Poczwarki - John Wyndham

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (21,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kiedy byłem bar­dzo mały, cza­sem śniło mi się mia­sto - co było dziwne, ponie­waż zaczą­łem o nim śnić, zanim się dowie­dzia­łem, co to jest. Jed­nak to mia­sto, stło­czone nad łukiem wiel­kiej nie­bie­skiej zatoki, poja­wiało się w moich myślach. Widzia­łem ulice i sto­jące wzdłuż nich budynki, nabrzeże, a nawet statki w por­cie, choć na jawie ni­gdy nie widzia­łem morza ani statku...

A te budynki były zupeł­nie inne niż te, które zna­łem. Uli­cami, co dziwne, jeź­dziły wozy, któ­rych nie cią­gnęły konie, a na nie­bie cza­sem dostrze­ga­łem lśniące i obłe stwory, które z pew­no­ścią nie były pta­kami.

Naj­czę­ściej widzia­łem to cudowne miej­sce w bla­sku dnia, ale cza­sem w nocy, gdy świa­tła jak rząd robacz­ków świę­to­jań­skich kła­dły się wzdłuż brzegu i nie­które z nich wyglą­dały jak skry dry­fu­jące w wodzie lub powie­trzu.

To było piękne, fascy­nu­jące miej­sce i raz, gdy byłem jesz­cze mały i nie wie­dzia­łem, że nie powi­nie­nem, zapy­ta­łem moją naj­star­szą sio­strę, Mary, gdzie też może być to śliczne mia­sto.

Pokrę­ciła głową i powie­działa mi, że nie ma takiego mia­sta - nie teraz. Może jed­nak, pod­su­nęła, śnię o dawno minio­nych cza­sach. Sny są dziwne i trudno je wyja­śnić; tak więc może to, co widzia­łem, było frag­men­tem takiego świata, jaki ist­niał kie­dyś - cudow­nego świata, w któ­rym żyli Dawni Ludzie; takiego, jaki był, zanim Bóg zesłał nań Udrękę.

Potem jed­nak bar­dzo poważ­nie mnie ostrze­gła, żebym nikomu o tym nie mówił, bo o ile wie­działa, inni ludzie nie widują takich obra­zów ani we śnie, ani na jawie, więc byłoby nie­roz­trop­nie im o tym wspo­mi­nać.

To była mądra rada i na szczę­ście mia­łem dość roz­sądku, by jej posłu­chać. Ludzie w naszej oko­licy nie­chęt­nie spo­glą­dali na wszystko, co dziwne i nie­zwy­kłe, więc nawet moja lewo­ręcz­ność budziła lekką dez­apro­batę. Tak więc ani wtedy, ani przez kilka lat póź­niej nie wspo­mi­na­łem o tym nikomu - w isto­cie nie­mal o tym zapo­mnia­łem, bo z cza­sem śni­łem o tym coraz rza­dziej, a potem bar­dzo rzadko.

Jed­nak zapa­mię­ta­łem tę radę. Gdyby nie to, może powie­dział­bym komuś o dziw­nym poro­zu­mie­niu, jakie łączyło mnie z moją kuzynką Rosa­lind, co z pew­no­ścią spro­wa­dzi­łoby na nas oboje bar­dzo poważne kło­poty - gdyby ktoś przy­pad­kiem mi uwie­rzył. Myślę, że ani ona, ani ja nie przy­wią­zy­wa­li­śmy wów­czas do tego wagi; po pro­stu przy­wy­kli­śmy do ostroż­no­ści. Ja z pew­no­ścią nie widzia­łem w tym niczego nie­zwy­kłego. Byłem zwy­czaj­nym małym chłop­cem dora­sta­ją­cym w zwy­czajny spo­sób i uwa­ża­ją­cym za zwy­czajny ota­cza­jący mnie świat. I tak było, dopóki nie pozna­łem Sophie. Nawet wtedy nie od razu spo­strze­głem róż­nicę. Z per­spek­tywy czasu mogę stwier­dzić, że to wła­śnie wtedy zakieł­ko­wały we mnie pierw­sze ziarna wąt­pli­wo­ści.

Tam­tego dnia wybra­łem się na samotny spa­cer, co czę­sto robi­łem. Mia­łem chyba pra­wie dzie­sięć lat. Moja sio­stra, Sarah, była ode mnie o pięć lat star­sza i ta róż­nica wieku powo­do­wała, że prze­waż­nie bawi­łem się sam. Posze­dłem polną drogą na połu­dnie, wzdłuż gra­nic kilku pól, aż dotar­łem do wyso­kiego nasypu, a potem jesz­cze spory kawa­łek po nim.

Ten nasyp wtedy nie wyda­wał mi się zagad­kowy - był o wiele za duży, żebym myślał o nim jak o czymś zbu­do­wa­nym przez czło­wieka, i ni­gdy nie przy­szło mi do głowy łączyć go z cudow­nymi dzie­łami Daw­nych Ludzi, o któ­rych cza­sem sły­sza­łem. Był po pro­stu nasy­pem, zata­cza­ją­cym sze­roki łuk, a potem bie­gną­cym pro­sto jak strzała ku odle­głym wzgó­rzom; był po pro­stu czę­ścią świata, nie dziw­niej­szą od rzeki, nieba czy samych wzgórz.

Czę­sto nań wcho­dzi­łem, ale rzadko zapusz­cza­łem się na jego drugą stronę. Z jakie­goś powodu uwa­ża­łem, że to obca kra­ina - nie tyle tery­to­rium wroga, ile inny kraj. Jed­nak odkry­łem miej­sce, w któ­rym spły­wa­jące po dru­giej stro­nie nasypu desz­cze wymyły piasz­czy­sty parów. Jeśli usia­dło się na jego początku i dobrze się ode­pchnęło, można było zje­chać nim z dużą pręd­ko­ścią, by w końcu prze­le­cieć kilka stóp w powie­trzu i wylą­do­wać na ster­cie mięk­kiego pia­sku na jego końcu.

Robi­łem to już kil­ka­krot­nie i ni­gdy przed­tem nikogo nie było w pobliżu, lecz tym razem, gdy pod­no­si­łem się po trze­cim zjeź­dzie i szy­ko­wa­łem do czwar­tego, usły­sza­łem czyjś głos:

- Cześć!

Rozej­rza­łem się. W pierw­szej chwili nie wie­dzia­łem, skąd docho­dzi, potem mój wzrok przy­cią­gnęły koły­szące się wierz­chołki gałą­zek w kępie krza­ków. Gałę­zie się roz­chy­liły i spo­mię­dzy nich spoj­rzała na mnie twarz. Była to opa­lona twa­rzyczka oto­czona czar­nymi lokami. Miała poważną minę, ale iskierki w oczach. Przez moment przy­glą­da­li­śmy się sobie, zanim odpowie­dzia­łem:

- Cześć.

Zawa­hała się, a potem jesz­cze sze­rzej roz­chy­liła gałę­zie. Ujrza­łem dziew­czynkę tro­chę niż­szą ode mnie i może nieco młod­szą. Miała na sobie rdza­wego koloru dre­li­chowe ogrod­niczki i żółtą koszulę. Krzyż naszyty na dre­li­chu był z jakie­goś ciem­no­brą­zo­wego mate­riału. Włosy miała zwią­zane żół­tymi wstąż­kami w dwa kucyki. Przez kilka sekund dziew­czynka stała nie­ru­chomo, jakby nie­pewna, czy opu­ścić bez­pieczne schro­nie­nie, po czym cie­ka­wość wzięła górę nad ostroż­no­ścią i wyszła z krza­ków.

Spoj­rza­łem na nią zdzi­wiony, ponie­waż była zupeł­nie obcą osobą. O czasu do czasu odby­wały się zebra­nia lub przy­ję­cia, na któ­rych spo­ty­kały się wszyst­kie dzieci miesz­ka­jące w pro­mie­niu kilku mil, więc dziw­nie było napo­tkać kogoś, kogo ni­gdy przed­tem się nie widziało.

- Jak masz na imię? - zapy­ta­łem.

- Sophie - odparła. - A ty?

- David. Gdzie miesz­kasz?

- Tam - powie­działa, nie­dbale mach­nąw­szy ręką w kie­runku obcej kra­iny za nasy­pem.

Ode­rwała ode mnie oczy i spoj­rzała na piasz­czy­stą rynnę, którą zjeż­dża­łem.

- Fajna zabawa? - zapy­tała z tęskną miną.

Zawa­ha­łem się, nim ją zapro­si­łem do udziału.

- Tak - powie­dzia­łem. - Chodź i spró­buj.

Ocią­gała się, znów sku­piw­szy na mnie uwagę. Przez parę sekund uważ­nie mi się przy­glą­dała z poważną miną, a potem nagle pod­jęła decy­zję. Wdra­pała się na nasyp szyb­ciej ode mnie.

Powie­wa­jąc kucy­kami i wstąż­kami, pomknęła rynną. Kiedy wylą­do­wa­łem, miała już mniej poważną minę i oczy błysz­czące z pod­nie­ce­nia.

- Jesz­cze raz - powie­działa i sapiąc, wspięła się na nasyp.

Przy trze­cim zjeź­dzie zda­rzyło się nie­szczę­ście. Usia­dła i ode­pchnęła się tak jak poprzed­nio. Patrzy­łem, jak zjeż­dża i zatrzy­muje się w chmu­rze pia­sku. Zje­chała jakoś tak, że wylą­do­wała kilka stóp dalej w lewo niż zwy­kle. Szy­ko­wa­łem się do zjazdu i cze­ka­łem, aż zrobi mi miej­sce. Nie zro­biła.

- Odsuń się - powie­dzia­łem jej nie­cier­pli­wie.

Pró­bo­wała się poru­szyć, a potem zawo­łała:

- Nie mogę! Boli!

Pomimo to zary­zy­ko­wa­łem zjazd i zatrzy­ma­łem się bli­sko niej.

- Co się stało? - spy­ta­łem.

Skrzy­wiła się. Miała łzy w oczach.

- Noga mi utknęła.

Lewą nogę miała zasy­paną. Odgar­ną­łem miękki pia­sek. Jej bucik zakli­no­wał się w wąskiej szcze­li­nie mie­dzy dwoma spi­cza­stymi kamie­niami. Pró­bo­wa­łem go poru­szyć, ale ani drgnął.

- Nie możesz go jakoś wycią­gnąć? - zapy­ta­łem.

Spró­bo­wała, dziel­nie zaci­ska­jąc wargi.

- Nie da się.

- Pomogę ci cią­gnąć - zapro­po­no­wa­łem.

- Nie, nie! To boli - zapro­te­sto­wała.

Nie wie­dzia­łem, co robić. Naj­wy­raź­niej bar­dzo ją bolało. Szu­ka­łem roz­wią­za­nia pro­blemu.

- Naj­le­piej prze­tnijmy sznu­rówki, żebyś mogła wyjąć nogę z bucika. Bo nie mogę dosię­gnąć węzła - zde­cy­do­wa­łem.

- Nie! - zawo­łała prze­stra­szona. - Nie wolno mi.

Powie­działa to tak sta­now­czo, że zbiła mnie z tropu. Gdyby wyjęła stopę z bucika, mogli­by­śmy wycią­gnąć sam bucik ze szcze­liny, skoro jed­nak nie chciała, nie wie­dzia­łem, co można by zro­bić. Wycią­gnęła się na pia­sku, wysoko uno­sząc kolano uwię­zio­nej nogi.

- Och, jak boli - wykrztu­siła. Już nie była w sta­nie powstrzy­mać łez. Spły­wały jej po twa­rzy. Ale nawet teraz nie krzy­czała, wyda­wała tylko ciche jęki.

- Będziesz musiała wyjąć stopę z buta - oznaj­mi­łem jej.

- Nie! - ponow­nie zapro­te­sto­wała. - Nie wolno mi. Ni­gdy. Nie mogę.

Usia­dłem przy niej, nie wie­dząc, co począć. Obiema rękami chwy­ciła moją dłoń i mocno ją ści­skała, pła­cząc. Było jasne, że stopa boli ją coraz bar­dziej. Po raz pierw­szy w życiu zna­la­złem się w sytu­acji, w któ­rej musia­łem pod­jąć jakąś decy­zję. Pod­ją­łem ją.

- Płacz nic nie da. Musisz ją wyjąć - oznaj­mi­łem. - Jeśli nie, to zosta­niesz tu i pew­nie umrzesz.

Nie pod­dała się od razu, ale w końcu się zgo­dziła. Nie­spo­koj­nie patrzyła, jak prze­ci­nam sznu­rówkę. Potem powie­działa:

- Odejdź! Nie wolno ci patrzeć.

Zawa­ha­łem się, lecz dzie­ciń­stwo to czas pełen nie­zro­zu­mia­łych, choć waż­nych kon­we­nan­sów, cof­ną­łem się więc kilka kro­ków i odwró­ci­łem się do niej ple­cami. Sły­sza­łem, jak ciężko oddy­cha. Potem znów zapła­kała. Obró­ci­łem się.

- Nie mogę - powie­działa, spo­glą­da­jąc na mnie z prze­stra­chem przez łzy, uklą­kłem więc, żeby zoba­czyć, co mogę zro­bić.

- Nie możesz o tym nikomu powie­dzieć - zażą­dała. - Ni­gdy, prze­nigdy! Obie­cu­jesz?

Obie­ca­łem.

Była bar­dzo dzielna. Tylko cicho poję­ki­wała.

Kiedy udało mi się ją uwol­nić, jej stopa wyglą­dała dziw­nie; chcę powie­dzieć, że była mocno wykrę­cona i spuch­nięta. Wtedy nawet nie zauwa­ży­łem, że ma wię­cej niż pięć pal­ców...

Zdo­ła­łem wybić kamie­niem bucik ze szcze­liny i poda­łem go jej. Jed­nak oka­zało się, że nie może go wło­żyć na spuch­niętą stopę. Nie mogła także na niej sta­nąć. Myśla­łem, że poniosę ją na barana, ale była cięż­sza, niż się spo­dzie­wa­łem, i było jasne, że daleko tak nie zaj­dziemy.

- Będę musiał pójść po kogoś, żeby pomógł - oznaj­mi­łem jej.

- Nie. Pójdę na czwo­ra­kach - odparła.

Sze­dłem obok niej, nio­sąc bucik i czu­jąc się bez­u­ży­teczny. Dziel­nie i zadzi­wia­jąco długo się tak prze­miesz­czała, ale w końcu musiała się pod­dać. Spodnie miała prze­tarte na kola­nach, a same kolana pora­nione i krwa­wiące. Nie zna­łem chłopca ani dziew­czyny, nikogo, kto wytrzy­małby taką udrękę, patrzy­łem więc na nią z nie­mal naboż­nym podzi­wem. Pomo­głem jej sta­nąć na zdro­wej nodze i pod­trzy­ma­łem, gdy poka­zy­wała mi, gdzie jest jej dom i wska­zu­jącą kie­ru­nek smugę dymu. Gdy przy­sta­ną­łem i spoj­rza­łem za sie­bie, znów była na czwo­ra­kach i zni­kała w krza­kach.

Bez trudu zna­la­złem ten dom i zapu­ka­łem, tro­chę ner­wowo. Drzwi otwo­rzyła wysoka kobieta. Miała ładną twarz i duże jasne oczy. Jej suk­nia była rudawa i tro­chę krót­sza niż noszone przez więk­szość kobiet w domu, a naszyty na niej zwy­cza­jowy krzyż, się­ga­jący od piersi do piersi i od szyi do lamówki, był zie­lony jak chu­sta na jej gło­wie.

- Czy pani jest matką Sophie? - zapy­ta­łem.

Spoj­rzała na mnie ostro i zmarsz­czyła brwi. Śpiesz­nie i z nie­po­ko­jem spy­tała:

- O co cho­dzi?

Powie­dzia­łem jej.

- Och! - wykrzyk­nęła. - Jej stopa!

Przez chwilę znów spo­glą­dała na mnie groź­nie, a potem oparła o ścianę mio­tłę, którą trzy­mała w ręku, i zapy­tała raź­nie:

- Gdzie ona jest?

Popro­wa­dzi­łem ją tą samą drogą, którą przy­sze­dłem. Na dźwięk jej głosu Sophie wyczoł­gała się z zaro­śli.

Matka spoj­rzała na jej spuch­niętą, wykrę­coną stopę i zakrwa­wione kolana.

- Och, moje bie­dac­two! - powie­działa, tuląc ją i cału­jąc. Potem spy­tała: - On to widział?

- Tak - odparła Sophie. - Prze­pra­szam, mamu­siu. Bar­dzo się sta­ra­łam, ale nie mogłam sobie pora­dzić sama, a to bar­dzo bolało.

Jej matka powoli poki­wała głową. Wes­tchnęła.

- No cóż, teraz już nic na to nie pora­dzimy. Wstań.

Sophie wspięła się na plecy matki i wszy­scy troje wró­ci­li­śmy do ich domu.

Możesz znać na pamięć nakazy i zakazy, które wpo­jono ci w dzie­ciń­stwie, lecz nie­wiele one zna­czą, dopóki nie znaj­dziesz się w sytu­acji, któ­rej doty­czą - a i wtedy musisz się zorien­to­wać, że to ta sytu­acja.

Tak więc sie­dzia­łem cier­pli­wie, obser­wu­jąc, jak skrę­cona noga jest obmy­wana, jak nakłada się na nią zimny okład oraz ban­da­żuje, i nie widzia­łem związku mię­dzy tym wszyst­kim a twier­dze­niem, które sły­sza­łem pra­wie każ­dej nie­dzieli mojego życia:

- I Bóg stwo­rzył czło­wieka na swój obraz i podo­bień­stwo. I Bóg oznaj­mił, że czło­wiek powi­nien mieć jedno ciało, jedną głowę, dwie ręce i dwie nogi; że każda ręka powinna mieć dwa stawy i jedną dłoń; że każda dłoń winna mieć cztery palce i jeden kciuk, a każdy palec ma być zakoń­czony pła­skim paznok­ciem...

I tak dalej, aż do:

- I Bóg stwo­rzył kobietę, rów­nież na swój obraz i podo­bień­stwo, lecz z nastę­pu­ją­cymi róż­ni­cami, zgod­nymi z jej naturą; jej głos powi­nien być wyż­szy niż głos męż­czy­zny; nie powinna mieć brody; powinna mieć dwie piersi...

I tak dalej.

Widzia­łem to wszystko, co do słowa - a jed­nak widok sze­ściu pal­ców Sophie nie przy­wo­łał niczego z mej pamięci. Widzia­łem tę stopę spo­czy­wa­jącą na podołku matki. Patrzy­łem, jak jej matka spo­gląda na nią przez chwilę, bie­rze w ramiona i deli­kat­nie całuje, a potem unosi głowę ze łzami w oczach. Było mi przy­kro, że tak się zmar­twiła, że Sophie cierpi i boli ją noga - ale nic poza tym.

Gdy noga została zaban­da­żo­wana, zacie­ka­wiony rozej­rza­łem się po pokoju. Ten dom był o wiele mniej­szy od mojego, wła­ści­wie był chatką, ale podo­bał mi się bar­dziej. Pano­wała w nim przy­ja­zna atmos­fera. I choć matka Sophie była zanie­po­ko­jona i zmar­twiona, nie mia­łem wra­że­nia, że jestem przy­krym i nie­po­żą­da­nym czyn­ni­kiem zakłó­ca­ją­cym ich skąd­inąd upo­rząd­ko­wane życie, jakie więk­szość ludzi wie­dzie w domu. Sam pokój też wyda­wał mi się lep­szy, bo na ścia­nach nie było napi­sów, które ludzie mogliby poka­zy­wać innym z dez­apro­batą. W ich miej­scu w tym pokoju było kilka rysun­ków koni, które bar­dzo mi się podo­bały.

W końcu Sophie, opa­trzona, z buzią otartą z łez, pokusz­ty­kała do krze­sła przy stole. Mimo że bolała ją noga, odzy­skała rezon i z powagą gościn­nie spy­tała mnie, czy lubię jajka.

Póź­niej pani Wen­der kazała mi zacze­kać i zanio­sła ją na górę. Po kilku minu­tach wró­ciła i usia­dła przy mnie. Wzięła moją dłoń w swoje i przez długą chwilę spo­glą­dała na mnie z poważną miną. Wyraź­nie wyczu­wa­łem jej nie­po­kój, cho­ciaż z początku nie było dla mnie jasne, czym się tak nie­po­koi. Zasko­czyło mnie to, ponie­waż wcze­śniej nie oka­zy­wała tego po sobie. W myślach pró­bo­wa­łem ją uspo­koić i zapew­nić, że nie musi się mnie oba­wiać, ale ta myśl do niej nie dotarła. Na­dal spo­glą­dała na mnie błysz­czą­cymi oczami, podob­nie jak Sophie, gdy powstrzy­my­wała płacz. Gdy na mnie patrzyła, jej myśli były nie­spo­kojne i ulotne. Ponow­nie spró­bo­wa­łem, lecz nie zdo­ła­łem ich uchwy­cić. Potem powoli poki­wała głową i powie­działa:

- Jesteś dobrym chłop­cem, Davi­dzie. Byłeś bar­dzo miły dla Sophie. Chcę ci za to podzię­ko­wać.

Poczu­łem się nie­swojo i spoj­rza­łem na swoje buty. Nie pamię­ta­łem, żeby kto­kol­wiek wcze­śniej nazwał mnie dobrym chłop­cem. Nie wie­dzia­łem, co powi­nie­nem na to powie­dzieć.

- Jesteś jak Sophie, prawda? - cią­gnęła, wciąż na mnie patrząc.

- Tak - odrze­kłem. Po czym doda­łem: - I myślę, że ona jest strasz­nie dzielna. To musiało ją bar­dzo boleć.

- Czy docho­wasz tajem­nicy... waż­nej tajem­nicy... ze względu na nią? - zapy­tała.

- Tak, oczy­wi­ście - zapew­ni­łem, ale odro­binę nie­pew­nym tonem, bo nie wie­dzia­łem, co to za tajem­nica.

- Czy... widzia­łeś jej stopę? - spy­tała, uważ­nie mi się przy­glą­da­jąc. - Jej palce?

Kiw­ną­łem głową.

- Tak - potwier­dzi­łem.

- No cóż, to wła­śnie ta tajem­nica, Davi­dzie. Nikt inny nie może się o tym dowie­dzieć. Jesteś jedyną osobą, która o tym wie, poza jej ojcem i mną. Nikt inny nie może się o tym dowie­dzieć. Nikt - i ni­gdy.

- Tak - zgo­dzi­łem się i znów poważ­nie ski­ną­łem głową.

Zamil­kła - a przy­naj­mniej prze­stała mówić, lecz jej myśli bie­gły dalej, jakby "nikt" i "ni­gdy" odbi­jały się smut­nym, nie­szczę­śli­wym echem. Potem się zmie­niły i były pełne napię­cia, gniewu i stra­chu. Nie zdo­ła­łem prze­słać jej myśli, więc spró­bo­wa­łem nie­zręcz­nie prze­ka­zać jej sło­wami, że naprawdę tak uwa­żam.

- Ni­gdy i nikt - zapew­ni­łem ją szcze­rze.

- To bar­dzo, bar­dzo ważne - nale­gała. - Jak mam ci to wyja­śnić?

Jed­nak wcale nie musiała tego wyja­śniać. Jej gwał­towne poczu­cie waż­no­ści tej sprawy było oczy­wi­ste. Słowa miały o wiele mniej­szą moc.

- Gdyby ktoś się dowie­dział, oni... - rze­kła - oni byliby dla niej bar­dzo nie­do­brzy. Musimy zadbać, żeby to się ni­gdy nie zda­rzyło. - Jej nie­po­kój jakby zmie­nił się w coś tak twar­dego jak żela­zny pręt.

- Bo ona ma sześć pal­ców? - spy­ta­łem.

- Tak. I nikt oprócz nas nie może o tym wie­dzieć. To musi być naszą tajem­nicą - powtó­rzyła z naci­skiem. - Obie­casz mi, Davi­dzie?

- Obie­cuję. Mogę przy­siąc, jeśli pani chce - zapro­po­no­wa­łem.

- Wystar­czy mi obiet­nica - powie­działa.

Była to tak poważna obiet­nica, że posta­no­wi­łem nie wyja­wić jej nikomu - nawet mojej kuzynce Rosa­lind. Choć w głębi duszy dzi­wiła mnie jej waż­ność. To, że tak mały palu­szek wywo­łał tak wielki nie­po­kój. Jed­nak doro­śli czę­sto robili mnó­stwo zamie­sza­nia z nie­pro­por­cjo­nal­nie małych powo­dów. Tak więc uchwy­ci­łem się naj­waż­niej­szego - potrzeby docho­wa­nia tajem­nicy.

Matka Sophie spo­glą­dała na mnie ze smutną, lecz nie­obecną miną, aż poczu­łem się nie­przy­jem­nie. Zauwa­żyła mój nie­po­kój i uśmiech­nęła się. Był to miły uśmiech.

- Zatem dobrze - powie­działa. - Zacho­wamy to w tajem­nicy i ni­gdy wię­cej nie będziemy o tym mówić?

- Tak - potwier­dzi­łem.

W dro­dze do drzwi przy­sta­ną­łem i odwró­ci­łem się.

- Czy mogę wkrótce przyjść i znów zoba­czyć Sophie? - zapy­ta­łem.

Zawa­hała się, zasta­na­wia­jąc się nad tym, po czym odparła:

- Dobrze, ale tylko jeśli będziesz pewny, że możesz przyjść tu tak, żeby nikt się o tym nie dowie­dział.

Dopiero kiedy dotar­łem do nasypu i sze­dłem po nim w stronę domu, sko­ja­rzy­łem mono­tonne nie­dzielne nakazy z rze­czy­wi­sto­ścią. Połą­czyły się z nie­mal sły­szal­nym klik­nię­ciem. Defi­ni­cja czło­wieka sama przy­szła mi do głowy: "i każda noga będzie miała dwa stawy i jedną stopę, a każda stopa pięć pal­ców i każdy z nich zakoń­czony paznok­ciem...". I tak dalej, aż w końcu: "I każde stwo­rze­nie wyglą­da­jące jak czło­wiek, lecz nie­ufor­mo­wane w ten spo­sób nie jest czło­wiekiem. Nie jest męż­czy­zną ni kobietą. Jest bluź­nier­stwem wobec praw­dzi­wego obrazu Boga nie­na­wist­nym dla Jego oczu".

Nagle bar­dzo mnie to zanie­po­ko­iło - a także zacie­ka­wiło. Bluź­nier­stwo, co wystar­cza­jąco czę­sto mi powta­rzano, było czymś prze­ra­ża­ją­cym. Jed­nak w Sophie nie było niczego prze­ra­ża­ją­cego. Była zwy­czajną małą dziew­czynką - cho­ciaż o wiele roz­sąd­niej­szą i dziel­niej­szą niż więk­szość. Jed­nak zgod­nie z tą defi­ni­cją...

Naj­wy­raź­niej gdzieś tu musiał być błąd. Prze­cież jeden dodat­kowy palu­szek - no dobrze, dwa bar­dzo małe paluszki, gdyż zapewne przy dru­giej sto­pie miała taki sam - z pew­no­ścią nie czy­nią jej "nie­na­wist­nym dla Jego oczu"?

Zaprawdę nie­zba­dane były drogi tego świata...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki