Rozdział I
- No, pospiesz się! - krzyknęła Kaja z salonu, gdzie kręciła włosy przed ogromnym lustrem.
Patrycja zerknęła na elegancką czarną sukienkę z odkrytymi plecami, którą miała zamiar założyć tego wieczoru. Na tę głupią imprezę szła tylko dlatego, że tydzień temu dołączyła do tego absurdalnego biura nieruchomości, a Kaja nie dawała jej spokoju, dopóki się nie zgodziła.
Nigdy nie rozumiała, jak można pracować wyłącznie na prowizji. Latem w swojej klinice medycyny estetycznej miała mniej klientek, więc postanowiła pomóc koleżance. Jednak widząc, jak długo Kaja czeka na wypłatę za sprzedaż, Patrycja zaczęła wątpić w sens tego pomysłu. Obiecała sobie, że zostanie tam jedynie na czas wakacji.
- Idziesz? - Kaja weszła do pokoju, ubrana w długą, mieniącą się różnymi odcieniami miedzi suknię. W dłoni trzymała złotą torebkę, a na stopach miała wysokie szpilki.
- Idę - westchnęła Patrycja i razem wyszły z domu.
Patrycja była wysoka, jak na standardy wyspy, na której mieszkały. W swoich ulubionych, dziesięciocentymetrowych szpilkach miała sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Czasami zastanawiała się, czy kiedykolwiek znajdzie tu partnera, ale teraz była bardziej skupiona na swojej klinice.
Klub Level 22, Portomaso Marina.
Wszystko nagle zwolniło, jakby czas na moment wstrzymał oddech. Dźwięki głośnej muzyki - pulsującej, ciężkiej od basów - uderzyły niczym fala, rozchodząc się po ciele i wypełniając każdy jego fragment drgającą energią. W powietrzu unosił się zapach drogich perfum, słodki i ostry zarazem, mieszający się z aromatem alkoholu i elektryzującym napięciem tłumu.
Czuła, jak ta atmosfera wciąga ją powoli - hipnotyczna, chaotyczna, a jednocześnie pełna życia. Miejsce zdawało się mieć własną duszę, intensywną i ulotną, której nie sposób było zignorować.
Klub mieścił się na ostatnim piętrze wieżowca, z którego rozciągał się widok na całą maltańską zatokę. Ogromne okna odbijały migotliwe światła miasta, tworząc wrażenie, że rzeczywistość miesza się tu z iluzją. Było w tym coś z luksusu i ekstrawagancji, ale też pewna pustka - jakby wszystko istniało tylko na chwilę, po czym znikało w dymie fajerwerków.
Tłum ludzi tańczył i śmiał się, poruszając w rytmie muzyki jak w idealnie wyreżyserowanym spektaklu. Każdy grał swoją rolę - z precyzją, z pasją, z pragnieniem bycia zauważonym.
Kiedy weszły do środka, poczuła znajome uczucie przytłoczenia. Dźwięki, światła, spojrzenia - wszystko było zbyt intensywne. W głębi duszy wolałaby zostać w domu, z książką w dłoni i swoim chihuahuą, Franiem - małym towarzyszem z charakterystyczną ciemną plamką na połowie pyszczka.
Muzyka uderzyła jeszcze mocniej, a w chwili, gdy ruszyły w stronę baru, kilka głów odwróciło się w ich stronę. W tym miejscu każdy ruch przyciągał spojrzenia.
- Kim jest ta dziewczyna? - zapytał Martin jednego z właścicieli franczyzy swojej firmy, wskazując głową w stronę Patrycji.
Mężczyzna, do którego się zwrócił, rzucił krótkie spojrzenie w jej kierunku i uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. - To Patrycja. Nowa w zespole. Kaja ją przyprowadziła, też jest z Polski.
Właściciel biura, w którym obie pracowały z entuzjazmem ruszył w ich stronę. Gestem zaprosił dziewczyny, by dołączyły. Patrycja poczuła, jak jej ciało momentalnie się napina. Nie miała ochoty na to spotkanie, na uprzejme uśmiechy i kurtuazyjne rozmowy w zgiełku muzyki. A jednak - nie chcąc robić sceny - ruszyła za Kają i Franem w stronę Martina.
Stanęła naprzeciw mężczyzny o ciemnych włosach, które lekko opadały na jego czoło. Jego postawa była solidna, a zarazem nieco skryta. Twarz miał nieco okrągłą, z delikatnymi rysami, które nie pasowały do tego miejsca - w tym luksusowym klubie, gdzie wszyscy byli pewni siebie, pełni energii. Na jego ustach pojawił się uśmiech jakby odzwierciedlając pewną dozę nieśmiałości, który zdradzał, że coś go powstrzymywało. Spojrzenie mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa - pełne zaciekawienia, ale także lęku.
Czuła w nim ogromną niepewność, jakby każda jego myśl była na chwilę zawieszona, a świat wokół niego nabrał zupełnie innego, bardziej nieuchwytnego wymiaru.
Fran przedstawił ich sobie, a ona wyciągnęła rękę i ścisnęła jego dłoń z mocą i pewnością siebie. Jego uścisk był słaby, ale ona nie dała po sobie poznać irytacji. Skinęła lekko głową i odeszła.
- Co za dziwny typ - mruknęła do Kai, która sączyła gin z tonikiem maszerując do baru.
- Może po prostu się zestresował. - Zaśmiała się Kaja. - Co pijesz?
- Prosecco, poproszę. - Uśmiechnęła się do barmanki.
Po kilku kieliszkach dziewczyny bawiły się w najlepsze, ale Patrycja przez całą noc czuła na sobie uporczywy wzrok Martina, który siedział na sofie w kącie.
Co za dziwak, pomyślała, starając się skupić na zabawie ze znajomymi z biura.
***
- Wstań! - krzyknęła Patrycja, ledwo ciągnąc Kaję po schodach na drugie piętro. Oczywiście winda znowu była zepsuta.
Niski mężczyzna, który pomagał jej nieść nieprzytomną dziewczynę, sapał z wysiłku i mruczał coś pod nosem, zmęczony gorącem.
Patrycja otworzyła drzwi i razem z nim położyła Kaję na sofie.
- Dzięki, już sobie poradzę - powiedziała, odwracając się do Josepha. Mężczyzna miał ponad czterdzieści lat, był niższy od niej o głowę i miał srebrzyste włosy.
- Jesteś pewna? - zapytał z uśmiechem.
Zadrżała na dźwięk jego głosu. Od dłuższego czasu chodził za nią na każdej imprezie na wyspie, a w biurze zawsze wydawało jej się, że jego spojrzenie ją śledzi.
- Tak, jestem pewna, dziękuję - mruknęła z grymasem obrzydzenia na twarzy i trzasnęła mu drzwiami przed nosem.
Usiadła na sofie obok jęczącej Kai, zdjęła jej buty i ułożyła ją na lewym boku. Sama też zrzuciła szpilki z obolałych stóp po całonocnym tańczeniu i westchnęła.
Wyjęła telefon, słysząc powiadomienie z Facebooka: "Martin Barell zaprosił cię do znajomych".
Rozdział IV
Po raz kolejny nie pozwoliłam mu po siebie przyjechać. Chciałam zachować dystans, nie dając żadnych powodów do błędnych interpretacji. Kazałam mu wybrać najodleglejszy stolik w restauracji, którą zaproponował, upewniając się, że to spotkanie nie będzie traktowane jako randka. Miałam nad tym kontrolę, przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy z pośpiechem docierałam na miejsce, byłam już lekko zdyszana. Był wtorek, zbliżała się dziewiętnasta, a urokliwa okolica restauracji Osteria Donna Carmela uderzyła mnie swoim życiem. Zgiełk światełek i dźwięków samochodów przejeżdżających przez St. Julian's mieszał się z zapachem morza, który unosił się w powietrzu. Było w tym coś magicznego, coś, co sprawiało, że nawet najbardziej codzienne chwile nabierały nowego znaczenia.
Otuliłam się szczelniej lekkim płaszczem, czując, jak chłodne powietrze owiewa moją twarz. Moje kroki odbijały się echem na brukowanej uliczce, a ja, przebiegając na drugą stronę ulicy, zauważyłam witrynę pięknej restauracji. Zanim weszłam, poczułam lekki dreszcz ekscytacji, pomieszany z niepewnością. Co mnie tam czekało? Co przyniesie ten wieczór? Te pytania krążyły w mojej głowie, a ja starałam się je zagłuszyć.
Kelnerka, uśmiechnięta i profesjonalna, poprowadziła mnie do windy, która miała mnie zawieźć na najwyższe piętro restauracji. Byłam ubrana bardzo skromnie i oczywiście biznesowo - biała koszula, beżowe spodnie, buty na nie za wysokim obcasie. Rozsunęłam płaszcz, poprawiłam włosy spięte w kok, upewniając się, że nic nie jest przypadkowe. Każdy szczegół miał znaczenie, każdy ruch był przemyślany. Nie chciałam, aby Martin miał jakiekolwiek złudzenia co do tego, czym to spotkanie jest - i czym nie jest.
Kiedy drzwi windy się rozsunęły, natychmiast uderzył mnie intensywny zapach kuchni. Aromat świeżych ziół, oliwy z oliwek, pieczonego chleba i owoców morza unosił się w powietrzu, przyciągając uwagę każdego zmysłu. Przełknęłam ślinę, uświadamiając sobie, że cały dzień żyłam tylko o kawie. Teraz, kiedy stałam w tej eleganckiej restauracji, głód przypomniał o sobie z podwójną siłą, burcząc niecierpliwie w brzuchu. Mimo to starałam się skupić na tym, co miało za chwilę nastąpić.
Podeszłam do kobiety uśmiechającej się do mnie przy wejściu na salę, uśmiech był niemal zaraźliwy.
- Mam spotkanie z Martinem Barellem - powiedziałam jak najciszej, rozglądając się dookoła, ale nie dostrzegłam go nigdzie w pobliżu. Czyżby znowu się spóźniał? Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie irytacji. Ta sytuacja nie powinna była mnie zaskoczyć, a jednak poczułam delikatne rozczarowanie.
Kobieta skinęła głową i poprowadziła mnie przez elegancko zaaranżowaną salę, gdzie światło świec i ciepłe barwy tworzyły intymną, niemal magiczną atmosferę. Ściany były ozdobione subtelnymi obrazami, które harmonizowały z delikatnym brzękiem sztućców i szmerem rozmów. Czułam, jak moje zmysły zaczynają się uspokajać, jakby ta spójność, która emanowała z wnętrza restauracji, powoli przenikała do mojego wnętrza.
Martin siedział przy najdalszym stoliku, ukryty za filarem. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz natychmiast rozjaśniła się w uśmiechu, który, muszę przyznać, miał w sobie coś rozbrajającego i niewinnego. Wstał z miejsca, a jego ruchy były spokojne, pełne gracji, jakby każdy gest był dokładnie przemyślany. Wyciągnął rękę, by przywitać się tak, jak go do tego przyzwyczaiłam. Ten gest, choć prosty, miał w sobie coś ujmującego. Jakby chciał mi pokazać, że jest gotów zrobić wszystko, bym czuła się komfortowo, bym wiedziała, że to spotkanie odbywa się na moich warunkach.
Przez chwilę zawahałam się, zastanawiając się, co właściwie czuję. Ale potem ruszyłam w jego stronę, mając wrażenie, że ten wieczór może przynieść coś, czego się nie spodziewam. W miarę jak zbliżałam się do Martina, czułam, jak narasta we mnie mieszanka emocji - ciekawości i lekkiego niepokoju. Zatrzymałam się na moment, a potem pewnym ruchem wyciągnęłam rękę, przyjmując jego gest powitania. Pachniało kolendrą i cytryną, a powietrze wokół nas zdawało się gęstnieć od niewypowiedzianych myśli.
Martin wyglądał na zadowolonego, jakby to, że się tutaj pojawiłam, było dla niego wystarczającą nagrodą. Ale ja wciąż nie byłam pewna, czego chcę. Wiedziałam tylko jedno - ten wieczór miał przynieść odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zadałam.
Pomógł mi zdjąć płaszcz, a jego dłonie przez chwilę zawisły w powietrzu, jakby zastanawiał się, czy powinien coś powiedzieć. W końcu jednak odezwał się, a jego głos był nieco zachrypnięty, jakby ukrywał delikatny niepokój.
- Długo kazałaś na siebie czekać - powiedział, a w jego oczach błysnęło coś, co mogło być mieszaniną ulgi i niepewności. - Ale bardzo się cieszę, że się doczekałem.
Te słowa, choć proste, miały w sobie coś więcej. Były jak wyraz tego, co naprawdę czuł, a ja, mimo swojej rezerwy, poczułam, że coś we mnie drgnęło.
Martin odsunął mi krzesło z gracją, której nie sposób było nie zauważyć. Gest ten, choć uprzejmy, zdradzał pewne napięcie, jakby bał się, że każda chwila może być jego ostatnią szansą. Usiadłam powoli, starając się nie myśleć zbyt wiele o tym, co nas czeka. Gdy zajął miejsce naprzeciwko mnie, zauważyłam, że jego ręce nieznacznie drżały, choć próbował to ukryć pod spokojnym uśmiechem.
To, co wcześniej mogło wydawać się pewnością siebie, teraz jawiło się bardziej jako kruchy płaszcz, który łatwo mógł się rozpaść. Patrząc na Martina, zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że mężczyzna, który z pozoru miał wszystko, co chciał, teraz siedział przede mną, zdenerwowany jak nastolatek na pierwszej randce.
Starałam się skupić na otoczeniu, ale mój wzrok ciągle wracał do Martina, który teraz wyglądał, jakby w jego głowie toczyła się bitwa.
Położyłam dłonie na stole, próbując zachować spokojny wyraz twarzy. Przede mną siedział człowiek, który wydawał się rozdarty między pragnieniem bycia sobą a obawą, że to, kim jest, może nie wystarczyć. A ja, choć starałam się być ostrożna, zaczynałam zastanawiać się, czy warto zaryzykować i zobaczyć, dokąd to wszystko może nas zaprowadzić.
Wieczór płynął zaskakująco lekko. Z każdą chwilą bariery, które zbudowałam wokół siebie, zaczynały się kruszyć. Śmialiśmy się, żartowaliśmy, a co najważniejsze, Martin wreszcie skupił na mnie całą swoją uwagę, naprawdę słuchając tego, co miałam do powiedzenia. Czułam, że coś w naszej dynamice się zmieniło - on przestał być tym enigmatycznym mężczyzną z przeszłością, a stał się kimś bardziej realnym, bliskim.
Opowiadał mi o swoich dzieciach, rodzeństwie, rodzicach. Z jego słów wyłaniał się obraz człowieka, który, choć starał się nie być jak jego ojciec, odszedł do innej kobiety, został zrujnowany i zaczął popełniać te same błędy. Mówił o tym z pewnym smutkiem, jakby dopiero teraz uświadamiał sobie, jak łatwo można wpaść w te same pułapki, które krytykował u innych. Ale było w nim coś więcej - nadzieja, że jeszcze nie jest za późno, że może naprawić swoje życie i uniknąć tych samych potknięć.
Kiedy zapytał, czy chciałabym mieć dzieci, zawahałam się. To nie było coś, o czym myślałam codziennie. Odpowiedziałam, że nie jestem jeszcze pewna, ale chciałabym być przygotowana na taką ewentualność i wybrać partnera, który nigdy mi nie odmówi, jeśli kiedyś zdecyduję się na ten krok. Martin spojrzał na mnie z powagą, a potem spokojnie powiedział, że nie widzi problemu w tym, by kiedyś mieć jeszcze dzieci, jeśli to miałoby dla mnie znaczenie.
Rozmowa toczyła się naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. Opowiadał o swoich planach wprowadzenia firmy na giełdę, o domu na Sycylii, który kupił jako swoją ucieczkę. W jego słowach wyczuwałam tęsknotę za ciepłem i stabilizacją, których tak bardzo brakowało mu w dotychczasowym życiu. Przyznał, że nie spodziewał się, że tak szybko po rozstaniu, kiedy zamierzał oddać się zabawie i korzystać z życia, spotka kogoś takiego jak ja - kogoś, o kim będzie myślał każdego dnia.
Przy wyjściu z restauracji Martin uparł się, że mnie odwiezie, mimo moich próśb, by zamówić taksówkę.
Przeszłam przez szklane drzwi, które Martin przytrzymał z uprzejmością, na chłodną ulicę, która nadal tętniła życiem. Okolica St. Julian's była zawsze pełna ludzi, niezależnie od pory, a nocne światła dodawały jej uroku, który sprawiał, że każda chwila wydawała się wyjątkowa.
Odwróciłam się, patrząc, jak żegna się z właścicielem restauracji, z którym najwyraźniej znał się bardzo dobrze. Jego swoboda w relacjach z ludźmi była czymś, co zawsze mnie zaskakiwało - umiejętność bycia jednocześnie uprzejmym i dopasowującym się do każdego i każdej sytuacji, jakby każda rozmowa była dla niego naturalnym przedłużeniem jego pewności siebie. W międzyczasie, w barze obok, ludzie śmiali się i śpiewali głośno, tworząc radosny kontrast do moich wewnętrznych rozterek.
Martin zeskoczył ze schodka, a jego ruchy były pełne energii, mimo późnej godziny. Wskazał mi ramieniem kierunek na prawo, przepraszając wzrokiem za to, że musiałam chwilę czekać.
- Naprawdę chętnie wrócę sama - powiedziałam, próbując jeszcze raz odwrócić sytuację i odzyskać kontrolę.
- Nie ma mowy, wystarczy - odpowiedział stanowczo, nie pozostawiając miejsca na dalsze dyskusje. Wskazał na stojące naprzeciwko restauracji i barów szare, lśniące porsche cayenne.
- O nieee - jęknęłam, słysząc z różnych stron kilka głosów, które wywołały nagłą falę zainteresowania. To było jedno z tych aut, które przyciągały spojrzenia, a ja, na środku ulicy, poczułam się nagle wystawiona na widok publiczny.
- Ejja, Barell! - rozległo się z różnych stron, a Martin uśmiechnął się szeroko, machając ręką znajomym ludziom.
Dusząc się ze śmiechu, stałam pośrodku ulicy, próbując zignorować fakt, że to wypite tego wieczoru wino wywoływało we mnie takie reakcje.
- Nie miałeś jeszcze bardziej krzykliwego samochodu? - rzuciłam, nadal się śmiejąc, choć starałam się opanować, nie podchodząc do drzwi pasażera, które dla mnie otworzył.
Martin zmieszał się nieznacznie, ale szybko odzyskał równowagę; skinął głową, zapraszając mnie do środka.
- Mogłem przyjechać pomarańczowym - powiedział z lekkim uśmiechem, ale jakby i lekkiej irytacji, i rozczarowania z powodu mojej reakcji.
Czułam, jak moje ciało nagle się spina. Bez dalszych komentarzy wskoczyłam szybko do samochodu, próbując uciec od mieszanych uczuć, które mnie ogarnęły. Siedziałam chwilę w milczeniu, czekając, aż Martin usadowi się za kierownicą. W głowie miałam burzę myśli, starając się odrzucić od siebie te, które krążyły wokół pytania, czy człowiek naprawdę czuje się wygodnie w takim ciasnym aucie.
Starałam się z całych sił odgonić te natrętne myśli, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem tym wszystkim zażenowana. Moje emocje były jak fale - napływały jedna po drugiej, zmuszając mnie do ciągłego balansowania na krawędzi kontroli. Wpatrywałam się w ciemność za szybą, próbując uspokoić myśli, które mieszały się z lekkim zawrotem głowy. Światła miasta migotały, tworząc kalejdoskop barw, ale nie potrafiłam się nimi cieszyć. Czułam, jak narasta we mnie dziwne napięcie.
Martin przerwał ciszę, jego głos był niski, jakby zastanawiał się, czy w ogóle powinien się odezwać.
- Jesteś pierwszą kobietą, która nie zachwyciła się moim samochodem - mruknął, a w jego tonie słychać było mieszankę zaskoczenia i może nawet lekkiego rozczarowania, jakby dopiero teraz zdawał sobie sprawę z tego, co powiedział.
Zaśmiałam się lekko, próbując rozładować napięcie, które zdawało się delikatnie wypełniać atmosferę. Mimo to moje zakłopotanie nie znikało. Czułam, jak każda wymiana zdań zmusza mnie do większej ostrożności, jakbym tańczyła na cienkim lodzie, starając się utrzymać równowagę między ironią a szczerością.
- Nie zostałam wychowana w sposób, który każe nadawać wielką wagę rzeczom materialnym - powiedziałam spokojnie, zerkając na niego z boku. Moje słowa były szczere, ale czułam, że jednocześnie wytrącam mu z rąk wszystkie bronie, których do tej pory używał, by zdobyć kobietę. Być może przez to nasza rozmowa stawała się dla niego trudniejsza, bardziej wymagająca.
Przez chwilę milczał, a ja zastanawiałam się, czy moje słowa go zaskoczyły, czy może nawet zabolały. Zdałam sobie sprawę, że to, co dla mnie było naturalnym podejściem do życia, dla niego mogło być czymś zupełnie obcym. Poczułam dziwne ukłucie smutku, jakby nagle stało się jasne, że Martin przez większość swojego życia musiał używać rzeczy materialnych do udowadniania swojej wartości.
Kontynuował rozmowę, z entuzjazmem pokazując mi po drodze swoje liczne biura. Mówił o nich z dumą, a ja patrzyłam na niego z uśmiechem, kiwając głową, by pokazać, że naprawdę mnie to interesuje. W jego głosie słychać było pasję, jakby każde kolejne otwarte biuro było nie tylko sukcesem zawodowym, ale też dowodem na to, że potrafił budować coś trwałego, coś, co miało dla niego ogromne znaczenie.
Zapach nowej skóry wypełniającej wnętrze samochodu mieszał się z zapachami nocnego miasta, które wkradały się przez uchylone okno. Było w tym coś przyjemnego, coś, co przypominało mi, że znajduję się w świecie, gdzie luksus i wygoda były na porządku dziennym. Ale mimo to w głębi duszy nie mogłam przestać się zastanawiać, czy to wszystko naprawdę miało aż takie znaczenie. Czy te wszystkie samochody, prestiżowe adresy i luksus mogły zastąpić prawdziwe, głębokie relacje i emocje?
W miarę jak Martin opowiadał o swoich osiągnięciach, ja zaczynałam odczuwać coś, co na początku było tylko delikatnym niepokojem, ale teraz przeradzało się w coś bardziej namacalnego. Obawiałam się, że ludzie, którzy za wszelką cenę próbują zaimponować dobrami materialnymi, mogą być ubodzy w środku. Ta myśl, choć nieprzyjemna, była jak cień, który towarzyszył mi przez całe życie. Zastanawiałam się, skąd u mnie takie przekonanie, ale szybko odgoniłam tę myśl.
Gdy dojechaliśmy pod wskazany przeze mnie adres, poczułam mieszankę ulgi i niepewności. Martin zwolnił, a ja, patrząc na budynek, w którym mieszkałam, poczułam, jak serce mi przyśpiesza. Część mnie chciała jak najszybciej zakończyć ten wieczór, wrócić do swojego świata, gdzie wszystko było proste i przewidywalne. Ale inna część, ta bardziej ciekawska, zastanawiała się, co by było, gdybym pozwoliła sobie na odrobinę zaufania, na odrobinę więcej niż tylko powierzchowne relacje.
Samochód zatrzymał się, a ja spojrzałam na Martina, który odwrócił się w moją stronę, czekając na moje następne słowa. Czułam, że ten moment jest ważny, że to, co powiem teraz, może nadać kierunek wszystkiemu, co wydarzy się później.
- Dziękuję za podwiezienie - powiedziałam w końcu, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie i pewnie.
Martin uśmiechnął się.
- To ja dziękuję. Cieszę się, że mogłem spędzić z tobą ten czas - odpowiedział cicho, a w jego głosie było coś więcej niż tylko uprzejmość. - Napiszę do ciebie, jak tylko dojadę - dodał.
Otworzyłam drzwi samochodu i wysiadłam, czując chłodny powiew nocnego powietrza na skórze, po czym ruszyłam w stronę wejścia do budynku. Z każdym krokiem czułam, jak emocje mieszają się we mnie - od ulgi, przez niepewność, po coś, co mogło być początkiem nowego rozdziału.
Rozdział V
Zajęcia na uczelni były wykańczające. Pierwsze półrocze studiów medycznych zaczynało wychodzić mi bokiem, a każda kolejna noc bez snu, spędzona na nauce i pracy, odbijała się na moim zdrowiu coraz mocniej. Zaczęły pojawiać się ataki paniki, które zaskakiwały mnie w najmniej spodziewanych momentach - w trakcie wykładów, gdy siedziałam z głową pochyloną nad książkami, a nawet w czasie krótkich przerw między zajęciami. Kaja, moja przyjaciółka i współlokatorka, wzywała pogotowie dwa, trzy razy w tygodniu, widząc, jak bladłam, tracąc czucie w rękach i nogach, z trudem łapiąc oddech.
Z każdym kolejnym atakiem mój organizm wydawał się coraz bardziej wyczerpany. Spadki cukru, kołatanie serca, drżenie rąk - to wszystko stawało się codziennością. Wydawało się, że moje ciało prowadziło własną, desperacką walkę, której sama nie mogłam wygrać. Liczba studentów w grupie malała z każdym tygodniem. Niektórzy zostali wyrzuceni, inni sami rezygnowali, nie wytrzymując presji, ale ja, mimo że balansowałam na granicy wytrzymałości, wciąż trwałam, nie pozwalając sobie na poddanie się.
- Musisz zacząć o siebie dbać, to dopiero pierwszy semestr, a ty już jesteś na wykończeniu - sapała Kaja, trzymając mnie w łazience, gdy ledwo stałam na nogach. Z telefonem przy uchu, ponownie wzywała pogotowie, a jej oczy były pełne troski i bezradności.
Spojrzałam na nią, czując, jak serce wali mi jak oszalałe. Może Kaja ma rację, pomyślałam, próbując opanować narastający wewnątrz lęk. Każdy dzień bez snu, każda godzina spędzona na nauce i w klinice wyczerpywały moje siły, ale świadomość, że tak wielu innych już zrezygnowało, że tak wielu się poddało, nie pozwalała mi odpuścić. Czułam, że muszę iść dalej, niezależnie od kosztów.
***
Na uczelni panowała atmosfera rywalizacji, w której nikt nie chciał pomagać drugiemu. Patrycja, zawsze przygotowana, była jak oaza wiedzy, do której wszyscy przychodzili po notatki, prosząc o pomoc, ale nie oferując nic w zamian. Samotność w tej walce o przetrwanie była przytłaczająca, a świadomość, że inni korzystają z jej ciężkiej pracy, nie dając nic od siebie, tylko pogłębiała jej zmęczenie i frustrację. Była wyczerpana, ale nie mogła się poddać. Jej marzenie o zostaniu chirurgiem było zbyt bliskie, by teraz, na tym etapie, pozwoliła sobie na porażkę.
Każdy dzień był walką - o przetrwanie, o utrzymanie się na powierzchni, o niepoddanie się słabościom, które coraz bardziej dawały o sobie znać. W sercu Patrycji rodził się bunt przeciwko własnym ograniczeniom, przeciwko ciału, które zdawało się ją zdradzać, ale także przeciwko światu, który wymagał od niej tak wiele, nie dając nic w zamian. Czuła, że stoi na krawędzi, ale nie mogła się cofnąć. W głębi duszy wiedziała, że to wszystko musi mieć sens, że jeśli przetrwa, jeśli znajdzie w sobie siłę, to na końcu tej drogi czeka na nią coś więcej niż tylko dyplom - czeka na nią życie, które zawsze pragnęła prowadzić.
Martin okazał się nieocenionym wsparciem w najtrudniejszych chwilach. Kiedy Patrycja przestawała odpowiadać, zaniepokojony pisał do Kai, upewniając się, że wszystko jest w porządku. Nie ograniczał się tylko do słów - wysłał do ich domu lekarza, który pobrał Patrycji krew, założył jej holter, a także przyniósł narzędzie do mierzenia poziomu cukru. Wydawało się, że Martin zawsze był krok przed wszystkimi, jakby wyczuwał potrzeby Patrycji, zanim sama zdążyła je zrozumieć.
Każdego ranka do ich domu docierały śniadania, dostarczane przez ubera lub przez sprzątaczkę Martina, która pokornie wykonywała wszystkie jego polecenia. Martin troszczył się o Patrycję w sposób, który graniczył z obsesją, a mimo to dziewczyna czuła, że ma w nim oparcie. Nawet w chwilach, gdy wydawało się, że nie ma już sił, by dalej walczyć, jego obecność, choć czasem tylko wirtualna, dodawała jej motywacji.
Leżąc w łóżku, drżąc z wyczerpania i czekając na przyjazd karetki, Patrycja zdała sobie sprawę, jak ogromne miała szczęście. Choć życie wydawało się teraz niewiarygodnie trudne, nie była w tym sama. Miała przyjaciół, na których mogła zawsze liczyć, i Martina, który wydawał się zawsze o krok przed każdą jej myślą. Było coś niesamowitego w tym, że nigdy nie musiała mówić głośno, czego potrzebuje - on zawsze wiedział. Nawet wtedy, gdy nie było go fizycznie obok, jego troska była namacalna.
Pewnego dnia zamarzyła o książce Gray's Anatomy, będącej biblią każdego przyszłego lekarza. Nie miała pojęcia, skąd Martin mógł o tym wiedzieć, a jednak dwa dni później otrzymała ją w prezencie. Był to moment, który wprawił ją w lekką konsternację. Czasem bała się, że Martin czyta jej w myślach, że zna ją lepiej, niż ona sama chciałaby się do tego przyznać.
Ten paradoksalny strach przed kimś, kto zna cię aż za dobrze, mieszał się z poczuciem bezpieczeństwa, które Martin jej zapewniał. Był jak cień, który nigdy jej nie opuszczał, a jednocześnie jak Anioł Stróż, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy była na skraju wytrzymałości. Patrycja zaczynała się zastanawiać, czy to, co czuła do Martina, było prawdziwym uczuciem, czy może była to jedynie wdzięczność zmieszana z lękiem przed samotnością.
Przez te wszystkie miesiące, mimo bliskości i wsparcia, jakie Martin okazywał, Patrycja nadal nie dopuściła go do siebie. Każdego dnia, bez względu na to, jak bardzo był zajęty, pojawiał się pod jej blokiem po pracy, licząc na choćby dziesięć minut, by ją zobaczyć. To było ogromne poświęcenie, zwłaszcza że jego obowiązkiem było odebrać dzieci z zajęć pozalekcyjnych i zawieźć je do domu, gdzie mieszkały z matką. Mimo to znajdował czas, by być przy niej, trzymać ją za rękę i mówić, jak bardzo jest z niej dumny, jak bardzo wierzy, że sobie poradzi.
Był przy niej, kiedy panika brała górę, a jego ciepłe słowa miały kojący wpływ. Snuł wspólne plany na przyszłość, opowiadał o nieruchomościach, które aktualnie kupuje - specjalnie dla nich, by kiedyś mogli żyć tam razem szczęśliwi. Czasami jego opowieści wydawały się pełne marzeń, ale gdzieś w głębi Patrycja wyczuwała coś innego.
Zauważyła, że kilkukrotnie próbował się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, co mogło wyjść na jaw w niewłaściwym momencie. Mimo że zawsze mówił o wsparciu, Patrycja czuła, że Martin nie widzi sensu w jej studiach. Uważał, że osiągnęła już ogromny sukces z kliniką, że powinna skupić się na rozwijaniu biznesu, a studia nie są jej do niczego potrzebne.
- Są mi potrzebne do spełnienia moich marzeń - powiedziałam pewnego dnia, gdy o tym napomknął. Zmęczenie i frustracja wzięły górę. W uszach dudniło mi od podenerwowania. - Nikt nigdy mi nie będzie mówić, co mam robić. Nigdy nie będę ani siedzieć w domu, ani nigdy nie zostawię tych studiów. Marzyłam o nich przez całe życie i tak ciężko pracowałam przez te pół roku, że nawet jeśli ma mi to zająć dwadzieścia lat, nigdy się nie poddam! - podniosłam głos z oburzeniem, a potem opadłam na fotel, ciężko oddychając.
Martin patrzył na mnie przez chwilę, a jego twarz wyrażała coś, co mnie zaniepokoiło. Jakby się powstrzymywał, czekając na odpowiedni moment, by mieć więcej do powiedzenia, by może narzucić mi swoją wizję przyszłości.
Spojrzałam na niego badawczo, próbując zrozumieć, co się za tym wszystkim kryje. Ale wtedy jego wyraz twarzy zmienił się - zobaczyłam troskę, jaką zawsze mi okazywał, i zaczęłam się zastanawiać, czy sama nie wyolbrzymiam problemu. Może to wszystko było tylko wyobraźnią, może byłam zbyt podejrzliwa.
Jestem szurnięta, pomyślałam, wciąż próbując zrozumieć, co tak naprawdę czuję. Skąd wziął się ten człowiek? Był taki troskliwy, taki oddany, a jednak coś nie dawało mi spokoju. Faktycznie jest wart tej szansy, a ja, gdyby nie Kaja, oceniłabym go kompletnie błędnie. Moja intuicja chyba szwankuje, a to dziwne, zamyśliłam się, próbując zapanować nad mieszanką emocji, które się we mnie kłębiły.
Rozdział IX
Mijała połowa kwietnia, a wyjazd z dziewczynami na krótki trip do Bari we Włoszech zbliżał się wielkimi krokami. Czułam mieszankę podekscytowania i niepokoju. W klinice panował chaos, jak zawsze, gdy miałyśmy zamknąć ją na kilka dni. Klientki waliły drzwiami i oknami, a ja starałam się nadążyć, mimo że w głowie krążyły myśli o zbliżających się egzaminach, które miały zakończyć mój pierwszy rok medycyny. Anatomia i biochemia stały się moimi nocnymi koszmarami - nie dawały mi spać, ciągle przypominając o tym, ile jeszcze materiału mam do opanowania.
Martin był wyraźnie podenerwowany moim wyjazdem. Wiedziałam, że coś go trapi, ale nie naciskałam. Ten wyjazd był tylko na trzy dni, a ja cieszyłam się jak dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. Zwykle nie miałam czasu na takie spontaniczne wypady z dziewczynami. Przez ostatni rok moje życie kręciło się wokół książek, pracy i nauki. Nawet sylwestra spędziłam w towarzystwie notatek, zamiast świętować z przyjaciółmi. Przez całą przerwę zimową wręczałam Kai pliki wydrukowanych notatek i chodząc po pokoju, recytowałam zdania wyryte na pamięć, a ona tylko przerzucała kartki i kiwała głową, zdumiona, jak wiele mogłam się nauczyć.
Kaja już od jakiegoś czasu spotykała się z Leonem, chłopakiem tryskającym energią i o niezwykłej charyzmie. Był kreatywny, zawsze pełen życia, a ja zwykle mijałam się z nim w korytarzu, gdy z uśmiechem na twarzy wychodził rano z pokoju Kai. Ich życie było pełne radości, spontaniczności, czegoś, czego ja zaczynałam coraz bardziej pragnąć, a jednocześnie bałam się, że nigdy nie będę w stanie tego doświadczyć.
Żadna z moich pozostałych przyjaciółek nie wiedziała o Martinie. Trzymałam nasz związek w tajemnicy, jakby chroniąc go przed światem, który mógłby wszystko zniszczyć. Martin nie był zwykłym mężczyzną - był znanym biznesmenem, którego twarz często pojawiała się w programach telewizyjnych i na okładkach gazet. Na Malcie nie było osoby, która by go nie znała. Ta świadomość sprawiała, że moje obawy rosły. Wiedziałam, że jeśli nasz związek wyjdzie na jaw, moje życie zmieni się nieodwracalnie. A ja... nie byłam pewna, czy byłam na to gotowa.
Z jednej strony byłam introwertyczką, ceniącą spokój i ciszę, z drugiej zaś strony - ta część mnie, która zaczynała się budzić, pragnęła więcej. Więcej emocji, więcej życia, więcej... wszystkiego. Ale czy byłam gotowa, aby zanurzyć się w świecie, który wydawał mi się tak obcy? Świat Martina był pełen sztucznych uśmiechów, fałszywych przyjaźni i zazdrości. Nieustanne imprezy, na których liczyły się tylko pozory, były czymś, co dla mnie nie miało znaczenia, i było stratą czasu. Bałam się, że nie pasuję do tego świata, że moje miejsce jest gdzie indziej - w ciszy, w książkach, w mojej pracy, z dala od blasku fleszy i udawanej atencji.
Czułam się rozdarta. Z jednej strony fascynacja Martinem rosła z każdym dniem, z drugiej - strach przed utratą tego, kim byłam, mnie paraliżował.
- Co powiesz na to, żebyśmy zamówili coś do jedzenia i posiedzieli u mnie w domu? - zapytał Martin, odbierając mnie z domu na dzień przed wyjazdem z dziewczynami do Włoch. Spojrzałam na niego niepewnie, zdając sobie sprawę, że przez te wszystkie miesiące nie byłam jeszcze u niego w mieszkaniu.
- Czemu nie - odpowiedziałam z lekkim, nieśmiałym uśmiechem. Martin wyraźnie się ucieszył, a jego twarz rozpromieniła się w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że czekał na tę chwilę.
Po dziesięciu minutach wjechaliśmy do garażu w St. Julian's, gdzie jego blok usytuowany był naprzeciwko morza, odbijającego ostatnie ciepłe promienie zachodzącego słońca. Było już późne popołudnie, dochodziła siódma. Martin otworzył mi drzwi samochodu, po czym wyszliśmy z garażu, krocząc w stronę wejścia do budynku.
Szklane drzwi otworzyły się przed nami, ukazując wnętrze o nowoczesnym wystroju. Na ścianie znajdowało się jedynie dziesięć numerów, a po lewej stronie - domofon i osobny dzwonek do jego mieszkania, z dumnym napisem "Martin Barell". Wjechaliśmy windą na piętnaste piętro, gdzie znajdowały się tylko dwa mieszkania.
Gdy Martin przekręcił klucz w zamku, moim oczom ukazał się imponujący apartament. Zamrugałam, starając się objąć wzrokiem całą przestrzeń. Wnętrze było nie tylko przestronne, ale i urządzone z niezwykłą starannością o każdy detal. Wszędzie były porozstawiane i, o dziwo, pozapalane świeczki. Ich migoczące płomienie odbijały się od szklanych powierzchni, tworząc atmosferę intymności i ciepła. Po lewej stronie znajdowała się ogromna kuchnia, bardziej rozległa, niż mogłam sobie wyobrazić. Zastanowiłam się przez chwilę, jak trudno musiałoby być gotować w takiej przestrzeni. Po jednej stronie, przy oknie, znajdował się zlew, a po drugiej, oddalonej o jakieś piętnaście metrów, kuchenka i ogromny, zaokrąglony blat. Z pewnością nie była to kuchnia osoby, która dużo gotuje. Wyspa kuchenna oddzielała część roboczą od lodówki, przy której stała imponująca chłodziarka, w której leżakowały butelki wina.
Minęłam ogromne lustro nad schodami, które zdawało się potęgować wrażenie przestrzenności, a moją uwagę przykuło piękne, ogromne okno w suficie, w kształcie okręgu. Tylko w magazynach wnętrzarskich widywałam takie cuda - teraz wyobrażałam sobie, jak niesamowicie wyglądałoby, gdyby w środku rosło potężne, zielone drzewo. Po prawej stronie rozciągał się przestronny salon z kanapą, gotową pomieścić co najmniej trzydzieści osób. To, co jednak najbardziej zapierało dech w piersiach, to widok za panoramicznymi oknami.
Balluta Bay, skąpana w złotych promieniach zachodzącego słońca, wyglądała jak obraz namalowany ręką znamienitego artysty. Złote światło tańczyło na spokojnych falach morza, które rozciągało się aż po horyzont, niemal stapiając się z niebem w jednej, magicznej linii. Latarnie na ulicach zaczynały powoli migotać, zapowiadając nadchodzący wieczór, a dźwięk fal delikatnie uderzających o brzeg nadawał całej scenie spokojnego, niemal sennego uroku.
Zachwyt, który poczułam, był mieszanką fascynacji i lekkiego przytłoczenia. Apartament Martina był idealny, jak wyjęty z katalogu - elegancki, stylowy, pełen luksusu. A jednak w tej idealności było coś, co mnie onieśmielało. Miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu zbyt doskonałym, zbyt luksusowym, bym mogła się w nim czuć swobodnie.
- Powiedzmy, że całkiem zaplanowałeś ten wieczór - rzuciłam z lekkim uśmiechem, spoglądając na migoczące świeczki, które nadawały wnętrzu ciepły, intymny blask.
- Powiedzmy, że miałem nadzieję, że się zgodzisz - odpowiedział Martin, uśmiechając się, po czym podał mi kieliszek szampana. Bąbelki unosiły się w smukłym kieliszku, a ich subtelne trzaskanie było niemalże słyszalne w cichym pokoju.
Mieliśmy coś obejrzeć, może jakiś film czy serial, ale nawet nie włączyliśmy Netflixa. Zamiast tego zanurzyliśmy się w rozmowach o życiu, które płynęły tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. Opowiadaliśmy sobie o przeszłości, o marzeniach, o lękach i nadziejach. Było w tym coś wyjątkowego - intymność, która rodziła się nie z dotyku, ale z wymiany słów i spojrzeń.
Dochodziła jedenasta, a ja, oparta o ogromną, miękką poduszkę, kończyłam opowieść o tym, jak zawzięcie budowałam swój biznes i jak nie poddawałam się, nawet gdy przyszedł COVID. Martin słuchał uważnie, a w jego oczach dostrzegałam coś więcej niż tylko zainteresowanie. To było zrozumienie, podziw, a może nawet odrobina zazdrości.
- Podziwiam cię - powiedział cicho, kiedy skończyłam. - Nie każdy ma w sobie tyle determinacji, żeby przetrwać coś takiego i jeszcze wyjść z tego silniejszym.
Poczułam, jak ciepło rozlewa się po moim ciele. Jego słowa były jak delikatna pochwała, której się nie spodziewałam, ale której potrzebowałam. W tym momencie, w tym cichym apartamencie z widokiem na nocne morze, poczułam się doceniona, jakby moje wysiłki i wszystkie noce bez snu miały teraz jeszcze większe znaczenie.
- Czasem sama się zastanawiam, jak mi się to udało - przyznałam, wpatrując się w kieliszek, jakby jego zawartość mogła mi odpowiedzieć na wszystkie pytania, które tkwiły gdzieś głęboko w moim sercu. - Ale chyba zawsze wiedziałam, że nie mogę się poddać. To był mój sposób na przetrwanie, na pokazanie sobie i światu, że dam radę, niezależnie od tego, co się stanie.
- I właśnie dlatego cię podziwiam - dodał Martin, delikatnie ujmując moją dłoń. Jego dotyk był ciepły, pełen wyważenia, jakby chciał przekazać mi swoje wsparcie i pewność, że niezależnie od wszystkiego zawsze będę miała kogoś, kto będzie stał po mojej stronie.
Uśmiechnęłam się do niego, czując, jak między nami tworzy się coś więcej niż tylko chwilowe zauroczenie. W tamtej chwili zrozumiałam, że choć nasze światy były tak różne, to może właśnie dzięki temu mogliśmy się wzajemnie uzupełniać.
Odstawiłam kieliszek na marmurowy stolik, a delikatny brzęk szkła rozbrzmiał w cichym pomieszczeniu. Uniosłam się leniwie z kanapy z zamiarem udania się do toalety, czując, jak powoli zaczyna mnie ogarniać zmęczenie.
- Muszę wracać, rano mam samolot - powiedziałam, drepcząc w jego stronę, i zauważyłam, że odłożył na stolik mój telefon. - Co robisz? - zapytałam, niepewnie marszcząc brwi.
- Obiecaj mi, że nie będziesz się denerwować - powiedział lekko, ale stanowczo, wyciągając w moją stronę dłoń.
Opadłam na kanapę, a on wręczył mi nowego, złotego iPhone'a, do którego przełożył już kartę z mojego starego telefonu. Tego samego iPhone'a, którego wcześniej chciał mi wręczyć w samochodzie.
- Wyjeżdżasz, muszę mieć pewność, że będę miał z tobą kontakt - powiedział stanowczo.
- Bez przesady, mój telefon jest porządku - zaoponowałam, lekko zawstydzona.
- Po prostu zrób to dla mnie i przyjmij ten mały prezent, proszę - powiedział błagalnym tonem.
Jego oczy były zmęczone, ale wciąż pełne ciepła i tego subtelnego błysku, który sprawiał, że czułam się wyjątkowo.
Martin wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Jego usta delikatnie drgnęły, jakby słowa już formowały się w jego głowie, ale z jakiegoś powodu nie potrafił ich wypowiedzieć. Było w nim coś, co mnie niepokoiło, a jednocześnie fascynowało. Jakby każda jego myśl musiała najpierw dojrzeć, a każde zdanie musiało być starannie wyważone, żeby mnie nie odstraszyć.
Czułam, że się hamował. Jakby bał się, że jedno słowo, jeden błędny krok może zniszczyć to, co budowaliśmy przez te wszystkie miesiące. To napięcie, ledwo wyczuwalne, wisiało między nami, jakby próbował okiełznać moją dzikość, trzymając się na granicy, gdzie każdy ruch mógł przynieść niespodziewane konsekwencje.
Przygryzłam lekko wargę, obserwując go w tej chwili niepewności. Wiedziałam, że to, co rosło między nami, nie było proste. Było pełne niedomówień, cichych obaw i niepewności, które wciąż nie pozwalały mi w pełni zaufać. Ale z drugiej strony jego starania, jego delikatność w podejściu do mnie sprawiały, że nie potrafiłam go odtrącić.
Westchnęłam, poddając się.
- Dziękuję. - Poczułam, jak ogromna gula formowała mi się w gardle, gdy wymawiałam to słowo.
- Chodź, odwiozę cię - powiedział, ale przedtem przyciągnął mnie jeszcze do siebie, delikatnie przytulając. Zapach jego mocnych perfum uderzył moje nozdrza, w jakiś dziwny sposób mnie kojąc, aż poczułam się nieziemsko senna.
- Śpij spokojnie - powiedział w końcu, gdy zaparkował bezgłośnie pod wejściem do mojej klatki. Jego głos był opanowany, choć z nutą czegoś, co mogłabym nazwać... smutkiem? A może to tylko moje wyobrażenie.
Uśmiechnęłam się delikatnie, starając się rozwiać tę atmosferę napięcia.
- Będę tęsknić - dodał, jakby na ostatnią chwilę decydując się na to wyznanie.
Rozdział XI
Mój telefon milczał od popołudnia, co było dość nietypowe. Zazwyczaj Martin nie czekał tak długo z wiadomościami, a cisza z jego strony była dla mnie niepokojąca, choć nie chciałam tego przyznać. Czułam jednak dziwne napięcie, jakby coś wisiało w powietrzu, gotowe do wybuchu. Zawsze to on pisał pierwszy, więc postanowiłam, że nie będę łamać tej niepisanej zasady. Przecież wiedział, że pojechałam spędzić trochę czasu z koleżankami, więc pewnie też korzystał z okazji, by się zrelaksować.
Zmęczone, dotarłyśmy wreszcie do naszego urokliwego hotelu, położonego tuż przy głównym rynku. Rzuciłam się na łóżko, czując, jak moje ciało wreszcie się rozluźnia po długim dniu pełnym wrażeń. Nogi miałam jak z waty, ale w głowie wciąż kołatały się myśli o Martinie.
W tym momencie usłyszałam dzwonek telefonu. Spojrzałam na zegarek - było już po dwudziestej trzeciej. Zawsze pisał "dzień dobry" i "dobranoc", więc zastanawiałam się, kiedy w końcu się odezwie. Uśmiechnęłam się lekko, myśląc o tym, jak dobrze wiedział, że czekałam na ten kontakt.
- Hej. - Odebrałam telefon z radością, ale w słuchawce przywitała mnie cisza. Na chwilę zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, czy może zasięg jest słaby. - Jesteś tam? - zapytałam, siadając na łóżku.
- Tak - usłyszałam po chwili zimny głos Martina. - Rozumiem, że bawisz się tak dobrze, że nawet nie zamierzasz zawracać sobie głowy, żeby do mnie napisać. - Ton stał się lodowaty. Zmarszczyłam brwi jeszcze bardziej, czując, jak moje serce przyspiesza. Co się stało? Jego głos był wściekły, zupełnie nieoczekiwanie. - Świetnie, myślisz, że będziesz robić sobie ze mnie żarty? Najwyraźniej, baw się dobrze - usłyszałam jeszcze, zanim połączenie się zakończyło.
Patrzyłam na telefon, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. W moim żołądku pojawił się nieprzyjemny ścisk.
- Co się stało? - zapytała Katia, a jej głos wyrwał mnie z zamyślenia. Dziewczyny siedziały razem na jednym z łóżek, wpatrując się we mnie z niepokojem. Hania zaniechała otwierania butelki wina, czekając na moją odpowiedź. Widziałam, jak Kaja próbowała odczytać moje emocje, ale sama nie byłam pewna, co czuję.
- Otwierajcie to wino - powiedziała szybko Kaja, próbując odwrócić uwagę od całego zamieszania.
Otworzyłam powoli WhatsAppa, a moje palce zawisły nad klawiaturą. Przez chwilę nie wiedziałam, co napisać, ale wreszcie zebrałam się w sobie i wklepałam: "O co chodzi?".
Przeszło przez mnie okropne uczucie rozczarowania, jakby cały czar, który towarzyszył temu wyjazdowi, zaczął się rozwiewać. Katia podeszła do mnie i podała mi kieliszek z winem. Pociągnąwszy łyk, odstawiłam go na stolik nocny, nie czując nawet smaku alkoholu.
- Co się stało? - powtórzyła pytanie, patrząc na mnie uważnie.
- Nic - odpowiedziałam krótko, ale w tym momencie na ekranie pojawiła się wiadomość od Martina: "Nie będę Ci przeszkadzać".
Zacisnęłam zęby, czując, jak moja frustracja rośnie. Napisałam kolejną wiadomość, coraz bardziej poirytowana: "Możesz rozmawiać?".
Nie minęły dwie sekundy, gdy usłyszałam dźwięk przychodzącego połączenia. Odebrałam od razu.
- O co chodzi? - zapytałam spokojnym tonem, choć wewnątrz czułam, jak narasta we mnie złość.
- Dobrze wiesz, jak mi na tobie zależy. Czuję się jak idiota. Zabiegam, piszę, a ty jedziesz sobie z koleżankami i przez kilka godzin nawet nie dasz znaku życia! - wybuchł, a jego słowa były jak zimny prysznic.
- Rozmawialiśmy po południu... - wtrąciłam, próbując zachować spokój.
- Przez kilka sekund! Nie chciałem ci przeszkadzać, słyszałem, że jesteś zajęta. Siedzę tu i myślę o tobie cały czas, a ja nawet nie przejdę ci przez myśl! - kontynuował z wyrzutem, jak nakręcony, a ja mimowolnie poczułam się winna.
- Posłuchaj, bardzo miło mi to słyszeć, naprawdę. Jest już późno i myślałam, że poszedłeś spać. Wiesz, że zawsze, gdy napiszesz, odpisuję. Przyjechałam na wakacje z dziewczynami i pierwszy raz od dłuższego czasu mam chwilę odpoczynku. Nie siedzę cały czas w telefonie - powiedziałam stanowczym tonem, starając się go uspokoić.
- Wygląda na to, że tylko ja będę się zawsze starać, a tobie w ogóle nie zależy i nie interesuje cię, co się u mnie dzieje - odpowiedział, a jego głos był pełen frustracji.
Westchnęłam, rozumiejąc, że nie spocznie, dopóki nie usłyszy, że mi też zależy.
- Nie, zdecydowanie to nie tak. Dobrze wiesz, że cię bardzo szanuję i poświęcam ci swój czas, tak jak ty poświęcasz mi swój. Może faktycznie jestem chłodna, ale od naprawdę długiego czasu jestem singielką i może trudno mi się przyzwyczaić, że ktoś jest i czeka.
- Czyli jesteś singielką? - usłyszałam gniew w jego głosie, którego nie był już w stanie powstrzymać.
Zamarłam na chwilę i uśmiechnęłam się bezgłośnie, zaciskając oczy. Słyszałam swoje głębokie westchnięcie.
- Przez bardzo długi czas byłam, to już kilka lat, więc proszę, daj mi chwilę, żeby się oswoić z myślą, że już nie jestem - powiedziałam spokojnie. - Daj mi chwilę - dodałam, czując, jak napięcie po drugiej stronie powoli się rozluźnia.
- Przepraszam cię, zachowuję się jak kompletny idiota, ale nie mogę przestać o tobie myśleć. Nigdy na nikim mi tak nie zależało - wyrzucił z siebie drżącym głosem.
- Hej, w porządku. Nic nie zakładaj, zawsze zapytaj, zanim się pogniewasz czy zestresujesz. Obiecuję, że też będę się odzywać, ok?
- W porządku. Jeszcze raz cię przepraszam... Czyli jesteśmy razem, tak? - Zaśmiał się, szczęśliwy, a ja poczułam, jak ten śmiech rozluźnia moje napięcie.
- Tak - powiedziałam cicho i również się zaśmiałam. Czułam, jak się uśmiecha po drugiej stronie.
- A możesz to powiedzieć na głos? - zapytał.
- Jesteśmy razem - oświadczyłam po chwili, pozwalając sobie na ten moment.
Nastała cisza, przerwana tylko jego westchnieniem ulgi.
- Wracaj do dziewczyn, mam nadzieję, że nie zepsułem ci wieczoru - powiedział przepraszająco.
- Idziemy zaraz spać, właśnie wróciłyśmy z kolacji - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To przeze mnie? - zapytał szybko, z wyrzutem w głosie, jakby obwiniał się o wszystko.
- Nie, jak zadzwoniłeś, byłam już w pokoju. Jesteśmy bardzo zmęczone - zapewniłam go.
- Nawet nie wiesz, jak za tobą tęsknię - wyznał cicho. - Jeszcze raz cię przepraszam. Dobranoc.
- Dobranoc - odpowiedziałam, czując na sobie wzrok wpatrzonych we mnie koleżanek, i rozłączyłam się.
- Uuuuuuuu, Patrycja ma chłopaka! I nic nam nie powiedziała! - krzyknęła Katia, chichocząc i nalewając sobie kolejny kieliszek wina.
Jej śmiech był zaraźliwy, a ja nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu. Czułam się, jakbym właśnie przeskoczyła przez niewidzialną barierę, choć wciąż nie byłam pewna, co mnie czeka po drugiej stronie.
Rozdział XII
Ostatni dzień w Bari minął nam jak mgnienie oka, a każda chwila była pełna nowych odkryć i zachwytów. Spacerując po uliczkach tego urokliwego miasteczka, czułyśmy, jakbyśmy zatapiały się w sercu prawdziwych Włoch. Bari miało w sobie coś magicznego - połączenie historii, elegancji i codziennego życia, które tętniło w każdym zakątku.
Słońce, które od rana ogrzewało kamienne uliczki, nadawało im złocisty blask. Przechadzałyśmy się po malowniczych alejkach, w których co krok natykałyśmy się na małe, luksusowe sklepiki, ukryte w cieniu starych kamienic. Wystawy pełne były eleganckich torebek, delikatnych perfum, jedwabnych apaszek i biżuterii, która lśniła jak drogocenne klejnoty. Każdy sklep miał swoją historię, a właściciele z uśmiechem opowiadali o swoich wyrobach, dodając do tego uroku swoją melodyjną, włoską mowę.
Piazza del Ferrarese, na którym spędziłyśmy sporo czasu, był wypełniony ludźmi. Turyści przechadzali się z aparatami w rękach, starając się uchwycić piękno tego miejsca, podczas gdy tubylcy, siedzący przy kawiarnianych stolikach, popijali swoje espresso i rozmawiali w ożywionych tonach. Brzęk filiżanek i śmiechy odbijały się od kamiennych murów, tworząc ciepłą, przyjazną atmosferę.
Oczywiście nie mogło zabraknąć chwili relaksu przy kieliszku aperola. Usadowione wygodnie na ratanowych krzesłach, obserwowałyśmy życie toczące się wokół nas. Aromat pomarańczy i ziół mieszał się z zapachem świeżo parzonej kawy, a my, z uśmiechami na twarzach, delektowałyśmy się tą chwilą spokoju. Patrzyłyśmy, jak słońce powoli zbliża się ku horyzontowi, barwiąc niebo na złoto-pomarańczowo, co nadawało miastu jeszcze bardziej romantyczny charakter.
Z każdą chwilą czułam, że zbliżam się do momentu powrotu, który miał oznaczać coś więcej niż tylko zakończenie tego krótkiego wypadu. W sercu nosiłam poczucie, że decyzja, którą podjęłam poprzedniego wieczoru, była krokiem ku zupełnie nowemu rozdziałowi. Czułam, że wracam do innego życia, pełnego zmian i nowych wyzwań, które czekały na mnie w domu.
Zbierając się na samolot, czułam lekki niepokój, ale też podekscytowanie. Bari zostawiło we mnie ślad, który miał mi towarzyszyć jeszcze długo po powrocie. Wracałam bogatsza o nowe doświadczenia, pełna przemyśleń, ale wciąż bez pewności, czy jestem gotowa na to, co przyniesie przyszłość.
***
Hania, która mieszkała ze swoim wieloletnim partnerem Robertem w naszej okolicy, zabrała się ze mną i Kają, gdy przyjechał po nas jej chłopak, Leon. Mieszkałyśmy w tej samej okolicy, co zawsze ułatwiało nasze wspólne powroty.
Leon był Maltańczykiem i kimś więcej dla mnie niż tylko partnerem Kai - był dla mnie jak brat, na którego zawsze mogłam liczyć. Człowiekiem niesamowicie życzliwym i pomocnym, zawsze gotowym wyciągnąć rękę, kiedy tego potrzebowałam. Jego kreatywność sprawiała, że nawet najtrudniejsze chwile nabierały barw, a on sam potrafił zamienić każde doświadczenie w lekcję, która dodawała siły.
Zawsze pocieszali mnie razem z Kają po tych koszmarnych randkach, kiedy wracałam rozczarowana i obiecywałam sobie, że już nigdy więcej nie umówię się z nikim. Oboje byli wtedy jak moje duchowe wsparcie.
Jednak jadąc przez spokojne ulice Malty, czułam ciężar na sercu. Wiedziałam, że muszę powiedzieć Leonowi o Martinie, ale słowa wciąż grzęzły mi w gardle. Gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że Kaja zrobi to za mnie, że jakoś poprowadzi rozmowę.
Wieczorne niebo powoli ciemniało, a ulice były spokojne, niemal opustoszałe. Niedzielny wieczór przyniósł ze sobą ciszę, która rozciągała się nad miastem jak aksamitna zasłona, otulając nas delikatnie. Reflektory samochodu przecinały subtelną ciemność, oświetlając wąskie, brukowane drogi i kamienne budynki, które zdawały się szeptać historie minionych wieków. Czułam, jak lekka wilgoć osiada na mojej skórze, przypominając mi o bliskości morza, nawet jeśli nie było go widać.
Droga do Mosty prowadziła nas przez malownicze krajobrazy - z jednej strony widzieliśmy zarysy starych kościołów i klasztorów, z drugiej zaś przemykały pola oliwkowe i winnice, które w świetle latarni nabierały niemal mistycznego wyglądu. Była to podróż spokojna, niemal kontemplacyjna, podczas której każdy zakręt odkrywał przed nami nowe widoki, a cisza była przerywana tylko cichym szumem opon toczących się po asfalcie.
Charakterystyczna kopuła kościoła na Rotunda Square w Moście - jednego z ulubionych miejsc mojej mamy - powoli zaczynała się wyłaniać na horyzoncie, przypominając mi, że jesteśmy blisko celu. To miejsce zawsze miało w sobie coś wyjątkowego; coś, co przyciągało i jednocześnie budziło respekt, a teraz, w tej nocnej ciszy, wydawało się jeszcze bardziej majestatyczne.
***
Miałam wrażenie, że Franio zaraz odleci, kręcąc swoim małym, włochatym ogonkiem z taką prędkością, że niemal unosił się nad podłogą. Gdy weszliśmy do mieszkania, jego radość była nie do opisania - skakał, piszczał i nie przestawał mnie obsypywać czułościami. Oczywiście po kilku szybkich buziakach pobiegł witać się z Leonem, który jak zawsze przyjął go uśmiechem i ciepłym słowem.
Greta najwyraźniej już spała, więc staraliśmy się uciszyć radość Frania. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi, aby dać Grecie szansę na spokojny sen.
Sypialnia wydawała się dziwnie cicha i przytulna po weekendzie pełnym wrażeń. Spojrzałam na leżący na biurku stos notatek, który zdawał się na mnie czekać z niecierpliwością. Westchnęłam, czując, jak ciężar obowiązków powraca wraz z tą zwykłą codziennością.
- Nie tęskniłam za wami - mruknęłam z ironią, patrząc na książki, które przypominały mi, że czas odpoczynku dobiegł końca.
Podeszłam do okna, z którego rozpościerał się widok na majestatyczną dolinę. Mieszkanie znajdowało się w jednej z wyżej położonych części miasta, a most, który prowadził nad Valley, oferował zapierające dech w piersi widoki. Nocne światła miasta migotały w oddali. Miałam wrażenie, że Mosta oddychała razem ze mną, a widok ten, choć tak dobrze znany, zawsze mnie uspokajał. Była w tym jakaś magia - cisza, spokój, delikatny szum wiosennego wiatru, który przenikał przez noc.
Zamknęłam oczy na moment, próbując wyciszyć myśli, ale przypomniałam sobie o Martinie. Wzięłam telefon i szybko napisałam: "Dojechałam do domu, muszę brać się za naukę", wiedząc, że czeka na jakikolwiek znak ode mnie.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: "Dobrze, to już nie będę dziś dzwonił. Tęsknię xxx".
Uśmiechnęłam się lekko, choć w środku czułam mieszane emocje. Franio, który wiernie mi towarzyszył, patrzył na mnie swoimi wielkimi oczami, jakby rozumiał każde moje uczucie. Dałam mu jego ulubiony smakołyk, a sama udałam się pod gorący prysznic, który miał, na to liczyłam, mnie obudzić.
Noc spędziłam przy biurku.
Co jakiś czas unosiłam do ust filiżankę z kawą, czując, jak ciepło napoju rozpływa się we mnie, dodając sił, by przetrwać kolejne godziny. Zatopiona w notatkach, próbowałam skupić się na przygotowaniach do jutrzejszego egzaminu, choć moje myśli co chwila uciekały do widoku za oknem, do tej ciemnej doliny, która zdawała się przyciągać wzrok jak magnes.
Każda minuta się dłużyła, a jednak czas zdawał się jednocześnie pędzić - noc powoli ustępowała miejsca świtowi, a ja wciąż pochylałam się nad książkami, próbując wchłonąć jak najwięcej wiedzy. Ciemność na zewnątrz była jak moje własne emocje - głębokie, nieuchwytne, pełne czekającego w nich spokoju i ukrytej energii.
Rozdział XIII
- Halo? - Odebrałam telefon, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Wierzchem ręki otarłam ślinę z kącika ust, próbując przywrócić się do rzeczywistości. Za oknem poranek już na dobre zagościł, jasne światło wlewało się do pokoju, rozpraszając resztki snu, które jeszcze mnie otaczały. Zegar tykał gdzieś w tle, a w mojej głowie nagle zabrakło przestrzeni na cokolwiek innego poza rosnącym poczuciem paniki. Poczułam, jak moje serce zaczyna bić szybciej, zbierając w sobie całą moc, jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej klatki piersiowej.
- Dzień dobry, księżniczko - usłyszałam głos Martina, ciepły, ale brzmiący jak echo z innego świata, świata, do którego teraz nie miałam dostępu.
"Księżniczko?", pomyślałam, marszcząc brwi w lekkim grymasie. To słowo wywołało we mnie zdziwienie, ale zanim zdążyłam bardziej się nad tym zastanowić, uderzyła mnie rzeczywistość.
- Dzięki Bogu, że zadzwoniłeś! - pisnęłam, nagle zdając sobie sprawę z upływającego czasu. - Już prawie siódma, muszę lecieć, mam zaraz egzamin!
Słowa wyskakiwały z moich ust, jakby miały własne życie, napędzane rosnącą falą stresu, która mnie zalewała - wskazówki zbliżały się nieubłaganie do siódmej, a ja wciąż byłam w piżamie, z nieogarniętymi włosami, w stanie, który odbiegał od spokoju, którego teraz potrzebowałam.
- Na pewno poradzisz sobie świetnie, jak zawsze, nie stresuj się - powiedział Martin kojącym tonem, który niestety nie miał mocy wpłynięcia na mnie. Jego słowa, choć ciepłe, zdawały się przelatywać obok mnie, nie zostawiając po sobie żadnego śladu.
- Dziękuję ci, muszę lecieć, miłego dnia - powiedziałam szybko, próbując nadać swojemu głosowi spokojny ton, choć w środku czułam, jak rośnie we mnie panika. Szybko zakończyłam rozmowę, odkładając telefon na bok, i zaczęłam w pośpiechu zbierać notatki, starając się uporządkować myśli na tyle, by powtórzyć cokolwiek po drodze na uczelnię.
Wzięłam ekspresowy prysznic, czując, jak gorąca woda zmywa ze mnie resztki snu i zmęczenia, ale nie potrafiłam w pełni się zrelaksować. Ciemne włosy sięgające pasa zaplotłam w dobieranego warkocza, który w takich momentach zawsze wydawał się najwygodniejszym rozwiązaniem. Spojrzałam w lustro, próbując zebrać się w sobie, ale odbicie, które na mnie patrzyło, było pełne napięcia.