiek, mar­twił się o zwy­kłych lu­dzi? Jak wszy­scy wrócą, to czym tylu lu­dzi na­kar­mić? Na­wet jak po­zy­skają ma­te­riał na za­siew, to za­nim uro­śnie, zdech­niemy z głodu.

- To zo­staw mnie. Nie po­zwolę, żeby bra­ko­wało nam je­dze­nia.

- Niby jak?

- Jak, jak. - Wes­tchnął z iry­ta­cją. - Ja­koś. Nie martw się na za­pas. Przy mnie chleba ci nie za­brak­nie.

Ma­rianna po­ki­wała głową. Lu­cjan był za­radny i pra­co­wity, ale na­wet te ce­chy nie są w sta­nie za­gwa­ran­to­wać chleba w sy­tu­acji, gdy tego chleba po pro­stu ni­g­dzie nie ma. De­ner­wo­wało ją, że nie chce zro­zu­mieć, co ona do niego mówi, i wszystko ba­ga­te­li­zuje.

- My­ślisz, że ko­niec wojny na­prawdę się zbliża? - za­py­tała nieco ła­god­niej. - Oni tyle razy już byli o krok od prze­gra­nej, a za­wsze ja­koś się wy­ka­ra­skali.

- I ich szczę­ście wresz­cie opu­ści. Cho­ciaż może na­wet nie tyle szczę­ście, co przy­zwo­le­nie za­gra­nicz­nia­ków. To już trwa zbyt długo. Ci, co mieli na woj­nie za­ro­bić, już za­ro­bili. Te­raz będą chcieli za­ro­bić pie­nią­dze na od­bu­do­wie.

- Ja­koś tyle lat im szwab­skie dzia­ła­nia nie prze­szka­dzały.

- I ra­dziec­kie. Prze­cież Niemcy nie dzia­łają w po­je­dynkę. Nie da­liby sami radę. A te­raz na So­wie­tów li­czyć już nie mogą. I dla­tego prze­grają.

- Ba­ja­nia. Swój ze swoim się za­wsze po­ro­zu­mie, a oni po jed­nych pie­nią­dzach są.

- Nie. Mó­wię ci, Ma­ryśka, idzie ko­niec.

Ma­rianna nie od­po­wie­działa. Od­szu­kała wzro­kiem ba­wią­cego się synka, który Pol­ski na oczy nie wi­dział. Żył wśród nie­miec­kich pól, jego świat ogra­ni­czał się do po­dwórka Gerdy oraz spa­ce­rów po wsi. Co go cze­kało póź­niej? Je­śli jed­nak Niemcy nie prze­grają, to kim bę­dzie w przy­szło­ści? Ro­bot­ni­kiem jak oni? Czło­wie­kiem bez per­spek­tyw?

A je­śli szwaby prze­grają, to co go czeka po po­wro­cie? Bieda i głód. Cią­gła po­nie­wierka i strach przed tym, co przy­nie­sie ko­lejny dzień. Słabe to wi­doki na przy­szłość. O ile w ogóle ona na­stąpi, bo prze­cież może być i tak, że w ostat­nim ak­cie agre­sji wy­biją wszyst­kich w pień. Są do tego zdolni, oj są.

- Tata! Mam już dużo kul!

- Idę. Chodź, Ma­ry­siu, po­strze­lasz z nami. Tro­chę ru­chu do­brze ci zrobi po tym sie­dze­niu na śniegu.

Dziew­czyna zmu­siła się do wsta­nia. Nie miała ochoty się ru­szać, rzu­cać kul­kami ani roz­ma­wiać. Wszystko, co się działo, co się wy­da­rzyło, spra­wiło, że czuła się jak w matni, z któ­rej nie ma wyj­ścia. W którą stronę by po­szła, co by zro­biła, efekt za­wsze był bez­na­dziejny. Ich ży­cie było bez­na­dziejne.

Lu­cjan

Rot­t­man­ns­berg, zima 1945 roku

Lu­cjan czy­ścił zgrze­bło, pla­nu­jąc w my­ślach za­da­nia na dzi­siej­szy dzień. Zimą miał zde­cy­do­wa­nie mniej obo­wiąz­ków. Tym bar­dziej, że skoń­czyły się rów­nież prace do­dat­kowe, które zle­cał mu cza­sami bauer. Mar­twiło go to i cie­szyło za­ra­zem. Ża­ło­wał utra­co­nego za­robku, a jed­no­cze­śnie co­raz moc­niej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że ko­niec jest bli­ski, dla­tego Niemcy tak li­czą każdą re­isch­markę.

Gdy drzwi stajni skrzyp­nęły, męż­czy­zna nie za­re­ago­wał, czę­sto bo­wiem ktoś tędy wcho­dził i wy­cho­dził.

- Lu­tek!

Pod­niósł głowę na dźwięk głosu sio­stry.

- Co tam?

- Schre­der cię woła.

- O, do­brze, może ma dla mnie ja­kąś do­dat­kową ro­botę.

- Ro­botę to pew­nie ma, ale nie do­dat­kową - od­parła Sa­bina, pod­cho­dząc bli­żej. - Sły­sza­łam, jak roz­ma­wiał z żoną, że trzeba spie­nię­żyć, co się da, więc pew­nie po­je­dzie­cie na spęd by­dła.

- O tej po­rze roku nie ma żad­nego spędu. To nie czas na sprze­daż.

- Może i nie czas, ale wi­dać, że kasa jest im pil­nie po­trzebna.

Lu­cja­nowi za­świe­ciły się oczy. Na han­dlu znał się jak mało kto. Za­wsze po­tra­fił tak za­pre­zen­to­wać to­war, że ku­pu­jący pra­wie mu dzię­ko­wał za moż­li­wość na­by­cia. Na­uczył się też kilku sztu­czek. Tu pod­ra­so­wał, tam przy­czer­nił i każda sztuka by­dła od razu le­piej wy­glą­dała. Schre­de­rowi bar­dzo spodo­bały się efekty jego dzia­łań, więc czę­sto wy­su­płał kilka re­isch­ma­rek eks­tra od uzy­ska­nych do­cho­dów. Lu­cek do­ce­niał ten gest, ale i tak na boku za­wsze jesz­cze coś uszczk­nął albo za­chach­mę­cił. Nie­zmien­nie go też ba­wiło, że Niemcy chcą ucho­dzić za ta­kich upo­rząd­ko­wa­nych i pra­wo­rząd­nych, a jak tylko jest oka­zja, to ko­rzy­stają zu­peł­nie tak jak ru­ska swo­łocz, z któ­rej kpią nie­ustan­nie, wy­ty­ka­jąc im cham­stwo i pro­stac­two. No, może ro­bią to mniej wul­gar­nie i bar­dziej dbają o po­zory, ale i im do­dat­kowe mo­nety miło dźwię­czą, więc bez skru­pu­łów oszu­kują i nie­miec­kie wła­dze, i sie­bie na­wza­jem.

- Ty się tak nie uśmie­chaj pod no­sem, tylko idź, bo on czeka na cie­bie - po­na­gliła sio­stra.

- Idę, idę. Wra­casz?

- Nie, zaj­rzę jesz­cze do obory.

- Do obory czy do Ryśka?

- Ty się nie wściu­biaj tam, gdzie nie trzeba - ofuk­nęła go i ob­ró­ciw­szy się na pię­cie, wy­szła ze stajni.

Lu­cjan bez zbęd­nej zwłoki po­szedł do bau­era. W domu tak pach­niało kar­to­flanką, że od razu po­czuł ści­ska­nie w żo­łądku. Do obiadu jed­nak jesz­cze było sporo czasu, więc prze­łknął ślinę i ode­gnał myśl o pysz­nej, gę­stej zu­pie, w któ­rej, być może, zna­la­złby ja­kieś skrawki mięsa.

Drzwi do ga­bi­netu były otwarte, więc tylko puk­nął sy­gna­li­za­cyj­nie i wszedł do środka.

- Je­steś. Do­brze. Sia­daj, bo mamy kilka spraw do omó­wie­nia - po­wie­dział Schre­der, wy­cią­ga­jąc cy­garo z ust. - Ale naj­pierw za­mknij drzwi.

Lu­cjan uniósł lekko brwi, lecz nie sko­men­to­wał. Za­mknął drzwi i usiadł na wprost bau­era, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie to sprawy będą oma­wiali.

- Po­le­ci­łem chło­pa­kom przy­go­to­wać wszystko, co się da na sprze­daż.

- Czyli?

- Świ­nie, byki, cie­laki, kury, krowy.

- Ca­łość pan wy­prze­daje?

- Nie­stety, nie da się od razu, ale tu jest wła­śnie za­da­nie dla cie­bie. Zo­sta­wimy star­sze krowy, żeby mieć co doić i co od­da­wać do mle­czarni. Sys­te­ma­tycz­nie jed­nak te młod­sze, sztuka po sztuce, bę­dziesz wy­wo­ził i sprze­da­wał.

- Gdzie?

- W Back­nangu, ale i w in­nych mia­stach i mia­stecz­kach w oko­licy. Weź­miesz do po­mocy Ry­szarda, a Hans po­służy wam za prze­wod­nika.

Lu­cjana zdzi­wiły te słowa. Hans, we­te­ry­narz, miał mnó­stwo pracy w oko­licy i ni­gdy go nie tra­cił na zbędne za­ję­cia, a tu na­gle ma być ich prze­wod­ni­kiem. Do­prawdy cie­kawe rze­czy za­czy­nały się dziać.

- Trzeba usta­lić, co się uda jak naj­szyb­ciej sprze­dać. Mu­simy też po­ro­bić za­pasy. Za­bi­jemy młode sztuki i po­wę­dzi­cie.

- Mogę o coś za­py­tać?

- Py­taj.

- Co pan bę­dzie ro­bił z taką ilo­ścią wę­dzo­nek?

- Sprze­da­wał oczy­wi­ście. Część też scho­wam. Nie wiem jesz­cze, gdzie, ale coś się wy­my­śli.

Lu­cjan po­pra­wił lok i prze­je­chał dło­nią po lekko za­ro­śnię­tych po­licz­kach.

- Długo to ma być scho­wane?

- Nie wiem.

- To może le­piej za­so­lić? Sól długo trzyma. Może wi­sieć i wi­sieć.

- My­ślisz?

- Ro­bi­li­śmy tak w domu, jak był nad­miar, a kiedy przy­szła wojna i bieda, cho­wa­li­śmy tak resztki do­bytku, żeby nam wszyst­kiego nie za­re­kwi­ro­wali.

- Wiesz, jak to zro­bić?

- Wiem.

- To po­wiesz sio­strze. Niech przy­uczy resztę.

- Sa­bina też to po­trafi. Jesz­cze le­piej niż ja.

- Do­brze, bar­dzo do­brze. Od ju­tra zaj­miesz się han­dlem, a Jó­zek za­stąpi cię przy do­je­niu.

Lu­cjan ski­nął głową i choć roz­mowa była za­koń­czona, wciąż sie­dział na krze­śle.

- Cze­goś nie zro­zu­mia­łeś?

- W su­mie to się tak za­sta­na­wiam, co bę­dzie, jak mnie wła­dza przy­ła­pie. Co in­nego sprze­dać na lewo kilka sztuk, a co in­nego kil­ka­na­ście. Jesz­cze mnie po­ślą do wię­zie­nia albo na stry­czek.

Ka­rol uśmiech­nął się sze­roko i pu­ścił kilka kłę­bów dymu.

- Do­sta­niesz swoją dolę, wiesz prze­cież. Za­wsze się do­brze roz­li­cza­li­śmy.

- Wiem, ale i tak mnie to tro­chę mar­twi.

- Wła­dza ma te­raz co in­nego do ro­boty, niż pil­no­wać zwy­kłych rol­ni­ków.

- Prawdą jest więc, że idzie ko­niec wojny?

Schre­der przy­ga­sił cy­garo, wstał od biurka, wło­żyw­szy ręce do kie­szeni, pod­szedł do okna. Dłuż­szą chwilę mil­czał, ale Lu­cjan znał jego zwy­czaje, więc cier­pli­wie cze­kał.

- Tak. Tym ra­zem na­prawdę ko­niec. Czło­wiek cze­kał i cze­kał na ten ko­niec, a jak nad­cho­dzi, to nie wie, czy się cie­szyć, czy mar­twić. - Wes­tchnął. - Wiesz, że nie by­łem zwo­len­ni­kiem Hi­tlera, ale to mój kraj, oj­czy­zna, więc ro­bi­łem swoje naj­le­piej, jak umia­łem, sta­ra­jąc się przy tym ni­komu nie wy­rzą­dzić krzywdy. Bo wojna wojną, ale przy­zwo­itym czło­wie­kiem trzeba być za­wsze.

- Ra­cja - przy­tak­nął Lu­cjan, bo Schre­der rze­czy­wi­ście trak­to­wał ich cał­kiem do­brze. Byli jed­nak i inni bau­erzy, któ­rych z chę­cią udu­siłby wła­snymi rę­kami. Bez mru­gnię­cia po­wieką i ja­kich­kol­wiek skru­pu­łów.

- Moi sy­no­wie wal­czyli na fron­cie. Byli zwy­kłymi żoł­nie­rzami. Zgi­nęli w dru­gim roku wojny. Strasz­nie ich ża­ło­wa­łem, bo to moje chło­paki, moja duma, ale tak so­bie te­raz my­ślę, że le­piej, iż na fron­cie zgi­nęli, niż mie­liby dzia­łać w... Zresztą, nie­ważne, nie żyją, więc nikt nie bę­dzie szar­gać ich pa­mięci ani o nic oskar­żać.

Lu­cja­nowi tro­chę dłu­żył się ten wy­wód, ale cze­kał cier­pli­wie, aż Schre­der do­brnie do końca. Miał bo­wiem na­dzieję, że do­wie się cze­goś kon­kret­nego.

- Dwie star­sze córki po­szły za mąż, ale za­mie­rzam je ścią­gnąć do domu. Ich mę­żo­wie pa­rali się róż­nymi rze­czami, więc le­piej, żeby ich zo­sta­wiły. Wy­ślę je ra­zem z naj­młod­szą córką oraz moją żoną do Fran­cji. Tam będą bez­pieczne. Prze­cze­kają ten naj­gor­szy czas, w któ­rym nie wia­domo, co z nami zro­bią i ja­kie będą wa­runki ka­pi­tu­la­cji oraz re­pa­ra­cji wo­jen­nych.

- Pan nie je­dzie?

- Nie, ja zo­stanę. Nie mam nic na su­mie­niu, więc będę pil­no­wał do­bytku.

- Cza­sami nie trzeba mieć nic na su­mie­niu, a jak ktoś chce, to i tak znaj­dzie od­po­wiedni pa­ra­graf.

- Wiem, ale ten dom, go­spo­dar­stwo to mój cały do­by­tek, moje ży­cie i ro­dzinna spu­ści­zna. Nie zo­sta­wię tego sa­mo­pas - od­parł sta­now­czo i za­siadł po­now­nie przy biurku. - Ro­zu­miesz więc, że po­trze­buję pie­nię­dzy. Pięć ko­biet to duży wy­da­tek. Nie wiem, czy córki, te za­mężne, mają zgro­ma­dzone ja­kieś oszczęd­no­ści, więc le­piej, że­bym i o nich po­my­ślał.

- Słusz­nie. A co z nami?

- Wy pew­nie wró­ci­cie do Pol­ski, bo jak­żeby ina­czej?

- Bę­dziemy mo­gli?

- Pew­nie tak. Chyba że bę­dzie­cie chcieli zo­stać. Pra­co­wici je­ste­ście. I ty, i twoja sio­stra. Jakby była taka moż­li­wość, to ja chęt­nie bym was u sie­bie za­trzy­mał. Sporo sprze­dam, ale i tak bę­dzie co ro­bić w polu oraz obo­rze.

Lu­cjan nie za­kła­dał ta­kiej opcji, uznał jed­nak, że nie ma sensu mó­wić te­raz o tym na głos.

- My­śli pan, że wkro­czą tu Ro­sja­nie? Czy ra­czej nie do­trą na wio­ski?

- Ro­sja­nie, Ame­ry­ka­nie, nie wia­domo, kto to bę­dzie. Co do wio­sek, cóż, na te dal­sze pew­nie nie, ale my miesz­kamy nie­da­leko Back­nangu, więc nie ma co li­czyć, że nas ominą. Trzeba więc się po­spie­szyć. Bar­dzo po­spie­szyć.

- Do­brze, pójdę szy­ko­wać, co trzeba.

Opusz­czał ga­bi­net Ka­rola Schre­dera z ra­do­snym ser­cem i sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Nie mógł się do­cze­kać chwili, kiedy szwaby zbiorą cięgi i od­po­ku­tują za wszystko, co zro­bili Po­la­kom, Pol­sce i in­nym na­ro­do­wo­ściom. Miał na­dzieję, że czas roz­li­czeń bę­dzie dla nich bar­dzo do­tkliwy.

A szcze­gól­nie dla tego skur­wy­syna Kle­mensa Mey­era.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki