Pod gwiazdami Rio - Ana Veloso

-
Proszę czekać

 

Prolog

Paryż, 1923

Ana Carolina patrzyła na bąbelki unoszące się w kieliszku szampana. Drobne pęcherzyki powoli sunęły w górę, dążąc ku powierzchni trunku, gdzie pojedynczo, ledwo zauważalne, pękały i rozpływały się w nicość. Ana Carolina najchętniej zrobiłaby teraz to samo: rozpłynęła się w nicość.

To było po prostu poniżające. Spektakl na scenie wywoływał na twarzy młodej kobiety rumieńce wstydu, choć uważała się przecież za otwartą i nowoczesną. Skąd mogła jednak wiedzieć, że "frywolne" przedstawienie, jakie wcześniej zapowiadano, nie ograniczy się do mignięcia kilku halek i pokazania paru ładnych gołych nóg? Nie była w żaden sposób przygotowana na to, że zobaczy niemal całkowicie roznegliżowaną damę, przyjmującą w tańcu wyjątkowo obsceniczne pozy. "Artystka" miała na sobie zaledwie trzy duże muszle, zakrywające łono i piersi, oraz turkusowy welon z organzy, który powiewał wokół niej i miał nadawać występowi tajemniczy wschodni czar. Pokaz nosił bowiem tytuł Orientalna syrena.

Ana Carolina upiła duży łyk i gwałtownie odstawiła kieliszek - po to, by móc znowu liczyć unoszące się w nim bąbelki i nie musieć patrzeć na scenę. Ani na publiczność. Zaczerwienione twarze mężczyzn, natrętny śmiech ich towarzyszek oraz prowokująco krótkie spódniczki kelnerek były niemal równie przykre jak taniec owej niedoszłej Maty Hari występującej na scenie.

Ana Carolina dopiła szampana. Była już nieco odurzona, mimo to, nie czekając, zamówiła kolejny kieliszek. Musiała się przecież czymś zająć, a wolała za dużo wypić, niż zapalić kolejnego papierosa. Od dymu robiło się jej niedobrze, chociaż poza eleganckiej, palącej damy wydawała jej się wyjątkowo szykowna i Ana Carolina chętnie wyobrażała sobie dzieło malarskie zatytułowane: "Dama z futrzaną etolą i cygarniczką". No cóż, musiała pozostać "Samotną demoiselle w paryskim kabarecie".

To było nie do wytrzymania. Jak Marie mogła tak haniebnie ją opuścić? Co też kuzynka sobie myślała? Najpierw zaciągnęła ją tu, do tego wstrętnego lokalu, stanowiącego połączenie kawiarni muzycznej i burdelu, sali koncertowej i speluny, a potem zniknęła ze swoim adoratorem, zostawiając Anę Carolinę samą przy stoliku. Na pewno nie w ten sposób Ana Carolina wyobrażała sobie wycieczkę po zakazanym świecie Paryża nocą.

Zaledwie trzy godziny wcześniej stała przed lustrem, radośnie podekscytowana wobec czekającej ją przygody, i ścięte na pazia włosy układała w fale. Potem nałożyła na policzki odrobinę różu pożyczonego od Marie i zawiązała na czole opaskę z piórkiem. Na zakończenie udrapowała na ramionach futrzaną etolę ciotki Joany i obróciła się przed lustrem, zachwycona swoim modnym, dorosłym wyglądem. Można było odnieść wrażenie, że ma znacznie więcej niż dwadzieścia lat. Wyglądała jak femme fatale i taką chciała odgrywać. Był to pierwszy raz, gdy razem z Marie spędzały wieczór poza domem, nie narażając się przy tym na podejrzliwe spojrzenia ciotki Joany i wuja Maxa, rodziców Marie, którzy zostali nieoczekiwanie wezwani do chorej przyjaciółki.

Ach, w jakich cudownych barwach wyobrażała sobie Ana Carolina to wyjście! Chciała tańczyć, flirtować, pić, palić i bawić się do bladego świtu. Na zaczepne żarciki uśmiechać się z wyższością, a dowcipne uwagi licznych adoratorów nagradzać dźwięcznym śmiechem. Udawać niezdobytą, ale na tyle przystępną, by przykuć uwagę mężczyzn. Ćwiczyła nawet zakładanie nogi na nogę tak, by wyglądało to nie wulgarnie, lecz uwodzicielsko. Należało odsłonić odrobinę za dużo, akurat tyle, żeby podkreślić długie, szczupłe nogi.

W tym paskudnym lokalu nie było jednak nikogo, kto choć trochę nadawałby się na adoratora i komu pozwoliłaby zerknąć na swoje nogi. Zaciskała mocno kolana pod stołem i wbijała wzrok w kieliszek, by nie widzieć pożądliwych spojrzeń mężczyzn siedzących przy pobliskich stolikach.

Sądząc po liczbie numerów tanecznych, musiało upłynąć już pół godziny, odkąd Marie i ten szubrawiec Maurice zostawili ją tu samą. Dla Any Caroliny była to cała wieczność. Gorąco życzyła tym dwojgu, by przymarzli do siebie ustami na trzaskającym lutowym mrozie. I żeby nabawili się ciężkiego przeziębienia, a nawet zapalenia płuc! Zamierzała wytrzymać jeszcze co najwyższej trzy z porażająco złych występów i jeśli jej towarzysze nie zjawią się do tego czasu, wyjść. Miała akurat dość pieniędzy na taksówkę.

Kieliszek znowu był pusty. Ana Carolina długo grzebała w torebce, ozdobionym frędzelkami satynowym woreczku ciotki, w poszukiwaniu drobnych. Nie, jeżeli chciała zapłacić za powrót do domu, nie było jej stać na kolejnego szampana. A niech to! Odwiesiła torebkę na oparcie krzesła, po czym skupiła się na obrusie. Obrysowywała na nim geometryczne wzory zapałką. Dlaczego ona nie miała adoratora? Nie takiego prostaka jak Maurice. Nie, jakiegoś kulturalnego, najlepiej ekscentrycznego mężczyznę, który mógłby zaoferować jej coś naprawdę ekscytującego? Gdyby znalazła się w Paryżu dwadzieścia lat wcześniej, mogłaby wylądować przed restauracją Maxim's wraz ze swoim krajanem Albertem Santosem-Dumontem w jego powietrznym statku La Baladeuse. To były czasy! Ludzie mieli wtedy jeszcze styl. A dziś? Widziała tylko wulgarny tłum i żądzę taniej rozrywki.

Gdy muzyka stawała się coraz bardziej bombastyczna, a pokrzykiwania mężczyzn coraz głośniejsze, Ana Carolina się otrząsnęła. Dlaczego właściwie miałaby czekać dłużej? Marie i Maurice'owi nie była przecież do niczego potrzebna. Po przybyciu do lokalu Cabaret, zupełnie niezasługującego na tę nazwę, przez chwilę jeszcze rozmawiali i podtrzymywali iluzję, że może to być przyjemny wieczór dla nich wszystkich, ale już nawet podczas tej niewinnej rozmowy Marie i Maurice byli niemal całkowicie zajęci sobą. Tu całus, tam trzepotanie rzęsami, wyzywająca poza, dwuznaczny żart - a po chwili zniknęli, żeby "zaczerpnąć świeżego powietrza".

Gdy Ana Carolina wstała, zakręciło się jej w głowie. Och, dopiero teraz zauważyła, że jest już lekko pijana. Przytrzymała się krawędzi stołu, żeby odzyskać równowagę. Potem przewiesiła torebkę przez ramię i ostrożnie, z uniesionym podbródkiem i wyginając cienkie, wyskubane brwi w aroganckim łuku, zaczęła poruszać się między rzędami krzeseł. Miała nadzieję, że nie widać po niej, z jakim trudem utrzymuje się w pionie.

Po paru krokach potknęła się o jakąś marynarkę, która spadła z oparcia krzesła. Ana Carolina wylądowała na kolanach siedzącego obok mężczyzny.

- Hopla! Nie tak gwałtownie, moja piękna - powiedział mężczyzna i lekko klepnął ją w pośladki.

- Ręce przy sobie, świntuchu! - krzyknęła.

Pozostałe osoby przy stoliku wybuchły gromkim śmiechem, a obłapywacz popatrzył na Anę Carolinę skonsternowany.

- Nie przesadzaj, mała czarownico. Za kogo właściwie się masz? Najpierw sama zataczasz się pijana po sali, a potem... - Nie skończył, ponieważ przy Anie Carolinie pojawił się młody mężczyzna i podał jej rękę.

- Skarbie, gdzie się podziewałaś? Chodź.

Chwyciła jego dłoń i chętnie pozwoliła się wyprowadzić. Czuła się dziwnie oszołomiona, nie tylko z powodu nadmiernego spożycia alkoholu. Nadal była przestraszona przykrym zajściem, a do tego doszło zdumienie wywołane nieoczekiwanym ratunkiem. Przeszli przez salę, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Ana Carolina popatrzyła na obcego mężczyznę, którego rękę ujęła z taką ufnością. Z wypomadowanymi czarnymi włosami i kanciastą szczęką wyglądał olśniewająco. Był elegancko ubrany i wcale nie pasował do tego podrzędnego nocnego lokalu. Dziwne, że wcześniej nie zwróciła na niego uwagi.

Dopiero gdy dotarli do holu wejściowego, przystojny kawaler zwrócił się ku niej. Patrzył na Anę Carolinę dość surowo i nagle nie wzbudzał już takiego zaufania jak jeszcze chwilę wcześniej. Nie wydawał się też aż tak piękny.

- Co też pani sobie myślała? - zganił ją. - Powinna była pani poczekać na powrót przyjaciół.

- To nie są moi przyjaciele - odparła Ana Carolina i zaraz zawstydziła się głupiej odpowiedzi. Co obchodziło tego mężczyznę, czy Ana Carolina wyjdzie w towarzystwie kuzynki czy przyjaciół?

- Cieszę się, że przynajmniej w tej sprawie zachowała pani jasny ogląd. Przyjaciele nie zostawiają młodej damy, takiej jak pani, samej w podobnym otoczeniu.

- Nie wspominając już, że pod opieką zupełnie obcego mężczyzny... skarbie.

Jego usta rozciągnęły się w drwiącym uśmiechu.

- Ma pani całkowitą rację. Proszę mi wybaczyć brak manier. Jestem... Proszę nazywać mnie po prostu Antoine.

- Enchantée, monsieur Antoine. I dziękuję panu za bohaterską obronę. Czy byłby pan tak uprzejmy i wezwał dla mnie taksówkę?

- Oczywiście, mademoiselle... - Spojrzał na nią pytająco.

- Może mnie pan nazywać Caro. - Wymawiała to zdrobnienie z francuska, ale z akcentem na ostatnią sylabę: Caro.

Wyszli przez obrotowe drzwi, których wytarte matowe szyby musiały być niegdyś zdobione złotymi wzorami. Zimno momentalnie otrzeźwiło Anę Carolinę. Cienkie jedwabne pończochy i delikatne buciki do tańca nie były oczywiście stosowne na takie arktyczne chłody.

- Niech pani lepiej poczeka w środku, mademoiselle Caro, aż wezwę taksówkę.

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i skinęła głową. Odpowiedział na jej uśmiech i w mgnieniu oka jego twarz zmieniła się na powrót w promienne oblicze bohatera. Miał olśniewająco białe, idealnie równe zęby - w powojennej Europie rzadko się takie widywało.

Ana Carolina podreptała po usianym wypalonymi dziurami dywanie na kanapę, która wyglądała niechlujnie, ale jej było to obojętne. Musiała usiąść, ponieważ nagle ogarnęło ją przemożne zmęczenie.

- Mademoiselle Caro? - usłyszała głos dobiegający jakby z wielkiej dali. - Pani taksówka już czeka.

Otworzyła oczy. Musiała się zdrzemnąć. O Boże! Czy wobec owego Antoine'a nie zdoła uniknąć żadnej zawstydzającej wpadki? Najpierw stał się świadkiem jej smutnej wizyty w owej spelunce, a teraz przyłapał ją na odsypianiu alkoholowego odurzenia.

Antoine ujął ją pod ramię i sprowadził po schodach na trotuar. Potem otworzył przed nią drzwi auta i poczekał, aż Ana Carolina wsiądzie. Nim zamknął drzwi, szepnął:

- Jeżeli chce pani przeżyć naprawdę niezapomniany wieczór, proszę przyjść w piątek o dwudziestej do Alfreda przy Madeleine. Będę na panią czekał.

Samochód ruszył. Ana Carolina przespała całą drogę i lekko otumaniona obudziła się, dopiero gdy kierowca potrząsnął nią szorstko.

- Ile płacę? - zdołała jeszcze wykrztusić.

- Pan już wszystko uregulował.

Ciotka Joana i wuj Max nie dowiedzieli się nigdy o potajemnej wyprawie młodych kobiet. Gdy wrócili następnego dnia - "och, tak nam przykro, dzieci, musieliśmy zostać na noc" - mogliby co najwyżej zdziwić się na widok worków pod oczami Marie lub na zapach dymu, którym przesiąkła etola. Byli jednak zbyt zajęci sobą i chorobą przyjaciółki, by cokolwiek zauważyć. Nie zwrócili również uwagi na to, że Ana Carolina i Marie, inaczej niż zwykle, prawie ze sobą nie rozmawiały. Kuzynki bowiem ostro się posprzeczały.

- Jak mogłaś tak po prostu zniknąć? - oburzała się Marie. - Byliśmy bardzo zmartwieni, gdy cię nie znaleźliśmy, a jeszcze bardziej, kiedy portier powiedział nam, że wyszłaś w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Doprawdy, Ano Carolino, nie sądziłam, że jesteś aż tak naiwna. U was w Brazylii też nie wychodzi się przecież z lokalu z pierwszym lepszym obcym człowiekiem!

- Nie. Ale w Rio również nie zostawia się dziewczyny godzinami samej w podejrzanym lokalu, w otoczeniu półnagich prostytutek i śliniących się mężczyzn.

- A czyj to był pomysł, żeby tam pójść? Twój! Trzęsłaś się ze śmiechu, gdy przeczytałaś tytuł spektaklu. Orientalna syrena. Myślałam, że pokaz sprawi ci przyjemność.

- W ogóle nie myślałaś, Marie. Mózg zsunął ci się pod brzuch, a ja jestem pewna, że Maurice nie dał się długo prosić, by go tam poszukać.

- Przemawia przez ciebie czysta zazdrość.

Ana Carolina wzruszyła pogardliwie ramionami.

- Skoro tak twierdzisz.

Kuzynki przez chwilę patrzyły na siebie, każda nieprzejednana i głęboko przekonana, że wyrządzono jej krzywdę. Ana Carolina dobrze wiedziała, jak mogłaby oczyścić atmosferę. Gdyby przyciszonym głosem opowiedziała kuzynce o tajemniczym mężczyźnie i zaspokoiła tym samym jej rozpaloną ciekawość, wszystko znowu by się między nimi ułożyło. Ana Carolina sama nie wiedziała, dlaczego właściwie tego nie zrobiła. Lubiła Marie, więcej, kochała ją niemal jak siostrę. Nigdy nie miały przed sobą tajemnic. Chęć, by zataić przed Marie ów ekscytujący epizod ze swojego na ogół mało ekscytującego codziennego życia, okazała się jednak silniejsza niż potrzeba przywrócenia dawnej harmonii. Ana Carolina nie kierowała się przy tym poczuciem wyższości. W zasadzie nie miała przecież wiele do opowiedzenia, lecz te nieliczne szczegóły były zbyt cenne, by umniejszać je obcesowymi komentarzami i głupiutkimi chichotami. Ów Antoine wywarł na niej wielkie wrażenie.

Za nic w świecie nie zamierzała zrezygnować z ponownego spotkania. W piątek, u Alfreda przy Madeleine. Będzie musiała dyskretnie dowiedzieć się, o jakie miejsce chodzi. Może o restaurację, Chez Alfred? A może amerykański bar Alfred's? I czy na pewno powiedział "Alfred", a nie "Arthur" lub "Auguste"? Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym mniej była pewna. Również jeśli chodzi o czas spotkania, przestała dowierzać pamięci. Cóż miała jednak do stracenia? W piątkowy wieczór wykradnie się jakoś z domu, weźmie taksówkę, a kierowca, miejmy nadzieję, zrozumie niejasny opis lokalizacji lepiej niż sama Ana Carolina.

Cały tydzień myślała o niezwykłym spotkaniu. I samo radosne oczekiwanie nie było nawet w połowie tak ekscytujące jak myśl o tym, że w ogóle poważy się na taką przygodę. Ana Carolina podobała się sobie w roli femme fatale. Przyzwoite dziewczęta nie spotykały się z nieznajomymi. To właśnie było w tym wszystkim tak pociągające.

Marie zauważyła, że kuzynka się na coś szykuje, ale duma nie pozwoliła jej zadawać pytań. Od czasu do czasu rzucała znaczącą uwagę - "w ostatnim czasie udajesz taką tajemniczą" albo "najwyraźniej nie jestem już dla ciebie dość dobra, odkąd znalazłaś sobie tego nieznajomego mężczyznę" - a drwiący ton zdradzał rozczarowanie Marie, że nie została wtajemniczona. Mimo to Ana Carolina zachowała sekret dla siebie.

Z wielką starannością przygotowała na piątek alibi, w które musiała uwierzyć nawet Marie. Na szczęście, zbliżały się urodziny kuzynki, więc jako powód wyjścia z domu Ana Carolina mogła podać przygotowywaną rzekomo niespodziankę. Ciotce Joanie oznajmiła to samo.

- Wiesz, tia, wymyśliłam dla Marie coś naprawdę niezwykłego i muszę w tym celu udać się do specjalistki, która miała tylko jeden wolny termin. Proszę, nie naciskaj, obiecuję, że nie jest to nic złego i że punktualnie o dziesiątej wieczorem wrócę do domu. Jeżeli chcesz, możesz posłać ze mną Yvette, żeby na mnie uważała.

Yvette była pokojówką i Ana Carolina dobrze wiedziała, że w piątek ma wychodne i odwiedza swoją rodzinę na przedmieściach Paryża.

- No dobrze. - Ciotka Joana wreszcie zmiękła. - Jesteś już przecież wystarczająco dorosłą młodą damą.

Wystarczająco dorosła, pomyślała Ana Carolina, dobre sobie! Inne dwudziestoletnie kobiety miały już mężów i dzieci, a ją nadal traktowano jak pensjonarkę. Ciotka okazała się jeszcze bardziej troskliwa niż matka, choć nie była nawet prawdziwą ciotką Any Caroliny. Tia Joana poślubiła Pedra, brata dony Vitórii, który zmarł wiele lat przed narodzinami Any Caroliny. Obie starsze damy nadal jednak uważały się za szwagierki i łączyła je głęboka przyjaźń.

- Dziękuję, tia! Zobaczysz, że było warto. Pozwól się zaskoczyć! - wykrzyknęła ucieszona Ana Carolina, gdy otrzymała zgodę na to, żeby mogła sama wyjść wieczorem z domu.

Wszystko to miało tylko jedną drobną wadę. Teraz Ana Carolina musiała sprawić kuzynce naprawdę wyjątkowy prezent, w dodatku taki, który wymagałby wizyty u "specjalistki". Ach, coś przecież wymyśli.

*

W piątek wieczorem Ana Carolina wsiadła do taksówki. Kierowca nie słyszał nigdy o lokalu Alfred, kazała mu więc stanąć po prostu przed jakąś kawiarnią i postanowiła zapytać o dalszą drogę. To, jak stwierdziła, okazało się dość głupim pomysłem, ponieważ ze względu na lodowatą mżawkę, na ulicy znajdowało się niewielu przechodniów, a ona sama już po chwili przemarzła. Gdy znalazła wreszcie Alfreda, maleńką restaurację na pierwszym piętrze domu handlowego, była już za kwadrans dziewiąta. Ponieważ jej amant nie stał przed drzwiami, spodziewała się zastać go w środku. Tam jednak również go nie było. Ana Carolina kilkakrotnie powiodła wzrokiem po przytulnym lokalu, ale nie znalazła mężczyzny, który choć trochę przypominałby Antoine'a. Do diaska! Była wściekła, że przyszła tak późno. Jeszcze bardziej zezłościła się jednak na Antoine'a, który umówił się z nią w nieznanym lokalu, a potem nawet na nią nie poczekał. Bardzo chciała usiąść przy jednym z uroczo nakrytych stolików, najlepiej przy kominku, i nieco się ogrzać. Jak pięknie byłoby zjeść tutaj kolację z adoratorem! Na wszystkich stołach stały świeczniki i panowała bardzo romantyczna atmosfera. Może jeszcze się zjawi? Może wyszedł tylko na chwilę do toalety? Ale nie - musiała myśleć realistycznie. Wystawił ją do wiatru. Ana Carolina obróciła się gwałtownie na pięcie i pospieszyła do wyjścia. Do jej oczu napłynęły łzy, które próbowała powstrzymać. To byłby szczyt upokorzenia, gdyby w dodatku popłakała się z powodu tego niesłownego typa.

- Czy mademoiselle Caro? - zagadnął ją nagle mężczyzna we fraku, zapewne główny kelner.

Ana Carolina stała już przy drzwiach i gorąco pragnęła jak najszybciej opuścić ów lokal.

- Hmm, tak, to ja.

- Mam dla panienki wiadomość od monsieur Antoine'a.

- Tak?

Podał jej złożoną karteczkę. Ana Carolina musiała się powstrzymywać, by nie chwycić jej zbyt pospiesznie.

- Dziękuję - powiedziała tylko i wyszła z restauracji, nie przeczytawszy wiadomości. Dopiero na schodach rozłożyła karteczkę. Była wyrwana z bloczku kelnera, a Antoine skreślił na niej pospiesznie kilka słów. "Nie chciałem jeść samotnie. Może jednak dotrzyma mi pani towarzystwa przy kieliszku wina? Czekam na panią w Café Royal. To tuż przy stacji metra, tylko kilka kroków stąd. A.".

Ana Carolina poczuła zarazem ulgę i oburzenie. Czy nie mógł zamówić kieliszka wina u Alfreda? Cóż to była za głupia gierka - zabawa w podchody w Paryżu? Jakże śmiał zmuszać ją do ganiania po okolicy w tę paskudną pogodę? I dlaczego, do diabła, cieszyła się, że znowu go zobaczy?

Owinęła się ciaśniej płaszczem i ruszyła w drogę. Niecałe dwie minuty później dotarła do lokalu. Co poza nazwą mogło być królewskiego w owej Café Royal, pozostawało tajemnicą. Lokal wyglądał na wyjątkowo przyziemną brasserie. Gdy jakaś para wyszła z niego na ulicę, z otwartych drzwi dobiegł głośny śmiech. Ana Carolina nagle poczuła się niepewnie. Nie zwykła wchodzić zupełnie sama do lokali, w dodatku takich, gdzie najprawdopodobniej spotykali się prości ludzie. Courage, mademoiselle! - upomniała samą siebie i zebrała się na odwagę. Gdy minęła grubą, czerwoną filcową zasłonę, oddzielającą bufet od przenikliwego zimna wpadającego przez drzwi, uderzyły ją tytoniowy dym i wilgotne, lepkie gorąco. W zastałym powietrzu unosił się zapach zwietrzałego alkoholu. Ciepło i mieszanina zapachów działały jednak uspokajająco i w pewien sposób pocieszająco. W lokalu było bardzo tłoczno, potrzebowała więc chwili, by zyskać orientację i przyjrzeć się twarzom przy stolikach. Nigdzie nie dostrzegła siedzącego samotnie mężczyzny. Dopiero gdy odwróciła się w stronę kontuaru, zobaczyła go.

Tak, to był on. Nie do pomylenia, nawet z profilu. W dodatku jeszcze atrakcyjniejszy, niż go zapamiętała.

Nie zauważył jeszcze jej przybycia, mogła zatem przyjrzeć się mu spokojnie. Czarne włosy były potargane, strój znacznie swobodniejszy niż podczas ich pierwszego krótkiego spotkania. Wyglądał olśniewająco, choć nieco ponuro wbijał wzrok w kieliszek wina. Serce Any Caroliny zabiło szybciej. Co takiego ją opętało, że przyszła tu na spotkanie z nieznajomym? Czy nie powinna raczej szybko zawrócić i pojechać do domu? Nie wiedziała o tym mężczyźnie nic, zupełnie nic, oprócz tego, że był na tyle rycerski, by wyprowadzić ją z podłego kabaretu i zapłacić za taksówkę. Przypomniała sobie wszystkie te przerażające historie, którymi zwykła straszyć ją ciotka Joana - o maniakach seksualnych, porywaczach i mordercach dziewcząt, którzy najwyraźniej tylko czyhali na ofiary takie jak ona, czyli ładne i naiwne młode kobiety.

W chwili gdy Ana Carolina uznała, że właściwie nie ma już wcale ochoty na rendez-vous, Antoine odwrócił się na barowym stołku. Ich spojrzenia się spotkały. Ana Carolina miała wrażenie, że poraził ją prąd. W jaki sposób jeden uśmiech mógł aż tak zmieniać czyjeś rysy? Wcześniej Antoine odznaczał się klasyczną, surową urodą, teraz jednak, z szerokim, promiennym uśmiechem na twarzy, wyglądał serdeczniej, młodziej i jeszcze bardziej zniewalająco. Nie mogła nie odpowiedzieć uśmiechem.

- Ach, moja nieprzewidywalna mademoiselle Caro! Cóż za rozkoszną mękę mi pani zadała - przywitał ją.

- Proszę, monsieur Antoine. Nie ma pan pojęcia o prawdziwych mękach. Niech pan spróbuje biegać w takich butach - tu wskazała na swoje eleganckie pantofelki - w rozmokłym śniegu, za niecierpliwym mężczyzną.

- Nie sądziłem, że jest pani typem kobiety, która biega za mężczyznami.

- Pan to potrafi przekręcać cudze słowa. Musi pan być politykiem. A może adwokatem?

- Proszę, moja droga, niech pani najpierw usiądzie. Czego się pani napije?

- Adwokat, to oczywiste. Wykrętne odpowiedzi na jasno zadawane pytania.

Antoine zaśmiał się cicho. Ana Carolina usiadła na stołku obok niego i skinieniem przywołała barmana.

- Poproszę koktajl z wytrawnym martini.

- Ależ pani okrutna. Nie pozwoli mi pani nawet na przyjemność zamówienia dla pani drinka. Czy to właśnie współczesne kobiety rozumieją jako równouprawnienie?

- Tak, między innymi.

- Czy przynajmniej pozwoli mi pani zafundować sobie koktajl?

- Oczywiście. Emancypacja ma swoje granice. Poza tym może pan pomóc mi zdjąć płaszcz.

- Cóż za nietakt z mojej strony! - Antoine mrugnął do Any Caroliny, wstał, zdjął z niej płaszcz i odniósł go do stojaka na garderobę.

Ana Carolina była zauroczona. Jak pięknie wyglądał! Jak wspaniale się ruszał! Ach, i jak bardzo podobała się jej ta niewinna pogawędka!

Gdy wrócił, drink stał już przed nią. Antoine uniósł opróżniony do połowy kieliszek wina i oznajmił uroczystym tonem:

- Za nowoczesne kobiety!

Ana Carolina skinęła głową i trąciła się z nim kieliszkiem. W zasadzie nigdy nie uważała się za szczególnie wyemancypowaną. To, że sama zamówiła drinka, wynikało bardziej z zakłopotania. Z drugiej strony, czyż nie wyszła sama z domu, by spotkać się z nieznajomym? To było przecież bardzo nowoczesne!

- Musi mi pani opowiedzieć wszystko o sobie - zażądał.

- Wszystko?

- Zacznijmy od tego, skąd pani pochodzi. Pani akcent jest po prostu uroczy.

Ana Carolina odparła, że pochodzi z Ameryki Południowej, dokładniej rzecz biorąc, z Argentyny. W Paryżu studiuje literaturę, zmyślała dalej, i na czas pobytu wynajmuje apartament wraz z koleżanką. Niedługo czeka ją egzamin i pisze właśnie pracę magisterską o Molierze. Im więcej mówiła, tym łatwiej przychodziły jej do głowy kolejne kłamstwa. Sprawiało jej przyjemność opowiadanie temu mężczyźnie historii, która była znacznie bardziej ekscytująca niż prawda i która stawiała ją w lepszym świetle. W opowieści Ana Carolina była starsza i mądrzejsza. Nie mogła przecież przyznać się, że ma dopiero dwadzieścia lat, że nie robi nic sensownego, nie studiuje ani nie pracuje, i że już za pół godziny będzie musiała się pożegnać, ponieważ w przeciwnym razie ciotka nigdy więcej nie pozwoli jej wyjść samej z domu.

Od niego dowiedziała się, że jest pilotem i zasiada w komisji, która obraduje nad sukcesami, rekordami i wynalazkami lotniczymi. Postępy w budowie samolotów są niewiarygodne, a ambicje pilotów nie mniejsze. Antoine wyjątkowo wciągająco opowiadał o najróżniejszych - nieudanych - próbach lotników, by zdobyć nagrodę w wysokości 25 000 dolarów, ustanowioną w 1919 roku przez pewnego ekscentrycznego hotelarza, za pierwszy nieprzerwany przelot z Paryża do Nowego Jorku. Do tej pory nikomu się to nie udało. Antoine zabawiał Anę Carolinę po części śmiesznymi, po części tragicznymi anegdotami o pionierach lotnictwa i lotach pocztowych, i zaimponował jej umiejętnością przekazywania wiedzy w niezwykle obrazowy sposób.

- A zatem zna pan na pewno także mojego... wielkiego Alberta Santosa-Dumonta? - spytała Ana Carolina. Niemalże wymknęło się jej "mojego krajana". Na Boga, dlaczegóż właściwie podała się za Argentynkę? Przecież nawet nie lubiła tego sąsiedniego kraju. Czy to dlatego, że teraz tak modne było w Paryżu tango, a wszystkich Argentyńczyków uważano za namiętnych ludzi, zdolnych do wielkich uczuć, podczas gdy stereotypy na temat Brazylijczyków były znacznie mniej pochlebne?

- Tak, miałem okazję go poznać. Prawdziwy oryginał. Zupełnie nie taki, jak zwykle wyobrażamy sobie Brazylijczyków.

- A jak pan ich sobie wyobraża?

- No cóż, pełni temperamentu, swobodni, radośni, nieco niezdyscyplinowani...

Ana Carolina przypomniała sobie o swojej fałszywej tożsamości, z której na powrót się ucieszyła, i dodała:

- ...banda leniwych nicponi.

Antoine roześmiał się.

- Słyszałem już, że w Argentynie mają pewne problemy z sąsiadami.

- Owszem. Ale to nieprzyjemny temat. Porozmawiajmy lepiej o Europie. O Paryżu. Pochodzi pan stąd?

- Mieszkam tu od czterech lat. Pochodzę z małej wioski, o której na pewno pani nie słyszała.

Prowadzili dalej ożywioną rozmowę, śmiali się, pili i cieszyli swoim towarzystwem. Ana Carolina miała wrażenie, że jest traktowana poważnie, czuła się ożywiona, godna pożądania i piękna. To było wspaniałe. Przypadkowy rzut oka na ścienny zegar sprawił jednak, że zamarła z przerażenia.

- Jezus Maria, już po dziesiątej! Muszę iść.

- Ma pani jeszcze jakieś plany na dzisiejszy wieczór?

- Można tak powiedzieć.

- Zobaczymy się ponownie?

- Bardzo chętnie.

- Jak mogę się z panią skontaktować?

Ana Carolina zastanawiała się gorączkowo, jak ominąć tę mieliznę. Nie mogła przecież podać mu swojego adresu ani numeru telefonu.

- Nie może pan. Umówmy się po prostu na kolejne spotkanie. I proszę, by tym razem pan na mnie zaczekał.

- A pani zjawi się punktualnie?

- Spróbuję.

Antoine uśmiechnął się. Nagryzmolił swój numer na podstawce pod piwo i podał ją Anie Carolinie.

- Pod tym numerem może się pani ze mną skontaktować. Gdyby jednak zmieniła pani zdanie.

- Zmieniła zdanie? Nie pamiętam, żebyśmy już się umówili.

- Dziwne. Miałem wrażenie, że zgodziła się pani spotkać ze mną w kinie na Boulevard des Italiens, w przyszłą sobotę o dwudziestej.

- Och, mam już na tę porę inne plany. Czy nie moglibyśmy wybrać się na pokaz popołudniowy? - Ana Carolina pogratulowała sobie po cichu szybkiej reakcji. Kolejne wieczorne wyjście byłoby niemożliwe do zorganizowania, w każdym razie nie bez wtajemniczania Marie.

- Zgoda. A zatem o szesnastej przed kinem?

Ana Carolina skinęła głową. Uśmiechając się, powiedziała:

- Cieszę się.

Antoine spojrzał jej głęboko w oczy.

- Nie aż tak jak ja.

Zapłacił, po czym pomógł jej włożyć płaszcz i wyszedł razem z nią, by wezwać taksówkę. Samochód podjechał i Antoine otworzył drzwi. Gdy chciała wsiadać, ujął jej dłoń, przyciągnął Anę Carolinę do siebie i zgodnie z francuskim zwyczajem delikatnie pocałował ją w oba policzki. Jednakże inaczej, niż to było przyjęte, dotknął przy tym kącików jej ust i w przelocie musnął wargi. To był bardzo czuły i bardzo intymny dotyk, budzący pragnienie czegoś więcej.

W drodze powrotnej Ana Carolina myślała tylko o tym, jak to by było, gdyby Antoine pocałował ją naprawdę.

*

Tydzień, który pozostał do spotkania, ciągnął się w nieskończoność. Z każdym dniem nastrój Any Caroliny ulegał coraz większym wahaniom. Rano budziła się z cudownym mrowieniem w brzuchu, a ponura zima nagle wydawała się jej prześliczna, popołudniami jednak, w towarzystwie Marie lub ciotki, stawała się nieznośna. Codzienność wydawała się jej pusta, krewni zaś zupełnie nieciekawi. Wystawne mieszkanie w pięknym budynku zaprojektowanym przez Haussmanna jawiło się jako szczyt drobnomieszczaństwa, a przyjaciele Marie sprawiali wrażenie strasznych nudziarzy. Wreszcie jednak nieznośne oczekiwanie dobiegło końca.

W sobotnie popołudnie Ana Carolina dosłownie wybiegła z domu. Rzuciła Marie mało wiarygodne i obcesowe wyjaśnienie - "muszę zaczerpnąć powietrza, tu w środku można udusić się ponurą atmosferą" - i nie dała innym czasu na to, by do niej dołączyli. Było jeszcze jasno, pojechała więc metrem do stacji Opera. Ponieważ miała wciąż nieco czasu, weszła do bistro i zamówiła kawę. Przysięgła sobie nie tknąć tym razem alkoholu, żeby Antoine nie pomyślał, że za dużo pije. Wyjęła z torebki srebrne lusterko i nałożyła na twarz nieco różu i szminki. Na końcu wpięła w uszy przyciągające uwagę perłowe kolczyki i przekrzywiła na głowie czapkę z futra szopa, by wyglądać bardziej zalotnie. W domu nie ośmieliła się tak wyszykować, żeby nie wzbudzić podejrzeń.

Wreszcie ruszyła w stronę kina. Od frontu tłoczyli się już ludzie, najwyraźniej czekający na następny pokaz. Mimo brzydkiej pogody - padał drobny deszcz ze śniegiem - na trotuarze panował ożywiony nastrój. Niektórzy ze zgromadzonych trzymali kieliszki szampana, inni palili, tu i ówdzie rozlegały się śmiechy, usłyszała także pełen oburzenia krzyk, gdy przejeżdżające auto ochlapało jakąś damę. Ana Carolina zajrzała do zatłoczonego foyer i postanowiła również zaczekać na zewnątrz. Znalazła schronienie pod wygiętym w eleganckim łuku zadaszeniem i zapaliła papierosa. Kilku mężczyzn spojrzało na nią z przyganą - paląca publicznie "nowoczesna kobieta" nadal stanowiła ewenement.

Tłum powoli się przerzedzał. Większość osób weszła do środka, gdy zaczęto wpuszczać widzów do sali. Ana Carolina powiodła wzrokiem po oplakatowanych ścianach widocznych za wielkimi oknami. Było jej obojętne, jaki film wyświetlano, szukała ściennego zegara. Gdy wreszcie go dostrzegła, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wpół do piątej! Czyżby ten łajdak znowu wystawił ją do wiatru? A może czekał na nią wewnątrz? Ale nie, w takim wypadku dawno by już wyszedł, aby wypatrywać jej przed kinem, czyż nie?

Mimo to weszła do środka. Znalazła małą kawiarnię, która teraz, gdy niemal wszyscy znikli w sali kinowej, była niemal pusta. Ani śladu Antoine'a. Ana Carolina zajęła miejsce, zamówiła kolejną kawę i postanowiła, że wyjdzie, gdy tylko ją wypije. Z sali dobiegały przytłumione dźwięki pianina, towarzyszącego pokazowi niemego filmu, a od czasu do czasu śmiechy. Na tym akustycznym tle samotne oczekiwanie wydało się Anie Carolinie jeszcze smutniejsze. Zbierało się jej na płacz. Na wpół uwodzicielskie, na wpół współczujące spojrzenie kelnera, któremu najwyraźniej nieobce były tego rodzaju sytuacje, przepełniło czarę.

W tym samym czasie Antoine wypadł z wagonu metra, brutalnie odpychając na boki innych pasażerów. Doprawdy miał pecha. Najpierw jego samochód nie chciał odpalić z powodu zimna, musiał więc pobiec na stację metra, ryzykując tym samym piętnastominutowe spóźnienie. Potem poinçonneur, kontroler biletów, dopatrzył się jakiejś nieprawidłowości w jego bilecie pierwszej klasy i zażądał od Antoine'a, by kupił inny. W dodatku podziemna kolejka w połowie drogi stanęła na kilka minut. Teraz była za kwadrans piąta. Jeżeli zastanie piękną Caro w umówionym miejscu, będzie to prawdziwy cud.

Oczywiście już jej tam nie było. Antoine nie sądził, by sama udała się do sali kinowej. Czy może jednak powinien tam zajrzeć? Było mu obojętne, czy publiczność oburzy się, gdy stanie na środku i zawoła głośno: "Mademoiselle Caro!". Cóż to mogło zaszkodzić? Ruszył w stronę sali, lecz zatrzymano go i poproszono o bilet. Do diabła, przeklinał w duchu Antoine, iluż aroganckich kontrolerów biletów może być w Paryżu?

- Nie chcę oglądać filmu - wyjaśnił chłopakowi. - Szukam tylko znajomej.

- Jeżeli jest to młoda, śliczna dama o południowej urodzie...

- Tak?

Młody człowiek w uniformie przestępował zakłopotany z nogi na nogę, aż wreszcie Antoine pojął, że otrzyma informację tylko w zamian za napiwek. Wręczył chłopakowi pokaźną sumę w wysokości pięćdziesięciu centymów.

- Demoiselle czekała w kawiarni. Wyszła pięć minut temu.

Schodząc do metra, Ana Carolina dostrzegła w przelocie kogoś, kto wyglądał jak Antoine. Był jednak zbyt daleko i wbiegał po schodach zbyt szybko - przeskakując po dwa stopnie - by mogła mieć pewność. Może były to tylko jej pobożne życzenia. A nawet jeśli nie, to z tak niegodnym zaufania i nieuprzejmym filou nie chciała się zadawać. Nie powinna się zadawać. Chciała, owszem. Choć wiedziała, że nie wyszłoby to jej na dobre.

W kolejnych dniach Ana Carolina zastanawiała się, czy mimo wszystko nie powinna do niego zadzwonić. Szukała wytłumaczenia, przedstawiała sobie całą sytuację w coraz lepszym świetle, znajdowała niezliczone usprawiedliwienia. Ileż razy kusiło ją, by chwycić za słuchawkę i skrócić te duchowe męczarnie. Jej udręka była bowiem bezmierna: zakochała się po uszy w mężczyźnie, którego nazwiska ani adresu nie znała i o którym wiedziała jedynie, że jest najprzystojniejszym i najbardziej ekscytującym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkała. Posunęła się nawet do tego, by prawie zamówić połączenie, jednak panienka z urzędu telefonicznego nie oddzwoniła i Ana Carolina uznała to za znak od losu. Nie było im to pisane. Stopniowo górę wziął rozsądek - oraz gniew. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek miałaby biegać za jakimś mężczyzną, to nie nazywa się Ana Carolina Castro da Silva.

*

Gdy po kilku tygodniach wyjeżdżała do Portugalii, swojego ostatniego przystanku podczas podróży po Europie, w dużej mierze zdołała już dojść do siebie. Stosunki z Marie, przez chwilę grożące znacznym ochłodzeniem, stały się na powrót równie serdeczne jak przed owym godnym pożałowania epizodem z Antoine'em. Na peronie kuzynki objęły się i pocałowały, zalewając się łzami. Gdy pociąg ruszył wreszcie z sapaniem, Ana Carolina stała w przedziale przy otwartym oknie i machała. Ciotka Joana, wuj Max, Marie i jej nieoficjalny narzeczony Maurice odprowadzili ją na Gare de Lyon i wcześniej zjedli jeszcze razem obiad w wystawnej dworcowej restauracji Le Train Bleu.

Ostatnią myśl, nim opuściła Paryż, Ana Carolina poświęciła powiewającej chusteczce Marie. Cóż za nędzny prezent urodzinowy, przyszło jej do głowy. Pospiesznie wyhaftowała inicjały Marie na tuzinie chusteczek - z pewnością nie wyglądały tak, jakby wymagały wizyty u specjalistki.

Ana Carolina, zawstydzona, a zarazem wzruszona, opadła na siedzenie obite czerwonym aksamitem. Wreszcie pozwoliła popłynąć łzom.

 

1

Przeklęty bibelot! Ana Carolina patrzyła zrezygnowana na trzy leżące przed nią na stole skorupy. Zdobyła klej do porcelany i z największą starannością połączyła wszystkie części, ale gdy tylko puściła naprawioną puszeczkę, ta znowu się rozpadła. Do diaska! Rzecz była stara, co prawda, nie zabytkowa ani nie wyjątkowo cenna, jednak matka wydawała się do niej wyjątkowo przywiązana. Gdy dona Vitória odkryje, że jej ukochana porcelanowa puszeczka została rozbita, będzie niepocieszona.

Po ośmiu kolejnych próbach dyletanckie zabiegi Any Caroliny zaczęły przynosić niejakie rezultaty. Pęknięcia były, co prawda, nadal widoczne, ale gdy przykryło się mały pojemnik wieczkiem, które na całe szczęście pozostało nienaruszone, istniała szansa, że nikt niczego nie zauważy. Dlaczegóż musiała koniecznie wyjąć puszeczkę z gabloty? Wystarczyłoby przecież przyjrzeć się jej przez szybę, zastanawiając się, jakie to wspomnienia wiązała matka z owym bibelotem.

Dona Vitória nie była przywiązana do wielu rzeczy. Dokładniej rzecz biorąc, w całym domu znajdowały się tylko dwa przedmioty, które traktowała jak świętość: właśnie owa porcelanowa puszeczka oraz naszyjnik z zawieszką w kształcie krzewu kawy. Wszystkie pozostałe rzeczy oceniała wyłącznie pod kątem użyteczności. Jeszcze tego ranka krzątała się w pokoju córki i odkładała wszystko, co w jej oczach nie było warte zachowania.

- Po co ci ta stara szmatka? Dziś już się takich nie nosi. Nie jest przecież wyszywana prawdziwymi perłami. Wyrzucamy to. - Chwyciła sukienkę, w której Ana Carolina przed kilkoma laty tańczyła na upojnym balu, i niedbale wepchnęła do worka.

- M?e, nie! Uwielbiam tę sukienkę.

- Co za bzdury. Co pomyśli sobie twój przyszły mąż, jeżeli zabierzesz ze sobą niemodne suknie tylko dlatego, że przypominają ci o twoim pierwszym pocałunku? W dodatku pocałunku, który w tak niesmaczny sposób wymieniłaś z tym nieudacznikiem Carlosem.

Serce Any Caroliny przestało na chwilę bić. Skąd matka o tym wiedziała? Czy przed tą kobietą nie dało się niczego utrzymać w tajemnicy?

- Nie patrz na mnie z takim przerażeniem. Myślałaś może, że coś takiego się przede mną ukryje? - Dla podkreślenia tych słów, dona Vitória wepchnęła suknię głębiej do worka. - A teraz dalej. Nie mam dużo czasu, dyrektor banku Gonçalves przychodzi na obiad.

Ta rozmowa odbyła się ledwie kilka godzin wcześniej. Po digestivo - przy którym obecność Any Caroliny nie była pożądana - dyrektor banku, z zaczerwienionymi policzkami i chwiejąc się na nogach, podreptał do auta, matka zaś z triumfalnym uśmiechem wycofała się do swojej pracowni. Zamyślona Ana Carolina stanęła przed gablotą i kolejny raz zaczęła się zastanawiać, co widział jej ojciec w tak zimnej, wyrachowanej i bezdusznej kobiecie. Może właśnie ta zagadka skłoniła ją, by dokładniej przyjrzeć się porcelanowej puszeczce.

Puszeczka wypadła jej z rąk dokładnie w chwili, gdy do salonu weszła Mariazinha ubrana w... starą suknię balową Any Caroliny! Nie po raz pierwszy bezczelność tej dziewczyny doprowadziła Anę Carolinę do furii.

- Czemu przechadzasz się w biały dzień w mojej sukni balowej? Chcesz może tańczyć, zamiast pracować? Dalej, znikaj stąd! I niech już nigdy więcej nie zobaczę cię w moich starych strojach!

Pokojówka uśmiechnęła się hardo, dygnęła i wyszła tylko po to, by po chwili wrócić:

- Czy mam zamieść skorupy, senhorita?

- Idź i przynieś mi trochę kitu od garncarza José. Powiedz mu, że zapłacę, gdy następnym razem będę w okolicy. I ani słówka donie Vitórii.

Teraz, gdy porcelanowa puszeczka została naprawiona, Ana Carolina z przesadną ostrożnością odstawiła ją z powrotem do gabloty i obejrzała swoje dzieło. Nie, na pierwszy rzut oka nie było widać uszkodzeń. A matka na pewno nie zaszczyci pamiątki uważniejszym spojrzeniem.

*

Następnego ranka Ana Carolina przeglądała dalej stosy ubrań w swojej szafie. Wiele rzeczy rzucała na podłogę, nie było jej ich szkoda. Przy niektórych ubraniach i dodatkach wahała się. Elegancka torebka, którą miała ze sobą na pierwszej randce? Opaska z piórkami, przed trzema laty ostatni krzyk paryskiej mody? Albo wytarte baleriny, przypominające jej wczesną młodość? Czy zasługiwały na wyjątkowe traktowanie? A może stanowiły tylko niepotrzebny balast w nadchodzącej podróży ku piękniejszej przyszłości i większej swobodzie?

Tego była pewna: jako żona Henrique Almeidy Camposa wreszcie uwolni się od wiecznego nadzoru matki. Koniec z ograniczeniami, z przytłaczającymi wymogami towarzyskimi, którym podlegała w domu rodziców. Nie żyli przecież na fazendzie, plantacji kawy, w czasach niewolnictwa, tylko w latach dwudziestych XX wieku! Czasy się zmieniły - ale jej rodzice tego nie zauważali. Życie, jakie prowadziła w Rio Ana Carolina, niektórzy nazwaliby "zacisznym". Jej samej wydawało się nieznośnie staroświeckie i ograniczone.

Może przyczyną był wiek rodziców. Dona Vitória miała wkrótce skończyć sześćdziesiąt lat, a don León był już po siedemdziesiątce. W oczach Any Caroliny oboje byli po prostu w zbyt podeszłym wieku, by mieć dwudziestotrzyletnią córkę. Łatwo dawało się policzyć, że dona Vitória urodziła ją, gdy miała trzydzieści siedem lat. To było po prostu nieprzyzwoite! W tym wieku nie powinno się wydawać dzieci na świat, a na pewno nie wtedy, gdy miało się już dwóch synów.

Bracia Any Caroliny byli od niej ponad dziesięć lat starsi i już dawno założyli własne rodziny. Nie utrzymywała z nimi bliskich kontaktów, różnica wieku była po prostu zbyt duża. Mimo to Ana Carolina kochała ich obu, starszego Pedra jeszcze bardziej niż drugiego z braci, Eduarda. Czasami spędzała kilka dni u Pedra i jego rodziny, mieszkających w S?o Paulo. Za każdym razem Ana Carolina cieszyła się swobodą, jakiej tam doświadczała. Pedro nie miał nic przeciwko, żeby nosiła suknie z ogromnym dekoltem na plecach, a jego żona Francisca częstowała ją nawet papierosami. "Nowoczesne kobiety czasami palą", twierdziła Francisca. "To oznaka równouprawnienia".

Potwornie staroświeccy rodzice zakazywali Anie Carolinie zarówno palenia tytoniu, jak i noszenia zbyt swobodnych strojów. Nie pozwalali córce właściwie na nic, co sprawiało jej przyjemność. Narzekali, gdy piła alkohol, większości jej przyjaciół mieli coś do zarzucenia i protestowali przeciwko wszelkim pomysłom córki na zdobycie zawodu.

"Nie możesz zostać pilotką, skarbie".

"Młoda dama o takim pochodzeniu nie musi na siebie zarabiać".

"Otwórz może salon literacki albo spróbuj zostać malarką".

"Przypomnij sobie ostatni raz, gdy chciałaś udowodnić światu swoją niezależność...".

"Możesz podróżować, grać w tenisa i do woli oddawać się wszystkim swoim zainteresowaniom".

"Kto chciałby dobrowolnie iść do pracy? W dodatku, jakiej? Chcesz może zostać guwernantką albo, co gorsza, maszynistką?".

"Płacimy za twoje życie w luksusie. Czego chcesz więcej? Jesteś niewdzięczna!".

Takie właśnie komentarze słyszała najczęściej Ana Carolina. Pedro próbował kiedyś wytłumaczyć jej, że rodzicielskie zakazy są wyrazem miłości i troski. Ana Carolina miała jednak wrażenie, że jest to raczej przejaw zazdrości o jej młodość i o możliwości, które otwierały się obecnie przed kobietami - jeżeli mogły liczyć na wsparcie ze strony ojców lub mężów. Ana Carolina mogłaby przecież studiować medycynę albo zrobić licencję pilota, gdyby tylko ojciec stanął po jej stronie. Jednakże bez jego zgody nie zdoła osiągnąć niczego. Najwyraźniej prawo do samostanowienia przysługiwało tylko biedniejszym kobietom. A może kucharki, pielęgniarki i nauczycielki też musiały przedstawić zgodę męża, by móc pracować w swoim zawodzie? Na pewno nie.

Ana Carolina z wściekłością wyszarpnęła z szafy długą jedwabną suknię. Była czarna, wąsko skrojona, bez rękawów i nawet dwa lata po zakupie wciąż bardzo śmiała. Precz z nią! Ta głupia sukienka kosztowała ją majątek - i niemal dobrą opinię. Anę Carolinę do dziś ogarniał wstyd na myśl o tym, że jej pierwsza i jedyna próba stanięcia na własnych nogach skończyła się żałosną porażką. Jak mogła być tak szalona, by sądzić, że zdoła cokolwiek ukryć przed swoją matką?

Jako jedna z pierwszych kobiet w Rio zaczęła studiować literaturę, ale szybko zrozumiała, że świat akademicki nie pociąga jej w najmniejszym stopniu. Podjęła zatem poszukiwanie pracy jako pianistka, ponieważ jako panna z dobrego domu i z nienagannym wykształceniem potrafiła grać bardzo przyzwoicie. Udało się jej zdobyć posadę w miejscu, gdzie nie zwracano uwagi na formalności i płacono chudą tygodniową pensję w gotówce, nie została jednak pianistką, tylko garderobianą w nielegalnie działającym kasynie. Pracowała wyłącznie rankami, czyli w porze, gdy rzekomo przebywała na studiach. Udawało się to prawie przez pół roku. Potem jednak pewien gość rozpoznał w niej córkę dony Vitórii i dla zysku natychmiast podzielił się tą wiedzą ze słynną milionerką. Ana Carolina została wyciągnięta zza lady garderoby przez rozwścieczonego ojca, podczas gdy jej matka podjęła wszelkie kroki, by zapobiec nieuniknionym plotkom.

Ów człowiek zaś, który rozpoznał i wydał Anę Carolinę, dziwił się, dlaczego od tamtej pory spotykał go wyłącznie pech.

*

Mimo to życie Any Caroliny nawet bez satysfakcjonującej pracy nie było pozbawione urozmaiceń. Gdy należało się do grona tysiąca osób z najwyższych kręgów, miało się pełne ręce roboty, by sprostać obowiązkom towarzyskim. Trzeba było organizować obiady i zapraszać gości na wieczorki muzyki kameralnej. Grać w tenisa i brydża, chodzić na wykłady i wystawy techniczne oraz regularnie pojawiać się na przyjęciach u innych bogaczy. Damy prześcigały się w działalności dobroczynnej, przede wszystkim jednak konkurowały w wyścigu na najmodniejsze stroje: wydawały majątki na najnowsze paryskie żurnale, a całe armie krawcowych nie robiły niczego innego, jak tylko kopiowały zaprezentowane kreacje. Najodważniejsze panie zamawiały nawet skąpe, marszczone kostiumy kąpielowe, w których pokazywały się na wspaniałych plażach stolicy, odsłaniając do połowy uda. W takim kostiumie wciąż trzeba było się liczyć z nie zawsze przyjaznymi spojrzeniami innych plażowiczów.

Tym wszystkim zajmowała się również Ana Carolina. Dodatkowo z oddaniem dbała o wystrój wnętrz rodzinnego domu. Z jej inicjatywy ciężkie meble z egzotycznego drewna, pochodzące z ubiegłego wieku, wstawiono na strych i zastąpiono nowocześniejszym wyposażeniem. Nowy styl, który dopiero po latach miał otrzymać miano art déco, był wręcz stworzony do upałów panujących w Rio, ponieważ czyste linie i chłodny brak ozdób działały na oglądających niczym świeża bryza.

*

Ana Carolina bezmyślnie wyjmowała z szafy jeden element garderoby po drugim i rzucała na podłogę. Nagle zamarła. Pochyliła się i podniosła suknię, by przyjrzeć się jej uważniej. Kupiła ją latem zeszłego roku, ale miała na sobie tylko raz. Po krytycznej uwadze przyjaciółki - "wyglądasz jak jadowita żaba" - strój przestał się jej podobać. Teraz jednak trawiastozielona sukienka na powrót ją urzekła. Wyglądała wesoło, ale dzięki eleganckiemu krojowi odpowiednio poważnie. Ana Carolina spontanicznie rozebrała się i włożyła zieloną suknię. Jak ładnie, pomyślała. Świeży kolor wyraźnie poprawił jej humor. Dlaczego częściej nie nosiła kolorowych strojów? Wciąż tylko przytłumione tony, złamane fiolety, beże i szarości, które musiały oddziaływać przygnębiająco. Dziś zostanie w tej sukience. Była stworzona na miłą małą wycieczkę, na którą zabierze ją Henrique. Jakie powinna do niej włożyć buty? Przejrzała szafę z obuwiem, odrzuciła kilka par na wielki stos ubrań i wreszcie odkryła parę czarnych sandałków, pasujących do sukienki. Do tego czarna aksamitka na szyi i miała gotowy cudny letni zestaw, idealnie podkreślający jej czarne włosy i zielone oczy. Pogodzona ze sobą i ze światem obróciła się kilka razy przed dużym lustrem, po czym udała się na dół. Miała ochotę pokazać się ojcu, by usłyszeć od niego komplement. W tym był najlepszy.

Na parterze spotkała pokojówkę, której poleciła zająć się odłożonymi strojami i butami. Mogła zrobić z nimi, co chce, o ile tylko nie będzie nosić sukni balowych w kuchni. Powinna też obdzielić innych służących. To, pomyślała Ana Carolina, było właściwie jej zadaniem. Mariazinha zatrzyma najlepsze rzeczy, a pozostałym wepchnie kilka znoszonych szmatek. W tej chwili jednak Ana Carolina nie przejmowała się tym. Z pewnością znajdzie później jakąś okazję, na przykład przy segregowaniu przyborów toaletowych, żeby dać pierwszeństwo pozostałym pracownikom.

- Jaki ożywczy widok dziś stanowisz! - zawołał ojciec, gdy dostrzegł córkę w drzwiach gabinetu.

Odłożył gazetę, odsunął okulary do czytania na czoło i skierował się na obrotowym krześle w stronę Any Caroliny. Gwizdnął cicho, jak mieli w zwyczaju robotnicy, co w przypadku dona Leóna wydawało się nieco niewłaściwe. Ana Carolina ucieszyła się jednak i wykonała nawet mały piruet, by mógł ją podziwiać ze wszystkich stron.

León nie pierwszy raz pomyślał, że jego córka jest łudząco podobna do młodej Vity. Pomijając kolor oczu i nieco ciemniejszą karnację, wyglądały jak bliźniaczki. Tego jednak nie mógł oczywiście powiedzieć Anie Carolinie. Byłaby oburzona, gdyby porównał ją do matki.

- Chodź tu, skarbie, i opowiedz swojemu największemu adoratorowi coś budującego. Mam po dziurki w nosie wszystkich tych hiobowych wieści w gazecie.

- Ach, papai, dobrze wiesz, że nie spotyka mnie tu nic ciekawego, nie mówiąc już o czymś budującym. Ukoronowaniem dnia będzie mała wycieczka na Corcovado, na którą zabiera mnie Henrique.

- Och, a ja już sobie myślałem, że wystroiłaś się tak dla mnie.

- Podoba ci się? Gdy pierwszy raz włożyłam tę sukienkę, Juliana nazwała mnie jadowitą żabą.

- Wyglądasz olśniewająco. Juliana mówi takie rzeczy tylko dlatego, że sama jest jadowitą żmiją. W dodatku brzydką.

- Uważasz, że jest brzydka? Nie wierzę. Większość mężczyzn pada jej do nóg.

- To na pewno z powodu jej obfitego biustu. Albo głupoty. Lub tego, że jest taka prostacka. Albo wszystkich tych rzeczy naraz. Dziwne, ale wielu mężczyzn lubi takie połączenie.

- Dlaczego dzielisz się ze mną takimi mądrościami dopiero teraz, gdy wkrótce wyjdę za mąż? Mogłam udawać nieco głupszą i być nieco bardziej podła wobec mężczyzn.

- Czy to by coś zmieniło?

- Nie - odparła Ana Carolina. - Henrique pewnie i wtedy by się we mnie zakochał.

- Cieszę się, że będzie moim zięciem.

León mówił szczerze. Inni chłopcy, bardziej zawadiaccy i gorącokrwiści niż Henrique, z pewnością wzbudziliby jego zazdrość. Młodzi mężczyźni bardziej przypominający młodego Leóna. Nie życzyłby córce takiego męża, wiedział przecież z własnego doświadczenia, jak ostre spory i głębokie rozczarowania czekałyby ją w małżeństwie. Henrique był dla Any Caroliny idealny. Mądry, pracowity, uczciwy i wyjątkowo uprzejmy. Uczyni jego córkę szczęśliwą.

- Słyszałeś? Chyba już tu jest. - Ana Carolina podbiegła do okna i wyjrzała na podjazd, gdzie Henrique parkował właśnie swojego "forda z wąsami", jak potocznie nazywano forda T. Gwałtownie otworzyła okno, by zakrzyknąć i pomachać na powitanie.

- Szczerze mówiąc - stwierdził jej ojciec - gdy tak głośno skrzeczysz, przypominasz nieco żabę.

Ana Carolina wyszła ze śmiechem z pokoju, by przywitać w holu narzeczonego.

- Moja droga, wyglądasz czarująco. To nowa suknia? - przywitał ją.

- A kogo to obchodzi? Najważniejsze, że podoba się tobie. Chodź, napijemy się czegoś w salonie.

- Chętnie, nie mamy jednak dużo czasu. Za kwadrans powinniśmy wyruszyć - na górze panuje teraz istne szaleństwo.

Ana Carolina zawołała Rosę, służącą, która właśnie dyżurowała na parterze, i poleciła jej przynieść lemoniadę i ciastka. Usiadła obok Henrique na sofie i pozwoliła mu ująć swoją dłoń. Oczywiście do tej pory pozwoliła mu już na znacznie więcej, ale w domu rodziców wszystko inne byłoby nieprzyzwoite. Nieco później do salonu wszedł ojciec, zagadnął przyszłego zięcia o postępy na budowie i kilka codziennych błahostek - "Jak idzie instalacja telefonu? Czy poprzedni najemca zwrócił już kaucję?" - po czym zaczął spacerować wokół bez celu, słuchając szczegółowych odpowiedzi Henrique. Widać było po nim, że wyjątkowo niechętnie przeszkadza młodym w byciu sam na sam i został z nimi tylko dlatego, by nie przerywać Henrique.

- ...gdy dona Luisa zdradziła mi, że seu Filiberto wcale nie udał się do banku, tylko... - ciągnął rozwlekłą opowieść Henrique.

- Kiedy to się stało? - León przystanął przed gablotą, marszcząc czoło.

- Przedwczoraj, tuż zanim...

- Nie to mam na myśli. - León obrócił się ku córce.

Ana Carolina wytrzymała jego spojrzenie, choć serce zabiło jej gwałtownie. Podejrzewała, co się święci.

- O co chodzi, pai? - spytała niewinnym tonem.

- Ta porcelanowa puszeczka. Jest pęknięta. Ktoś ją prowizorycznie posklejał.

- Och, nie! - zawołała Ana Carolina i wstała, by obejrzeć szkodę. - Faktycznie. Mój Boże, to straszne, wiem, jak bardzo jesteś do niej przywiązany. Czy mam zawołać służbę, żebyśmy mogli zbadać tę sprawę?

- Nie, nie trzeba. Sam się tym zajmę.

- Podejrzewam, że to wina tej bezużytecznej Mariazinhy - stwierdziła zuchwale Ana Carolina. Nie miała wyrzutów sumienia z powodu niegodnych oskarżeń, wręcz przeciwnie, cieszyła się, że odpłaci głupiej dziewusze za ciągłe impertynencje.

W tym momencie do salonu weszła dona Vitória. Henrique wstał, ukłonił się i rzucił grzeczną uwagę na temat jej cudownego wyglądu. Vitória skinęła mu łaskawie głową, po czym stanęła obok męża i córki przed gablotą.

- Co tu takiego knujecie?

- Spójrz tylko, m?e, puszeczka jest uszkodzona! - zawołała Ana Carolina z udawaną rozpaczą. - Pewnie ta głupia niezdara Mariazinha odkurzała ją i upuściła.

Dona Vitória wzięła przedmiot do ręki i przyjrzała się mu zamyślona. Przez chwilę w małej grupie zebranych panowała nieprzyjemna cisza, a Ana Carolina dałaby wszystko, żeby się dowiedzieć, o czym teraz myśli matka. Don León ostrożnie wyjął porcelanową puszeczkę z rąk żony i rozpoczął łagodzącą przemowę:

- Posłuchaj, meu coraç?o, możemy oddać ją do specjalistycznej naprawy albo...

- Czemu robisz takie zamieszanie z powodu tego głupiego bibelotu? - przerwała mu dona Vitória gniewnie. - I tak nigdy nie zrealizowałeś obietnicy, która się z nim wiązała, a ja wątpię, czy kiedykolwiek zdołamy w ogóle pojechać do Japonii.

Ana Carolina i Henrique spojrzeli po sobie zmieszani.

- Hmm, musimy się już pożegnać. Obowiązek wzywa, obowiązek wzywa - powiedział Henrique, siląc się na wesołość.

- Oczywiście, nie będziemy was zatrzymywać - odparła dona Vitória. - Bawcie się dobrze na wycieczce. - Pocałowała córkę w czoło i podała dłoń Henrique.

Oboje wyszli pospiesznie z salonu.

Gdy w holu Henrique podawał Anie Carolinie parasolkę od słońca, usłyszeli, jak coś uderza o ścianę i rozbija się z brzękiem.

 

Tło historyczne

 

Pod gwiazdami Rio to powieść z fikcyjnymi bohaterami i zmyśloną fabułą. Wplotłam w nią jednak postacie i wydarzenia historyczne, ponieważ zawsze staram się zachować realia epoki.

*

Lata dwudzieste były szalonym czasem również w Rio. Nieustający napływ imigrantów z Europy przyczynił się do kulturalnej i politycznej różnorodności oraz mobilności mieszkańców, jakiej wcześniej nie zaznano w Brazylii.

Dzięki budowie tuneli plaże położone na południe od centrum (m.in. w Copacabanie) stały się dostępne dla szerokich mas ludności. Pionier lotnictwa Alberto Santos-Dumont był czczony jako bohater narodowy, podobnie jak piłkarze, którzy w 1922 roku wygrali mistrzostwa Ameryki Południowej w Rio. W tym samym roku - w stulecie uzyskania niepodległości - postanowiono uświetnić ten jubileusz budową olbrzymiego posągu Chrystusa. Gospodarka rozwijała się jednak z zaburzeniami: eksport kawy i cukru podlegał silnym wahaniom, a brazylijska polityka cenowa doprowadziła ostatecznie do tego, że trzeba było zniszczyć tysiące ton kawy. Budowa statui Cristo Redentor przeciągnęła się również w wyniku kryzysu finansowego i pomnik poświęcono dopiero w 1931 roku.

Pierwsza szkoła samby została założona w 1928 roku - "szkołą" nazwano ją dlatego, że członkowie stowarzyszenia ćwiczyli w pobliżu szkoły podstawowej. Dopiero w 1932 roku zorganizowano pierwszy oficjalny uliczny pochód szkół samby, wcześniej były to luźne grupy (blocos lub ranchos) miłośników karnawału przemierzających miasto. Umiłowanie piłki nożnej, samby oraz wszystkiego co nowoczesne - którego ofiarą padło, niestety, wiele historycznych budowli w Rio - ma zatem w Brazylii głębokie tradycje.

Oba wspomniane w powieści luksusowe hotele, Hotel Glória oraz Copacabana Palace, istnieją jednak do dziś. Ten drugi jest niemal symbolem Copacabany, która stała się dzielnicą Rio. Tutejsze plaże są słynne na całym świecie.

Charakterystyczny falisty wzór na nadmorskiej promenadzie w Copacabanie, ułożony z czarnego i białego bruku, rzeczywiście powstał na początku XX wieku, choć, tak jak wspomniano w powieści, początkowo biegł w inną stronę. Dopiero na początku lat trzydziestych, po sztormie, który zniszczył znaczną część promenady, falisty bruk ułożono równolegle do uderzających fal Atlantyku. Swój obecny kształt Avenida Atlântica zyskała w latach siedemdziesiątych, gdy jezdnię poszerzono do sześciu pasów, dwukrotnie powiększono brukowany chodnik i dosypano piasku na początkowo dość wąskiej plaży, więc obecnie jest niezwykle szeroka i może pomieścić nie tylko tysiące plażowiczów, ale także boiska do piłki nożnej, siatkówki plażowej i strefy fitness.

Owocowe nakrycie głowy Bel to mały hołd dla Tutti Frutti Hat śpiewaczki i tancerki, Carmen Mirandy, która w późnych latach dwudziestych rozpoczęła karierę w Rio i dzięki wystawnym kostiumom oraz południowoamerykańskiemu temperamentowi stała się w latach czterdziestych gwiazdą Hollywood.

*

Tego samego życzymy oczywiście bohaterce powieści, Bel. Mam nadzieję, że tą książką zdołałam ponownie przenieść Was, drogie Czytelniczki, w egzotyczny świat z dala od współczesnej codzienności, że mogłyście cierpieć i kochać razem z bohaterami i że może nawet zachęciłam Was do podróży do tego cudownego kraju, jakim jest Brazylia.

 

2

- Mój Boże, czy ta blaszana puszka nie może jechać szybciej?

Ana Carolina rzuciła narzeczonemu pełne wyrzutu spojrzenie, po czym odwróciła się i skierowała wzrok na panoramę za oknem. Jednak nawet zapierający dech w piersiach widok Głowy Cukru górującej nad zatoką Botafogo nie mógł jej uspokoić. Kłótnia rodziców, której mimowolnymi świadkami się stali, wzburzyła ją. Teraz wyładowywała swój zły humor na biednym Henrique, a ten sprawiał wrażenie, że tego nie zauważa. Z całą powagą odpowiedział na pytanie, jakby rzeczywiście poprosiła go o informację.

- Ależ owszem, ta blaszana puszka, jak pogardliwie nazywasz mój model T, jeździ znacznie szybciej. Wyciąga do pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Wątpię jednak, żebyś była gotowa na taką prędkość. Poza tym to bardzo ruchliwa droga. Byłoby doprawdy nieodpowiedzialne tak się tu rozpędzać.

Ana Carolina wywróciła oczami. To było typowe dla Henrique. Straszne, jak mało ją znał i rozumiał. Powinien był wiedzieć, że Ana Carolina uwielbia zawrotne prędkości, że pęd samochodu przegania z jej głowy złe myśli i daje cudowne poczucie wolności. Henrique wiedział przecież o przejażdżce Any Caroliny nowiuteńkim citroenem B12 rodziców, pojazdem, którym dzięki opływowemu nadwoziu typu torpedo można było pędzić z prędkością siedemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. A ona go prowadziła, choć tylko na krótkim odcinku z nielicznymi zakrętami. Było cudownie! Mogłaby dziękować na kolanach swojemu bratu Pedrowi, że udzielił jej kilku lekcji prowadzenia samochodu i umożliwił tę małą przygodę. Oczywiście rodzice, gdy dowiedzieli się o całej eskapadzie, wykazali mniej entuzjazmu i od tamtej pory Ana Carolina była skazana na rolę pasażerki.

- Ach, proszę, Henrique, pokaż mi, co siedzi w tej twojej puszce. Zaraz wjedziemy na piękny prosty odcinek na Rua das Laranjeiras, gdzie o tej porze powinien być mały ruch. Mógłbyś dodać nieco gazu, prawda?

Henrique rzucił Anie Carolinie krótkie, sceptyczne spojrzenie, po czym znowu skierował wzrok przed siebie. Był niezwykle rozsądnym kierowcą, ale był również bardzo zakochany, a nadęta minka narzeczonej zawsze popychała go do nierozsądnych kroków.

- No dobrze, zobaczę, co da się zrobić.

- Dziękuję, querido.

Ana Carolina najchętniej poprosiłaby, żeby pozwolił jej usiąść za kierownicą. To jednak zostawi na drogę powrotną. Kiedy stawała się zbyt natarczywa, Henrique zamykał się na jej prośby. Jeżeli jednak dozowała swe życzenia z umiarem, przyszły małżonek nie potrafił jej odmówić. Będą stanowili zgodne małżeństwo, myślała Ana Carolina. Gdy tylko popracuje nieco nad Henrique, będzie mogła robić wszystko, na co tylko przyjdzie jej ochota. Na to właśnie liczyła w małżeństwie.

Komu potrzebna była miłość i namiętność? Związek rodziców aż nazbyt wyraźnie uwidocznił Anie Carolinie, do czego prowadzą silne uczucia: do brzydkich potyczek słownych. Albo do śmiertelnej ciszy. Ani jedno, ani drugie nie wydawało się jej warte starań. Wolała już mieć u swojego boku mężczyznę, którego spokojny sposób bycia sam w sobie gwarantował harmonijne pożycie. Podobała się jej ta wizja. Przez chwilę oddawała się marzeniom o przyszłości. Ona, Henrique oraz ich udane dzieci siedzący w cudownej zgodzie przy stole i prowadzący kulturalną rozmowę; ona sama za kierownicą luksusowego kabrioletu, jadąca nonszalancko Avenida Rio Branco na zakupy; Henrique, który po obfitującym w wydarzenia dniu wraca do domu i opowiada jej o wszystkim, ona zaś słucha go z wyrozumiałym uśmiechem i udziela dyplomatycznych rad; ona i Henrique na wspaniałych wycieczkach na położone na południu plaże, podziwiani przez spacerowiczów spędzających wolny czas na Copacabanie: "Cóż za piękna para...".

Wkrótce, już wkrótce osiągnie to wszystko!

- Co oznacza ten śliczny, rozmarzony uśmiech na twoich ustach, ukochana?

Ana Carolina nie zauważyła, że Henrique się jej przygląda. No cóż, na pewno nie trwało to zbyt długo, ponieważ nieoczekiwanie duży ruch wymagał jego uwagi.

- Wyobrażałam sobie, jakie będzie nasze życie, gdy już się pobierzemy.

- Piękne, prawda?

- Tak, wyobrażam sobie, że będzie cudowne.

- Ach, querida, od pierwszej chwili wiedziałem, że jesteś tą jedyną. Jesteśmy sobie przeznaczeni.

- Hmm, tak - wymruczała Ana Carolina i nie pierwszy raz zastanowiła się, czy Henrique naprawdę wierzy w te wszystkie sprawy, o których czasami mówił - w wielką miłość i zrządzenia losu. Pewnie tak.

Kątem oka zerknęła na narzeczonego, po którym zupełnie nie było widać romantyzmu. Ana Carolina wiedziała, że wiele kobiet zazdrości jej tego atrakcyjnego mężczyzny. Z przedzielonymi przedziałkiem, wypomadowanymi i gładko zaczesanymi do tyłu ciemnoblond włosami oraz arystokratycznymi rysami Henrique wyglądał jak europejski oficer. Pominąwszy delikatny wąsik, który niedawno zapuścił, z profilu przypominał nawet Rudolfa Valentino. Uchodził za świetną partię, choć nie ze względu na sam wygląd, ale przede wszystkim na pochodzenie. Która kobieta nie chciałaby zostać żoną byłego markiza? Większość nie wiedziała, że jego rodzinny majątek znacznie się skurczył i że Henrique pracował nie dla przyjemności, ale z przymusu. Samej Anie Carolinie było to obojętne. Wyjątkowo zgadzała się pod tym względem z matką: "Pieniędzy sami mamy więcej, niż potrzeba. On ma za to nazwisko, wygląd i dobry charakter. Poza tym inżynier w rodzinie nie zaszkodzi".

Najwyraźniej w oczach rodziców nie szkodziło również to, że przyszły zięć brał udział w projekcie, który obiecywał sławę i zaszczyty: Henrique odgrywał ważną rolę przy budowie ogromnego posągu Chrystusa, który miał stanąć na Corcovado. Kolosalna rzeźba właściwie powinna była zostać odsłonięta już w 1922 roku, niejako na ukoronowanie obchodów setnej rocznicy uzyskania przez Brazylię niepodległości. Żyli jednak w państwie, które pomimo całej wiary w postęp nadal znajdowało się daleko w tyle za uprzemysłowionymi krajami. Prace budowlane przeciągały się z powodu sporów o kształt posągu oraz trudności finansowych.

Teraz zaś pewien problem techniczny związany z transportem olbrzymiego bloku granitu wymagał obecności Henrique na placu budowy. Był on dumny ze swojego udziału we wspaniałym projekcie, wykorzystywał więc każdą okazję, by zabrać narzeczoną na szczyt, choć obecność Any Caroliny onieśmielała robotników i odwracała ich uwagę.

Ana Carolina uwielbiała te wycieczki. W środku lata, gdy temperatura w mieście potrafiła osiągnąć 40 stopni, nie wiał najmniejszy wietrzyk i miało się wrażenie, że siedzi się w kotle parowym, na Corcovado panował odświeżający chłód i było czuć lekki powiew. A widok! Z wysokości ponad siedmiuset metrów Rio przypominało fantastyczne malowidło. Dzielnice wciskające się między wzgórza i plaże, statki w zatoce Guanabara, na południu fale Atlantyku, na wschodzie rozległe lasy oraz laguna i Jóquei Clube u ich stóp - wszystko to wyglądało z góry malowniczo, spokojnie i zacisznie. Gdy tylko uciekło się z piekielnej gorączki z nieznośnymi zapachami i ogłuszającym hałasem, Rio przypominało prawdziwą idyllę. Z tej odległości Ana Carolina bezwarunkowo kochała swoje rodzinne miasto.

- Jeśli chcesz, w drodze powrotnej będziesz mogła kawałek poprowadzić. Myślałem, żeby pojechać naokoło przez las Tijuca. Przy wodospadzie moglibyśmy zanurzyć na chwilę nogi w wodzie.

Ana Carolina spojrzała zaskoczona na Henrique. Jej usta rozciągnęły się w tajemniczym uśmiechu.

- Oczywiście tylko jeśli naprawdę będziesz mieć ochotę - ciągnął Henrique nerwowo. - Zrozumiałbym, gdybyś, no cóż, sama wiesz, nie miała aż tyle odwagi i... - Jak to często robił, zakończył wypowiedź wymownym milczeniem.

Jasne, że miała ochotę! Uznała jednak za właściwsze, by nie okazywać wobec narzeczonego zbytniej euforii.

- Bardzo doceniam twoją propozycję, querido. Zobaczę, jak będę się czuła.

Henrique, jak wydało się Anie Carolinie, odetchnął z ulgą. W jej oczach te opiekuńcze starania z jego strony były wzruszające, a zarazem śmieszne. Mimo to bardzo doceniała fakt, że pomimo obaw pozwoliłby jej zasiąść za kierownicą swojego forda. Była to oznaka wielkoduszności i zakochania - lubiła w nim obie te cechy i czyniły one Henrique idealnym kandydatem na męża.

Głośny dźwięk klaksonu wyrwał ją z zamyślenia. Dojechali do stacji kolejki zębatej i gdy Henrique parkował za zakrętem, inny automobil niemal zderzył się z ich pojazdem.

- Po ulicach jeździ naprawdę zbyt wielu prostaków! - utyskiwał Henrique. - Do czego to dojdzie? Liczba automobilów nieznośnie wzrosła i jeśli tak dalej pójdzie, najpóźniej pod koniec dekady cały ruch w mieście stanie.

- Pewnie masz rację - przyznała Ana Carolina, poprawiając słomkowy kapelusz i wygładzając sięgającą łydek letnią sukienkę.

W jej głosie nie było słychać zatroskania z powodu możliwego ustania ruchu. Właściwie cieszyła ją nawet rosnąca liczba pojazdów, ponieważ planowała zyskać na zapowiadanej fuzji dwóch koncernów i za część swojego wiana nabyć akcje nowej spółki Daimler-Benz. Zgadzała się jednak, że zbyt wielu kierowców jeździ nieostrożnie. Najwyższy czas, by wprowadzono obowiązujące w całym kraju prawo jazdy, podobnie jak jednolite przepisy ruchu drogowego. Dopóki w niektórych brazylijskich stanach będzie obowiązywał ruch lewostronny, a w innych prawostronny, tak długo każda wycieczka, na przykład do sąsiedniego S?o Paulo, będzie wysoce ryzykownym przedsięwzięciem.

Henrique podał ramię Anie Carolinie, a ona ujęła je i ruszyli spacerowym krokiem na stację. Nie musieli kasować biletów, ponieważ Henrique należał do grona osób pracujących przy budowie posągu Chrystusa. Zajęli miejsce w pierwszym wagonie, na drewnianej ławce na samym przodzie. Ponieważ siedzieli plecami do pozostałych pasażerów, nie widzieli, kto jeszcze wsiada, ale to ich mało interesowało. Henrique odważnie położył dłoń na kolanie Any Caroliny, a ona okazała mu przychylność, kładąc z kolei swoją dłoń na jego kolanie. Nieco zawstydzeni wyglądali przez okno, jakby dłonie nie należały wcale do nich. Gdy wjadą na górę, będą mogli się pocałować, ponieważ zaraz po wyjściu z placu budowy wchodziło się w sam środek lasu. Teraz jednak, przy wszystkich tych ludziach, którzy powoli wypełniali wagon, nakazana była wstrzemięźliwość.

Dzwonek zapowiedział odjazd kolejki, która szarpnęła, zatrzeszczała i ruszyła. Dla Any Caroliny przejazd zawsze był ekscytujący. Na górę wjeżdżało się po tak stromej trasie, że czuło się całą wagę swojego ciała na drewnianej ławce. Za oknami widać było głównie gęstą zieleń, w której od czasu do czasu przemykały małpki lub tukany. W niektórych miejscach kolejka mijała nagie skały i tam rozpościerał się wspaniały widok na miasto. Oczywiście wiązało się to zawsze z dreszczykiem emocji. W przeciwieństwie do niektórych pasażerów, chwytających się w przerażeniu za pierś albo mimochodem ocierających pot z czoła, Ana Carolina nie czuła prawdziwego strachu - zbyt często podróżowała już tą drogą. Mimo to i ona wątpiła czasami w siłę pociągową kolejki. Gdy słyszało się, jak zęby mechanizmu napędowego zakleszczają się i jak pojazd, sapiąc, pokonuje ogromne wzniesienie, mimowolnie nasuwało się pytanie, czy kolejka sprosta temu zadaniu, czy też za chwilę osunie się w pełnym pędzie w dół zbocza. Co prawda, Henrique wyjaśnił dokładnie Anie Carolinie szczegóły techniczne i wytłumaczył, że w żadnym razie nie może dojść do takiego wypadku, jednak kolejka nadal nie wydawała się jej w pełni bezpieczna.

Henrique otworzył okno i zdjął okrągły, płaski słomkowy kapelusz. Przejechał palcami po włosach i wystawił twarz na wiatr. Powietrze pachniało korzennie ziemią i listowiem.

- To wciąż jest jak wyjazd na wieś, nieprawdaż? Kto chciałby jechać na letni wypoczynek do Petrópolis, skoro w środku miasta znajduje się taka wspaniała oaza?

Na przykład ja, pomyślała Ana Carolina, ale zachowała to dla siebie.

Miasto Petrópolis, niegdyś letnia rezydencja brazylijskiej rodziny cesarskiej, blisko czterdzieści lat po zniesieniu monarchii nadal cieszyło się ożywionym napływem bogatych i sławnych. Leżało pośród gór, na północny wschód od Rio, i przyciągało gości ze stolicy przede wszystkim ze względu na przyjemnie chłodny klimat. Ana Carolina chętnie spędziłaby tam letnie miesiące, jak robiła to już wiele razy. Tego roku jednak musiała zrezygnować z wystawnych potańcówek i przyjęć - trzeba było przygotowywać się do wesela.

Mimo wszystko mogłaby pozwolić sobie na kilka dni wolnego. Niedługo miała odwiedzić ją kuzynka z Paryża. Przyjedzie tuż przed karnawałem, w połowie lutego, i zostanie aż do wesela w maju. Ana Carolina cieszyła się niezmiernie, że znowu zobaczy Marie - ostatnim razem widziały się przed trzema laty. Za nic w świecie nie chciała pozbawiać kuzynki jakiejkolwiek atrakcji w pobliżu Rio. Nie mogło ono, co prawda, konkurować z Paryżem pod względem mody i eleganckich lokali, ale tak pięknych wzgórz, plaż i lasów jak tu nie znalazłoby się w żadnym innym mieście na świecie! Poza tym mieli w Rio kilka ładnych lokali tanecznych. Udowodni więc kuzynce, że tutejsi mieszkańcy nie są wcale zacofani.

Gdy kolejka dotarła do końcowej stacji i Ana Carolina wstała, krople potu spłynęły jej po łydkach. Przeklęty upał! Nie po raz pierwszy żałowała, że nie może nosić spodni - od razu wchłaniały wilgoć pod kolanami. Również na jej dekolcie zebrały się drobne perełki, a spocone palce już w połowie drogi wyzwoliła z dłoni Henrique. Fuj! Byleby wysiąść z wagonu. Co prawda, ostatnie metry na szczyt trzeba było przejść pieszo i przy tym wysiłku ponownie się spocić, ale po dotarciu na samą górę, gdy stanęło się przy balustradzie, wiatr szybko osuszał skórę.

W milczeniu wspinali się stromą drogą, a potem po schodach. Henrique przywitał kilku napotkanych mężczyzn, którzy z kolei uchylili kapelusza przed Aną Caroliną i rzucili jej pełne uznania spojrzenia. Gdy dotarli na plac budowy, na którym nie panował wcale tak duży ruch, jak powinien, oboje byli zadyszani i wyczerpani wspinaczką. Henrique ukradkiem otarł czoło rękawem białego lnianego garnituru, a Ana Carolina wachlowała się czasopismem "L'Officiel de la Mode", które wyjęła z torebki.

- Ach, szacowny engenheiro Almeida Campos i jego czarująca narzeczona! - usłyszeli jowialne wołanie. Był to współpracownik Henrique, znany Anie Carolinie z widzenia.

Henrique przybrał oficjalny wyraz twarzy i odpowiedział na powitanie. Potem zwrócił się do towarzyszki:

- Moja droga, wiesz, że muszę zająć się tu kilkoma sprawami. Nie weźmiesz mi za złe, jeżeli na krótko zostawię cię samą, prawda? - spytał z zatroskaną miną.

- Ależ nie, idź już. Przecież świetnie się tu orientuję. Trochę pospaceruję i nacieszę się widokiem. Spotkamy się na południowym balkonie. - Ana Carolina popchnęła lekko narzeczonego i mrugnęła do niego. - Do zobaczenia, querido. I nie każ mi zbyt długo czekać.

Ana Carolina spacerowała powoli wokół szczytu, aż dotarła do miejsca, gdzie nikt nie mógł jej zobaczyć. Tam z ulgą zdjęła kapelusz i przeczesała wilgotne włosy. Kto wynalazł takie niepraktyczne cloche? Na pewno żaden mieszkaniec tropików. Pod modnymi, ciasno przylegającymi do głowy kapeluszami w kształcie hełmu, sięgającymi aż do uszu, dosłownie roztapiał się mózg!

Ana Carolina powiodła wzrokiem po gęstej zieleni lasu Tijuca i odetchnęła głęboko. Zafascynowana obserwowała gonitwę chmur, które zbierały się na szczytach pozostałych wzniesień, na Pedra de Gávea i na Dois Irm?os, i piętrzyły się w coraz to nowych formacjach. Tu, na Corcovado, nierzadko stało się ponad chmurami, a czasami nawet pośród nich. Dziś jednak nad miastem przeciągały tylko pojedyncze obłoki. Ana Carolina rozłożyła ramiona i wystawiła się na wiatr. Ach, jak miłe było to uczucie! Powietrze, tu, na górze, nadal ciepłe, osuszało ubranie i skórę. Teraz do pełni szczęścia brakowało jej tylko czegoś do picia. Miała nadzieję, że Henrique pomyśli o tym, zanim do niej dołączy.

Zapaliła papierosa i z zamkniętymi oczami rozkoszowała się lekkimi zawrotami głowy, jakie odczuwała za każdym razem, gdy się zaciągała. Dobrze było móc oddać się bez przeszkód temu drobnemu nałogowi i nie musieć wysłuchiwać krytycznych uwag ze strony Henrique, rodziców czy nawet swojej dawnej niańki, byłej niewolnicy Taís.

Gdy na powrót otworzyła oczy, otaczała ją gęsta mgła. Stała w chmurze! Ana Carolina nie pojmowała, w jaki sposób obłok mógł nadciągnąć tak szybko, jednak zdarzało się jej obserwować podobne zjawisko już wcześniej. Na stromo wznoszącej się górze prądy powietrza miały zupełnie inną dynamikę niż w dole, na poziomie morza, zatem niewinne obłoczki w kilka sekund wznosiły się po stromiźnie na szczyt i tworzyły tam groźnie wyglądającą gęstą zasłonę. Ana Carolina wiedziała, że mgła rozwieje się równie szybko, jak nadeszła. Mimo to ogarnął ją lęk. Stać samotnie na górze, nie widząc nic oprócz falujących białych chmur - za bardzo przypominało jej to stare baśnie i straszne historie. Dodatkowo wszystkie dźwięki były teraz przytłumione. Tym wyraźniej czuło się mgłę i jej zapach. Drobniutkie kropelki wody pokryły skórę Any Caroliny niczym błona i pachniały tak samo jak mgła tworząca się przy wodospadzie.

To było niesamowite.

Nagle Anie Carolinie wydało się, że słyszy zbliżające się kroki.

- Halo?! - zawołała w stronę mlecznej zasłony. - Halo? Jest tam kto?

Nikt nie odpowiedział, jednak odgłos żwiru chrzęszczącego pod butami rozlegał się wyraźnie. Bez wątpienia ktoś nadchodził.

- Co to za pomysły? Proszę się łaskawie przedstawić! - zawołała Ana Carolina. Mimo odczuwanego strachu głos miała mocny. - Henrique? To ty? Przestań, querido. To nie jest śmieszne.

Właściwie sama nie wierzyła, by narzeczony robił jej takie makabryczne żarty. Kto jednak chciałby ją tu w ten sposób straszyć?

- Pani wybaczy - usłyszała cichy męski głos. Serce niemal stanęło jej w piersi. - Nie chciałem napędzić pani strachu. Ja sam nieco... hmm, straciłem orientację. Ta mgła nadeszła tak nagle, a jeśli nie zna się dobrze drogi, jest nieco uciążliwe, gdy nie można nic dostrzec. Proszę coś powiedzieć, może pani głos wskaże mi bezpieczną ścieżkę.

- Och, ja... co mam powiedzieć?

- Obojętne. Jeśli o mnie chodzi, może pani nawet zaśpiewać kołysankę. Najważniejsze, żebym panią słyszał i znalazł do pani drogę, nie potykając się i nie spadając z tego przeklętego wzgórza.

Ana Carolina zachichotała cicho.

- Tak łatwo nie można stąd spaść. Ale ma pan rację, tutejsze ścieżki są w opłakanym stanie. A zatem proszę ostrożnie stawiać nogę za nogą i iść powoli, zaraz będzie pan na miejscu. Ach, sądzę, że już pana widzę.

Ana Carolina zmrużyła oczy. Wydawało się jej, że rozpoznaje zarys sylwetki, ale nie była pewna, czy to chmury nie płatają jej figla.

- Naprawdę? Ja nic nie widzę - powiedział nieznajomy z udawaną - a może prawdziwą - rozpaczą.

- Ma pan ciemne ubranie? - spytała Ana Carolina.

- Tak. A pani?

Ana Carolina musiała się powstrzymać, by ponownie nie zachichotać.

- Z uwagi na okoliczności wybaczę panu to niestosowne spoufalanie się. Proszę bardzo, mam na sobie jasnozieloną sukienkę. Pewnie dlatego mnie pan jeszcze nie dostrzegł.

Ledwo wypowiedziała te słowa, z mgły wyłoniła się jakaś postać. Obcy omal na nią nie wpadł, zatrzymując się w porę.

- Mało brakowało! - Nie było jasne, czy ma na myśli swoje ocalenie przed spowodowanym mgłą nieszczęśliwym wypadkiem, czy też zderzenie z Aną Caroliną, którego uniknął o włos.

- Ależ... to nie może być! - wyszeptała.

Mężczyzna popatrzył na nią zdumiony.

- Czy już kiedyś się spotkaliśmy? Chyba... - Zamrugał z niedowierzaniem.

Czy się spotkali! Ana Carolina nie miała mu za złe, że nie od razu ją poznał. Jej także się to zdarzało, gdy spotykała ludzi, których znała z innych czasów i z innych miejsc. Nieraz trudno było rozpoznać ich na pierwszy rzut oka.

- Antoine? - spytała nieśmiało.

- Caro? - spytał ten równie lękliwie.

Wydawało się, że cisza, która zapadła, ciągnie się bez końca i stoi między nimi niczym mur. Anie Carolinie przelatywały przez głowę tysiące myśli, ważnych i banalnych, pięknych i brzydkich. Myślała o strasznym poczuciu pustki, które ogarnęło ją wówczas, gdy Antoine się nie zjawił. Przypomniała sobie jednak także te wspaniałe chwile, gdy czuła się jak królowa. Zastanawiała się, jak też mogła zapomnieć jego cudowny głos. Być może była to kwestia innego języka, w którym teraz rozmawiali.

- Czy naprawdę ma pani na imię Caro? - wyrwał ją z zamyślenia.

- Tak. Właściwie Ana Carolina. Ale Caro podoba mi się znacznie bardziej. A pan?

- António.

- Ach, jak pomysłowo.

Nie odpowiedział na tę drwiącą uwagę.

- I jest pani Brazylijką?

- Tak.

Cóż za sztywny dialog, pomyślała Ana Carolina. Z okazji niespodziewanego ponownego spotkania życzyłaby sobie dowcipnych gierek słownych, pomysłowości, humoru i inteligentnych aluzji, a nie takiej trywialnej wymiany informacji. Równie dobrze mogliby rozmawiać o pogodzie. Właściwie już to zrobili.

- O, mgła się przerzedza - powiedział teraz António.

Ana Carolina wywróciła w duchu oczami.

- Tak - odparła niepotrzebnie. Popatrzyła na chmurę, która wcześniej ich otaczała, a którą teraz rozwiewał wiatr. W dali dostrzegła zbliżającego się do nich Henrique. - Nadchodzi mój narzeczony.

- Co?! Pani jest narzeczoną Henrique Almeidy?! - zawołał António zdumiony.

- Jak mam to rozumieć? Znacie się?

- Ależ tak, od wielu lat. - Pomachał do Henrique, który odmachał mu i podszedł uśmiechnięty.

- Ale dlaczego... ja pana nie znam? - Widząc jego ironiczny uśmieszek, dodała: - To znaczy oficjalnie? Henrique dawno już przedstawił mi większość swoich przyjaciół.

- Byłem w Paryżu.

- Ach.

- Ana Carolina, António, nareszcie was znalazłem! - zawołał Henrique, dołączając do nich. - Mój Boże, ależ to była przeklęta mgła, prawda? W jednej chwili przestało się widzieć swoją dłoń przed oczami. Niemal spadł nam granitowy blok. Byłby na zawsze stracony. Ach, ale o czym ja opowiadam, to was z pewnością nie interesuje. - Nagle zamilkł, jakby właśnie teraz zapaliło mu się w głowie światełko. - Znacie się?

- Właściwie wpadliśmy z tym panem na siebie we mgle - odparła Ana Carolina wymijająco.

- Coś takiego - zdumiał się Henrique. - Co za szalony zbieg okoliczności. Powinienem was zatem sobie przedstawić: Ano Carolino, to António Carvalho, mój kolega ze studiów. António, to moja narzeczona Ana Carolina Castro da Silva.

António i Ana Carolina patrzyli na siebie zmieszani.

- Chyba nie z tych Carvalhów? - spytała ona, marszcząc czoło.

- Pani jest zatem córką tych Castro da Silvów? - zdumiał się António, równie skonsternowany.

Och tak, Henrique miał rację, pomyślała Ana Carolina, cóż za szalony zbieg okoliczności.

Cóż za paskudne zrządzenie losu.

Cóż za podły żart.

 

3

Zatarg między rodziną Castro da Silva a rodem Carvalhów ciągnął się już ponad dwadzieścia lat. Jego przyczyn nie mógł wyjaśnić dokładnie nikt poza doną Vitórią, a ta wolała milczeć. Chyba że zagadnięto ją o trwający spór. Wówczas traciła panowanie nad sobą i posługiwała się nieprzystojnymi wyrażeniami, wyrzekając na ową "bandę Carvalhów". "Nigdy więcej nie pytaj mnie o tę bandę ulicznych złodziejaszków i wyrobników!" - odparła kiedyś, gdy córka ośmieliła się spytać ją o powód wrogości. Jak jednak Vitória miała przedstawić dziesięciolatce wszystkie zawiłości, które czyniły ową rodzinę tak znienawidzoną? Dawno już nie chodziło o grunty, które odebrał jej Roberto Carvalho, tylko o podstępny sposób, w jaki wywiódł ją wówczas w pole. Do tego doszła dwulicowość jego pochodzącej z Francji małżonki Madeleine, która na spowiedzi opowiedziała padre José kłamstwa o Vitórii - a padre z kolei skonfrontował z nimi Vitórię. Chodziło też o drobnomieszczańskie pochodzenie Roberta i o zarozumiałość Madeleine, która rzekomo wywodziła się ze starej szlachty. O jego zbyt głośny śmiech i jej zbyt grubo nałożony róż. To była suma wszystkich tych rzeczy, których Vitória nie mogła znieść. Nienawidziła tych ludzi. I nie życzyła sobie utrzymywać z nimi kontaktów towarzyskich. Nigdy więcej.

Na uroczystym otwarciu luksusowego hotelu Copacabana Palace przed trzema laty niemal doszło do skandalu, ponieważ Vitória wzbraniała się zająć miejsce przy jednym stole z rodziną Carvalhów - przy którym zasiadało około dwudziestu osób i nie istniało najmniejsze ryzyko, że trzeba będzie prowadzić rozmowę ze znienawidzoną parą. Jedynie uprzejmej propozycji starego doktora Lourenço zawdzięczali, że mogli zamienić się miejscami i skandalu udało się uniknąć. Mimo to od tamtego czasu Vitória unikała tego najbardziej eleganckiego hotelu na półkuli południowej - twierdziła, że to "podrzędny lokal", w którym przy planowaniu rozmieszczenia gości przy stole nie wzięto pod uwagę podstawowych układów towarzyskich w stolicy.

Gdy najstarszy syn Carvalhów aplikował o przyjęcie do tej samej szkoły wyższej dla chłopców z katolickich rodzin, w której uczył się jej syn Pedro, Vitória dzięki bardzo hojnemu datkowi zadbała o to, by chłopak został odrzucony. Madeleine Carvalho odpłaciła jej pięknym za nadobne, rzucając w wyższych sferach aluzje o niemoralnym prowadzeniu się senhory Castro da Silva, oczywiście całkowicie wyssane z palca. W odwecie Vitória rozpowszechniła plotkę, że Roberto Carvalho utrzymuje czternastoletnią ciemnoskórą kochankę, ale któż mógłby mieć mu to za złe? Na widok jego małżonki nawet najmniej wymagający mężczyzna musi przecież ratować się ucieczką. Roberto Carvalho, który faktycznie zabawiał się z młodą Mulatką, choć o dość jasnej karnacji, i była to jedna z jego licznych przygód w ciągu wielu lat małżeństwa, ograniczał się jednak do rewanżu na polu biznesowym. Dzięki relacjom rodzinnym z szefem urzędu katastralnego zdołał nieraz popsuć Vitórii lukratywne transakcje na rynku gruntów i nieruchomości.

- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nieustannie ze sobą walczycie - mówił teraz León do swojej żony, która siedziała naprzeciw niego w salonie i właśnie opowiedziała mu o kolejnym rzekomo haniebnym występku Carvalhów. - Początkowo chodziło przecież o to, że sprzątnięto ci sprzed nosa cenne grunty. I cóż z tego? Czy sama nie mawiasz, że konkurencja ożywia interes?

- Leónie, proszę cię! Ten gad nie jest moim konkurentem. To drobny, podły przestępca. Jest na wskroś zakłamany i ani jego odstraszająco brzydka żona, ani niewydarzone potomstwo nie umywają się pod tym względem do niego.

- Mimo wszystko nie mogę tego zrozumieć.

- Oczywiście, że nie możesz. W sprawach handlowych nigdy nie byłeś... wyrafinowany.

- Wyrafinowany to niezbyt trafne określenie dla twojej wendety. Szczytem owego wyrafinowania było oczywiście owo niedawne przykre zajście u gubernatora.

- Jednak potrafiłeś wtedy się z tego śmiać.

- Zapewne był to wisielczy humor. Vita, nie możesz płatać ludziom figli, które wydają się godne trzynastolatki.

- Jak widać, mogę. Ach, czyż nie było cudownie, gdy ta hołota rozpaczliwie szukała swojego miejsca? - Vitória roześmiała się głośno. Wspomnienie tamtego dnia zawsze poprawiało jej humor. Potajemnie zabrała wtedy ze stołu wizytówki Roberta i Madeleine Carvalhów, obróciła je na drugą stronę i wypisała na odwrocie zmyślone nazwiska. Oczywiście po pewnym czasie całe nieporozumienie zostało wyjaśnione, jednak trwało to dobrą chwilę. Vitória obserwowała całe zajście. Od powstrzymywanego śmiechu łzy nabiegły jej wtedy do oczu.

- Skoro już rozmawiamy o wizytówkach, musimy pilnie przejrzeć raz jeszcze listę gości weselnych.

- A cóż mamy tam do przeglądania? - spytała Vitória. - Wszystko jest przecież oczywiste.

- Zapominasz, że chodzi o ślub naszej córki, a nie o zgromadzenie twoich partnerów w interesach.

- Leónie, doprawdy robisz się stary i sentymentalny.

- A ty jesteś zimna i bezduszna jak zawsze, sinhazinha.

- Od kiedy to ślub ma coś wspólnego ze sprawami sercowymi?

- Ach, meu amor...

- Tylko nie zaczynaj mi tu teraz z miłością. Ana Carolina nie kocha Henrique. Chce po prostu zostać wreszcie mężatką i częściowo się usamodzielnić. Nie biorę jej tego za złe. Kobiety nie mają zbyt wielu innych możliwości, żeby się wyemancypować. Muszę przyznać, że pod tym względem dokonała idealnego wyboru. Henrique to baranek. Zrobi dla niej wszystko. I pozwoli jej na wszystko.

- Twój brak romantyzmu nadal mnie szokuje.

- A dla mnie wstrząsająca jest twoja sentymentalność. Doprawdy dawno już wyrośliśmy z tego wieku.

Vitória patrzyła na mężczyznę, który od blisko czterdziestu lat był jej mężem. Choć wyraźnie widziała jego zmarszczki, siwe, ale wciąż gęste włosy i lekko pochyloną sylwetkę, nigdy nie wzięłaby go za staruszka. Było tak, jakby wiek nałożył się na znajome rysy niczym maska. Vitória nigdy nie przestanie dostrzegać pod tą maską prawdziwego Leóna. Zawsze będzie widzieć mężczyznę, którym kiedyś był, pięknego, dumnego buntownika o ognistym spojrzeniu.

León czuł podobnie.

Jego Vita mogła osiwieć, a wokół jej ust mogły utworzyć się twarde rysy, ale na zawsze pozostanie jego sinhazinhą, prześliczną, upartą córką właściciela niewolników.

- Mnie nie wolno być sentymentalnym, podczas gdy ty, w twoim niezbyt już młodzieńczym wieku, pozwalasz sobie zachowywać się jak podlotek?

- To coś zupełnie innego.

- Oczywiście. - León uśmiechnął się drwiąco.

Vitória zacisnęła usta. Zbyt dobrze znała u niego ten pełen wyższości wyraz twarzy. Nie ulegnie prowokacjom Leóna! Żeby powstrzymać się od ciętego komentarza, skupiła się na blacie stołu i starła z niego niewidoczny pyłek. Spojrzenie na własną dłoń popsuło jej jednak humor. Zobaczyła grube, niebieskie żyły i mnóstwo brązowych plam - dłoń starej kobiety. Kiedy to się stało? W jaki sposób starość zdołała zakraść się tak podstępnie? I dlaczego w jej głowie wszystko wyglądało prawie tak samo jak przed kilkudziesięciu laty? To straszne, gdy wygląd zewnętrzny nie odpowiada wnętrzu człowieka!

- No cóż - powiedziała, spoglądając na Leóna - wróćmy do tematu. Których to osób nie chcesz zaprosić? Mogę ewentualnie zgodzić się na wykreślenie kilkorga gości.

- Na przykład dyrektora banku Gonçalvesa.

- Wykluczone. Namówiłam go na wyjątkowo korzystną pożyczkę, która...

- Nie chcę znać szczegółów. Proszę bardzo, niech zatem przyjdzie. Przynajmniej jego żona jest dość rozrywkowa. Jest jeszcze dyrektor portu...

- Muszę go zaprosić, Leónie, nawet jeśli sama nie mam na to ochoty. Ten typ jest w zmowie z urzędnikami celnymi i bez jego, hmm, dobrej woli musiałabym płacić majątek za towary, które importuję. Wtedy cały interes przestałby się opłacać. Mogę sprzedawać gramofony z zyskiem tylko wtedy, gdy...

León ponownie przerwał żonie, tym razem szorstkim machnięciem ręki.

- Oszczędź mi szczegółów twoich rozmaitych przedsięwzięć.

- Całkiem nieźle nam się z tego żyje - syknęła Vitória i znacząco powiodła wzrokiem po salonie, w całości utrzymanym w "style moderne".

W pomieszczeniu królowała sofa z drzewa różanego, zaprojektowana przez słynnego Jacques'a-Émile'a Ruhlmanna. Obok eleganckiego kredensu z fornirem o bogatym rysunku i chromowanymi okuciami znalazło się jeszcze miejsce dla eleganckich klubowych foteli z lakierowanego na czarno drewna, pokrytych kremową kozią skórą. Na kredensie stał wspaniały wazon od Lalique'a, na ścianach wisiały dzieła Braque'a, Grisa i Boccioniego. Wyposażenie to mogłoby pochodzić prosto z awangardowej paryskiej wystawy. Było niezwykle kosztowne.

- No dobrze - westchnął León. - Widzę już, że najwyraźniej nie mam nic do powiedzenia w sprawie listy gości.

Owszem, pomyślała Vitória, ale nie powiedziała tego głośno.

Zrezygnowany wzruszył ramionami, wziął listę i ponownie zaczął ją studiować. Przy niektórych nazwiskach marszczył czoło albo kręcił głową. Potem opuścił dłoń z kartką i spytał:

- A co z doną Almą?

- Co z nią?

- Nie ma jej na liście.

- Oczywiście, że nie. Jest już za stara i zgrzybiała, by podjąć taką męczącą podróż.

- Dlaczego nie pozwolisz jej samej zdecydować?

- Ponieważ również umysłowo nie jest zbyt sprawna.

- Nie chcesz zaprosić własnej matki, bądź co bądź babki panny młodej?

- Leónie, wciąż przekręcasz moje słowa. Bardzo chętnie ugościłabym donę Almę i świetnie o tym wiesz. - Spojrzała na męża, wykrzywiając ironicznie usta. - Jest jednak na tyle nierozsądna, a zarazem uparta, by naprawdę tu przyjechać. Nie mogę na to pozwolić.

- Jak na kobietę po osiemdziesiątce trzyma się świetnie. Wręcz zdumiewająco, biorąc pod uwagę, że przez większość życia była taka cierpiąca.

- Portugalia dobrze na nią działa. Właśnie dlatego nie powinniśmy jej niepokoić zaproszeniem. Będzie się czuła zobowiązana przyjechać, a klimat w Rio może ją wykończyć.

- Co bardzo by ci odpowiadało...

- Leónie, to oburzające!

- Ach, moja piękna sinhazinho, łatwo cię przejrzeć.

- Tak ci się tylko wydaje. A teraz koniec dyskusji. Dona Alma jest moją matką i mam obowiązek dbać o jej dobro. Nie zaprosimy jej.

- Jak pani sobie życzy, dona Vitória. Pozostaję na zawsze pani oddanym niewolnikiem.

León zamarkował ukłon i opuścił salon. Czasami lepiej było ustąpić, w przeciwnym razie rozmowa mogła przerodzić się w kolejną zaciętą kłótnię, a dziś nie miał siły, by znosić ciskane w niego złe słowa - albo kruche przedmioty - udając przy tym obojętność. Poza tym cieszył się na zaplanowane na wieczór wspólne wyjście do cine-teatro. Wyświetlano Gorączkę złota, nowy film z Charliem Chaplinem, a zarówno León, jak i Vitória uwielbiali aktora wcielającego się w rolę włóczęgi. Po pokazie pójdą na drinka do kawiarni na Praça Floriano Peixoto - ze względu na liczne kina zwanym także Cinelândia - i raz jeszcze powspominają z przyjemnością wszystkie sceny. Vitória i León dzielili bezwarunkową fascynację ruchomymi obrazami, a wspólne wieczory kinowe należały do najbardziej harmonijnych w ich burzliwym życiu małżeńskim.

Fakt, że Vita nie chciała zaprosić na wesele swojej starej matki, León uważał za haniebny, choć i on nie mógł ścierpieć towarzystwa dony Almy. A ponieważ dyskusja na ten temat pozostałaby bezowocna, musiał wymyślić coś innego. Może powinien nakłonić Anę Carolinę, żeby sama napisała do babki i ją zaprosiła? Wiedział, że córka lubi starszą damę. Gdy podczas swojej podróży po Europie Ana Carolina zatrzymała się na pewien czas w Lizbonie, mieszkała u dony Almy i najwyraźniej świetnie się z nią rozumiała. Mógł to sobie wytłumaczyć tylko w ten sposób, że teściowa musiała przejść drastyczną zmianę usposobienia. To jednak nie było takie ważne. Gdyby dona Alma faktycznie zechciała podjąć się przeprawy przez Atlantyk, Vita mogła zawsze skłamać i stwierdzić, że zaproszenie najpewniej zaginęło na poczcie. W kłamaniu nie miała sobie równych.

*

Vitória pozostała jeszcze chwilę w salonie, przełykając gniew. Nie lubiła, gdy León nazywał ją sinhazinhą, a siebie jej niewolnikiem, teraz jeszcze mniej niż dawniej. Tak, w wieku siedemnastu lat, w czasach monarchii i niewolnictwa, naprawdę była sinhazinhą, rozpieszczoną córką bogatego barona kawowego, a León lubił drażnić się z nią z tego powodu. Denerwowało ją jednak, że jej kilkudziesięcioletnia harówka i sukces odniesiony w świecie biznesu nie zmieniły niczego w podejściu Leóna. Inaczej niż większość dam z wyższych sfer, nie była strojnisią ani plotkarką. Również w przeciwieństwie do przeważającej części kobiet, niezależnie od ich pochodzenia, miała niemal erotyczny stosunek do liczb. Umiała i lubiła liczyć. W ciągu wszystkich tych lat zdołała pomnożyć swój majątek, tak że kolejne pokolenia miały zapewniony byt. Jej dzieci będą cieszyć się ogromną spuścizną. Na zesłaniu w Portugalii, którą uparcie nazywała swoją ojczyzną, dona Alma prowadziła życie poważanej przez wszystkich królowej matki. Nawet León skorzystał z bogactwa Vitórii, publikując na jej koszt kilka tomów esejów, którymi nie był poważnie zainteresowany żaden wydawca. A co dostawała w zamian? Tylko drwiny i niewdzięczność!

Szczególnie krnąbrna była wobec niej Ana Carolina. Podczas gdy synowie dostarczali Vitórii wiele radości, ponieważ zazwyczaj stosowali się do jej rad, co zawsze wychodziło im na dobre, córka nie wykazywała takiego rozsądku, gdy chodziło o matczyne doświadczenie i dalekowzroczność. Może działo się tak dlatego, że Ana Carolina była kobietą i jako taką łączyły ją znacznie bliższe relacje z ojcem niż z matką. Może też León miał rację, gdy twierdził, że Ana Carolina jest dokładnie taka jak sama Vita w czasach swojej młodości i potrzebuje po prostu więcej swobody.

Swobody, dobre sobie!

Ana Carolina miała więcej swobody, niż to było dla niej dobre. Biegała po okolicy półnaga, w spódnicach sięgających zaledwie do połowy łydki. Mogła jeździć z narzeczonym na wycieczki bez nadzoru, jaki był dawniej wymagany. Wraz z Henrique i przyjaciółmi balowała całe noce, chodziła na koncerty i do nocnych klubów. Publicznie piła i paliła. Wyrzucała za okno pieniądze dony Vitórii, kupując prostackie meble i malowidła pozbawionych talentu malarzy. W czym, do diabła, brakowało jej swobody?

Dziewczyna miała po prostu przewrócone w głowie. Marzyła o tym, by móc prowadzić samochód wyścigowy albo wręcz latać samolotem. Pilotka! Czyż Vita jako matka nie miała racji, zakazując swojej zupełnie niedojrzałej córce takich nonsensów? Robiła to przecież wyłącznie dla jej dobra. Młoda kobieta nie miała czego szukać w dziedzinach będących domeną mężczyzn. Czekałyby ją tylko szykany, drwiny i upokorzenia. Dlaczego córka musiała w dodatku wybierać sobie takie zajęcia, które mogły skończyć się śmiertelnie? Na samą myśl, że Ana Carolina w jakimś dwupłatowcu rozbija się na jednym z licznych stromych zboczy wokół Rio, krew zastygała Vitórii w żyłach.

By poprawić sobie nastrój, udała się do biura i zajęła studiowaniem kursów giełdowych. Nie musiała długo się zastanawiać, które akcje zachować, a które sprzedać - Vitória intuicyjnie rozumiała język liczb. Podniosła słuchawkę telefonu i poprosiła o połączenie z dyrektorem banku Gonçalvesem.

*

Wieczorem Vitória odzyskała wyjątkowo dobry humor. Wraz z Leónem posilili się w nowo otwartej restauracji, gdzie miło zaskoczyła ich jakość potraw. Pozwolili sobie na butelkę najlepszego bordeaux, a następnie udali się do kina na późny pokaz, w sam raz w nastroju na głupiutkie żarciki Charliego Chaplina. Vitórię aż kłuło w boku, tak bardzo się śmiała. Niedługo potem jednak przeszła jej zupełnie ochota do śmiechu.

Gdy wychodzili z sali kinowej, w jasnym świetle gazowych lamp zobaczyli innych widzów, w tym kilka znajomych twarzy.

- Dona Vitória, seu León, jak miło państwa tutaj spotkać! - przywitał ich mężczyzna o brązowej skórze, w nieokreślonym wieku. Mógł mieć dwadzieścia pięć albo czterdzieści pięć lat. Jego dystyngowana postawa była charakterystyczna dla starszego człowieka, ale twarz miał gładką jak u młodzieńca.

- Miło cię widzieć, Felipe - odparła Vitória. Jej nieuprzejmy zwrot na "ty" nie był w żadnym wypadku omyłką, jakie zdarzały się wciąż niektórym starszym białym ludziom, którzy nie przywykli do nowej sytuacji. Vitória zrobiła to celowo. Ów Mulat miał bowiem czelność podawać się za jej bratanka.

- Felipe! - ucieszył się León i jowialnie poklepał młodszego mężczyznę po plecach. - Jak się miewa pańska szanowna mama?

- Dobrze, bardzo dobrze, dziękuję. Rozkwitła w roli babci.

Podczas gdy obaj panowie wymieniali uprzejmości, Vitória demonstracyjnie spoglądała na zegarek i nerwowo przestępowała z nogi na nogę. Wyraźnie było widać, że chce się pożegnać.

- Chodź już, Leónie, to był długi dzień. Dla młodego Felipe z pewnością również... - ponagliła wreszcie męża.

- Proszę wybaczyć - rzucił pospiesznie Felipe. - Nie było moim zamiarem państwa zatrzymywać. Ja także muszę już iść. - Ukłonił się lekko. - Życzę spokojnego powrotu do domu, tia.

Bezczelnie nazwał ją przy wszystkich tia, ciotką! Vitória uniosła pogardliwie brwi, odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. León udał się za nią chwilę później.

Dopiero gdy zamknęły się za nimi drzwi automobilu, Vitória dała upust całej swojej wściekłości.

- Ten impertynencki hochsztapler! Nie jest moim bratankiem, podobnie jak jego ojciec Félix nie był moim bratem. Nawet jeśli Félix miałby być bękartem mojego ojca, w co do dziś wątpię i co nigdy nie zostało dowiedzione, a co w dodatku jest wyjątkowo wstrętnym przypuszczeniem, wówczas i tak nie byłby moim bratem. Był naszym niewolnikiem, na miłość boską!

- Owszem - wtrącił León. - W jego żyłach płynęła jednak krew twojego ojca, był zatem twoim przyrodnim bratem.

- W takim razie Felipe, jeżeli w ogóle, byłby tylko moim przyrodnim bratankiem. Ale nie ma na to żadnych dowodów.

- Oprócz jego błękitnych oczu, które są całkiem podobne do twoich.

- Leónie, pohamuj się. Wciąż ponosi cię wyobraźnia. Jest wielu mieszańców o jasnych oczach. Nie chcesz chyba ich wszystkich nazwać moimi krewniakami?

- Zupełnie nie rozumiem, co byłoby w tym takiego złego. Félix był przecież dobrym człowiekiem, Fernanda jest bardzo inteligentną i pracowitą kobietą, a ich dzieci odziedziczyły wszystkie zalety rodziców. Felipe na przykład przekształcił mały sklepik z materiałami piśmiennymi, prowadzony przez ojca, w prawdziwe imperium. Wzbogacił się na imporcie drogich urządzeń, które tną, składają i spinają arkusze drukarskie. W Brazylii blisko osiemdziesiąt procent gazet i czasopism drukuje się na maszynach, które sprzedaje wydawnictwom Felipe.

- Znowu jesteś zaskakująco dobrze poinformowany.

- Dziennikarzem pozostaje się przez całe życie.

- Nie bierz mi tego za złe, Leónie, ale żywię silne podejrzenia, że nie zawdzięczasz tej wiedzy swojej zawodowej ciekawości.

- Tylko?

- Tylko temu, że zadajesz się z tymi ludźmi częściej, niżbym sobie tego życzyła.

- Vita, Vita. - León pokręcił głową, jakby miał do czynienia z upartym dzieckiem. - Przez lata zdobyłaś władzę i pieniądze i lubisz mieszać się w sprawy wszystkich osób z twojego otoczenia, ale nie mów mi, z kim mogę się zadawać, a z kim nie.

- Wcale tego nie robię. Wiem przecież, że jesteś odporny na wszystkie, nawet rozsądne rady.

- Z pewnością.

- I znam twoją dziwną skłonność do szukania towarzystwa ludzi, którzy... jakby to ująć? Którzy...

- ...są poniżej mojego poziomu?

- Sama bym tego lepiej nie wyraziła.

- A zastanawiałaś się może, czy ta moja "skłonność" nie przejawiła się już przy wyborze żony?

- Nie. Pod tym względem wykazałeś się zaskakująco dobrym smakiem, choć nie odwrotnie.

- Jesteś i pozostaniesz wiedźmą, moja piękna sinhazinho.

- A ty jesteś i pozostaniesz potworem.

Przez resztę drogi siedzieli w milczeniu. Oboje wiedzieli, że od tego punktu w rozmowie sytuacja może się tylko pogorszyć. I z pewnością już po raz tysięczny oboje zastanawiali się, dlaczego tak bardzo się nawzajem ranią.

Istniało tylko jedno sensowne wyjaśnienie. To musiała być miłość.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.