Pod kloszem - Meg Wolitzer

-
Proszę czekać

 

Prolog

Jestem tutaj z powodu chłopaka.

Nazywał się Reeve Maxfield i bardzo go kochałam. Kiedy umarł, nikt nie wiedział, co ze mną począć. W końcu, prawie po roku, zdecydowano, że najlepiej będzie przysłać mnie tutaj. Gdybyście zapytali personel lub nauczycieli, powiedzą, że jestem tu z powodu "utrzymujących się skutków urazu psychicznego". Takich słów użyli moi rodzice, wypełniając wniosek o przyjęcie mnie do ośrodka Wooden Barn, który opisano w katalogu jako szkołę z internatem dla "nadwrażliwych, bardzo inteligentnych" nastolatków.

W rubryce "Powód złożenia wniosku o przyjęcie do Wooden Barn" rodzice nie mogli napisać "z powodu chłopaka".

Ale taka jest prawda.

Kiedy byłam mała, kochałam mamę, tatę i mojego brata Leo, który chodził za mną wszędzie i mówił: "Jammy, poczekaj". Podrosłam i w drugiej klasie gimnazjum zakochałam się w nauczycielu matematyki, panu Mancardim, mimo że moje zdolności matematyczne były zdecydowanie poniżej normy.

- O, proszę, Jam Gallahue. Witamy - mawiał pan Mancardi, kiedy wpadałam na pierwszą lekcję spóźniona, niemal prosto spod prysznica, z mokrymi włosami, których końcówki czasem zamarzały w zimie jak gałązki. - Cieszy mnie, że zechciałaś do nas dołączyć. - Nie mówił tego złoś­liwie. Myślę, że naprawdę się cieszył.

Zakochałam się w Reevie tak bardzo, jak nigdy przedtem w całym moim piętnastoletnim życiu. Kiedy go poznałam, wszystkie moje wcześniejsze uniesienia nagle wydały mi się przeciętne i drętwe. Zdałam sobie sprawę, że są różne poziomy miłości, podobnie jak poziomy matematyki. Na końcu szkolnego korytarza, w sali do Matematyki Zaawansowanej, siedziała grupka geniuszy, dzieląc się najnowszymi plotkami na temat równoległoboków. Tymczasem na Matematyce dla Tępaków u pana Mancardiego wszyscy byliśmy zdezorientowani, pogrążeni w matematycznej mgle, i z półotwartymi ustami gapiliśmy się na - o, ironio - interaktywną tablicę.

Zupełnie nieświadomie przebywałam w miłosnej mgle, a potem nagle zrozumiałam, że istnieje coś takiego jak Miłość Zaawansowana.

Reeve Maxfield był jednym z trzech uczniów drugiej klasy, którzy przyjechali na wymianę. Postanowił odpocząć od swojego życia w Anglii, w Londynie - jednym z najbardziej ekscytujących miast na świecie - i spędzić semestr na przedmieściach Crampton w New Jersey, gdzie zamieszkał z nudnym, wesołkowatym osiłkiem Mattem Kesmanem i jego rodziną.

Reeve był inny niż chłopcy, których znałam - wszyscy Alexowie, Joshowie i Mattowie. Nie tylko ze względu na imię. Wyglądał zupełnie inaczej: smukły i przygarbiony, ubrany w modne, obcisłe czarne dżinsy, zsuwające się ze szczupłych kości biodrowych. Przypominał mi muzyka jednego z brytyjskich zespołów punkowych z lat osiemdziesiątych, które mój ojciec wciąż uwielbia. Trzyma ich płyty w specjalnych plastikowych okładkach, ponieważ jest przekonany, że jeszcze będą dużo warte. Kiedyś znalazłam na eBayu jeden z ulubionych albumów taty i okazało się, że ktoś licytował go za szesnaście centów. Z jakiegoś powodu chciało mi się płakać.

Okładki albumów mojego ojca zwykle przedstawiają grupkę ironicznie spoglądających chłopaków, którzy stoją na rogu ulicy i wygłupiają się. Reeve bardzo ich przypominał. Jego ciemnobrązowe włosy wiły się wokół bardzo bladej twarzy. Mówił, że w Anglii nie ma słońca.

- Naprawdę? W ogóle? Zupełna ciemność? - zaśmiałam się, kiedy upierał się, że to prawda.

- Właściwie tak - odparł. - Cały kraj jest jak wielki, zawilgotniały dom, w którym nie ma prądu. I wszyscy mają niedobór witaminy D. Nawet królowa. - Wszystko to mówił z poważną miną i charakterystyczną chrypką. Nie mam pojęcia, co ludzie myśleli o nim w Londynie, gdzie brytyjski akcent jest czymś zwyczajnym, ale dla mnie głos Reeve'a brzmiał jak rozpalona zapałka, która zbliża się do kawałka delikatnego papieru i wybucha cichym płomieniem. Chciałam go słuchać w nieskończoność.

Nie mogłam oderwać od niego wzroku: blada cera, brązowe oczy, rozwiane włosy. Przypominał mi długą probówkę, na której szczycie zawsze coś bulgocze, ponieważ w środku zachodzi jakiś ciekawy proces.

Porównałam Reeve'a Maxfielda do matematyki i chemii, ale jedynym przedmiotem, który naprawdę miał dla mnie znaczenie, był język angielski. Nie zajęcia w szkole Crampton Regional, tylko lekcje, na które uczęszczałam dużo później - w ośrodku Wooden Barn w Vermoncie, kiedy Reeve'a już nie było, a ja nie potrafiłam dalej żyć.

Z niezrozumiałego dla mnie powodu znalazłam się w gronie pięciu uczniów zapisanych na zajęcia zatytułowane "Specjalne zagadnienia z literatury angielskiej". Nigdy z nikim nie rozmawialiśmy o tym, co działo się na tych lekcjach. Oczywiście, wszyscy cały czas o tym myśleliśmy, i przypuszczam, że będziemy o tym myśleć do końca życia. Wciąż niezwykle zdumiewa i dręczy mnie fakt, że gdybym nie straciła Reeve'a, gdyby nie wysłano mnie do tej szkoły z internatem i gdybym nie należała do grupy pięciorga uczęszczających na specjalne zagadnienia z literatury angielskiej "nadwrażliwych, bardzo inteligentnych" nastolatków, których życie z różnych przyczyn legło w gruzach, nigdy nie dowiedziałabym się o Belzharze.

 

Rozdział 1

- Jezu, Jam, wstawaj już! - niecierpliwi się moja współlokatorka, DJ Kawabata, emo-dziewczyna z Coral Gables na Florydzie, mająca - jak to ogólnikowo nazywa - "problemy z jedzeniem".

Stoi nad moim łóżkiem, a jej czarne włosy zwisają tuż nad moją twarzą. Dzięki DJ nasz pokój jest jak wyspa skarbów z ukrytymi przekąskami: lukrecja, batoniki musli, opakowania rodzynek, a nawet butelka keczupu dziwnej marki - chyba Hind (producenci pewnie wierzą, że ludzie kupią go przez pomyłkę). Wszystko jest strategicznie umiejscowione i czeka na "sytuacje kryzysowe".

Mieszkam w ośrodku Wooden Barn dopiero drugi dzień i nie zaobserwowałam jeszcze takiej sytuacji, ale moja współlokatorka zapewnia, że nadejdą.

- Zdarzają się co jakiś czas - oświadczyła, wstępnie przygotowując mnie na uroki dzielenia z nią pokoju. - Zobaczysz syf, jakiego nie widziałaś nigdy wcześniej. Ale nie bój się, nie dosłownie. Nie jestem całkowicie stuknięta.

Bycie "całkowicie stukniętą" nie gwarantuje wstępu do ośrodka Wooden Barn. To nie jest szpital i bardzo sprzeciwiają się tu podawaniu leków psychiatrycznych. Zamiast tego podkreślają, że szkolne doświadczenia mają zbliżyć ludzi do siebie i pomóc im w leczeniu.

Nie wierzę w to. Nie ma tu nawet dostępu do Internetu, co jest po prostu okrutne. Konfiskują też telefony. Są dwa przestarzałe automaty telefoniczne - po jednym w budynku dziewczyn i chłopców. Nie ma Wi-Fi, więc na laptopach można pisać wypracowania, ale nie da się niczego wyszukać w sieci. Można słuchać muzyki, ale masz pecha, jeśli chcesz ściągnąć nowe kawałki z Internetu. Jesteśmy odcięci od świata i nie ma to żadnego sensu, bo i tak wszyscy w tej szkole są już w jakiś sposób wyizolowani.

Mimo że nikt nie mówi tego wprost, ośrodek Wooden Barn jest czymś pomiędzy domem, szpitalem i zwykłą szkołą. Jest jak wielki liść lilii wodnej, na którym możesz się na chwilę zatrzymać, zanim zdobędziesz się na żabi skok z powrotem do normalnego życia.

DJ mówiła, że wcześniej przebywała w specjalnym szpitalu dla osób z zaburzeniami odżywiania. Leczyły się tam wyłącznie dziewczyny, a pielęgniarki, ubrane w pediatryczne fartuchy ze słodkimi pieskami lub misiami panda, ciągle je ważyły. Czasem karmiono je za pomocą sondy pokarmowej, jeśli za bardzo schudły.

- Raz mi się to zdarzyło - powiedziała DJ. - Jedna z pielęgniarek trzymała mnie, opierając cycki na mojej twarzy, i kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam jedynie ocean malutkich golden retrieverów.

DJ mieszka w Wooden Barn już dwa lata. Tego ranka, pierwszego dnia zajęć, stoi nade mną, a jej włosy opadają na moją twarz jak zasłona. Chcę, by dała mi święty spokój, jednak nie odpuszcza.

- Jam, przegapiłaś śniadanie - oznajmia rodzicielskim tonem. - Czas iść na lekcje. Co masz najpierw?

- Nie mam pojęcia.

- Nie sprawdzałaś planu?

- Nie.

Przyjechałam dzień wcześniej z rodzicami i Leo. Podróż trwała sześć godzin. Moja mama płakała przez całą drogę, udając, że to alergia, a tato z dziwnym przejęciem słuchał radia.

- Dzisiaj - powiedział kobiecy głos w radiu - poświęcimy całą audycję głosom osób prześladowanych przez talibów.

Tato zrobił głośniej i w zamyśleniu kiwał głową, jakby to była najbardziej fascynująca audycja na świecie, a mama zamknęła oczy i płakała. Nie z powodu osób prześladowanych przez talibów, ale przeze mnie.

Mój brat Leo był po prostu sobą. Siedział obok mnie i wciskał przyciski na małym upapranym ekranie konsoli.

- Hej - rzucił, kiedy przeszedł na kolejny poziom w swojej grze i zorientował się, że na niego patrzę.

- Hej.

- Bez ciebie w domu będzie do bani.

- Lepiej się przyzwyczaj - oświadczyłam. - Nasze wspólne dzieciństwo w zasadzie się skończyło.

- Nie mów tak.

- To prawda. Potem w końcu jedno z nas umrze. Drugie będzie musiało iść na pogrzeb i wygłosić mowę - ciągnęłam.

- Przestań, Jam - zaprotestował Leo.

Od razu pożałowałam tego, co powiedziałam, w dodatku nie wiedziałam nawet, dlaczego to zrobiłam. Byłam wciąż w złym nastroju, a Leo nie zasłużył na takie traktowanie. Miał tylko dwanaście lat, zresztą nikt nie dawał mu nawet tyle. Niektóre dzieciaki w jego klasie wyglądały, jakby mogły już mieć dzieci. Leo zaś przypomniał dziecko, które mogliby mieć. Czasem ktoś podstawił mu nogę na korytarzu, ale w zasadzie mu to nie przeszkadzało, bo znalazł sposób, żeby się nie przejmować. Odkąd skończył dziesięć lat, miał obsesję na punkcie gry ARG zatytułowanej "Nocni wędrowcy", pełnej czarodziejskich kostek, uczniów magii i postaci nazywanych driftlordami.

Do dziś nie wiem, co to jest driftlord. Wtedy nie rozumiałam nawet, na czym polega rzeczywistość alternatywna, ale teraz oczywiście już wiem. Rozumiem też coś, co mój brat wiedział już od dawna: czasem alternatywny świat jest dużo lepszy niż ten rzeczywisty.

- Nie chciałam być niemiła - odezwałam się do Leo. - Tak wyszło - dodałam.

- Rodzice powiedzieli, że jeśli będziesz się tak zachowywać. Mam nie zwracać na to uwagi, bo...

- Bo co? - W moim głosie było wyczuwalne napięcie.

- Bo dużo przeszłaś - dokończył niepewnie.

Prawie o tym nie rozmawialiśmy. Był taki mały. Nie mógł rozumieć, co przeszłam i co czułam.

Rozmowa zmierzała donikąd, więc każde z nas zapatrzyło się w swoje okno. W końcu Leo zamknął oczy i zasnął z otwartą buzią. W samochodzie unosił się zapach farmerskich chipsów, które wcześniej jadł. Poczułam żal, gdy sobie uświadomiłam, że mój brat właściwie zostanie jedynakiem. Nie będzie miał normalnej starszej siostry, tylko siostrę tak zdruzgotaną, że musiała przenieść się do specjalnej szkoły w innym stanie, odległym o sześć godzin jazdy.

Rozstanie w Wooden Barn przebiegało w dużym napięciu. Mama próbowała urządzić mi pokój, podczas gdy DJ leżała na swoim łóżku i obserwowała nas z wyraźnym rozbawieniem.

- Pamiętaj, żeby codziennie dać poduszce parę kuksańców. Wtedy wypełnienie będzie równomierne - poradziła mama, kiedy układałam swoje rzeczy w szufladach.

Wyjęłam z walizki słoik konfitury truskawkowej, którą dał mi Reeve, kiedy pierwszy raz się pocałowaliśmy, i przez chwilę trzymałam chłodny szklany pojemnik w ręce. Wiedziałam, że nigdy go nie otworzę. Był prawie jak urna z prochami Reeve'a. Słoik był dla mnie świętością, zamknięcie już zawsze miało pozostać nienaruszone. Umieściłam go w górnej szufladzie komody i starannie przykryłam plątaniną bielizny, biustonoszy i koszuli nocnej z ptaszkiem Tweetym.

- Po prostu w nią uderzaj, Jam. Dobrze? - kontynuowała mama. - Uderzaj w nią jak w zbója, który chciałby cię zaatakować na ulicy.

- Mamo... - mruknęłam.

DJ wciąż nam się przyglądała i nie próbowała tego ukryć. Strasznie mnie denerwowała i nie mogłam uwierzyć, że będę musiała z nią mieszkać.

- Po prostu walnij w nią na dole i po bokach - mówiła dalej mama, pokazując, w jaki sposób mam atakować wielką poduszkę z oparciami (nazywaną "kumplem do nauki"), którą uparła się mi kupić w sklepie z przecenami jeszcze w Crampton.

Kasjerka uśmiechnęła się, kiedy udało nam się umieścić ją na taśmie.

- Czyżby ktoś wybierał się do Fenster Academy?

Fenster Academy to snobistyczna szkoła z internatem niedaleko naszego domu, w New Jersey. Każda dziewczyna ma tam swojego konia, wszyscy noszą błękitne mundurki i śpiewają ckliwe piosenki z częstochowskimi rymami typu "Och, Fenster, droga Fenster, zawsze będziemy pamiętać ten semestr...". Mama i ja z zakłopotaniem potrząsnęłyśmy przecząco głowami.

Poducha była ogromna, pomarańczowa i uszyta ze sztruksu. W sklepie wydawała mi się okropna. Nie zmieniłam zdania, kiedy ułożyłam ją na łóżku w Wooden Barn. Nawet ta nazwa, "kumpel do nauki", była straszna. Wszyscy wiedzieli, że nie byłam w stanie się uczyć.

Najwyraźniej jednak nadszedł czas, żeby "na poważnie zabrać się do pracy" i "ruszyć z programem", jak zwykło się mówić. Ponieważ jednak nie potrafiłam się zmobilizować, musiałam przenieść się do Wooden Barn, gdzie rzekomo miało mi pomóc vermonckie powietrze, syrop klonowy, brak leków psychiatrycznych i Internetu. Tylko że mnie nie da się uleczyć.

Nie cierpię nazwy "kumpel do nauki" także dlatego, że nie mam już "kumpli" ani "kumpelek". Zanim poznałam Reeve'a i zaczęłam spędzać z nim cały czas, moimi najbliższymi przyjaciółkami w Crampton były dwie ciche, miłe dziewczyny z długimi prostymi włosami - takie jak ja. Bardzo dobrze się uczyłyśmy, ale nie byłyśmy kujonkami. Zdarzało nam się palić trawkę, ale nie nałogowo. Uważano nas za ładne, miłe i trochę nieśmiałe.

Prawdę mówiąc, nie sądzę, by ktoś zwracał na nas uwagę. Byłyśmy dziewczynkami, które w dzieciństwie zaplatały sobie nawzajem warkocze, ćwiczyły razem kroki taneczne i nocowały u siebie w każdy weekend. W czasie takich nocy rozmawiałyśmy szczerze o wielu rzeczach, w tym oczywiście także o "związkach", mimo że wśród nas tylko Hannah Petroski miała stałego chłopaka, Ryana Browna. Chodzili ze sobą na serio i prawie uprawiali seks.

- Jesteśmy o krok od tego, by to zrobić - wyjawiła w któryś weekend Hannah. I mimo że nie rozumiałam dokładnie, o czym mówi, przytaknęłam i udawałam, że wiem, o co chodzi. Hannah i Ryan zakochali się w sobie w przedszkolu, w grupie pani Delahunt. Pierwszy raz pocałowali się na kawałku dywanu w kąciku do leżakowania.

Po tym jak straciłam Reeve'a, koleżanki i koledzy początkowo często mnie odwiedzali i regularnie przychodzili do domu. Słyszałam z mojego pokoju, jak rozmawiali z moimi rodzicami.

- Dzień dobry, pani Gallahue - słyszałam czyjś głos. - Czy Jam czuje się lepiej? Nie? Zupełnie nie? Cóż, nie wiem, co powiedzieć. Upiekłam dla niej ciasteczka cynamonowe...

Kiedy pukali do drzwi mojego pokoju, nieszczególnie miałam ochotę rozmawiać.

- Chciałabym, żebyś wreszcie doszła do siebie - powiedziała kiedyś Hannah, siadając na brzegu mojego łóżka. - Nawet nie znaliście się tak długo. Ile? Miesiąc?

- Czterdzieści jeden dni - poprawiłam ją.

- Wiem, że jest ci ciężko - przyznała. - To znaczy... Ryan jest całym moim życiem i nie chodzi o to, że tego nie doceniam. Ale wiesz... - dodała cichszym głosem.

- Ale co wiem, Hannah?

- Nie wiem - mruknęła. - Muszę już iść, Jam - zakończyła ponuro.

Gdyby Reeve tu był, powiedziałabym do niego:

- Nie denerwuje cię, kiedy ludzie mówią "Ale wiesz, trzy kropki" i zawieszają głos, jakby już skończyli zdanie? "Ale wiesz" przecież nic nie znaczy. Tylko tyle, że nie potrafisz wyrazić tego, co czujesz.

- Nie znoszę tego - rzuciłby Reeve. - W ludziach, którzy mówią "Ale wiesz...", siedzi szatan.

Patrzyliśmy na świat w ten sam sposób. Po tym, jak go straciłam, nie wychodziłam z mojego pokoju i leżałam półprzytomna w łóżku. Raz, przez pięć dni z rzędu, miałam na sobie nocną koszulę z ptaszkiem Tweetym. Koleżanki i koledzy przestali przychodzić. Skończyły się wizyty i cynamonowe ciasteczka. Rodzice próbowali wysłać mnie z powrotem do szkoły, ale wszyscy się na mnie gapili, bo wiedzieli, jak bardzo kochałam Reeve'a. Siedziałam w klasie z zamkniętymi oczami, nie słysząc właściwie nic.

- Halo - mówił nauczyciel. - Jam? Halo?

Czasem w środku dnia siedziałam oświetlona blaskiem czerwonego światła znaku "Wyjście" pod salą gimnastyczną albo na pufie w kącie biblioteki. Nagle przypominało mi się, że to miejsca, gdzie siadywałam z Reeve'em, i wpadałam w absolutną panikę. Brakowało mi powietrza i zaczynałam biec korytarzem, a potem wybiegałam na zewnątrz przez drzwi pożarowe i gnałam przed siebie.

Na początku jakiś nauczyciel albo pracownik szkoły biegł za mną, ale po jakimś czasie nie mieli już siły.

- Jestem na to za stara! - ryknęła kiedyś pielęgniarka szkolna z drugiego końca boiska.

- Jeśli Jamaica nie jest w stanie przebywać w szkole w ciągu dnia, powinni państwo zorganizować jej coś innego - powiedział dyrektor do moich rodziców.

Próbowali zatem nauczania indywidualnego w domu. Sprowadzili byłego nauczyciela historii, którego zwolniono (o czym słyszeliśmy) za to, że pojawiał się na lekcjach kompletnie pijany. Był miłym gościem o smutnej, pomarszczonej twarzy, przypominającej psa rasy shar pei, i mimo że na naszych lekcjach zawsze był trzeźwy, po prostu nie mogłam się skupić. Znowu odpływałam.

- Obawiam się, że to nie ma sensu, Jam - stwierdził.

W nowym pokoju pożegnałam się z mamą, tatą i Leo. Wszyscy byli zmartwieni, a ja czułam się pusta w środku i jakby przytłumiona. Potem przesiedziałam w stołówce nad kurczakiem, fasolką szparagową i quinoa, izolując się i nie rozmawiając z nikim, przytłoczona nowymi twarzami i głosami. Potem z trudem przespałam noc. Dziś jest pierwszy dzień zajęć w Wooden Barn, a ja siedzę skulona w łóżku.

DJ jest już ubrana i, machając mi włosami nad twarzą, żąda mojego planu lekcji. Przemieszczam się z roztargnieniem w stronę biurka, chaotycznie zastawionego moimi rzeczami. DJ przetrząsa je, po czym wyciąga złożoną kartkę papieru. Nagle jej wyraz twarzy się zmienia.

- O co chodzi? - pytam.

DJ dziwnie mi się przygląda. Jest pół-Azjatką, pół-Żydówką z błyszczącymi, prostymi ciemnymi włosami i rozsypanymi po twarzy piegami.

- "Specjalne zagadnienia z literatury angielskiej?" - pyta z niedowierzaniem w głosie.

- Nie wiem.

Nie sprawdziłam planu. Nie zależy mi.

- Tak - mówi. - To twoja pierwsza lekcja. Wiesz, jakie masz szczęście, że się dostałaś?

- Nie. Dlaczego?

DJ siada na brzegu mojego łóżka.

- Po pierwsze, to są legendarne lekcje. Nauczycielka, pani Quenell, prowadzi te zajęcia tylko wtedy, kiedy chce. Na przykład w zeszłym roku zdecydowała, że nie będą się odbywać. Powiedziała, że nie było odpowiedniej grupy uczniów. Cokolwiek miało to znaczyć. A nawet jeśli prowadzi te zajęcia, prawie nikomu nie udaje się na nie zapisać. Trzeba przejść cały proces wnioskowania o przyjęcie, ale zwykle i tak wysyłają cię na inne lekcje. Latem napisałam specjalny list, podlizując się i opisując, jak ważne jest dla mnie zapisanie się na te zajęcia w nowym roku. Napisałam, że jeśli dostanę się na uczelnię, będę studiować anglistykę i że jeśli będę miała szczęście być przyjętą na "Specjalne zagadnienia", na pewno mi to pomoże. Naprawdę użyłam takich wazeliniarskich słów, ale i tak nie podziałały. Mam zwykły angielski, tak jak wszyscy. Totalny żart.

- Pewnie masz szczęście, że się nie dostałaś - rzucam.

- Wszyscy tak zawsze mówią - cedzi z irytacją DJ. - Przez to tym bardziej chcę chodzić na te lekcje. Aha, zajęcia trwają jeden semestr. Kończą się przed feriami świątecznymi. I czyta się utwory tylko jednego pisarza.

- Jednego? Przez cały semestr?

- Tak. Za każdym razem jest to ktoś inny. Pani Quenell jest bardzo stara - wyjaśnia DJ. - To jedna z nielicznych nauczycielek w Wooden Barn, do których zwraca się "pani". Na pierwszych zajęciach większość nauczycieli każe nam mówić do siebie po imieniu: Heather, Ishmael i tak dalej, jakby byli przyjaciółmi, którym możemy powiedzieć wszystko. Ale nie pani Quenell. I jeszcze jedna dziwna rzecz: czasem na jej zajęcia dostają się osoby, które nawet się o to nie ubiegały. Najwyraźniej tak było w twoim przypadku. Zwykle na jej lekcje chodzi pięć, sześć osób. To najmniejsza, najbardziej elitarna klasa w całej szkole.

- Możesz chodzić za mnie - podsuwam.

- Chciałabym. W trakcie roku szkolnego wszyscy z jej klasy zachowują się, jakby nigdy nic. Ale kiedy zajęcia się kończą, mówią, że odmieniły ich życie. Umieram z ciekawości, w jaki sposób, ale nie można nikogo zapytać, bo nikt, kto był w tej klasie, nie chodzi już do naszej szkoły. To ludzie z różnych klas, ale wszyscy już odeszli albo ukończyli szkołę. Jak słowo daję, to jak jedno z tych tajnych stowarzyszeń. - DJ patrzy na mnie. Jest pod wrażeniem, ale w jej twarzy widzę także wrogość. - No więc? Powiedz. Co jest w tobie takiego wyjątkowego?

Myślę przez chwilę.

- Nic - odpowiadam.

Najbardziej wyjątkową rzeczą, jaka mi się przydarzyła, był Reeve. Teraz jestem apatyczną, długowłosą dziewczyną, której nie obchodzi nic poza jej własną żałobą. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrano mnie do grupy pani Quenell. Wcale nie chcę chodzić na zajęcia dla zaawansowanych, gdzie na pewno trzeba będzie się sporo uczyć. Wolałabym przesiedzieć przez cały rok z tyłu klasy i drzemać, podczas gdy nauczyciel się produkuje i prawie dostaje zawału, rozważając, czy Huckleberry Finn jest rasistowski, czy nie.

Tymczasem pewnie będę musiała brać "aktywny udział" w lekcji, choć nie chcę brać udziału w niczym. Świat poradzi sobie beze mnie. Może dać mi spokój, pozwolić mi zamknąć oczy i odpoczywać w ciągu dnia. Najwyraźniej to do nich nie dociera.

DJ chyba też nie rozumie, że chcę, by dała mi święty spokój. Zmusza mnie, żebym wstała i się ubrała.

- Wstawaj! - rozkazuje, poruszając gwałtownie rękami. Zauważam, że jej paznokcie mają szarozielony kolor.

- Jesteś moją matką czy co? - pytam.

- Nie. Koleżanką z pokoju.

- Nie wiedziałam, że zmuszanie mnie do wstawania należy do twoich obowiązków - rzucam chłodno.

- Teraz wiesz - mówi DJ.

Wygląda jak wygląda i zachowywała się żmijowato, kiedy przywieźli mnie rodzice, ale teraz wydaje się bardzo przejęta rolą współlokatorki. Udaje jej się wyciągnąć mnie z łóżka, i namawia mnie nawet, żebym zjadła coś przed lekcją.

- Będziesz miała bystrzejszy umysł.

- Wcale nie

- Wierz mi. Jedz.

Jest w tym oczywiście spora doza ironii: dziewczyna z problemami z jedzeniem zachęca koleżankę, która takich problemów nie ma, żeby jadła. DJ tego nie dostrzega. Sięga pod materac i wyjmuje spłaszczony batonik musli.

Biorę go i łapczywie zjadam, choć smakuje jak kulka błota z kawałkami żwiru. Nie pytam, dlaczego mam jej słuchać, skoro w ogóle jej nie znam. Wiem tylko, że skoro wylądowała w Wooden Barn, musi być naprawdę pokręcona. Tak jak ja.

- Wyjdzie ci to na dobre - powiedział mój tato przed kilkoma dniami, kiedy pakowałam walizkę, którą zabierałam każdego lata na obóz "Falujący świerk".

- Nie wiemy już, co z tobą począć, kochanie - dodała potem mama, która zawsze z czymś wyskakuje pod wpływem stresu.

Zostałam zatem zesłana do Wooden Barn i, zjadłszy spłaszczony, pozbawiony smaku batonik, wypędzona z pokoju przez moją współlokatorkę DJ.

Pełen zieleni kampus jest całkiem ładny, ale wciąż niewiele mnie to obchodzi. Świetnie. Zamiast mieszkać w jednopoziomowym, jasnoniebieskim podmiejskim domu przy Gooseberry Lane w Crampton, w New Jersey, moje półmartwe "ja" mieszka teraz w Nowej Anglii, w kampusie nienormalnej szkoły z internatem, która w dodatku udaje normalną: mnóstwo drzew, wijące się ścieżki i dzieciaki z plecakami.

- Widzisz ten budynek? - pyta DJ, wskazując na duży drewniany obiekt w kolorze czerwonym. - To była kiedyś stodoła, a teraz odbywa się tam sporo lekcji. To najładniejszy budynek. Oczywiście, tam są też "Specjalne zagadnienia z literatury angielskiej". - Prowadzi mnie do środka, a następnie długim korytarzem. Stare, wypolerowane drewniane podłogi trzeszczą i skrzypią pod stopami. Uczniowie kręcą się, zabijając czas przed rozpoczęciem lekcji.

- Hej, DJ! Jesteś w klasie Perrino? Fizyka, grupa A? - woła do niej jakiś chłopak.

- No. Dlaczego? - pyta podejrzliwie.

- Ja też.

- Co za zdumiewający zbieg okoliczności - mówi DJ.

DJ wydaje się tu lubiana, co w Crampton byłoby niemożliwe. Z drugiej strony, całkiem zaskakujące było to, że mnie w mojej szkole lubiano. Przez wiele lat uchodziłam za jedną z tych długowłosych, miłych dziewczynek, których nikt nie rozróżniał. Kiedy zaczęłam spędzać dużo czasu z Ree­ve'em, niektóre dzieciaki (te, które decydowały o tym, kto jest ważny, a kto nie) zaczęły zwracać na mnie uwagę. Wszyscy zauważyli, że Reeve usiadł koło mnie na lekcji plastyki i że narysowałam jego portret. Siedzieliśmy wtedy bardzo blisko siebie i zaczęły krążyć plotki, że coś między nami jest.

To wyjaśnia, dlaczego Dana Sapol, pewnie najważniejsza dziewczyna w Crampton, która zawsze źle mnie traktowała, wyjrzała zza swojej szafki i powiedziała:

- Moi rodzice i smarkula Courtney idą w tę sobotę do dziadków, więc zapowiada się u mnie w domu niezła impreza. Powinnaś przyjść. Będzie też ten przystojniak z wymiany.

Starałam się udawać, że to zaproszenie nie robi na mnie wrażenia, ale oczywiście było to nie lada wydarzenie. Dana nie odzywała się do mnie od dnia, kiedy w drugiej klasie zapomniała włożyć majtki. Zauważyłam to, gdy zwisała do góry nogami na drabinkach. Na szczęście nikt inny się nie zorientował.

- Dana, nie masz majtek! - wysyczałam, zasłaniając ją przed wzrokiem innych.

Wydawałoby się, że będzie wdzięczna. Przecież zareagowałam, zanim zauważyli inni. Ale ona zachowywała się, jakbym dowiedziała się o niej czegoś skandalicznego, i ta wiedza na zawsze miała dać mi nad nią jakąś władzę. Tak chyba pomyślała, choć nigdy bym tego przeciwko niej nie wykorzystała. Mijały lata i incydent z majtkami Dany mógł stać się przedmiotem naszych żartów. Niestety, Dana albo okazywała mi swoją niechęć, albo zupełnie mnie ignorowała. Aż do teraz - do momentu kiedy zaprosiła mnie na swoją imprezę.

Przekręciłam zamek w szafce i zrobiłam minę wyrażającą jedynie niewielkie zainteresowanie, tak jakby nie obchodziło mnie to zaproszenie ani to, że będzie tam Reeve, i jakbym miała w sobotę coś innego do roboty poza nocowaniem u Hannah lub Jenny, wyprawami na zakupy po obcisłe dżinsy lub sesją gier z rodzicami i Leo. Wcześ­niej takie wieczory zupełnie mi nie przeszkadzały, nawet je lubiłam, ale nagle nie mogłam uwierzyć, że spędzałam w ten sposób tak dużo czasu.

Chciałam teraz być z Reeve'em. Tylko o nim myślałam. Powiedział, że Kesmanom, rodzinie, u której gościł, zależy, żeby przyjaźnił się z "odpowiednimi" dzieciakami. Było to zrozumiałe. Rok wcześniej u Kesmanów mieszkała dziewczyna z Danii, która ciągle chodziła w drewniakach i paliła trawę. Kiedy przyjechał Reeve, przeszukali jego bagaż, żeby sprawdzić, czy nie ma substancji odurzających.

- Lub drewniaków - dodał Reeve.

Substancje niedozwolone go nie interesowały, podobnie jak mnie.

- Jak będę chciał zachowywać się paranoicznie i wciąg­nąć całą czekoladę Cadbury i paczkę chipsów, nie potrzebuję do tego zioła - powiedział kiedyś i wydało mi się to zabawne.

- Cadbury - powtórzyłam z emfazą. - To, jak wymawiasz niektóre wyrazy. Uwielbiam tę brytyjskość.

Reeve wypowiadał z brytyjskim akcentem kolejne słowa, żeby mnie rozbawić.

Stojąc w korytarzu przed salą w Wooden Barn, płynę do niego myślami. Słyszę jego głos i widzę przed sobą jego twarz. DJ przerywa moje rozmyślania.

- Skup się. Zaraz zacznie się lekcja. Wszystko opowiesz mi później - mówi i wpycha mnie do środka.