Pod kanadyjskim niebem. Tom 1 - Małgorzata Kasprzyk

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TREVOR

- Witaj, skarbie.

Ucałował żonę na powitanie i ze zdziwieniem zauważył, że uśmiecha się do niego. Był ciekaw, co spowodowało tę miłą odmianę, bo kiedy wyjeżdżał, miała dość ponury nastrój.

Czyżby tęskniła...?

Nim zdołał zapytać, zaprowadziła go do jadalni, gdzie już czekała powitalna kolacja. Smakowite zapachy pobudziły jego zmysły. Nagle uświadomił sobie, że od lunchu nie miał nic w ustach, jeśli nie liczyć wypitej na lotnisku whiskey.

- Pamiętałam, że nie lubisz jeść w samolocie - powiedziała Stella.

Ta uwaga też go zaskoczyła. Oczywiście, że żona pamiętała o jego niechęci do "papierowego jedzenia" serwowanego przez linie lotnicze - tyle podróży razem odbyli! Na ogół jednak unikała wspominania o wszystkim, co kojarzyło się z dawnymi czasami, czyli tymi sprzed wypadku.

- Dziękuję, z przyjemnością coś zjem - wymamrotał, po czym usiadł do stołu i nałożył sobie sporą porcję swojej ulubionej sałatki z kurczakiem.

Tylko za wino podziękował.

Nie był abstynentem, lecz alkohol pijał sporadycznie, więc uznał, że jeden drink na jeden dzień wystarczy.

Stella odczekała, aż zaspokoi pierwszy głód, po czym zapytała, jak się udały spotkania w Toronto. Trevor opowiedział o nich ze szczegółami, jedząc swoją ulubioną zupę z dyni. Wtedy gosposia podała pieczone żeberka z pikantnym sosem, do których również miał słabość. W tym momencie uznał, że to królewskie powitanie jest trochę podejrzane. Rzucił nawet pytające spojrzenie na żonę, lecz ona udała, że tego nie widzi. Znów uśmiechnęła się do niego i zagadnęła niewinnie.

- Rozumiem, że teraz będziesz częściej wyjeżdżał?

Trevor westchnął lekko.

- No tak, nie mam innego wyjścia. Nie mogę przecież pozostawić projektu bez nadzoru.

- Oczywiście, że nie - odparła spokojnie.

- Ale jeśli miałabyś ochotę, mógłbym cię ze sobą zabierać. W hotelu jest spa...

Stella pokręciła głową, nie dając mu dokończyć.

- Nie chcę ci przeszkadzać. Gdybym była z tobą, czułbyś się w obowiązku spędzać ze mną czas. Lepiej, abyś wyjeżdżał sam, szybko załatwiał wszystko, co trzeba, a potem wracał.

Tu akurat miała rację - gdyby byli razem, na pewno starałby się wygospodarować dla niej trochę czasu, aby się nie nudziła.

- A wiesz, że Chris sugerował mi przeprowadzkę do Toronto na stałe? On sam jest zachwycony tym miastem, nowymi perspektywami, ludźmi, których poznał...

- Mógłbyś porzucić Montreal? - zapytała ze zdziwieniem.

- Sam nie wiem... Nigdy wcześniej o tym nie myślałem.

Rzeczywiście należał do tej grupy mieszkańców Quebecu, którzy w związku z secesyjnymi ciągotami rządu nie przeżywali wielkich dylematów. Jego ojciec pochodził z rodziny bogatych anglofonów, a matka - frankofonów. On sam był naturalnie dwujęzyczny, zatem nie robiło mu większej różnicy, czy rozmawia po angielsku, czy po francusku.

Jak na ironię w Kanadzie nie było zbyt dużo ludzi podobnych do niego. Zdecydowana większość czuła się związana z jednym językiem i jednym środowiskiem, co powodowało wzajemne animozje, przy czym frankofoni okazywali anglofonom większą niechęć.

Wiązało się to z tym, że po opuszczeniu granic prowincji Quebec mieli trudności z porozumiewaniem się po francusku, chociaż nadal byli w swoim kraju. Jeszcze w Ontario mogli trafić na ludzi znających ten język, lecz im dalej na zachód, tym trudniej o nich było. Musieli zatem znać angielski, aby móc funkcjonować.

Tymczasem kanadyjscy anglofoni nie musieli znać francuskiego, aby wszędzie czuć się dobrze. Tylko w Quebecu robiono im trudności, co sprawiło, że wielu z nich wyjechało. Ostatecznie to nie oni na tym ucierpieli, lecz ta zbuntowana prowincja, która w latach dziewięćdziesiątych popadła w kryzys gospodarczy. Obecnie, w początkach nowego tysiąclecia, usiłowała się po nim podnieść, lecz bez angielskiego kapitału było to trudne.

Trevor jednak czuł się związany emocjonalnie z Montrealem: tu się urodził i wychował, tu skończył studia, tu miał rodzinę... Potrzebowałby sporo czasu, aby przywyknąć do życia w Toronto.

- A ty byś chciała się przeprowadzić? - zapytał ostrożnie.

Stella pokręciła głową. Ona też pochodziła z "mieszanej" rodziny i w Montrealu czuła się jak w domu.

- Moim zdaniem dobrze jest tak, jak jest. Z czasem ludzie zapomną o tych secesyjnych głupotach i znowu będzie jak dawniej.

- Miejmy nadzieję. - Trevor się roześmiał. - Pamiętaj, że Amerykanie z południa przez wiele lat po wojnie nienawidzili Jankesów...

- Tak, wiem. Niektórzy podobno nadal ich nienawidzą.

W tym momencie obydwoje się roześmieli. Pod tym względem mieli podobne poglądy i bardzo się cieszyli, gdy mieszkańcy Quebecu zagłosowali w referendum za pozostaniem przy Kanadzie, wykazując się większym rozsądkiem niż mieszkańcy południa Stanów Zjednoczonych przed ponad stu laty.

Tego wieczoru Trevor poszedł spać szczęśliwy. Skoro Stella zaakceptowała fakt, że będzie częściej wyjeżdżał, i nie namawiała go na przeprowadzkę, nie miał na razie powodów do zmartwień. Co więcej, nabrał nadziei, że z czasem wszystko zacznie się trochę lepiej układać, o upragnionym dziecku zaś chwilowo zapomniał...

STELLA

Jej dobry humor spowodowany rozmową z mężem nieoczekiwanie zepsuła matka, która wpadła z niezapowiedzianą wizytą. Charlotte rzadko odwiedzała córkę, ponieważ Stella wyraźnie dawała jej do zrozumienia, że nie jest u niej mile widziana. Kobieta kładła to na karb stresu związanego z wypadkiem i niepełnosprawnością będącą jego konsekwencją. Nie narzucała się zatem córce, lecz teraz czuła pilną potrzebę omówienia pewnego problemu.

- Trevor jest w biurze? - zapytała pro forma.

- Oczywiście.

- To dobrze, bo chciałam z tobą porozmawiać w cztery oczy.

Stella obojętnym gestem wskazała jej fotel i zaproponowała kawę. Z niechęcią skonstatowała, że matka jest w lepszej formie niż ona: zgrabna, elegancka, pełna energii... No i nie ma żadnych problemów z poruszaniem się.

Charlotte wyczuwała niechęć córki, lecz nie zastanawiała się nad nią zbytnio. Wszyscy w rodzinie uważali, że Stella kompletnie zdziwaczała po wypadku, i starali się podchodzić do tego ze zrozumieniem. W końcu miała za sobą trudne przeżycia.

- O czym chciałaś rozmawiać pod nieobecność mojego męża?

- O nim - odparła krótko.

Brwi Stelli uniosły się jak zawsze, gdy była zdziwiona.

- Nie rozumiem...

- Pamiętasz waszą ostatnią wizytę u nas w czasie świąt Bożego Narodzenia?

Skinienie głową musiało jej wystarczyć za odpowiedź.

- Trevor spędził wtedy większość popołudnia, bawiąc się z córeczką Simona...

Stella poczuła irytację. Oczywiście pamiętała, że Trevor bawił się w święta z córeczką jej brata. Mała była zachwycona, bo nikt inny z dorosłych nie poświęcał jej tyle uwagi.

- Myślę, że on chciałby zostać ojcem - oznajmiła Charlotte.

Teraz jej córka zdenerwowała się naprawdę. Jak matka mogła być tak nieczuła? Znała doskonale jej sytuację, w dodatku sama poniekąd do niej doprowadziła, a teraz... Nagle Stella uświadomiła sobie, że matka nie wie o tym, jaki wpływ miały na jej życie komentarze, które słyszała w młodości. Postanowiła wreszcie powiedzieć o tym głośno.

- Ależ ty masz tupet! Przez tyle lat tłumaczyłaś mi, że nie ma sensu spieszyć się z zachodzeniem w ciążę, bo macierzyństwo oznacza koniec wolności i beztroski. To przez ciebie nie zdecydowałam się na dziecko przed wypadkiem, chociaż Trevor już wtedy o tym wspominał. A teraz, kiedy jest za późno, oznajmiasz, że on pragnąłby zostać ojcem...?

Charlotte poderwała się gwałtownie, omal nie przewracając stolika i nie strącając na podłogę serwisu do kawy.

- O czym ty mówisz? Gdybyś naprawdę chciała mieć dziecko, tobyś je miała. Nie zwracałabyś uwagi na moje gadanie. Ale ty wolałaś się bawić, podróżować...

W oczach Stelli nagle błysnęły łzy.

- Wyjdź stąd - zażądała. - Jesteś podła.

Jej matka jednak nie wyszła, lecz opadła z powrotem na fotel.

- Wybaczam ci te insynuacje, bo wiem, jak się czujesz. Szkoda, że nie chciałaś pójść na terapię, ale trudno, to była twoja decyzja. Może psycholog wytłumaczyłby ci, że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Widząc, że córka nie reaguje, dokończyła:

- Przecież możecie adoptować dziecko...

- Co...?

- Pomyśl tylko, ile szczęścia wniosłoby do waszego domu takie maleństwo. Wiem, że sama nie mogłabyś się nim zajmować, ale Trevora stać na nianię. On pragnie dziecka, więc na pewno pokochałby je jak własne. Wtedy w święta nie mógł oderwać wzroku od małej Ivonne...

- No nie wiem - westchnęła Stella, oszołomiona tym wywodem. - Musiałabym się zastanowić...

- Oczywiście, zastanów się, to poważna decyzja.

Widząc, że zdołała osiągnąć cel, Charlotte zrobiła się niemal czuła.

- Jestem pewna, że ty również byś je pokochała - powiedziała z dużym przekonaniem w głosie. - Czasami kobieta nie myśli o dziecku, ale kiedy ono przyjdzie na świat, jest szczęśliwa. Zaczyna dostrzegać sens życia, robić plany na przyszłość... W twojej sytuacji miałoby to dodatkową zaletę: przestałabyś wracać myślami do wypadku.

Charlotte mówiła dalej, lecz Stella już jej nie słuchała. Nigdy nie lubiła hipokryzji, więc te wszystkie zalety płynące z tego, że człowiek ma dzieci, postanowiła puścić mimo uszu. Ciekawe, kiedy matka je odkryła? Bo w czasach, gdy ona i Simon byli mali, czuła się uwięziona w domu i pozbawiona możliwości robienia kariery. Może dopiero gdy została babcią, polubiła takie maluchy...? To jednak nie dawało jej prawa do pouczeń!

Stella już miała o tym wspomnieć, gdy nagle Charlotte zmieniła temat.

- Poza tym powinnaś brać pod uwagę wpływ obecnej sytuacji na twoje małżeństwo. Nie chcesz chyba, aby Trevor był z tobą z litości lub poczucia winy?

- Trevor mnie kocha! - oznajmiła stanowczo.

- Tego nie kwestionuję, ale trudno nie zauważyć, że jest trochę rozczarowany. To będzie się z czasem nasilać. Zapewne nawet wtedy nie wystąpi o rozwód, bo ma wyrzuty sumienia, lecz może mu przyjść do głowy coś głupiego...

Teraz Stella chwyciła kulę i poderwała się na tyle gwałtownie, na ile pozwalał na to stan jej nogi.

- Wybacz, ale nie chcę cię więcej słuchać. Skoro wypiłaś kawę, możesz już iść.

Charlotte uświadomiła sobie, że córka właśnie wyrzuciła ją z domu. Mimo to pohamowała gniew i rzuciła jeszcze jedną uwagę, która miała skłonić Stellę do przemyśleń.

- Dobrze, pójdę, ale pamiętaj o jednym: jeśli mężczyzna chce mieć dziecko, to prędzej czy później znajdzie kobietę, która mu je urodzi!

TREVOR

Tego popołudnia czuł się wyjątkowo znużony. Wprawdzie pobyt w Toronto mógł zaliczyć do udanych ze względu na podpisanie korzystnej umowy biznesowej, ale i tak nie potrafił zwalczyć poczucia beznadziejności, które prześladowało go już od dłuższego czasu. Cóż z tego, że jego firma deweloperska wybuduje nowy biurowiec, otwierając sobie drogę do dalszych inwestycji w Ontario? Cóż z tego, że zarobi dzięki temu sporo pieniędzy? Czy to coś zmieni w jego życiu? Czy dzięki temu będzie szczęśliwszy?

W odpowiedzi na te pytania wzruszył ramionami i zamówił szklaneczkę whiskey. Samolot do Montrealu odlatywał dopiero za godzinę, więc miał jeszcze co najmniej kwadrans, aby się zrelaksować. Zanurzył usta w chłodnym trunku z nadzieją, że dzięki temu odzyska humor. Musi mieć lepszy, kiedy dotrze do domu, bo inaczej Stella zauważy jego przygnębienie!

Na myśl o żonie westchnął lekko.

Kiedyś czuł się dzięki niej najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Był zakochany i miał pewność, że ona odwzajemnia jego uczucie. Ta cudowna świadomość w połączeniu z innymi pozytywnymi aspektami życia, takimi jak duże pieniądze, piękny dom i brak jakichkolwiek trosk, czyniły ich wspólną egzystencję bardzo przyjemną.

Przez pierwsze sześć lat korzystali z tego bez żadnych zahamowań: podróżowali, bawili się, prowadzili aktywne życie towarzyskie... Stella przekonała go, aby nie spieszyli się z powiększeniem rodziny - mają przecież na to dużo czasu. Wprawdzie po sześciu latach związku Trevor pragnął już mieć dziecko, ale uznał, że rok czy dwa nie mają większego znaczenia. W końcu rzeczywiście byli jeszcze młodzi: obydwoje dopiero przekroczyli trzydziestkę.

Ten cudowny okres dobiegł końca w siódmym roku po ich ślubie - właściwie przypadkowo. Pewnego dnia Trevor zapomniał ważnych dokumentów, jadąc do biura, więc poprosił żonę, aby mu je przywiozła. Stella była wtedy w domu, zatem nie widziała problemu: spokojnie wsiadła do auta, ruszyła i... kilka kilometrów dalej zderzyła się z pijanym kierowcą.

Tamten zginął na miejscu, a ona wprawdzie przeżyła, lecz miała rozległe obrażenia. Spędziła kilka miesięcy w szpitalu, gdzie lekarze robili wszystko, by wróciła do zdrowia. Rzeczywiście, prawie im się udało - nie odzyskała jedynie sprawności w prawej nodze i musiała chodzić o kuli.

No i nie mogła już mieć dzieci...

Początkowo Trevor nie potrafił w to uwierzyć. Nie będzie miał następcy? Przecież odziedziczył firmę po ojcu, który z kolei odziedziczył ją po swoim... Teraz powinna zostać przekazana kolejnemu potomkowi rodziny!

W przeciwieństwie do niego Stella bardziej przejmowała się swoją nogą niż kwestią bezpłodności. Najpierw ograniczyła życie towarzyskie, bo nie mogła znieść wyrazu współczucia w oczach krewnych i znajomych. Potem zrezygnowała z podróżowania, bo drażniła ją uprzejmość nieznajomych i chęć pomocy oferowana wszędzie: w hotelach, restauracjach, samolotach... Z czasem w ogóle przestała opuszczać ich rezydencję w Westmount, twierdząc, że w domu czuje się najlepiej. Zdaniem Trevora jednak ten dom coraz bardziej przypominał grobowiec...

Oczywiście nadal kochał żonę, a co więcej, miał wobec niej wyrzuty sumienia. Gdyby jej wtedy nie poprosił o przywiezienie dokumentów, nie doszłoby do wypadku - nadal byliby szczęśliwi, może już we trojkę. Ta myśl sprawiała, że sam tracił chęć do życia. Nie miał motywacji do pracy, zarabiania pieniędzy ani robienia interesów. Coraz częściej zadawał sobie pytanie, jaki to wszystko ma sens...

Od pewnego czasu jednak zaczęło do niego docierać, że czuje też w sercu żal. Siedem lat to przecież długo... Czy Stella naprawdę nie mogła zdecydować się na dziecko, czy nie chciała? Może faktycznie była hedonistyczną egoistką, jak twierdziła jego matka? Może dlatego nie spieszyło jej się do rodzicielskich obowiązków...?

On w każdym razie wiedział jedno: gdyby doczekali się potomka przed wypadkiem, to wszystko nie byłoby takie straszne. Ich dom tętniłby życiem za sprawą dziecka. Mieliby dla kogo się budzić i wstawać każdego ranka, mieliby z kim spędzać czas, mieliby perspektywy na przyszłość... Stella na pewno wychodziłaby częściej, a on z większym zapałem oddawałby się pracy.

Tymczasem teraz panowała w ich domu ponura atmosfera, która źle działała na oboje. Wprawdzie rozmawiali ze sobą i uśmiechali się do siebie, ale bardziej z nawyku niż ze szczerej chęci. Podczas pobytu w Toronto Trevor uświadomił sobie, że nawet nie tęsknił za żoną, a zadzwonił do niej jedynie z poczucia obowiązku. Czy to jednak znaczyło, że chciałby się z nią rozstać? Nie, w żadnym razie! Po prostu chciałby, aby było inaczej, tylko nie wiedział, jakie kroki mógłby w tym celu przedsięwziąć. Dlatego właśnie przygniatało go takie poczucie beznadziejności...

W tym momencie przerwał swoje rozmyślania, ponieważ usłyszał komunikat: pasażerów udających się do Montrealu zapraszano na pokład samolotu. Wstał zatem, zapłacił za whiskey i ruszył we wskazanym kierunku.

STELLA

Trzydniowa nieobecność męża spowodowana wyjazdem w interesach bardzo ją zaskoczyła. Nie chodziło o to, że w ogóle wyjechał - znajomy, który przeniósł się do Toronto, już dawno namawiał go, aby zaczął działać na tamtym rynku. Mogła zatem domniemywać, że Trevor prędzej czy później się zgodzi. Czuła się raczej zaskoczona swoimi odczuciami - gdy była sama w domu, miała wrażenie dziwnej swobody...

Nie mogła tego zrozumieć. Przecież kochała męża i wiedziała, że on też ją kocha. A jednak bez jego uważnych spojrzeń, bez okazywanej na każdym kroku troski czuła się zdecydowanie lepiej. Dlaczego? Może przytłaczał ją swoją czułością powodowaną wyrzutami sumienia?

Ona sama nie myślała już o wypadku. Pogodziła się z tym, że nie zostanie matką. Właściwie nigdy się do tego specjalnie nie paliła. Kiedyś często zastanawiała się, z czego to wynika, a wówczas przypominała sobie własną matkę, która chyba żałowała wczesnego urodzenia dzieci. Miała piękny głos, więc wróżono jej piosenkarską karierę, lecz wszystko przekreśliła jedna szalona noc zakończona wpadką.

Oczywiście nie było tragedii ani skandalu. Jej narzeczony pochodził z dobrego domu i umiał zachować się jak uczciwy człowiek. Wkrótce odbył się ślub, a potem... przyszły na świat bliźniaki: Stella i jej brat Simon. Narodziny tej dwójki przekreśliły ostatecznie szanse matki na zostanie sławną piosenkarką. Konserwatywna rodzina oczekiwała, że teraz zajmie się domem i dziećmi, a ona nie potrafiła zaprotestować. Pozostała w niej jednak gorycz niespełnionych marzeń, która powodowała, że często powtarzała swojej córce: "Nie spiesz się do macierzyństwa. Dziecko to koniec swobody i prawa do decydowania o sobie".

Te słowa spowodowały, iż Stella postanowiła zostać matką dopiero po trzydziestce. Najpierw chciała nacieszyć się życiem i przystojnym, bogatym mężem, który spełniał wszystkie jej zachcianki. Lubiła podróżować, więc zabierał ją na Karaiby, Seszele, Malediwy... Zimą szaleli na nartach w Aspen lub odwiedzali rodzinę na Florydzie. Mieli mnóstwo znajomych, zatem ich życie towarzyskie kwitło.

Teraz, patrząc wstecz, myślała, że to były naprawdę piękne czasy...

Jej wypadek położył temu kres i sprawił, że bardzo się zmieniła. Przestały ją cieszyć zabawy i wyjazdy, może dlatego, że przypominały chwile, które bezpowrotnie minęły. Lepiej się czuła w domu, czytając książki, przesiadując w ogrodzie i słuchając muzyki. Czasami myślała, że nic więcej nie potrzebuje do szczęścia - wystarczy, że już nie jest w szpitalu i nikt jej nie męczy...

Właściwie nie wiedziała, z czego wynikały te złe wspomnienia. Doktor Morrison - chirurg ortopeda, który się nią zajmował - był nie tylko znakomitym lekarzem, ale również bardzo sympatycznym człowiekiem. Poświęcał jej dużo czasu, tłumaczył konieczność każdego zabiegu, starał się ją podtrzymywać na duchu. Nawet on jednak nie był w stanie sprawić, aby przestała uważać szpital za okropne miejsce. Przyzwyczajona do wolności i aktywnego życia, źle znosiła zamknięcie - w zasadzie czuła się jak więzień, którego torturują. Przez cały czas marzyła tylko o jednym: aby wrócić do domu i wreszcie mieć spokój. Może dlatego, gdy doktor Morrison napomknął o kolejnej operacji, zareagowała z wyraźną niechęcią.

- Czy to konieczne? - zapytała wprost.

- Oczywiście, że nie, skoro może pani chodzić o kuli. Poza tym operacja nie przywróci tej nodze pełnej sprawności, może jedynie spowodować, że w ograniczonym zakresie będzie się pani mogła poruszać bez kuli. Na przykład w domu.

Stella pomyślała wtedy, że obiecywana poprawa będzie niewielka w stosunku do ilości cierpień, które ją czekają: zabieg operacyjny, rekonwalescencja, rehabilitacja...

- Zastanowię się - odparła krótko.

Doktor Morrison obdarzył ją przyjacielskim uśmiechem.

- Tak, proszę spokojnie przemyśleć sprawę. To nic pilnego, operację możemy przeprowadzić w każdej chwili. Proszę do mnie zadzwonić, jeśli się pani zdecyduje.

Od czasu tej rozmowy upłynął rok, a ona nie wykonała jeszcze telefonu do swego lekarza. Co więcej, nie wspomniała nikomu o tym, że taka rozmowa miała miejsce. Nawet Trevor nie miał o niej pojęcia! Stella wolała mu nie mówić, gdyż obawiała się, że będzie ją namawiał, aby poszła za radą doktora Morrisona. Chciałby przecież, aby znów normalnie chodziła - przynajmniej po domu. Ona sama w zasadzie też tego chciała, lecz wciąż odkładała ostateczną decyzję.

Przez te trzy dni, kiedy męża nie było w domu, nie wracała myślami do sprawy. W zasadzie zapomniała wtedy o wszystkich kłopotach i rozterkach. Uświadomiła sobie za to, że chyba już przywykła do swojej sytuacji: miała wygodny dom, a w nim gosposię i ogrodnika, więc nie musiała nic robić. Przez te półtora roku, które upłynęły od wypadku, odkryła, że ma też dużo zainteresowań mogących wypełnić jej czas. Żyła zatem spokojnie, unikając konfrontacji z rzeczywistością, chociaż coś jej mówiło, że nie da się tak postępować bez końca...