Pod kontrolą - Monika Czugała

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (36,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Epilog

Prolog

Wspięłam się na palce i zarzuciłam chłopakowi ramiona na szyję. Mati spojrzał na mnie z góry, uśmiechnęłam się czule, a następnie cmoknęłam go w usta. Jego dłonie od razu zawędrowały na moje biodra, lecz to nie był odpowiedni moment. Wyszliśmy właśnie ze szkoły, czekał na mnie samochód z kierowcą w środku i musiałam wracać do domu. Mateusz zresztą też. Nasz problem polegał na tym, że nie potrafiliśmy się rozstać.

Kiedy dłonie Matiego zsunęły się na moje pośladki, po czym ścisnęły je lekko, przerwałam pocałunek i odsunęłam od niego. Pacnęłam go w ramię, posyłając mu przy tym rozbawione spojrzenie.

- Nie tutaj - syknęłam, mając świadomość tego, że kierowca bacznie nas obserwował.

- Wiesz, że nie mogę ci się oprzeć - wymruczał.

Zachichotałam, jednocześnie wyswobadzając się z jego objęć. Moja przyjaciółka, Luśka, obściskiwała się właśnie ze swoim chłopakiem, zupełnie nie zważając na otaczających ich ludzi. W tym mnie. Wykrzywiłam usta z obrzydzeniem i odwróciłam wzrok.

- Do jutra! - rzuciłam, oddalając się w stronę czekającego na mnie auta.

Jak tylko wsiadałam do czarnego range rovera, kierowca odpalił silnik; będąc już na fotelu, wygładziłam spódnicę w kratę będącą częścią szkolnego mundurka.

- Jak minął dzień? - zagadnął mężczyzna, wyjeżdżając z parkingu.

Wyjrzałam przez okno i westchnęłam cicho.

- Strasznie dużo wkuwania - burknęłam.

W odpowiedzi zaśmiał się cicho. Lubiłam go. Miał na imię Piotr i odkąd pamiętałam, woził najpierw mnie i moją mamę, a ostatnio już tylko mnie, dokąd dusza zapragnie. Wysoki i krępy, podejrzewałam nawet, że nosił przy sobie broń.

Moja rodzina była obrzydliwie bogata. Ojciec prowadził kilka hoteli, tylko tyle wiedziałam. Zresztą nie, żebym się kiedyś specjalnie tym interesowała. Dla mnie najważniejszym było to, że niczego mi nie brakowało. Dlatego też wyciągnęłam swój najnowszy iPhone z markowej torebki i zaczęłam przeglądać Instagram, dzięki czemu droga minęła mi szybciej.

Kątem oka widziałam, że zbliżaliśmy się do posiadłości. Podniosłam wzrok znad ekranu i popatrzyłam na rodzinny dom. Ojciec pobudował się w małej wsi Michałowice, gdzie mieszkało zaledwie kilkaset osób. A właściwie postawił pałac. W porównaniu z innymi domami nasz był wielki, otoczony nowoczesnym, wysokim murem z ogromnym podwórkiem. Kiedy byłam mała, niczego mi nie brakowało. Miałam własny plac zabaw i świetną nianię. Kwadratowa bryła wznosiła się ponad ogrodzenie, ukazując potęgę budynku.

Brama się rozsunęła i mogliśmy wjechać na podwórko. Wrzuciłam komórkę do torebki i przygotowałam się do tego, żeby wysiąść.

Piotr zatrzymał się możliwie najbliżej drzwi wejściowych. Wyślizgnęłam się z auta i machnęłam mu ręką na pożegnanie. Mężczyzna odjechał, by zostawić samochód w wyznaczonym miejscu. Wspięłam się po kilku schodkach i otworzyłam kluczem drzwi. Weszłam do środka, pozwalając, by te zamknęły się za mną cicho.

- Mamo, tato! Wróciłam! - zawołałam, ściągając buty.

Kiedy odpowiedziała mi cisza, zmarszczyłam brwi. Ojca mogło nie być, on ciągle pracował lub rozmawiał przez telefon. Ale matka? Ta nie miała nic do roboty. Siedziała całe dnie w domu i ładnie wyglądała. Nie sprzątała, nie gotowała, spotykała się ze swoimi równie bogatymi koleżankami i pierdoliły głupoty.

Dlatego też rzuciłam torebkę w kąt i przeszłam przez ogromny hol. Dzięki marmurowym, podgrzewanym podłogom mogłam chodzić bez butów. Przechodząc obok lustra w złotej ramie, zerknęłam na swoje odbicie. Moje blond włosy nieznacznie mi oklapły, poprawiłam je więc dłońmi. Nachyliłam się bliżej, by sprawdzić, czy makijaż się nie rozmazał, ale ten na szczęście okazał się w idealnym stanie.

Wznowiłam wędrówkę, aż dotarłam do salonu. Ogromna sofa narożna stała pośrodku, a przy niej leżał puchowy dywan. Marmurowy stolik, który ważył tyle, co sama sofa, był pięknie przyozdobiony żywymi kwiatami. Siedemdziesięciopięciocalowy telewizor wisiał na ścianie, pokrywając jej większą część.

Usłyszałam ruch w kuchni, odwróciłam się więc w tamtą stronę, ale zobaczyłam jedynie naszą gosposię, panią Zosię. Kobieta w wieku zbliżonym do mojej matki posłała mi przyjazny uśmiech. Skinęłam jej głową.

- Rodziców nie ma? - rzuciłam mimochodem, w głowie już planując, co mogłabym zrobić z wolną chatą.

Na przykład zaprosić Matiego, a wtedy mielibyśmy czas i swobodę, aby... Na samą myśl poczułam silny skurcz w podbrzuszu.

- Są w ogrodzie - odparła, zabijając tym mój dobry nastrój.

Skrzywiłam się. Zupełnie nie o to mi chodziło. Odwróciłam się przodem do przeszklonych drzwi prowadzących na taras, a następnie do ogrodu, i dopiero wtedy zobaczyłam sylwetki starych na werandzie. Ojciec trzymał dłonie na ramionach matki i wyglądał, jakby chciał ją pocałować. Powstrzymałam odruch wymiotny, jeszcze tylko tego brakowało, żeby zmajstrowali mi braciszka.

Fuj!

Musieli mnie zobaczyć, bo matka cofnęła się o krok, a ojciec odchrząknął jakby speszony. Próbowałam się nie roześmiać, choć daremnie. Zachichotałam cicho, szybko zasłaniając usta dłonią. Kiedy weszli do domu, matka uciekała przede mną wzrokiem, co wydało mi się dziwne. Wyglądała również na zmartwioną.

Chyba nie zamierzają się rozwieźć, co?

- Wszystko okej? - spytałam, patrząc na tatę.

Wysoki, ciemny, zawsze elegancki mężczyzna z jednodniowym zarostem lekko się uśmiechnął.

- Pewnie, że tak, Izka - odparł, pochodząc do mnie. - Jak w szkole?

- Dobrze - mruknęłam, gdy położył mi dłoń na ramieniu.

- Siadajmy do stołu - powiedziała matka, mijając nas i idąc prosto do kuchni.

Spojrzałam pytająco na ojca, który jedynie machnął lekceważąco ręką.

- Ma zły dzień, nie zawracaj sobie tym głowy.

Odszedł, zostawiając mnie samą.

Wzruszyłam niedbale ramionami, od razu wyrzucając całą tę sytuację z głowy. Miałam tak potwornie dużo nauki, że humory matki nie powinny były zaprzątać mi potrzebnego miejsca na dysku.

Wchodząc do jadalni, zastałam rodziców siedzących przy stole. Zajęłam ostatnie wolne krzesło i z zaciekawieniem rozejrzałam się po ustawionych talerzach. Nakładając sobie makaron z czymś, zerknęłam ukradkiem na matkę. Szczupła kobieta o idealnie uczesanych blond włosach włożyła niewielki kęs do ust. Zawsze miała starannie wykonany makijaż i nigdy nie chodziła w dresach.

Chciała być damą do tego stopnia, że naprawdę się w nią zamieniła. Ja jednak wiedziałam o niej wszystko. To, że gdyby nie ojciec, w życiu nie byłoby jej stać na markowe ubrania, które miała na sobie. Urodziła się i wychowała w biedzie.

Podniosła wzrok znad talerza i przeszyła mnie niebieskim spojrzeniem. Poruszyłam się nieznacznie na krześle, doskonale wiedząc, co to znaczy. Jej krytyczne oko wyłapywało wszystko.

- Masz dziś fatalne włosy - skwitowała.

Skrzywiłam się.

- Rano nie miałam zbytnio czasu - burknęłam.

- Zostaw ją, Magda - wtrącił się ojciec.

Posłałam mu pełne wdzięczności spojrzenie. Mężczyzna poruszył szczęką.

- Wygląda ładnie.

Matka prychnęła pod nosem. W odpowiedzi zacisnęłam mocniej palce na widelcu. Bardzo chciałabym odpowiedzieć jej czymś podobnym i wytknąć niedociągnięcie, nawet to najmniejsze, ale ta przeklęta kobieta była tak cholernie idealna, że nie mogłam niczego znaleźć!

Zupełnie straciłam apetyt. Zamiast jeść, zaczęłam dzióbać widelcem makaron, co nie umknęło uwadze ojca.

- Czy mogę odejść od stołu? - wydusiłam z trudem.

Miałam dość tych pieprzonych zasad. Byłam siedemnastoletnią dziewczyną, zaledwie rok dzielił mnie od pełnoletności, a potrzebowałam zgody starych, żeby wstać od stołu.

- Prawie nic nie zjadłaś - powiedziała matka, patrząc karcąco w kierunku mojego talerza.

- Mówiłem, żebyś się uspokoiła - warknął ojciec.

Rozdziawiłam usta, pewna, że ta uwaga była do mnie, gdy tymczasem matka walnęła dłonią w stół. Spojrzałam na nią zszokowana.

- Nie potrafię! - wykrzyczała.

- Mamo! - zawołałam, czując, jak serce zaczyna mi walić w piersi.

Odkąd pamiętałam, między starymi nigdy nie było żadnej awantury. Ich podniesione głosy wprowadziły mnie w szok. Zerwałam się na równe nogi, gotowa wykrzyczeć im w twarz, że są nienormalni, kiedy ogromny huk sprawił, że zadzwoniło mi w uszach.

Wszystko wydarzyło się jak na filmie, tyle że w zwolnionym tempie. Odwróciłam się w stronę drzwi wejściowych, które właśnie znalazły się na podłodze. Nie zdążyłam zareagować. Mój mózg z ledwością rejestrował wydarzenia.

Komandosi wpadli do naszego domu, jakbyśmy byli przestępcami. Zaczęłam krzyczeć, widząc wycelowany w siebie karabin. Zaledwie kilka sekund później dołączyła do mnie matka. Dwóch policjantów znalazło się przy mnie szybciej, niż zdążyłam mrugnąć. Byłam jak sparaliżowana. Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha.

Wygięli mi ręce do tyłu z taką siłą, że z moich płuc wyrwał się głośny szloch. Jednym ruchem powalili mnie na podłogę, matka leżała kilka metrów obok. Czułam, jak po moich policzkach spływają łzy. Spojrzałam w twarz rodzicielki i moje serce przeszył lód. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak przerażonej.

Zrozumiałam, że było naprawdę źle.

- Grzegorz Michalski? Jest pan aresztowany pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Ciąży na panu również akt oskarżenia w sprawie nielegalnych działań na szkodę gospodarki państwowej - recytował głosem pozbawionym emocji. - Ma pan prawo zachować milczenie. Każde słowo może zostać użyte przeciwko panu.

Mężczyzna, zapewne prokurator, ubrany w elegancki garnitur patrzył na ojca z wyższością. Spojrzałam na tatę, który rozpaczliwie próbował wyrwać się trzymającym go policjantom. Okulary przekrzywiły mu się na nosie, a ja poczułam, jak znika moje poczucie bezpieczeństwa. Bańka mydlana, w której żyłam do tej pory, prysła boleśnie przebita przez ludzi, w których próżno było szukać jakichkolwiek oznak człowieczeństwa.

- Mamo, tato! - Próbowałam się wyswobodzić, ale policjant jedynie mocniej docisnął mnie do podłogi. - Co się dzieje?!

- Obiecywałeś, skurwysynu! - krzyczała mama, szarpiąc się przy tym wściekle. - Obiecywałeś, że nic się nie stanie!

- Zamknij ryj, Magda! - ryknął na nią ojciec.

Dwóch mężczyzn postawiło nas na nogi. Ich palce zaciskały się na moich chudych ramionach z ogromną siłą, zostawiając na nich obrzydliwe siniaki. Oczami wypełnionymi łzami patrzyłam, jak komandosi wyprowadzają ojca w kajdankach.

To nie dzieje się naprawdę.

- Co wy robicie?! - krzyczałam. - On jest właścicielem hoteli! To nie żaden przestępca! Pomyliliście się!

- Twój ojciec jest mafiosem. - Facet w garniturze zatrzymał się przede mną. Jego gładko ogolona twarz pozbawiona była jakiejkolwiek emocji. - Jest winny wielu przestępstw, między innymi łapówkarstwa czy prania brudnych pieniędzy.

Nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo. Był biznesmenem, któremu zazdroszczono wielkiej fortuny.

- Mylisz się. - Splunęłam przed siebie.

Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech. Spojrzał na swoje oplute buty, po czym zrobił krok w moją stronę. Uniosłam wysoko głowę, aby móc rzucić mu wyzywające spojrzenie.

- Charakterek po tatusiu - skwitował.

Zerknęłam ponad jego ramieniem i popatrzyłam na ojca, którego obraz mignął mi w drzwiach. Nie zdążyłam się pożegnać.

To pomyłka.

Wyjdzie z tego.

Tamtego dnia widziałam go po raz ostatni.