PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ
3
Nie dowiedziano się, co spotkało tamtego mężczyznę, nie udało się także namierzyć trzech pozostałych kobiet. Nie znaleziono też Maurycego.
Nie mam pojęcia, co się stało z moim mężem, gdzie jest, dlaczego zniknął i czy w ogóle żyje, ale wiem jedno: policja nie ma racji. Maurycy nikogo nie zabił. Chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć, że nikogo nie skrzywdził, bo przecież tamten mężczyzna żyje, a los pozostałych zaginionych wciąż jest nieznany.
Nie jestem jedną z tych żon ślepo zapatrzonych w męża, naiwnie przekonanych o nieskazitelności drugiej połówki. Maurycy miał wady, popełniał błędy, nie wykluczam, że nawet zrobił coś, do czego nigdy by mi się nie przyznał, ale nie niszczył życia. Maurycy to życie ratował. Zawsze.
Dlatego ciągle tu mieszkam, w naszym domu, we wnętrzach, które razem urządziliśmy. Obok tych samych sąsiadów. Pomimo upływu czasu pamięć o wydarzeniach sprzed pięciu lat wciąż jest żywa. Teraz już nikt wprost mi o nich nie przypomina, ale ja dostrzegam detale, które świadczą o tym, że ludzie wciąż myślą o mnie w ten sam sposób. Chyba już zawsze będą mnie postrzegać jako żonę Sobonia. Żonę potwora.
Z pewnością łatwiej byłoby się stąd po prostu wynieść. Tyle że moja wyprowadzka oznaczałaby kapitulację. A do tego nigdy nie dojdzie. Nie przestanę wierzyć w niewinność Maurycego.
Poznaliśmy się jeszcze na studiach. Ujął mnie łagodnością i empatią wobec każdej żywej istoty. Mąż nie skrzywdziłby nawet muchy. Więcej, postanowił zostać lekarzem, by nieść pomoc i ratować życie. To wspaniały człowiek. I choć zdarzało się, że wkurzały mnie jego częste nieobecności w domu, to tak naprawdę w pełni wszystko rozumiałam. Maurycy był światu zwyczajnie potrzebny, był lekarzem z prawdziwego powołania.
Jest mi ciężko bez niego. Mieliśmy przed sobą całe życie, plany, chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Kochałam... kocham go.
Chyba najtrudniejsza jest niepewność. Są dwie możliwości. Albo Maurycemu przytrafiło się coś w ogóle niezwiązanego z całą tą serią zaginięć, jakiś nieszczęśliwy wypadek, o którym nie było mi dane się dowiedzieć, albo Maurycy... podzielił los tamtych ludzi. Stał się, tak jak oni, ofiarą. Boli mnie, że policja nie bierze pod uwagę żadnej z tych opcji.
Ciągle pracuję zdalnie. Tuż po zniknięciu Maurycego było mi to bardzo na rękę. Każde wyjście z domu wiązało się z nieprzychylnymi spojrzeniami. Najczęściej ludzie patrzyli na mnie z jawną wrogością, oskarżycielsko. Niektórzy nawet z pogardą, czystą nienawiścią. Ale byli też tacy, który przyglądali mi się z zaciekawieniem. Nie spotkałam się natomiast ze współczuciem, nikogo nie obchodziło, co przeżywam. Ani to, czy Maurycy faktycznie zrobił coś złego.
Czasem dopada mnie bolesne przekonanie, że zniknięcie Maurycego to swoista karma. Że właśnie w taki sposób dosięgła mnie sprawiedliwość.
Mogłabym wrócić do pracy w biurze, ale tak bardzo przyzwyczaiłam się do trybu zdalnego, że nawet nie myślę o zmianie. Jestem tłumaczką. Kiedy w szkole średniej okazało się, że mam dryg do języków obcych, poszłam w tym kierunku. Zawdzięczam to przede wszystkim nauczycielce języka angielskiego, bo to właśnie ona mi uświadomiła, że moją drogą powinna być lingwistyka. Znam biegle angielski i niemiecki, tłumaczę różne teksty, dokumenty i oficjalne pisma. Zdarzyło mi się nawet przełożyć książkę z niemieckiego. Wprawdzie nie sprzedała się w oszałamiającym nakładzie, ale jestem duma z tego zlecenia. Mam tylko nadzieję, że do porażki powieści na polskim rynku nie przyczyniło się moje tłumaczenie.
Zaglądam do lodówki, świeci pustkami. Kiedy włączam ekspres, okazuje się, że i kawa się skończyła. Nie mam wyjścia, zanim usiądę do pracy, muszę wyskoczyć do sklepu. Od najbliższego supermarketu, w Modlnicy, dzielą mnie nieco ponad trzy kilometry.
Maurycy lubił robić ze mną zakupy. O ile nie przepadał za wyprawami do sklepów z odzieżą, o tyle chętnie decydował, jakie produkty spożywcze trafiały do naszej kuchni. Miał fioła na punkcie zdrowej żywności, ja z kolei od zawsze lubiłam wsunąć coś, co niekoniecznie było odżywcze. Często żartował, że musi mnie pilnować, żebym nie nakupowała badziewia. Pasowało mi to, uwielbiałam, gdy tłumaczył mi, dlaczego coś powinnam jeść, a z czegoś jak najszybciej zrezygnować.
Parkuję przed sklepem, wchodzę do środka i sprawnie wybieram to, czego potrzebuję. Kolejka do kas samoobsługowych jest dziś niewiarygodnie długa, postanawiam więc wyjątkowo skorzystać ze standardowego stanowiska.
Kasjerka skanuje produkty klientki przede mną, ja wykładam swoje zakupy na taśmę. Kiedy koszyk mam już pusty, zauważam, że ekspedientka zerka w moją stronę. Raz, potem drugi i jeszcze trzeci. Po kolejnym ukradkowym spojrzeniu sprawdzam, czy nie mam brudnego ubrania, dotykam włosów, czy gdzieś mi coś nie sterczy. Spoglądam nawet w aluminiową rurkę przy kasie, w której odbija się moja twarz, ale nie wygląda na to, że rozmazał mi się makijaż. A mimo to kobieta znów na mnie spogląda, pospiesznie, krótko, tak żebym tego nie zauważyła. Ale ja to widzę. Widzę również to, że posyła wymowne spojrzenie klientce, którą właśnie obsługuje, na co ta także zerka w moją stronę. Niby przypadkiem, płochliwie.
Robi mi się ciepło od środka, moje tętno przyspiesza, a nogi dziwnie miękną. Znam to uczucie. Bardzo dobrze je znam. Ale od dawna już go nie doświadczyłam. Robię zakupy w tym samym markecie, do którego jeździliśmy razem z Maurycym, pojawiałam się w nim także po jego zaginięciu. Nie od razu, jednak stosunkowo szybko zaczęłam wychodzić z domu. Zaraz po tym, jak zrozumiałam, że tylko konfrontując się z sytuacją, potwierdzę swoje przekonanie o niewinności męża. Wtedy wciąż na mnie zerkano tak, jak teraz robi to ta ekspedientka.
Zadzieram wyżej podbródek, dbam o to, żeby nie zacisnąć ust. Grunt to nie pokazywać swojego zdenerwowania. Z czasem nauczyłam się tego, że tylko z wysoko uniesioną głową można stawić czoła oszczerstwom. Jeśli hieny zwęszą twój strach, pożrą cię.
- Dzień dobry - odzywam się, kiedy ekspedientka zaczyna kasować moje zakupy.
- Dzień dobry - odpowiada. Teraz, gdy stoję tuż przy niej, w ogóle na mnie nie patrzy. Typowe. Właśnie tak zwykle to wyglądało.
Dreszcz przebiega mi po plecach. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz byłam wytykana palcami. Nie dano mi spokoju z dnia na dzień, oczywiście, że nie, ale od dłuższego czasu już nikt nie pluje mi w twarz.
- Dwieście trzydzieści dwa osiemdziesiąt cztery - informuje sprzedawczyni, nadal na mnie nie patrząc.
- Kartą, proszę - rzucam.
Kobieta wciska coś na kasie, nic nie mówi, a ja przykładam kartę do terminala. Transakcja zostaje zaakceptowana. Wkładam do siatki ostatnie produkty, ekspedientka już zaczyna obsługiwać kolejnego klienta. Kiedy jestem bliska przekonania samej siebie, że tylko niepotrzebnie coś sobie wkręcam, kobieta rzuca mi spojrzenie, które nie pozostawia najmniejszych złudzeń. Spogląda na mnie jak na... żonę potwora.
Odchodzę od kasy, nie pożegnawszy się ze sprzedawczynią, ona natomiast spogląda na mnie jeszcze raz. Czuję jej wzrok na plecach, kiedy wychodzę ze sklepu. Ściskam mocniej siatki z zakupami. Może pracuje tu od niedawna. Albo po prostu dopiero się dowiedziała, że w okolicy mieszka żona Sobonia, tego lekarza, co miał uprowadzać swoich pacjentów, no i mnie rozpoznała. Fakt, ekspedientka wyglądała na młodą osobę, dałabym jej najwyżej dwadzieścia dwa lata. Pewnie kiedy była jeszcze nastolatką, niespecjalnie interesowała się tego typu aferami.
Wsiadam do samochodu, kładę ręce na kierownicy i biorę głęboki wdech. Szybko odzyskuję równowagę, bo już pogodziłam się z tym, że tak będzie zawsze. W każdym momencie mogę trafić na kogoś, kto przypomni sobie, kim jestem. A raczej - kim wszyscy myślą, że jestem. W końcu Maurycy nie zrobił nic złego.
Wracam do domu. Po rozpakowaniu zakupów podlewam jeszcze kwiaty. W salonie mieszkają dwa fikusy, monstera i kilka dracen, w części jadalnej panoszy się filodendron pnący. Podarował mi go Maurycy.
Siadam wreszcie do pracy. Mam sporo tłumaczeń na dziś, zabieram się do kolejnych dokumentów, a poranna wyprawa do sklepu szybko przestaje zaprzątać mi głowę. Mijają kolejne godziny.
Późnym popołudniem, kiedy za oknem jest już ciemno, chrzęści klucz w zamku. Jak zwykle nasłuchuję uważnie. Wiem, że po odgłosie stawianych kroków poznałabym, że to Maurycy wchodzi do domu. Ten odruch zdaje się bezwarunkowy. Chyba podświadomie, nieśmiało i po cichu liczę, że któregoś dnia mąż wróci. Stanie przede mną, rozłoży ramiona, w które będę mogła się wtulić, wszystko mi wyjaśni i odzyskam życie, które utraciłam.
- Cześć! - woła Arek.
Bąkam powitanie, nie odrywając wzroku od laptopa. Szeleści kurtka, za moment trzaska szafka na buty, a po chwili słyszę, że brat jest już u góry.
Wychowałam się w domu dziecka, trafiłam tam, kiedy miałam zaledwie kilka miesięcy. Odebrano mnie rodzinie przemocowej, zanim zdążyli mnie zabić. Mimo że w pierwszych tygodniach życia zaniedbywano mnie, a nie mam wątpliwości, że tak właśnie było, nie poniosłam poważnego uszczerbku na zdrowiu. Pod innymi względami szczęście już mniej mi dopisywało. Nie wiedzieć czemu nie znalazła się rodzina, która zechciałaby mnie przygarnąć na stałe. Mogę chyba nawet mówić o koszmarnym pechu, bo przecież dzieci w wieku niemowlęcym są najchętniej adoptowane przez bezdzietne pary. Może to przez moje odstające uszy, a może tak po prostu miało być, bo życie zaplanowało dla mnie coś innego.
Nie znam nikogo ze swojego rodzeństwa poza Arkiem. Jest ode mnie młodszy o pięć lat, został odebrany rodzicom dopiero jako siedmioletni chłopiec. Tak jak ja trafił do domu dziecka, ale nie zabawił tam długo, bo szybko został adoptowany przez parę, która nie mogła mieć własnego potomstwa.
Dowiedziałam się o istnieniu Arka już jako dorosła kobieta. Brat chodził wtedy do liceum, ja byłam na półmetku studiów. Nim skończył osiemnaście lat, jego adopcyjni rodzice zginęli w nieszczęśliwym wypadku. Wtedy Arek przeprowadził się do mnie. To znaczy do nas, Maurycy chętnie przyjął go pod nasz dach.
Brat bierze prysznic, słyszę dobiegający z góry szum wody. Zerkam na godzinę, dochodzi dziewiętnasta. Chyba najwyższa pora zrobić sobie przerwę. Zamykam komputer i przechodzę do salonu. Po drodze znajduję pilota, wreszcie opadam ciężko na kanapę i włączam telewizor.
- Co tam oglądasz? - Arek zjawia się w salonie, gdy rozpoczyna się blok reklamowy.
- A nic. - Ziewam, nagle zrobiłam się strasznie śpiąca.
- Włącz Discovery Science.
- Zaraz, czekaj. - Ziewam jeszcze raz. - Fakty teraz będą.
- Nie masz jeszcze dość tej całej polityki? Mnie już ona bokiem wychodzi, jest wszędzie.
- Lubię wiedzieć, co się wokół dzieje - odpowiadam.
- Weź sobie dziś odpuść. - Arek chwyta pilota i nim rozpocznie się czołówka wiadomości, przełącza stację. Zaczyna skakać po kanałach.
Posyłam mu niezadowolone spojrzenie.
- Włączmy coś sensowniejszego. O! Niezwykły dr Pol, to jest dobre.
- No proszę cię. - Przewracam oczami.
- Poważnie. Fajny program. Gdyby mi się nie udało z medycyną, pewnie poszedłbym na weterynarię.
Czyli dokładnie tak jak Maurycy, myślę. Arek ma z nim wiele wspólnego. Jest zdolny, zafiksowany na leczeniu ludzi i oddany swojemu powołaniu. Kiedy mój mąż to wszystko w nim dostrzegł, bez wahania pomógł Arkowi przygotować się do studiów, a później znaleźć staż i wybrać specjalizację. Brat ratuje ludzkie życie z nie mniejszym zaangażowaniem, niż robił to Maurycy.
- Nie no, nie będę tego oglądać. - Przejmuję pilota i teraz ja skaczę po kanałach. Arek jęczy z zawodem. Stale się przekomarzamy, trochę tak, jakbyśmy próbowali nadrobić stracone dzieciństwo.
Kolejne programy nie wzbudzają mojego zainteresowania, za to Arek chce oglądać najpierw Starożytnych kosmitów, potem Pułapki umysłu, a nawet Jak to jest zrobione - samochody marzeń. Każdy jego wybór kwituję kwaśnym uśmiechem i idę dalej.
Na ekranie pojawia się twarz Marty Kuligowskiej, prezenterki TVN24.
- Wrócił czy ktoś go naśladuje? - mówi kobieta. - Policja uspokaja, że to spekulacje na wyrost, ale jak tu nie spekulować, skoro mieszkańcy Krakowa ciągle dobrze pamiętają serię niewyjaśnionych zaginięć sprzed pięciu lat... - Dźwięk nagle się urywa.
- Włącz to! - Odwracam się gwałtownie w stronę Arka.
- To nie jest dobry pomysł - stwierdza brat, ściskając w dłoni pilota. - Lepiej, żebyś tego nie słuchała.
- Oddaj. - Wyciągam rękę. - Daj mi go - powtarzam.
- Olga, proszę cię. W niczym ci to przecież nie pomoże.
- Oszalałeś?! Dawaj. Dawaj, i to już! - Usiłuję przejąć pilota, ale Arek trzyma go zbyt mocno. - Myślisz, że uchronisz mnie przed tym, wyłączając mi telewizor? - Podnoszę się z kanapy rozzłoszczona.
Arek głośno wzdycha.
- Myślisz, że się nie dowiem? - mamroczę, sięgając po swojego laptopa.
- Media szaleją - odpowiada mój brat. - Ale policja jest raczej powściągliwa.
Aha, czyli dobrze się zorientował, co w trawie piszczy, wnioskuję. I już rozumiem, dlaczego dziś chciał oglądać te wszystkie dziwne programy, chociaż zazwyczaj przesiadywanie na kanapie przed telewizorem w ogóle go nie rajcuje.
Stukam nerwowo w klawiaturę i po chwili przeglądarka wypluwa materiały, które zdają się pasować do tego, co mnie interesuje.
Dowiaduję się, że zaginęła kobieta, trzydziestoczterolatka, mieszkanka Krakowa. Ostatnio była widziana w Szkole Podstawowej nr 52, gdzie uczy języka polskiego. Wyszła z pracy wcześniej niż zwykle, kamera umieszczona przed wejściem do budynku zarejestrowała ten moment. Weronika P. miała udać się do Poradni Otolaryngologicznej, nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście tam dotarła. Wprawdzie dane z ostatniego logowania telefonu zaginionej potwierdzają, że pojawiła się w okolicy szpitala, ale personel utrzymuje, że pacjentka nie stawiła się na umówioną wizytę.
Czuję strużkę potu spływającą mi po plecach, gdy okazuje się, że wizyta miała się odbyć w szpitalu Epione. Tam, gdzie pracował Maurycy. Kiedyś trudno było mi zapamiętać nazwę tej placówki, aż do czasu, kiedy Maurycy uświadomił mi, że Epione to nic innego jak imię greckiej bogini ukojenia bólu.
Nogi zaczynają mi drżeć, kiedy w kolejnych materiałach, które czytam, pojawia się nawiązanie do zaginięć sprzed pięciu lat. Każda redakcja snuje przypuszczenia, niektóre krzyczą wprost: "Soboń wrócił!". Nazwisko mojego męża gęsto przewija się w artykułach, niestety zawsze w tym samym niechlubnym kontekście.
Przymykam powieki. To takie krzywdzące.
- Nie rozumiem - mamroczę pod nosem. - Na jakiej w ogóle podstawie wywlekają nazwisko Maurycego?
- Znika pacjentka Epione... - przypomina mi Arek, jakbym oczekiwała odpowiedzi. - Tamci ludzie też się u nas leczyli.
- I co z tego?! - syczę. - To może być zwykły zbieg okoliczności.
Arek wzdycha.
- Okej, może i nie jest - przyznaję. - Ale jak to się ma do Maurycego, do ciężkiej cholery?! Czy nie powinno przyjść im wszystkim do głowy, że to ktoś, kto nadal pracuje w tym szpitalu? Maurycy od pięciu lat nie daje znaku życia! - grzmię. - A co? Może kręci się po szpitalu i nikt go nie widzi? - Prycham z takim oburzeniem, że aż kropelki śliny lądują mi na brodzie.
Arek ponownie wzdycha i włącza telewizor. Marta Kuligowska mówi już o czymś zupełnie innym niż to, co mnie w tym momencie interesuje. Brat przeskakuje na TVN24 BiS i wtedy jak na zawołanie słyszę:
- Wrócił czy ktoś go naśladuje? Policja uspokaja, że to spekulacje na wyrost, ale jak tu nie spekulować, skoro mieszkańcy Krakowa ciągle dobrze pamiętają niewyjaśnioną serię zaginięć sprzed pięciu lat. Wraca postać Michała Malczyka, jedynego porwanego, który się odnalazł, i zagadka losów pozostałych ofiar młodego lekarza. Czy Weronika P. jest kolejną z nich?
Na ekranie pojawia się Paulina Malczyk, żona jedynego odnalezionego. Kobieta nigdy nie kryła swoich personaliów, zawsze głośno opowiadała o wyrządzonej jej krzywdzie.
- Dostałam wiadomość - oświadcza. - Krótką i zwięzłą.
- Jak ona brzmiała? - dopytuje reporter.
- "Wróciłem" - mówi kobieta.
- Ma pani jakieś podejrzenia, kto mógł przysłać pani tę wiadomość?
- To przecież oczywiste - stwierdza żona pokrzywdzonego.
- No pewnie, a jakżeby inaczej! - Wyrzucam z wściekłością ręce w górę. Nie odrywam spojrzenia od twarzy Malczykowej, wykrzywionej w pogardzie. Maluje się na niej także pewność. Jest tak wielka i niezachwiana, że aż przeszywa mnie dreszcz. Ta kobieta jest przekonana, że Maurycy skrzywdził jej męża, choć nie ma na to niezbitych dowodów.
- Jak to wyglądało? - docieka tymczasem dziennikarka. - Dostała pani maila, SMS-a czy inną tego typu wiadomość?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy - oznajmia Malczyk. - To lekarz, nie jest głupi. Zaraz namierzyliby IP komputera, z którego wysłałby takiego maila. Nie to, co taką zwykłą kartkę. Wrzucił mi ją do skrzynki na listy.
- I napisał tylko tyle? "Wróciłem"? To jedno słowo? - upewnia się redaktorka.
- Zgadza się. - Kobieta kiwa zapalczywie głową.
- Co za bzdury! - wykrzykuję, coraz bardziej trzęsąc się ze złości. - Co ta baba w ogóle gada?! - Zerkam na brata. Arek wykrzywia usta w trudnym do odczytania grymasie.
Rozkładam ręce w wymownym geście, bo oczekuję z jego strony czegoś więcej, stanowiska, jakiegoś komentarza, a nie ciszy!
Brat jednak nic nie mówi, wskazuje za to na telewizor. Obracam z powrotem głowę w kierunku ekranu.
- Gdzie teraz jest ta kartka? - Reporterka wciąż nie skończyła rozmowy z żoną Michała Malczyka.
- W rękach policji, oczywiście. Może dzięki niej uda im się dotrzeć do Sobonia. - Głos kobiety nadal przepełniony jest pewnością, brzmi obrzydliwie, aż mdli mnie od słuchania. - Wierzę, że w końcu jakoś go namierzą. Policja na pewno dysponuje środkami, z jakich nie zdajemy sobie sprawy, i wykorzysta je, żeby złapać bydlaka.