Pod kanadyjskim niebem. Tom 2 - Małgorzata Kasprzyk

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (45,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

BETTY

- Tato, wytłumacz mi to jeszcze raz.

Elisabeth Morton, zwana w domu Betty, patrzyła na ojca tak, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu.

- Kochanie, sprawa zasadniczo jest prosta. Na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej zostanie za dwa tygodnie odsłonięta tablica pamiątkowa ku czci sławnych architektów przedwojennej Warszawy. Będzie wśród nich nasz przodek. Dostaliśmy zaproszenie na tę uroczystość wraz z pytaniem, czy przedstawiciel rodziny zgodziłby się zabrać głos. Wiesz, wygłosić krótkie przemówienie, podziękować... To wielkie wyróżnienie, więc uznaliśmy, że ktoś powinien pojechać.

- Ale dlaczego akurat ja?

Gerald Morton poczuł się skrępowany tym pytaniem. Spuścił wzrok i odpowiedział cicho.

- Bo tylko ty potrafisz mówić po polsku.

Betty poderwała się z krzesła i obrzuciła go oburzonym spojrzeniem.

- Chcesz powiedzieć, że mam pojechać do Warszawy i podczas uroczystości na politechnice wygłosić przemówienie... po polsku?

- Dobrze by było - wymamrotał w odpowiedzi.

- Chyba zupełnie zwariowałeś! Przecież ja z nikim nie rozmawiałam w tym języku od śmierci babci!

Jej ojciec nagle odzyskał rezon.

- Kochanie, nikt nie będzie od ciebie oczekiwał fachowej przemowy - zapewnił ją. - Po prostu powiesz, jak bardzo się cieszysz, że uczelnia zdecydowała się uhonorować twojego pradziadka.

- Tato...

- Jeśli chcesz, napiszemy ci to po angielsku, a ty tylko przetłumaczysz. Ważne, abyś podkreśliła, że mówisz w imieniu rodziny z Kanady, która kontynuuje tutaj tradycje swojego przodka.

- Kpisz sobie ze mnie? A co powiem, jak zapytają mnie, czym się zajmuję? Przyznam, że nie skończyłam studiów i pracuję jako modelka?

Przez chwilę ojciec i córka mierzyli się wrogimi spojrzeniami - ona była wściekła, ponieważ miała wrażenie, że rodzina chce ją wrobić w ten wyjazd, a on był na nią zły, ponieważ stawiała opór.

- No dobrze, kwestię kontynuowania tradycji możesz sobie darować - skapitulował w końcu. - Skoncentrujesz się na naszej wdzięczności.

Betty wcale się nie ucieszyła z tego połowicznego sukcesu.

- W dalszym ciągu uważam ten pomysł za głupi - powiedziała stanowczo. - Wyszłam już z wprawy, jeśli chodzi o polski. Jeszcze się pomylę albo powiem coś innego, niż zamierzałam...

Gerald Morton lekceważąco machnął ręką.

- Przecież od ciebie trudno wymagać perfekcyjnej polszczyzny - odparł równie stanowczo. - Na pewno wszyscy będą zachwyceni, że w ogóle potrafisz coś powiedzieć. Poza tym do wyjazdu jest jeszcze trochę czasu. Możesz obejrzeć sobie w Internecie jakieś polskie filmy albo poczytać książki, które zostały po babci. Dzięki temu nabierzesz pewności siebie.

- Akurat!

W tym momencie Gerald uznał, że powinien zmienić ton.

- Betty, przemyśl to spokojnie - poprosił. - Cała rodzina na ciebie liczy.

Niestety córka od razu przejrzała jego grę.

- Nie próbuj mnie brać pod włos - zastrzegła.

- Mówię prawdę...

- Dobrze, zastanowię się, ale niczego nie obiecuję.

Znowu zmierzyli się spojrzeniami, ale tym razem tylko w jej oczach migotały gniewne iskry - on czuł, że najgorszą bitwę ma już za sobą. Oczywiście będzie musiał jeszcze popracować nad krnąbrną córką, obiecać jej pokrycie kosztów podróży i wynajęcie luksusowego hotelu w Warszawie, ale może w końcu zdoła ją urobić...

Nie próbował jednak zatrzymywać Betty, która zdecydowanym krokiem opuściła salon i poszła do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi, po czym rzuciła się na łóżko i pogrążyła w zadumie.

Przed prawie stu laty jej pradziadek, Witold Grudziński, należał do grona architektów projektujących budynki, które miały uczynić Warszawę nowoczesną europejską stolicą. Dzięki temu stał się na tyle znany, że otrzymał propozycję pracy na uniwersytecie w Toronto. Przez dłuższy czas się wahał, lecz sytuacja polityczna na Starym Kontynencie ostatecznie skłoniła go do emigracji. W początkach lipca tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku przybył do Kanady wraz z żoną Haliną i córką Elżbietą. Dwa miesiące później w Europie wybuchła wojna.

Elżbieta Grudzińska poślubiła w Toronto Williama Mortona, który wychodził z założenia, że powinna zapomnieć o swoich korzeniach - skoro po wojnie władzę w Polsce przejęli komuniści, nie było już sensu rozmyślać o powrocie do tego kraju. Żona z bólem serca się z nim zgodziła i w rezultacie ich synowie: John, stryj Betty, oraz Gerald, jej ojciec, nawet nie opanowali języka matki. Zostali wychowani na Kanadyjczyków i nimi się czuli. Wiedzieli wprawdzie, że jej rodzina pochodziła z Polski, ale nie robiło to na nich większego wrażenia - przecież każda rodzina przybyła do Ameryki z jakiegoś kraju...

Dopiero ona - "mała Betty", jak nazywała ją babcia - przypadkowo zainteresowała się tym językiem. Kiedy miała pięć lat, poważnie zachorowała. Nie sypiała po nocach z powodu gorączki, a wtedy babcia śpiewała jej zapamiętane z dzieciństwa kołysanki. Betty zachwyciła się nimi i powiedziała, że gdy wyzdrowieje, nauczy się mówić po polsku. Szło jej bardzo dobrze, traktowała to jednak jak zabawę - niewiele wiedziała o historii czy kulturze kraju swoich przodków. Po prostu cieszyła się, że gdy rozmawia z babcią, nikt nic nie rozumie, a jej brat i kuzyn są trochę zazdrośni.

Nie oznaczało to wcale, że czuła się teraz na siłach, by sprostać prośbie ojca. Owszem, mogłaby pojechać do Warszawy, ale tylko turystycznie. Miałaby wówczas okazję zobaczyć miejsca, które babcia kojarzyła z dzieciństwa i o których jej opowiadała. Natomiast myśl o przemawianiu w sali pełnej pracowników naukowych politechniki budziła w niej strach. Czuła, że w krytycznej chwili ogarnie ją trema i nie będzie w stanie nic z siebie wykrztusić - nawet po angielsku...

Chcąc mieć dodatkowy argument w kolejnej rozmowie z ojcem, sięgnęła po laptop i zaczęła szukać polskiego filmu, który mogłaby obejrzeć. Była pewna, że niewiele z niego zrozumie. Trafiła na komedię romantyczną Miłość na wybiegu, która ją zainteresowała, ponieważ z opisu wynikało, że główna bohaterka pracuje jako modelka - tak jak ona. Zaczęła zatem oglądać i... wciągnęła się do tego stopnia, że zapomniała o trudnościach językowych. Nie były one zresztą zbyt wielkie. Ku swemu zdumieniu zrozumiała większość dialogów, a resztę po prostu skojarzyła - być może ze względu na oczywisty kontekst. Postanowiła jednak nie przyznawać się do tego ojcu. Z westchnieniem zamknęła laptop i ruszyła do biblioteki, aby obejrzeć książki, które zostały po babci.

Tym razem sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Betty przejrzała wszystkie półki, ale nie dostrzegła nic opublikowanego po polsku. Już miała się poddać, gdy przypomniała sobie, że podczas ostatnich porządków jej matka schowała część starych książek do dolnej szuflady biurka, chcąc wygospodarować miejsce na nowości.

Zajrzała więc tam i znalazła je od razu.

Nie nabrała jednak chęci na lekturę - pożółkłe kartki pokryte drobnym drukiem wcale nie zachęcały do czytania. Zaczęła je zatem wkładać z powrotem do szuflady, gdy nagle coś dziwnego przykuło jej uwagę: jedna z okładek nie miała tytułu. Wtedy Betty odruchowo zerknęła do środka i przekonała się, że kartki tej dziwnej książki nie są pokryte drukiem, tylko wyraźnym odręcznym pismem. Zaczęła czytać.

Nie pojmuję, dlaczego jesień nazywają tutaj indiańskim latem. Wprawdzie ma to logiczne uzasadnienie, gdyż o tej porze roku wszystkie liście na drzewach nabierają ognistej barwy, ale dla mnie mimo wszystko pozostaje niezrozumiałe. Przecież jesień to jesień! Poza tym i tak wolałabym polską. Pamiętam jeszcze żółte liście w Łazienkach, które zbierałam, gdy chodziłam tam z mamą na spacery...

Betty omal nie upuściła książki z wrażenia. Zrozumiała, że trzyma w ręku pamiętnik babci, o którego istnieniu nikt z rodziny nie miał pojęcia. W tym momencie zapomniała o prośbie ojca, o planowanym wyjeździe do Warszawy i o uroczystości na politechnice. Czuła tylko, że musi go przeczytać...

***

Rodzina szybko zauważyła, że Betty jest często pogrążona w lekturze.

- Jednak znalazłaś coś do czytania wśród książek babci? - zagadnął ojciec któregoś dnia przy śniadaniu.

- Tak - odparła krótko. Nie miała najmniejszego zamiaru wprowadzać go w szczegóły swojego odkrycia.

- To świetnie - oświadczył. - Mam nadzieję, że teraz nabierzesz ochoty na wyjazd.

Na wszelki wypadek nie dodał nic więcej - czuł, że nie powinien przesadzać. Jego córka miała bowiem w genach skłonność do buntu, którą już raz objawiła, uciekając z Toronto do Nowego Jorku, aby zostać modelką. Od tamtej pory ojciec starał się zachowywać ostrożność w kontakcie z nią, gdyż nie chciał całkiem zrywać więzi rodzinnych. Pozwolił zatem, by spokojnie dokończyła śniadanie, i nie wspominał więcej o wyjeździe do Warszawy.

Po posiłku Betty wróciła do swojego pokoju, wyciągnęła z szuflady pamiętnik babci i ponownie pogrążyła się w lekturze.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie przyjechała z rodzicami do Kanady. Mama nie lubi, gdy o tym mówię, i często przypomina mi, że moglibyśmy po prostu nie przeżyć wojny, gdybyśmy zostali w Polsce. Nie lubi też, gdy pytam o Warszawę.

- Tego miasta już nie ma - powtarza zawsze. - Niemcy je zburzyli po powstaniu. Została tylko kupa gruzów.

Ta wiadomość do mnie nie dociera. Jak to możliwe, że miasto, w którym się urodziłam, przestało istnieć? Czy jakikolwiek naród mógł dopuścić się podobnego bestialstwa? W dodatku zupełnie bezcelowego? Przecież powstanie zostało stłumione, więc nie było konieczności niszczenia wszystkiego wokół!

Do Betty dopiero w tej chwili dotarło, że ona sama prawie nic nie wie o historii Warszawy. Owszem, słyszała o wojnie i przegranym powstaniu, ale nie miała pojęcia, z jakimi tragicznymi skutkami dla miasta te wydarzenia się wiązały. Zostało całkowicie zburzone...?

W głębi duszy przyznała babci rację - to było istne bestialstwo ze strony okupanta. Odbudowa Warszawy musiała potem trwać latami... Postanowiła poczytać na ten temat w Internecie, by dowiedzieć się czegoś więcej, a tymczasem wróciła do przerwanej lektury.

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię poczuć się w Kanadzie jak u siebie. Wciąż mam wrażenie, że jesteśmy tu obcy. Zwłaszcza Toronto wydaje mi się konserwatywnym miastem, w którym liczą się tylko dwie rzeczy: pochodzenie i pieniądze. Ci, którzy mieszkają tu od pokoleń, patrzą z góry na nowo przybyłych, a ci, którzy się dorobili, traktują lekceważąco tych, którym się nie udało. Tak bardzo chciałabym się stąd wyrwać, na przykład pojechać do Nowego Jorku i sprawdzić, czy jest inny. Niestety mama mówi, że nas na to nie stać...

Betty z wrażenia aż upuściła pamiętnik. Ona też nie przepadała za Toronto, więc po ukończeniu szkoły uciekła do Nowego Jorku i zaczęła pracować jako modelka. Tam czuła się znacznie lepiej, więc prawie zerwała kontakt z rodziną, która usilnie namawiała ją do powrotu. W każdej rozmowie telefonicznej zapewniała ojca, że świetnie sobie radzi i nie potrzebuje wsparcia finansowego. Dopiero przypadkowe złamanie nogi, sprawiło, że na czas rekonwalescencji wróciła w domowe pielesze i kurowała się wśród bliskich.

Natomiast jej babcia nie miała takich możliwości, być może dlatego, że żyła w innej epoce. Musiała czekać prawie rok na ten upragniony wyjazd.

W końcu wybrała się do Nowego Jorku ze swoją szkolną koleżanką, Amy Stuart, oraz jej matką. One miały rodzinę w tym mieście i zabrały Elżbietę ze sobą, kiedy jechały w odwiedziny.

Betty z przyjemnością czytała opisy jej wrażeń. Babcia zaliczyła oczywiście wszystkie atrakcje turystyczne: Empire State Building, Manhattan, Central Park... Przy swoich towarzyszkach czuła się trochę jak uboga krewna, ponieważ nie mogła pozwolić sobie na żadne zakupowe szaleństwo, lecz nie robiła z tego wielkiego problemu. Miała bowiem w planie podróży jeden punkt, o którym nie powiedziała nikomu. Postanowiła przystąpić do jego realizacji pewnego popołudnia, gdy Amy i jej matka poszły na wczesne przedstawienie do teatru. Sama wymówiła się wówczas bólem głowy, a kilka minut po nich... też wyszła i złapała taksówkę.

Wiedziałam, że nie powinnam w ten sposób marnować pieniędzy, ale nie miałam wyjścia - bałam się, że przy korzystaniu z komunikacji miejskiej mogę zabłądzić. Nie znałam przecież Nowego Jorku na tyle dobrze, aby samodzielnie się po nim poruszać. Tymczasem taksówkarz od razu zawiózł mnie pod wskazany adres. Nie mogłam mieć co do tego wątpliwości, gdyż napis na tablicy zdobiącej drzwi budynku informował przechodniów, że znajdują się pod Konsulatem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Kiedy go zobaczyłam, serce zaczęło mi bić przyspieszonym rytmem. Powtórzyłam jeszcze raz w myślach przygotowaną rolę, po czym weszłam do środka.

- W czym możemy pomóc? - zapytała uprzejmie kobieta w okienku, całkiem niezłą angielszczyzną.

- Dzień dobry pani - odparłam równie uprzejmie. - Ja mam takie hobby: zbieram gazety z różnych krajów. Kiedy przechodziłam i zobaczyłam, że tu mieści się konsulat, postanowiłam wejść. Czy mogłaby mi pani dać jakąś polską gazetę do kolekcji? Nie ma znaczenia jaką, bo ja i tak nic z niej nie zrozumiem...

Tamtego dnia ubrałam się pięknie i skropiłam perfumami pożyczonymi od Amy. Poza tym mówiłam bez śladu obcego akcentu, więc nie było siły, aby ta kobieta zwietrzyła podstęp. Wyglądałam na słodką amerykańską idiotkę i dla podtrzymania tego wrażenia trzepotałam niewinnie rzęsami. Mimo to musiałam ją zaskoczyć, ponieważ przez dłuższą chwilę się nie odzywała.

- Zaczekaj tutaj - powiedziała w końcu.

Po kilku minutach wróciła i podała mi gazetę.

- Proszę, tę możesz sobie wziąć - oznajmiła.

- Dziękuję pani bardzo!

Kiedy wyszłam na zewnątrz, potrzebowałam trochę czasu, by uspokoić swoje szalejące serce. Nie zaczęłam od razu czytać gazety w obawie, by ktoś z konsulatu tego nie zauważył. Znów złapałam taksówkę i wróciłam do hotelu. Dopiero w pokoju odważyłam się na nią spojrzeć i zamarłam, gdy zobaczyłam tytuł: "Życie Warszawy"...

Przez chwilę nie widziałam nawet tekstu, gdyż pokój zawirował mi przed oczami. Opadłam na krzesło i czekałam, aż to niesamowite wrażenie minie. Dopiero gdy poczułam się lepiej, ponownie spojrzałam na pierwszą stronę: było na niej zdjęcie osiedla mieszkaniowego. Składało się ono z prostych, czteropiętrowych budynków przypominających wielkie klocki. W tle było jeszcze widać plac zabaw dla dzieci, zaś napis pod zdjęciem głosił: "CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ".

Kiedy Betty przeczytała ten fragment, poczuła się niezręcznie. Jaka ironia losu! Babcia tak tęskniła za Warszawą i tak bardzo chciała do niej wrócić, lecz nie mogła, natomiast ona może tam pojechać, ale nie chce. Co z niej za wnuczka? Chyba powinna jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję...

***

Kiedy oznajmiła, że jest gotowa pojechać do Warszawy, w rodzinie zapanowało ogromne zadowolenie. Wszyscy ją ściskali i zapewniali, jak bardzo się cieszą z tej decyzji. Ich zachowanie początkowo wydawało jej się dziwne: nie rozumiała, z czego robią takie wielkie halo, skoro każdy mógł tam pojechać i przemówić po angielsku - i tak zostałby zrozumiany. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, że oni się po prostu wstydzą swojej nieznajomości polskiego, dlatego od początku naciskali, aby wzięła tę sprawę na siebie. Przemówienie, które dla niej przygotowali, dowodziło również, że nie do końca wierzą w jej umiejętności - było bardzo proste i w gruncie rzeczy sprowadzało się do podziękowań.

- Chyba dasz radę przełożyć to na polski? - zapytał ojciec.

- Tak, już się wciągnęłam w ten język, bo ostatnio dużo czytam - odparła spokojnie.

- To świetnie!

Oczywiście nikt nie podejrzewał Betty o czytanie pamiętnika babci. Wszyscy myśleli, że znalazła ciekawą książkę, a ona nie wyprowadzała ich z błędu. Dzięki temu znów czuła się jak w dzieciństwie: miała wrażenie, że rozmawia z babcią, a żaden członek rodziny tego nie rozumie.

Teraz, gdy już podjęła decyzję, czytywała też inne rzeczy: informacje o Warszawie, opisy zabytków i wiadomości z Polski. Jednak najbardziej pochłaniała ją lektura pamiętnika, gdyż doszła do ciekawego okresu: babcia skończyła szkołę i po raz pierwszy się zakochała.

Odkąd spotykam się z Andrew, nawet polubiłam Toronto, które przez tyle lat wydawało mi się nieprzyjemnym miastem. Dzisiaj na przykład odbyliśmy razem długi spacer po High Parku, podczas którego szczerze zachwycałam się wszystkim wokół. Potem poszliśmy do kawiarni na gorącą czekoladę, gdyż zrobiło się chłodno. Kiedy czekaliśmy na przyniesienie napoju, Andrew gładził moją rękę i powtarzał, że bardzo mnie kocha. Słuchając tego, czułam się najszczęśliwszą dziewczyną w Kanadzie. Serce biło mi mocno, policzki oblewały rumieńce, a ciało ogarniało dziwne poczucie nieważkości: miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią! Gdy kelnerka w końcu przyniosła czekoladę, byłam już całkiem rozgrzana - w sumie żałowałam, że nie zamówiłam mrożonej!

Potem Andrew odprowadził mnie do domu, a na pożegnanie po raz pierwszy pocałował. To było niesamowite doznanie! Czułam ciepło jego ciała, zapach skóry, miękkość włosów, w które wsunęłam rękę, no i oczywiście smak ust, łączących się z moimi najpierw delikatnie, a potem coraz mocniej... Nie wiem, ile czasu to wszystko trwało. Myślałam, że wieki całe, ale chyba nie, skoro zdążyłam na kolację. Niestety nie miałam ochoty na jedzenie ani później na spanie - przez całą noc nie zmrużyłam oka, wspominając te cudowne chwile i marząc o kolejnym spotkaniu.

Oczywiście Betty czytałaby miłosne wynurzenia babci z większą przyjemnością, gdyby nie pewien drobiazg: jej dziadek miał na imię William. Należało zatem domniemywać, że tajemniczy Andrew nie okazał się godny uczucia, którym go obdarzyła. To właśnie ciekawość dotycząca jego postępowania pchała Betty do dalszej lektury. Dlaczego nie ożenił się z babcią, skoro tak gorąco zapewniał ją o miłości...? Prawda okazała się banalna.

Po powrocie z przyjęcia nadal czułam niepokój. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Amy podrywa mojego chłopaka, a jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Przez tyle lat byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami! Razem chodziłyśmy do szkoły, razem uczyłyśmy się do egzaminów i razem pojechałyśmy na tę wycieczkę do Nowego Jorku, podczas której dowiedziałam się, że moja ukochana Warszawa nie jest już kupą gruzów, tylko zupełnie nowym miastem. Dlaczego zatem teraz miałaby mi zrobić takie świństwo? Przecież nie brakuje jej wielbicieli, nawet przystojniejszych i bardziej interesujących od niego. Tak twierdzi moja mama, bo dla mnie Andrew jest tym naj... Rozumiem jednak, że z obiektywnego punktu widzenia ma rację, i stanowi to dla mnie pewne pocieszenie. Sądzę, że Amy jednak nie zainteresuje się nim poważnie.

Betty przerwała na chwilę czytanie, gdyż przyszło jej do głowy, że babcia była bardzo naiwna. Nie pomyślała, że wchodzi tu w grę zwykła rywalizacja? Naprawdę liczyła na kobiecą solidarność? Jeśli tak było, to szybko musiała porzucić złudzenia...

Nie spałam dziś całą noc. Ciągle płakałam, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Mama pocieszała mnie, mówiąc, że w gruncie rzeczy chodzi o sprawy materialne, a nie o miłość. Amy ma przecież bardzo bogatego wuja, który jest starym kawalerem. Nie ulega wątpliwości, że zostawi majątek jej matce jako swojej najbliższej krewnej. W rezultacie ona sama też w przyszłości będzie bogata. To daje jej zdecydowaną przewagę nade mną. Ja nie mam w Kanadzie żadnej rodziny, ani bogatej, ani biednej, więc nic po nikim nie odziedziczę. Zapewne dlatego Andrew wybrał ją.

To wszystko nie jest jednak w stanie mnie pocieszyć. Wciąż pamiętam jego zapewnienia o gorącym uczuciu - wydawały się takie szczere! Wciąż czuję na swoich ustach jego pocałunki, które były takie gorące! Czy to możliwe, żeby odszedł do innej? Nie mogę w to uwierzyć. Chwilami ulegam złudzeniu, że po prostu dręczy mnie koszmar, z którego niebawem się obudzę, i powiem żartem: "Wiesz, śniło mi się, że bierzesz ślub z Amy...".

Betty westchnęła i zamknęła pamiętnik babci.

Termin wyjazdu do Warszawy zbliżał się coraz bardziej, więc musiała wreszcie wziąć się do pakowania. W jej pokoju stały już dwie duże walizki, które należało wypełnić odpowiednimi ubraniami: eleganckimi na planowaną uroczystość i wygodnymi na zwiedzanie miasta. Wstała zatem i otworzyła szafę. Kiedy rozpoczęła przegląd swojej garderoby, pomyślała jeszcze, że to nie mogło się udać - babcia była romantyczną Polką, Andrew zaś typowym amerykańskim materialistą: gdy przyszło co do czego, okazało się, że najbardziej na świecie kocha pieniądze...

***

Betty nie cierpiała długich lotów. Była w stanie wytrzymać podróż do Meksyku lub na Karaiby, lecz na myśl o wyprawie do Europy lub, co gorsza, do Azji otrząsała się z niechęcią. Teraz jednak dopisywał jej humor. Wiedziała, że nie będzie się nudzić, ponieważ w bagażu podręcznym umieściła pamiętnik babci, którego lektura miała umilić jej czas spędzony w samolocie. Czytając go, nie tylko wracała do przeszłości, lecz także czuła dziwną więź ze swoją poprzedniczką - pierwszą Elisabeth Morton. Wprawdzie babcia wolała polską wersję swojego imienia, ale jej znajomi preferowali angielską...

Niestety chwilowo wspomnienia, które czytała Betty, były przepełnione smutkiem. Przez długie miesiące po tym, jak Amy i Andrew wzięli ślub, babcia nie mogła dojść do siebie. Nazywała tych dwoje "parą zdrajców" i wyraźnie sygnalizowała swoją gorycz. Ku zaskoczeniu wnuczki pałała też żądzą zemsty.

Czasami chciałabym coś zrobić, aby oboje cierpieli tak jak ja. Pragnęłabym, aby żałowali swojej decyzji i byli razem nieszczęśliwi. Wiem, że to okropne, ale nie mogę się powstrzymać. Tyle łez przez nich wylałam! Tymczasem oni wyjechali w podróż poślubną do Acapulco i podobno świetnie się bawili. Po powrocie kupili dom, który Amy urządziła, nie żałując pieniędzy. Oczywiście wszystko nabyła na kredyt, ale liczy, że szybko go spłaci. Ma powody, żeby tak myśleć: jej wujek, Martin Capwell, jest poważnie chory, a lekarze dają mu najwyżej kilka tygodni życia. To ekscentryczny stary kawaler, który mieszka w Forest Hill. Podobno dorobił się na handlu. Słyszałam, że przez całe życie cierpiał na dziwną fobię: bał się kobiet i zawsze ich unikał. Jego najbliższą krewną jest matką Amy, więc to ona odziedziczy cały majątek. W rezultacie ta para zdrajców będzie sobie teraz wygodnie żyć.

Chyba najbardziej bolesna jest świadomość, że nie mogę nic zrobić, aby im dokuczyć. Jako uboga emigrantka w obcym kraju muszę po prostu pogodzić się z losem. Oczywiście wolałabym się zemścić, ale cóż... Zemsta jest rozkoszą bogów, a dla zwykłych śmiertelników bywa niedostępna.

W tym momencie Betty usłyszała pytanie.

- Wołowina, kurczak czy ryba?

- Kurczak - odparła.

Czerwonego mięsa nie jadała w ogóle, a ryby wolała nie ryzykować w podróży. Odłożyła zatem pamiętnik i postanowiła skorzystać z toalety przed posiłkiem. Znała dzieje swojej rodziny na tyle dobrze, że domyśliła się już, w jaki sposób babcia dokonała tej wymarzonej zemsty. Po powrocie na miejsce mogła więc spokojnie skoncentrować się na jedzeniu. Dopiero gdy skończyła i odpoczęła, powróciła do lektury.

Los zdecydowanie mi nie sprzyja. W zeszłym tygodniu zmarł Martin Capwell, a wczoraj było otwarcie jego testamentu. Kiedy sobie pomyślę, jak Amy i Andrew muszą się cieszyć, to szlag mnie trafia. Tylko rok czekali, by dostać wszystko! Teraz pewnie znów polecą do Meksyku, żeby się zabawić, a po powrocie będą opowiadać, jak tam było wspaniale. Dobrze, że się już z nimi nie widuję, przynajmniej nie będę musiała tego słuchać.

Ku zdumieniu Betty następna kartka robiła wrażenie pogniecionej i była zupełnie pusta. Dopiero na kolejnej babcia pisała dalej.

Przed chwilą mama omal mnie nie nakryła. Zapukała nagle do mojego pokoju i weszła, zanim zdążyłam schować pamiętnik.

Nie zwróciła jednak na to uwagi.

- Słyszałaś niesamowitą nowinę? - zapytała. - Martin Capwell nie zostawił swojej rodzinie ani centa.

Z wrażenia upuściłam pamiętnik na podłogę. To była rzeczywiście niesamowita nowina! Dlaczego wcześniej nie przyszło mi do głowy, że on może inaczej rozporządzić swoim mieniem? Przecież nie musiał kochać krewnych, którzy tylko czekali, by położyć łapę na jego pieniądzach.

- Zapisał wszystko na cele dobroczynne?

- Lepiej - odparła mama. - Zapisał wszystko swojemu nieślubnemu synowi.

Początkowo nie byłam pewna, czy dobrze ją zrozumiałam.

- To on miał syna...? - zapytałam, gdy odzyskałam głos.

- Okazuje się, że miał. - W głosie mamy pobrzmiewała radość. - Podobno jego matką była uboga dziewczyna, która kiedyś pracowała u Capwellów jako pokojówka. Rzecz jasna nie ożenił się z nią, ale o potomka zadbał: wysłał go do najlepszych szkół, a potem na studia do Stanów. No i uczynił swoim jedynym spadkobiercą.

Powoli zaczynał do mnie docierać podtekst tej wiadomości: Amy i Andrew nie dostali nic. Cały majątek, łącznie z rezydencją w Forest Hill, przypadł synowi Capwella, o którego istnieniu rodzina nie miała pojęcia. Ależ oni muszą być teraz wściekli... Ciekawe, jak spłacą kredyt...?

Rzecz jasna nie było mi ich ani trochę żal. Uważałam, że zasłużyli sobie na taki los. Natomiast do mężczyzny, który sprzątnął im majątek sprzed nosa, od razu poczułam sympatię.

- Wiesz, że tata go zna? - kontynuowała mama.

- Naprawdę?

- Tak, to podobno sympatyczny młody człowiek. Nazywa się William Morton.

Te słowa zapadły mi w pamięć na całe popołudnie. Młody... Sympatyczny... Bogaty... W dodatku doprowadził tę parę zdrajców do rozpaczy swoim niespodziewanym pojawieniem się na horyzoncie... Chyba powinnam mu jakoś okazać swoją wdzięczność...?

- Tato, ty podobno znasz syna pana Capwella? - zagadnęłam niewinnie, gdy siadaliśmy do obiadu.

- Tak, spotkaliśmy się kilka razy.

- W takim razie może zaprosisz go do nas na kolację?

Tata spojrzał na mnie z przyjemnym zaskoczeniem w oczach.

- A wiesz, córeczko, że to jest dobry pomysł...

Betty bardzo chciała poczytać o pierwszym spotkaniu babci i dziadka, ale po obfitym posiłku i wypitym do niego winie ogarnęło ją coś na kształt zmęczenia. Nawet nie zauważyła, gdy zapadła w sen.

Obudził ją komunikat o zapięciu pasów. Towarzyszyła mu informacja, że samolot podchodzi do lądowania, więc trzeba wyprostować fotele i zabezpieczyć bagaż podręczny. Zrobiła to wszystko jeszcze półprzytomna. Nawet wiadomość, że temperatura na zewnątrz wynosi szesnaście stopni Celsjusza, a niebo jest zachmurzone, nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Gdy wreszcie doszła do siebie, dreamliner stał już spokojnie na płycie lotniska, a za oknami rozciągał się wielki napis: WARSZAWA.

***

- Do hotelu Novotel Centrum - powiedziała Betty, wsiadając do taksówki.

Dokonała takiego wyboru ze względów sentymentalnych: hotel ten mieścił się w Alejach Jerozolimskich w pobliżu miejsca, gdzie przed wojną mieszkała rodzina Grudzińskich. Zatrzymanie się w nim było jak powrót do korzeni...

Po drodze ze wzruszeniem rozglądała się dookoła. Nie mogła uwierzyć, że jest w Warszawie. Wprawdzie ta Warszawa nie miała wiele wspólnego z przedwojenną, o której marzyła babcia, lecz mimo wszystko znajdowała się w tym samym miejscu. Teraz, kiedy Betty już tu była, nie mogła zrozumieć, czemu wcześniej broniła się przed przyjazdem. Miała wrażenie, że to miasto czekało na nią - wnuczkę pierwszej Elisabeth Morton, która nigdy nie zapomniała spędzonego w nim wczesnego dzieciństwa.

W hotelu otrzymała pokój mieszczący się na dwudziestym piętrze, dzięki czemu mogła podziwiać z okna panoramę Warszawy. Nie był to z pewnością najpiękniejszy widok w jej życiu, gdyż wcześniej widziała dużo imponujących miast, ale znów przyprawił ją o wzruszenie, jakiego dawno nie doznała. Gdzieś tam, po tych samych ulicach, spacerowała babcia ze swoją mamą... Czy to nie cudowne, że ona mogła teraz zrobić to samo?

Wiedziona tą myślą, przebrała się i zjechała do recepcji.

- Przepraszam, czy daleko stąd do ulicy Kruczej? - zapytała.

- Ależ skąd, może pani dojść pieszo - wyjaśniła uprzejmie recepcjonistka.

Betty uznała, że faktycznie się przejdzie, a korzystając z okazji, rozprostuje nogi po wielogodzinnym siedzeniu w samolocie. Wzięła z recepcji darmową mapę miasta, aby nie zabłądzić, po czym ruszyła w drogę. Właśnie tam - na rogu Kruczej i Alei Jerozolimskich - mieściła się przed wojną kamienica, w której mieszkali Grudzińscy. Teraz prawdopodobnie już jej nie było, skoro Warszawa została prawie całkowicie zburzona po powstaniu, lecz Betty chciała zobaczyć to miejsce, niezależnie od tego, jak się zmieniło.

Spacer sprawił jej ogromną przyjemność. Wszystko wydawało się inne od tego, co widziała wcześniej. Wprawdzie miała już okazję odwiedzić Europę i wiedziała, czym różni się od Ameryki, ale po raz pierwszy była w kraju, który przez lata znajdował się za żelazną kurtyną. Patrzyła zatem z ciekawością na mieszankę postkomunistycznych bloków i nowoczesnych wieżowców, które sąsiadowały ze sobą oraz z potężnym budynkiem, który robił wrażenie całkowitej abstrakcji. Dopiero z informacji na mapie dowiedziała się, że to Pałac Kultury, ale nadal nie mogła uwierzyć, że zbudowali go komuniści - zaciekli wrogowie arystokracji i pałaców...

Kiedy dotarła do celu, poczuła zmęczenie, więc usiadła w najbliższej kawiarni i zamówiła swoją ulubioną latte. Piła ją powoli, chłonąc atmosferę ruchliwej ulicy za oknem. To tutaj babcia chciała wrócić... W pamiętniku pisała jeszcze o tym, że chciałaby znów pójść do Łazienek, gdzie przed wojną spędzała wiele czasu ze swoją mamą. Betty wiedziała już, że ta dziwna nazwa oznacza duży park w centrum miasta, ale miała wątpliwości, czy zdoła dotrzeć do niego na piechotę. Postanowiła zatem znów wziąć taksówkę i zajrzeć tam choć na chwilę. Potem będzie mogła wrócić do hotelu i pójść spać...

Łazienki zachwyciły ją od pierwszej chwili. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że wiele z tych starych drzew, które rosły dookoła, pamięta jeszcze czasy przedwojenne. Żółknące powoli liście musiały być identyczne z tymi, które zbierała babcia. Była przyzwyczajona do ich koloru, dlatego nie mogła zrozumieć, czemu w Ameryce jesienią wszystko jest czerwone...

Betty podniosła kilka takich liści i postanowiła zabrać je do hotelu, aby włożyć do pamiętnika babci - niech tam schną i pachną, to odpowiednie dla nich miejsce. Potem poszła coś zjeść do pięknej restauracji mieszczącej się w parku. Pokrzepiona sutym posiłkiem, spacerowała, dopóki nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa. Wtedy zdecydowała się wrócić do hotelu. Kiedy po raz kolejny wsiadała do taksówki, obiecała sobie, że przed wylotem jeszcze tu przyjedzie.

Po dotarciu do pokoju hotelowego natychmiast się położyła, gdyż czuła, że jej siły uległy wyczerpaniu. Niestety różnica czasu dała o sobie znać - w Toronto było dopiero wczesne popołudnie, więc mimo zmęczenia nie mogła zasnąć. Postanowiła zatem nie zmuszać się do snu wbrew woli organizmu, który wciąż funkcjonował według czasu wschodnioamerykańskiego. Sięgnęła po pamiętnik babci, która zaczęła właśnie opisywać swoją znajomość z Williamem Mortonem.

Młody człowiek wydawał jej się intrygujący. Nie przejawiał żadnych kompleksów z powodu swego statusu nieślubnego dziecka - podchodził nawet do sprawy z pewną ironią.

Już podczas pierwszej kolacji w domu jej rodziców przyznał, że nie jest w żałobie po śmierci ojca, ponieważ w zasadzie go nie znał i nie traktował jak kogoś bliskiego. Martin Capwell postrzegał swoje obowiązki wobec niego głównie w kategoriach finansowych, dbając, by niczego mu nie brakowało, lecz nie mając odwagi uznać go oficjalnie za swego syna.

W związku z tym William nie omieszkał nazwać ojca starym hipokrytą, co zszokowało państwa Grudzińskich. Niemniej jednak w stosunku do nich przejawiał tyle taktu i kultury, że w końcu wybaczyli mu to faux pas. Co więcej, widząc zachwycone spojrzenie, którym patrzył na ich córkę, zaprosili go do ponownych odwiedzin. Po kilkunastu latach pobytu w Ameryce zrozumieli, że najważniejsze tu są pieniądze, więc warto podtrzymywać stosunki towarzyskie z dziedzicem sporej fortuny - nawet jeśli zachowuje się nieco ekscentrycznie.

Sama Elżbieta od początku darzyła Williama sympatią z przyczyn oczywistych - w zasadzie dokonał zemsty za nią, pozbawiając Andrew i Amy nadziei na majątek, o którym marzyli. Poza tym w głębi duszy podzielała jego obrazoburcze poglądy, chociaż nie przyznawała się do tego głośno. Na skutek swoich złych doświadczeń miłosnych straciła wiarę w ludzką uczciwość, a nawet w zwykłą przyzwoitość. Nie protestowała zatem, gdy słyszała jego cyniczne wypowiedzi, ani nie udawała oburzonej.

Mimo wszystko podczas oświadczyn zdołał ją zaskoczyć.

- Dlaczego chcesz się ożenić właśnie ze mną? - zapytałam wprost. - Przecież każda dziewczyna w Toronto wyszłaby za ciebie.

- Oczywiście - zgodził się spokojnie. - Każda wyszłaby za mnie dla pieniędzy. A gdy położyłaby już na nich łapę, zaczęłaby żądać, abym się dostosował do jej wyobrażeń. Natomiast ty akceptujesz mnie takiego, jakim jestem.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Tymczasem William najwyraźniej uznał moje milczenie za wahanie.

- Wyjdź za mnie - powtórzył. - Przecież pasujemy do siebie jak dwie połówki jabłka.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Mamy takie same poglądy. Na przykład obydwoje jesteśmy zdania, że amerykańska równość to mit.

Znowu udało mu się mnie zaskoczyć. Rzecz jasna podzielałam jego zdanie w tej kwestii, ale nie zdawałam sobie sprawy, że o tym wie.

- Ja sam w zasadzie jestem tego dowodem - stwierdził spokojnie. - Pomyśl tylko: mój ojciec uważał, że popełni mezalians, żeniąc się z moją matką, która pochodziła z biednej rodziny.

- Rzeczywiście...

William był bardzo zadowolony, że się z nim zgodziłam.

- W każdym razie los go za to pokarał - dodał, uśmiechając się z wyraźną ironią.

- W jaki sposób? - zapytałam, nie kryjąc zdziwienia.

- Podobno nigdy więcej się nie zakochał, dlatego został starym kawalerem. Ja nie zamierzam iść w jego ślady, więc będę cię nagabywał, dopóki się nie zgodzisz.

Po tej deklaracji otoczył mnie ramionami i pocałował tak gorąco, że zakręciło mi się w głowie. Czy mogłam się oprzeć takiemu mężczyźnie?

Betty uznała to pytanie za retoryczne. Oczywiście, że babcia nie mogła, dlatego wkrótce została panią Morton. Zresztą nigdy tego nie żałowała, bo obydwoje naprawdę świetnie się rozumieli. Owszem, czasami wybuchały między nimi sprzeczki, lecz dotyczyły głównie drobiazgów - w poważnych sprawach zawsze bez trudu osiągali porozumienie, dlatego żyli szczęśliwie, wychowując dwóch synów.

Podczas lektury tych wspomnień Betty nieoczekiwanie poczuła zazdrość. Musiała przyznać, że jej dziadek naprawdę miał osobowość i odwagę głoszenia własnych poglądów, nawet jeśli były sprzeczne z poglądami ogółu. Nic dziwnego, że udało mu się zaintrygować babcię.

Chwilę później jej myśli pobiegły w innym kierunku: nieoczekiwanie dla siebie samej zaczęła się zastanawiać, czy ona też spotka kiedyś intrygującego mężczyznę...

***

Kiedy nastał ranek, Betty zjadła śniadanie, po czym wybrała się na Stare Miasto. Ta okolica nie wiązała się z żadnymi wspomnieniami babci, lecz dziewczyna chciała ją zobaczyć, gdyż przeczytała w Internecie, że stanowi obowiązkowy punkt programu dla wszystkich, którzy zwiedzają Warszawę. Spędziła tam pół dnia, po czym wróciła do hotelu, aby przygotowywać się do wystąpienia na politechnice.

W głębi duszy cieszyła się, że następnego dnia będzie już po wszystkim. Wprawdzie znała na pamięć tekst, który przygotowała dla niej rodzina, ale mimo wszystko czuła tremę. Owszem, jako modelka wielokrotnie występowała publicznie, lecz nie musiała nic mówić - jej rola ograniczała się do milczącego prezentowania strojów. Nie miała żadnego doświadczenia w zabieraniu głosu przed publicznością!

Ponadto trema, jaką odczuwała, wiązała się również z rodzinną historią. Miała wystąpić jako prawnuczka wybitnego człowieka, chociaż sama w zasadzie nic sobą nie reprezentowała. Dopiero teraz zaczęła żałować, że nie skończyła studiów, i lepiej rozumieć, dlaczego w gronie swoich krewnych zawsze uchodziła za czarną owcę. Przecież była tylko "pięknym wieszakiem na ubrania" - jak stwierdził kiedyś złośliwie z jej kuzyn. Ona sama nie robiła z tego wcześniej żadnego problemu, dopiero w obliczu dziedzictwa pradziadka poczuła pewien wstyd.

Nie mogąc już nic zmienić w kwestii edukacji, postanowiła dodać sobie pewności siebie odpowiednim wyglądem. Przygotowała swój ulubiony kostium składający się ciemnobłękitnej sukienki oraz żakietu w identycznym kolorze, dobrała do niego szpilki i biżuterię z białego złota. Przed wyjściem sama uczesała się i zrobiła profesjonalny makijaż - w tym miała doświadczenie, więc nie musiała korzystać z żadnych usług. Kiedy potem przejrzała się w lustrze, z zadowoleniem stwierdziła, że wygląda obłędnie: kolor sukienki podkreślał błękit jej oczu, biżuteria idealnie współgrała z platynowymi pasemkami na włosach, krój kreacji zaś delikatnie uwydatniał idealną figurę. Nie ulegało wątpliwości, że przynajmniej jej uroda zrobi wrażenie na zebranych gościach!

Po przybyciu na politechnikę została powitana przez grono pracowników uczelni sprawujących pieczę nad uroczystością, którzy wydawali się przyjemnie zaskoczeni jej dobrą znajomością języka polskiego. Dzięki temu poczuła przypływ odwagi i w miarę spokojnie czekała na swoją kolej do zabrania głosu. Już nie peszyły jej tłumy zebrane w sali - przypomniała sobie, że na pokazach mody też bywa mnóstwo ludzi...

Kiedy przyszła kolej na nią, spokojnie wygłosiła konwencjonalne podziękowania w imieniu własnym i swoich krewnych, po czym nieoczekiwanie dodała:

- Kiedy dostaliśmy zaproszenie na tę uroczystość, początkowo obawiałam się przyjazdu do Polski. Nie miałam pewności, czy jestem godna reprezentowania rodziny ani czy moje umiejętności językowe okażą się wystarczające. Jednak pomyślałam, że jestem to winna mojej babci, która nigdy nie pogodziła się z koniecznością opuszczenia Warszawy, swojego ukochanego miasta...

Betty nie potrafiłaby powiedzieć, ile czasu trwało jej przemówienie. Nawiązała w nim do wrażeń, jakich doznała, odwiedzając miejsca bliskie sercu babci, do wzruszenia, jakie teraz czuła na myśl o swoim wybitnym pradziadku, do dumy, jaka przepełniała ją na myśl o jego dziedzictwie... Gdy skończyła, w sali panowała głucha cisza, która początkowo wydała jej się podejrzana. Czyżby nagadała głupot...?

Jednak chwilę później rozległa się taka burza oklasków, że zadudniło jej w uszach. Otoczyły ją tłumy wzruszonych ludzi, którzy twierdzili, że dawno nie słyszeli niczego równie pięknego, zachwycali się jej płynną polszczyzną, dziękowali za przybycie...

Betty też czuła ogromne wzruszenie, więc uroniła kilka łez. Udało się! Wygłosiła przemówienie po polsku, w dodatku dłuższe i ciekawsze niż planowała. Co więcej, zdołała poruszyć serca słuchaczy. Szkoda, że rodzina nie mogła jej teraz widzieć - przekonałaby się, co potrafi ten piękny wieszak na ubrania, a ona miałaby satysfakcję, że znów jej nie rozumie. Przecież bliscy nie nauczyli się polskiego, chociaż mogli, dlatego teraz wstydzili się przyjechać do Warszawy i zabrać głos. Tylko ona nie zawiodła babci!

***

Następnego dnia Betty obudziła się późno. Odczuwała ogromne zmęczenie po wrażeniach poprzedniego wieczoru, więc pozostała w łóżku, oddając się dalszej lekturze przywiezionego z Kanady pamiętnika. Właśnie doszła do momentu, gdy babcia była w ciąży z drugim dzieckiem.

Tak bardzo chciałabym mieć córeczkę! William mówi, że płeć dziecka jest mu obojętna, a Johnny chce braciszka, więc zasadniczo każde z nas ma inne życzenie. Czyje się spełni - nie wiadomo. Ustaliliśmy jednak, że dziewczynka otrzyma moje imię, w związku z czym będę na nią mówić "mała Betty". Natomiast chłopiec otrzyma imię Gerald, po ukochanym wujku Williama, który w zasadzie zastępował mu ojca.

Betty westchnęła, gdy to przeczytała. Oczywiście wiedziała, że babcię czekało rozczarowanie. Na świat przyszedł wówczas drugi chłopiec, a więcej dzieci dziadkowie nie mieli. Teraz dopiero zrozumiała, dlaczego ona ma na imię Elisabeth - najwyraźniej Gerald zdawał sobie sprawę z rozczarowania, jakie sprawił matce, dlatego gdy jemu urodziła się córeczka, spełnił jej marzenie. W ten sposób babcia miała wreszcie swoją "małą Betty" - tylko z pewnym opóźnieniem...

Ku jej wielkiemu rozczarowaniu, pamiętnik się w tym momencie skończył. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Może w szufladzie biurka został drugi tom, którego nie zauważyła? Szukała tylko czegoś do czytania, więc przerzucała książki dość niedbale... Nawet ten pierwszy tom wpadł jej w ręce przypadkiem... Nie myślała wtedy o tym, że może być drugi, dlatego nie przejrzała książek powtórnie...

Po przemyśleniu sprawy uznała tę wersję za najbardziej prawdopodobną. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że babcia po prostu porzuciła pisanie. Owszem, jako matka dwojga dzieci miała więcej obowiązków, ale przecież nie musiała im stawiać czoła sama - dziadek zatrudniał nianię, gosposię, pokojówkę... W domu było dość osób do pomocy, zatem na pewno była w stanie wygospodarować wolną chwilę na pisanie, które bardzo lubiła. Poza tym po tylu latach stało się już chyba jej nałogiem.

Przyjąwszy to za pewnik, Betty postanowiła powtórnie przeszukać szufladę w bibliotece zaraz po powrocie do Toronto. Była przekonana, że znajdzie tam drugą część wspomnień babci.

Tymczasem zamówiła śniadanie do pokoju i zaczęła planować swój ostatni dzień w Polsce. Wiedziała, gdzie go spędzi: podczas pierwszego pobytu w Łazienkach postanowiła, że zajrzy tam raz jeszcze i znów pospaceruje po alejkach, którymi w dzieciństwie chadzała babcia. Następnie zje obiad w tej samej restauracji, co ostatnio. A potem pozostanie jej już tylko wrócić do hotelu i spakować się przed wylotem do Toronto.

Nagle dziewczyna uświadomiła sobie, że zbliża się południe - połowę dnia zmarnowała, wylegując się w łóżku i czytając, chociaż mogła dokończyć lekturę w samolocie. Pod wpływem tej refleksji wstała, wzięła szybki prysznic, po czym ubrała się i wezwała taksówkę. Nie zamierzała marnować ani chwili więcej! Na leżenie będzie miała czas, gdy wróci do domu i znajdzie drugi tom pamiętnika. A rodzinie powie, że musi odpocząć po podróży!

Na szczęście pogoda jej sprzyjała: było słonecznie i ciepło jak na początek października. Drzewa zaczynały już powoli zrzucać liście, które mieniły się wszystkimi odcieniami żółci od kremowego po złocisty. Patrząc na nie, Betty zrozumiała, dlaczego pierwsza Elisabeth Morton nie potrafiła docenić uroków kanadyjskiej jesieni, którą charakteryzowała ognista czerwień - dzieciństwo spędziła w Polsce, więc była przyzwyczajona do tego, że jesień jest złota.

Długi spacer po urokliwych alejkach Łazienek skłonił dziewczynę do rozmyślania o przeszłości i porównania losów babci ze swoimi. Nagle przyszło jej do głowy, że początkowo obie nie miały szczęścia w miłości: babcię zawiódł Andrew, którego obdarzyła pierwszym młodzieńczym uczuciem, a ją James, dla którego straciła głowę po przyjeździe do Nowego Jorku. Tyle że jej historia była zupełnie inna...

Kiedy podjęła pracę w najsłynniejszym mieście Stanów Zjednoczonych, nieoczekiwanie poczuła się dziewczyną z prowincji, chociaż przyjechała tam z najsłynniejszego miasta w Kanadzie. Wszyscy dookoła zachowywali się tak, jakby Nowy Jork był pępkiem świata i jakby nic się poza nim nie liczyło. Może dlatego zaimponowało jej to, że zainteresował się nią rodowity mieszkaniec tego miasta, wywodzący się z kręgów artystycznych: jego ojciec zajmował się scenografią w jednym z teatrów na Broadwayu, matka - projektowaniem kostiumów, a on sam - fotografią artystyczną. Wykonywał zlecenia dla agencji modelek, w której pracowała Betty, dzięki czemu mieli okazję na siebie wpaść...

Przez pierwsze tygodnie dziewczyna była niemal tak szczęśliwa, jak jej babcia w młodości. Uwielbiała zwiedzać miasto w towarzystwie chłopaka, który znał je jak własną kieszeń i z przyjemnością pokazywał. Uwielbiała przesiadywać z nim w modnych lokalach, gdzie można było spotkać wielu celebrytów. Uwielbiała spacerować po Central Parku, gdzie można było się całować w cieniu drzew. Wtedy uważała to wszystko za bardzo romantyczne i naprawdę myślała, że spotkała swego wymarzonego mężczyznę.

Kiedy zauważyła, że James jest niezrównoważony psychicznie? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Początkowo usprawiedliwiała jego zmienne nastroje zmęczeniem i namawiała go do przyjmowania mniejszej liczby zleceń. On jednak ją wyśmiał.

- To jest Nowy Jork, skarbie, nie zapominaj o tym. Tutaj żyje się szybko i mocno. Jeśli chcesz być na topie, nie możesz zwalniać tempa.

Betty nie miała żadnych kontrargumentów, więc odpuściła. Od tamtej pory zaczęła się łapać na tym, że spotkania z nim już nie sprawiają jej takiej radości jak na początku. Szykowała się na nie z pewną obawą, nie wiedząc, czy James będzie swobodny i radosny, czy poirytowany i ponury. Dopiero gdy upewniała się, że w grę wchodzi pierwsza opcja, wracał jej humor. Kiedy natomiast odkrywała, że w grę wchodzi druga, od razu traciła nastrój do zabawy. Sama robiła się wówczas spięta i wszystko zaczynało ją irytować.

James w końcu to zauważył i pewnego dnia przed wyjściem na imprezę zaproponował jej, aby łyknęła coś dla odprężenia. Kiedy zobaczyła na jego wyciągniętej dłoni słynną ekstazę, odruchowo się cofnęła.

- Ja nie biorę takich rzeczy - oznajmiła stanowczo.

- Dlaczego? - zapytał zdumiony. - Przecież wszyscy to robią. Trzeba sobie jakoś ułatwiać życie...

Betty nie wierzyła własnym uszom.

- Biorąc narkotyki...?

- Oj tam, zaraz narkotyki... To nie kokaina!

- Ale też uzależnia.

James zareagował na tę sugestię oburzeniem.

- Chcesz powiedzieć, że jeśli ktoś łyknie jedną tabletkę w weekend, to jest narkomanem? Nie przesadzaj! Przecież po całym tygodniu ciężkiej pracy trudno tak od razu wrzucić na luz. Przydaje się mały wspomagacz...

Kiedy Betty powtórnie odmówiła, zasugerował jej, że nie rozumie trudów życia prawdziwego artysty. Nie wie, jak to jest, kiedy trzeba wciąż z kimś rywalizować, aby udowodnić, że jest się najlepszym, ani jak bardzo może to wrażliwemu człowiekowi zniszczyć psychikę - zwłaszcza jeśli trwa przez dłuższy czas.

Wtedy po raz pierwszy się pokłócili. Dziewczyna nie zamierzała bowiem potulnie przyjmować takich uwag. Powiedziała, że nie tylko życie artystów bywa trudne - zwykłych ludzi też. Poza tym "niedzielni narkomani" często oszukują samych siebie i dopiero kiedy zaczynają się wspomagać w dni robocze, zdają sobie sprawę z tego, że wpadli w nałóg. Ona nie zamierza podążać tą drogą, więc postanowiła w ogóle nie zaczynać.

- Jak chcesz - odparł, po czym łyknął swoją porcję.

Od tamtej pory Betty coraz częściej dochodziła do wniosku, że ich znajomość nie ma sensu. Coraz bardziej bała się humorów Jamesa i coraz mniejszą miała ochotę na wspólne wyjścia. Wreszcie powiedziała mu wprost, że między nimi wszystko skończone. Oczywiście ta decyzja sporo ją kosztowała - w końcu James był pierwszym facetem, który zawrócił jej w głowie. Nie miała jednak siły tego ciągnąć.

Złożyło się na to wiele czynników. Wymarzona praca modelki okazała się zupełnie inna w rzeczywistości niż w marzeniach - nie polegała tylko na beztroskim spacerowaniu po wybiegu w pięknych strojach. Wymagała dużo sił fizycznych i psychicznych oraz żelaznej dyscypliny dotyczącej diety. Niekiedy po pokazach Betty czuła, że leci z nóg - dosłownie, nie w przenośni. Marzyła wówczas tylko o tym, aby zakopać się w pościeli i spać bez końca... Dlatego pragnęła mieć faceta, przy którym mogłaby się zrelaksować i odpocząć. Tymczasem James swoim zachowaniem wysysał z niej resztki sił. Coraz częściej po spotkaniach z nim traciła ochotę do życia.

Kiedy mu powiedziała, że chce zerwać, nie potraktował tego poważnie. Chyba uznał jej decyzję za przejaw złego humoru i postanowił poczekać, aż zmieni zdanie. Po pewnym czasie dotarło jednak do niego, że mówiła serio. Wówczas zaczął przysyłać jej kwiaty i przepraszać za swoje zachowanie. Tłumaczył je nawałem pracy i stresem z nią związanym. Podkreślał, że powinna to zrozumieć, skoro sama jest bardzo zajęta. Może Betty rzeczywiście powtórnie przemyślałaby sprawę, gdyby przy okazji obiecał, że zerwie z narkotykami. Takiej deklaracji się jednak nie doczekała.

Najbardziej zaskoczył ją podczas ostatniego spotkania. Początkowo uznała je za przypadkowe, bo doszło do niego na schodach prowadzących do agencji, w której pracowała. Tymczasem James oznajmił, że przyjechał specjalnie, aby się z nią zobaczyć, po czym... zagroził, że coś sobie zrobi, jeśli ona do niego nie wróci. Wtedy naprawdę się przestraszyła. Chciała go wyminąć i uciec, ale szpilki nie były najlepszym obuwiem do biegania po schodach. W rezultacie potknęła się, spadła i złamała nogę. Potem wyjechała na okres rekonwalescencji do Toronto.

Teraz, po ponad dwóch miesiącach, uznała, że ta przerwa w pracy dobrze jej zrobiła. Nabrała sił i odprężyła się - zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Poza tym miała nadzieję, że James przez ten czas zapomniał o niej i znalazł sobie inną dziewczynę. Tyle ich przecież przyjeżdżało do Nowego Jorku, marząc o karierze w świecie mody...

Co więcej, po lekturze pamiętnika babci zrozumiała, jakiego mężczyzny naprawdę pragnie. Marzyła, aby to był ktoś, kto twardo stąpa po ziemi i wie, czego chce. Pragnęła, aby potrafił ją zaintrygować i jednocześnie zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Krótko mówiąc - aby był taki jak dziadek... Tylko czy tacy mężczyźni jeszcze istnieją? Może wyparli ich młodzieńcy w rurkach, którzy potrzebują tabletek odurzających, aby jakoś dawać sobie radę w życiu?

Betty nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziała jedno: nie uległaby już urokowi kogoś takiego jak James. On był poniekąd częścią jej fascynacji Nowym Jorkiem - mógł zaimponować każdej dziewczynie swoją znajomością miasta i tamtejszych elit artystycznych. Poza tym stanowił część świata mody, o którym zawsze marzyła.

Obecnie inaczej już patrzyła na ten świat. Gdyby miała nowy pomysł na życie, pewnie zrezygnowałaby z pracy modelki, która okazała się w gruncie rzeczy ciężką harówką. Na razie jednak nic nie przychodziło jej do głowy, więc postanowiła dać sobie więcej czasu - może w końcu odnajdzie właściwą drogę? Wtedy bez żalu rzuci pracę, bo zawsze wiedziała, że to po prostu przygoda młodości. Oczywiście byłoby o wiele lepiej, gdyby jeszcze spotkała kogoś, z kim mogłaby rozpocząć ten nowy rozdział w swoim życiu. Miała cichą nadzieję, że tym razem los będzie jej bardziej sprzyjał. Przecież babcia w końcu spotkała dziadka!

***

Betty kupiła sobie na pamiątkę piękny album ze zdjęciami Warszawy. Czuła teraz sentyment do tego miasta, chociaż nie zachwyciło jej tak jak na początku Nowy Jork. Wiązało się jednak z historią rodzinną, z której mogła być dumna, oraz z niewątpliwym sukcesem osobistym, jakim było dla niej udane wystąpienie na politechnice. W głębi duszy nadal żałowała, że rodzina nie mogła jej widzieć i podziwiać. Może wreszcie bliscy przestaliby ją lekceważyć, a zaczęli chociaż trochę szanować? Wprawdzie nie miała talentu do biznesu jak jej brat czy kuzyn, ale przecież nie przyniosła im wstydu!

Przez chwilę zastanawiała się, czy ich również nie obdarzyć albumami, lecz ostatecznie zrezygnowała. Zrozumiała, że tylko dla niej Warszawa jest teraz wyjątkowym miastem.

Pozostali członkowie rodziny najwyżej podziękowaliby za prezenty i odstawili je na biblioteczne półki, gdzie zaczęłyby z czasem pokrywać się kurzem. Odłożyła zatem zakupy na następny dzień i nabyła dla nich to, co zawsze, gdy wracała z podróży: kosmetyki dla pań i alkohole dla panów. Sklepy bezcłowe na Okęciu były znakomicie zaopatrzone, toteż wyszła z nich, dźwigając ciężkie torby zawierające tyle produktów, ile zgodnie z przepisami mogła kupić. Ledwie doszła do stanowiska, przy którym odprawiali się pasażerowie lecący do Toronto! Potem klapnęła na ławkę i głęboko odetchnęła. Potrzebowała jeszcze kilku minut, aby odzyskać siły i wnieść swoje zdobycze na pokład. W rezultacie odprawiła się jako ostatnia!

Kiedy weszła do samolotu, znów poczuła, że brakuje jej sił. Dotarła wprawdzie do swego miejsca, ale nie miała siły upychać toreb w szafkach, a wiedziała, że pod nogami się nie zmieszczą. Zastanawiała się właśnie, czy nie poprosić o ułożenie ich na górze kogoś z obsługi, gdy usłyszała miły męski głos.

- Pomóc ci?

Jednocześnie z siedzenia przy oknie podniósł się młody mężczyzna o ciemnoblond włosach i uroczym uśmiechu. Wskazał na trzymane przez nią torby, więc podała mu je, usiłując ukryć uczucie ulgi.

- Będę ci bardzo wdzięczna - wymamrotała, uśmiechając się w odpowiedzi.

Młodzieniec szybko i sprawnie poukładał jej zakupy w szafkach, po czym wrócił na miejsce. Betty podziękowała mu i usiadła obok - zawsze prosiła o fotel przy przejściu, ponieważ czuła się skrępowana, gdy musiała potrącać innych, wychodząc do toalety, a w czasie długiego lotu nie dawało się tego uniknąć. Teraz jednak pomyślała, że w tym konkretnym przypadku nie miałaby nic przeciwko temu. W końcu jej współpasażer był naprawdę przystojny!

Po chwili zganiła się w myślach za te ciągoty, ale i tak nie mogła przestać o nim myśleć.

Zaczęła się zatem zastanawiać, kim on jest.

Mówił czystą polszczyzną, bez śladu obcego akcentu, co po tygodniowym pobycie w Warszawie była w stanie ocenić.

Poza tym zaproponował jej pomoc niczym staroświecki dżentelmen, który pamięta, że kobieta może potrzebować wsparcia. W Ameryce zdarzało się to już bardzo rzadko - feministki protestowały nawet, gdy mężczyźni chcieli przepuszczać je w drzwiach, w związku z czym większość z nich wolała nie ryzykować. Po co mieli się narażać na zarzut nierównego traktowania kobiet? Wszystko wskazywało zatem, że przystojny nieznajomy jest Polakiem lecącym do Kanady - zapewne w odwiedziny do krewnych.

W tym momencie zadzwonił jego telefon, przerywając jej rozmyślania.

- Hi, dad! - powiedział, gdy odebrał. - Yes, I'm on the plane. There is no delay, so I should arrive in Toronto in time for the meeting1.

Betty drgnęła ze zdziwienia. Domniemany Polak rozmawiał ze swoim ojcem po angielsku, czyli musiał być Kanadyjczykiem... Chyba odwiedził rodzinę w Polsce i właśnie wracał do domu... W sumie nawet się z tego ucieszyła. Może w czasie lotu poznają się bliżej, a potem spotkają na miejscu? Skoro on mieszkał w Toronto, to dlaczego nie...?

Po zakończeniu rozmowy młodzieniec schował telefon do torby podróżnej, a potem wyjął książkę, którą najwyraźniej miał zamiar czytać w czasie lotu. Dziewczyna odruchowo zerknęła na okładkę i znów się zdziwiła: Michel Houellebecq, Extension du domaine de la lutte2...

Pamiętając zapał do nauki francuskiego przejawiany przez jej kolegów ze szkoły - zaliczyć na minimum i mieć z głowy - stwierdziła, że ktoś, kto czyta Houellebecqa w oryginale, musi jednak być z Quebecu. Chociaż teoretycznie cała Kanada była dwujęzycznym krajem, tylko tam mówiono zarówno po angielsku, jak i po francusku, przy czym do znajomości pierwszego z tych języków nie wszyscy się przyznawali - przynajmniej na miejscu, bo po przekroczeniu granicy z USA ich umiejętności językowe natychmiast powracały.

Dlaczego jednak ktoś mieszkający w Quebecu leciał do Toronto?

Przecież bezsensownie nadkładał drogi, mogąc skorzystać z lepszego połączenia! Betty uznała, że tego się nie domyśli, więc postanowiła rozpocząć rozmowę z nieznajomym. W końcu jako rodacy mogli pogawędzić w czasie podróży...

- Byłeś w Polsce biznesowo czy odwiedzałeś swoich krewnych? - zapytała, przechodząc na angielski.

- Odwiedzałem krewnych - odparł swobodnie. - A ty?

- Ja przyjechałam ze względu na swoje polskie korzenie. Mój pradziadek wyemigrował do Kanady tuż przed drugą wojną światową. Był znanym architektem, więc dostał pracę na uniwersytecie w Toronto.

W oczach nieznajomego zauważyła wyraźne zainteresowanie, zatem opowiedziała mu wszystko - o konieczności wygłoszenia przemówienia, swojej tremie i ostatecznym sukcesie.

Nie wynikało to z tego, że chciała się pochwalić. Po prostu czuła chęć kontynuowania rozmowy i pragnienie, aby przy okazji dowiedzieć się czegoś o nim. Wiedziała, że mężczyźni nie są specjalnie skłonni do zwierzeń, toteż postanowiła opowiedzieć trochę o sobie w nadziei na rewanż.

- Czyli nie masz już w Polsce żadnej rodziny - podsumował, gdy skończyła.

- Nie, wszyscy mieszkają w Toronto.

- A ja tylko od czasu do czasu bywam w tym mieście. Firma mojego ojca realizuje tam różne projekty budowlane. Teraz lecę, aby do niego dołączyć i zostanę przez kilka dni. Potem wracamy razem do domu, to znaczy do Montrealu.

Czyli dobrze zgadła - chłopak faktycznie pochodził z Quebecu.

- No widzisz, a ja tylko dwa razy byłam w Montrealu - westchnęła. - Nawet mi się tam podobało, tylko...

- Niech zgadnę: drażnili cię ludzie udający, że nie znają angielskiego?

Betty skinęła głową.

- To było złośliwe!

- Wcale nie! To był rewanż.

W brązowych oczach jej współpasażera, przypominających odcieniem syrop klonowy, zamigotały wesołe iskierki.

- Kpisz sobie ze mnie? - zapytała zdumiona.

- Ależ skąd! Pomyśl tylko: kiedy mieszkaniec Quebecu jedzie do innej prowincji, nikt nie chce z nim rozmawiać po francusku. No to on u siebie nie chce rozmawiać po angielsku.

- Przecież to zupełnie co innego - zaprotestowała spontanicznie.

Teraz jej przystojny współpasażer się zdziwił.

- Jak to?

- W Quebecu ludzie tylko udają ignorantów językowych, a mieszkańcy innych prowincji naprawdę nie potrafią mówić po francusku...

Jego wybuch śmiechu zwrócił uwagę innych pasażerów, więc podniósł się z fotela i przeprosił.

- Trochę racji w tym jest - stwierdził, gdy usiadł z powrotem.

- Sam widzisz...

Betty musiała przyznać, że pomimo różnic w poglądach dotyczących spraw językowych bardzo miło im się rozmawiało. Jej towarzysza podróży charakteryzowała duża swoboda zachowania i wypowiedzi, co sprawiało, że miała wrażenie, jakby go znała od lat. Tymczasem nie wiedziała nawet, jak on się nazywa... Intensywnie myślała, w jaki sposób do tego nawiązać, lecz nic nie przychodziło jej do głowy. Dopiero gdy samolot wystartował i pozwolono im odpiąć pasy, wpadła na pewien pomysł. Musiała jednak zaczekać, aż stewardesy zaczną roznosić napoje. Wtedy zamówiła dla nich obojga wino musujące, po czym zasugerowała, aby uczcili toastem swoje spotkanie.

- Właściwie powinniśmy najpierw oficjalnie się zapoznać - dodała, podając mu rękę. - Elisabeth Morton.

Chłopak uśmiechnął się i podał jej swoją.

- Robert McKinley.

1 Tak, tato? Już siedzę w samolocie. Nie ma żadnego opóźnienia, więc powinienem zdążyć na spotkanie w Toronto.

2 Poszerzenie pola walki.