Prolog
Dziś
Rzucam okiem na stertę brudnych naczyń w zlewie i dochodzę do bolesnego wniosku: jest źle.
Chociaż nie. Wróć. O tym wiedziałam od dawna. Gdybym jednak uważała inaczej, dokładnie w tym momencie dotarłaby do mnie ta brutalna prawda. Sam widok durszlaka i dwunastu upapranych widelców natychmiast przywodzi mi na myśl Liama. Wpatruje się we mnie ciemnymi oczami, oparty o kuchenny blat, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, i pyta tym swoim oschłym, lecz przyjemnym dla ucha tonem: "A cóż to? Jakaś postmodernistyczna instalacja? Czy po prostu zabrakło nam płynu do mycia naczyń?".
Tak też jest, gdy trochę wcześniej po zmroku wracam do domu i zastaję światło na ganku zapalone przez Liama. To... to zawsze sprawia, że moje serce gubi rytm. Takie na wpół przyjemne, na wpół bolesne odczucie. I znów puls przyspiesza - bo nie zapominam wyłączyć tego światła, kiedy wchodzę do środka. A to do mnie zupełnie niepodobne. Może ta papka z nasion chia, którą Liam codziennie serwuje na śniadanie, wreszcie zaczyna działać i rośnie mi poziom IQ.
Dobrze, że postanowiłam się wyprowadzić. Wszystkim wyjdzie to na dobre. Z tymi ukłuciami w sercu nie da się żyć. Na dłuższą metę z pewnością mi nie posłużą. Ani na głowę, ani na układ krążenia. Co prawda, dopiero zaczęłam usychać z tęsknoty, ale i tak mogę z całą pewnością powiedzieć, że mieszkanie z człowiekiem, którego kiedyś się nienawidziło, a potem pokochało, jest kiepskim pomysłem. Wiem, co mówię. Mam w końcu doktorat. Niby z innej dziedziny, ale co tam.
Ale jest też w tęsknocie coś dobrego. Co? Wieczna nerwówka. Energia, która nie pozwala usiedzieć w miejscu. Dzięki niej, widząc stos naczyń w zlewie, myślę sobie, że sprzątanie kuchni to nie taka znowu nuda. Kiedy dołącza do mnie Liam, natychmiast czuję nagłą i nieposkromioną chęć załadowania zmywarki. I daję się tej palącej potrzebie ponieść. Podnoszę wzrok, zauważam jego sylwetkę - szczelnie wypełnia przejście do salonu. W duszy rozkazuję sercu, by nawet nie próbowało wariować. Nic z tego. Nie dość, że zaczyna bić szybciej, to co kilka uderzeń wyrywa się z piersi.
Głupie serce.
- Pewnie myślisz, że sprzątam, bo zmusił mnie do tego snajper, który właśnie trzyma mnie na muszce. - Szczerzę zęby, nie spodziewając się, że odwzajemni uśmiech. W końcu to Liam. Z jego twarzy nigdy nie daje się nic wyczytać.
Od dłuższego czasu nie próbuję się już dopatrzyć w jego mimice oznak rozbawienia. Zadowalam się tym, że wiem, jaki efekt osiągam. Tak, to sprawia mi przyjemność. Ciepłe, miłe doznanie - z lubością się w nim pławię. Chcę, żeby z rozbawieniem pokręcił głową i mruknął moje imię - Mara - a następnie roześmiał się wbrew sobie. Chcę stanąć na palcach i odgarnąć mu kosmyk ciemnych włosów z czoła, a potem wtulić się w jego tors i zaciągnąć zniewalającym zapachem skóry.
Niestety wątpię, by on podzielał moje pragnienia. Dlatego odwracam się z powrotem do zlewu i płuczę miskę wygrzebaną spod durszlaka.
- Nie. Miałem raczej wrażenie, że jesteś pod kontrolą pasożytniczej grzybni, która rośnie ci w mózgu, bo wciągnęłaś do płuc jej zarodniki. Tak jak w tym dokumencie, który ostatnio oglądaliśmy. - Niski, dudniący głos. Tak bardzo będzie mi go brakowało.
- To były pąkle, nie grzyby. Nie pamiętasz. Nic dziwnego, zasnąłeś w połowie filmu - prycham. Nie odpowiada. Nie szkodzi. Cały on. Niewiele mówi i rzadko się uśmiecha. - Kojarzysz pieska sąsiadów? Tego buldoga francuskiego. Chyba im się zerwał, bo widziałam go dzisiaj na środku ulicy. Biegł w moją stronę. A smycz ciągnęła się za nim. - Wyciągam rękę po ścierkę. Moja dłoń natrafia na jego brzuch. Liam stoi tuż za mną. - Ojej. Przepraszam. No, to wracając do tematu: złapałam psiaka i odniosłam go do domu. Niesamowity słodziak z... - urywam w pół zdania. Nagle zdaję sobie sprawę, że Liam napiera na mnie całym ciałem. Krawędź szafki wbija mi się w biodro. Na plecach czuję ciepło bijące od niego. O mój Boże. Czy on... Potknął się? Chyba tak. To tylko przypadek. - Liam?
- Nie przeszkadzam? - pyta, ale się nie odsuwa. Tkwi w miejscu jak skała. Jego brzuch i pierś stykają się z moimi plecami; oparty rękoma o blat zamyka mnie w ciasnym półokręgu. To sen? Śnię na jawie? A może serce wreszcie się poddało i właśnie przeżywam jakiś zawał. Mój mózg przetwarza najskrytsze nocne marzenia w halucynacje.
- Liam? - Z mojego gardła wydobywa się ciche, stłumione piśnięcie. On wtula twarz w moje włosy tuż nad skronią. Dotyka ich nosem. Może też ustami. I to nie jest żaden przypadek. Robi to w pełni świadomie. Czy on...? Nie. Wykluczone. Nie do pomyślenia.
A jednak. Obejmuje mnie w pasie. Przesuwa dłońmi po moim brzuchu. I wtedy zdaję sobie sprawę, że to się dzieje naprawdę. To już nie przypadkowy dotyk. Nie przelotne otarcie się ramionami w korytarzu, które tyle razy analizowałam w myślach, interpretując jego znaczenie. To nie to samo co wtedy, gdy potknęłam się o kabel od komputera i wylądowałam Liamowi na kolanach. Albo kiedy opatrywał mi dłoń oparzoną palnikiem. To jest... - Liam?
- Ćśś... - Czuję jego usta na skroni. Są ciepłe. Ich dotyk działa uspokajająco. - Wszystko w porządku, Maro.
W podbrzuszu narasta żar.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji