Poczucie ewentualności - Poprawa Adam

Kup ebooka

54.90 zł
45.57 zł (54,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Używki

Historia XX wieku wierszem? Profesor Stanisław Pietraszko miał kiedyś wyczerpującą przygodę. Pani Elżbieta, jego żona (wspaniała zresztą polonistka z liceum), poprosiła, by odebrał zdjęcia w zakładzie fotograficznym. Co też uczynił, tyle że wrócił do domu późno i zmaltretowany. "Nigdy więcej tam nie pójdę!". Fotograf mianowicie zaprowadził go na zaplecze, na chwilę. "Pan uczy literatury, prawda? Bo ja napisałem historię świata od Adama i Ewy wierszem". I czytał przez trzy godziny.

Tak więc historia XX wieku wierszem wydać się musi cokolwiek ryzykowna. Ale już nie historia w wierszach, epizodach. Coś takiego na temat głównie pierwszej połowy stulecia zrobił przecież Miłosz w Kronikach, dokładniej zaś w ich drugiej części. Tytuły wierszy uzupełnione tam zostały datami wydarzeń, do których teksty nawiązują. Wśród nich znalazło się również Pierwsze wykonanie (1913). "Orkiestra stroiła instrumenty, żeby wykonywać Święto Wiosny. / Słyszycie te pochody piszczałek, łoskoty bębnów i blach? / [...] / Dionizos nadchodzi, błyska oliwno-złoty między ruinami nieba. / Krzyk jego, ziemskiej rozkoszy, echo niesie na chwałę śmierci".

Premiera baletu Strawińskiego, która, owszem, współtworzy serię przełomowych wydarzeń dwudziestowiecznej kultury, pozostaje dla Miłosza wydarzeniem groźnym; niewykluczone nawet, że z perspektywy historycznej niepokoi go bardziej niż pierwszych odbiorców. Gdyby autor słuchał więcej muzyki współczesnej, może zaproponowany przezeń kontekst interpretacyjny nie byłby tak bliski jednoznaczności? W każdym razie Dionizos Dionizosem, Nietzsche Nietzschem, XX wiek XX wiekiem, ale to Miłosz usunął później Strawińskiego, i to w sensie nieledwie dosłownym. Otóż sprzedawca w pewnym sklepie muzycznym zdziwił się, że któregoś dnia młodzi ludzie, na oko studenci (wtedy jeszcze dało się rozpoznać), kupują w sporych ilościach kasety magnetofonowe ze Świętem wiosny. No pięknie, ale że tak nagle pociągnął ich ten właśnie kompozytor? Okazało się, że Strawiński potrzebny jest na spotkanie z Miłoszem: uczestnicy chcieli zarejestrować głos poety, a ponieważ o czyste kasety było wtedy trudno, kupowali nagrane. Producenci starali się wprawdzie - za pomocą dwóch wgłębień na zewnętrznej krawędzi kasety - chronić oryginalne utwory przed skasowaniem, wystarczały jednak dwa kawałki taśmy klejącej, by blokada się nie włączała.

Okoliczności podażowe wskazują, iż rzecz działa się podczas pierwszej po latach wizyty Miłosza w kraju, w roku 1981. A może w 1989? Choć w księgarniach muzycznych duży wybór kaset z klasyką pojawił się dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy kupienie kasety nienagranej nie sprawiało już kłopotu, i kiedy Miłosz przyjeżdżał już częściej. Ale może te ze Świętem wiosny były tańsze?

Kiedykolwiek historia się zdarzyła, jawi się jako przykład szczególnego użycia muzyki do literatury; zazwyczaj do tekstu powstaje kompozycja. Samej zaś literatury używa się na wiele sposobów. W 1990 lub rok później we wrocławskiej księgarni Ossolineum niespodziewanie pojawił się wyciągnięty z magazynów Słownik języka Adama Mickiewicza. Prawie komplet, bo bez pierwszego tomu. Świeży seledyn płóciennej oprawy, złocenia niewytarte, książki nawet niezakurzone! Albo były zapakowane, albo trzymano w dobrze zamkniętych szafach. No i ceny okładkowe z lat 1964 (tom 2) - 1983 (tom 11), gdy na początku lat dziewięćdziesiątych galopowała inflacja. Ale Władysław Chyliński, sprzedawca z księgarni Ossolineum, zauważył, że - poza częstymi gośćmi placówki - potężne i ciężkie tomy SJAM ładują do toreb krzepkie niewiasty. Lud czyta nie za wiele, ale szybko liczy: waga fizyczna tych ksiąg okazała się na tyle porównywalna z wagą edytorską, że rzeczonym babom opłacało się targać tomiszcza do skupu makulatury. Na szczęście pan Władysław szybko się zorientował, schował słownik, by sprzedawać go jedynie tym pytającym, do których mógł mieć zaufanie.

Gdy w maju 1840 roku w "Przeglądzie Warszawskim" ukazało się opowiadanie Norwida Łaskawy opiekun, czyli Bartłomiej Alfonsem, jego autor nie miał jeszcze ukończonych dziewiętnastu lat. Bystrze przecież zadrwił z używania literatury, w opisanym wypadku była ona punktem celebrowania dumy ojcowskiej. Syn przyjechał ze szkół.

"Po chwilowym paroksyzmie solennych uścisków nastała znowu cisza, bo papa przeglądał nagrodę syna, a że nigdy nie używał innych książek nad kalendarze i regestra, wszyscy więc z obowiązku szanowali tę nadzwyczajną chwilę, chociaż nawet panna służąca uważała, że pułkownikowi z książką w ręku i z oczyma w nią wlepionymi jest bardzo n i e d o t w a r z y ".

W zeszłym roku ukazał się pomyślany przez Wiktora Szenderowicza album Lec. XX wiek. Na lewych stronach historia stulecia w fotografiach przedstawiających wybrane postacie, sceny, wydarzenia. Na prawych jedna z Nieuczesanych. Obraz i tekst wchodzą w zróżnicowane relacje, od ukonkretniającej satyry, przez wieloznaczność, aż do złożonej metafory. Na przykład zdjęcie Herberta Lista Widok z okna: chłopiec bawi się oponą - dziecko toczy ją w jedną stronę, w drugą jedzie motocykl. Do tego Lec: "Do celu? Tam się wysiada". Nakład już wyczerpany, nie sposób znaleźć tego dzieła nawet w poważnych bibliotekach. Ponieważ zaś partnerem wydania była "Gazeta Wyborcza", naczelny jeździł po kraju na spotkania temu albumowi poświęcone. Jak by to powiedzieć? Zdarzały się użycia. We Wrocławiu na scenie zasiedli Tomasz i Jan Lecowie, synowie Stanisława Jerzego, udało im się powiedzieć parę ciekawych rzeczy. Owszem, istotnym kontekstem Myśli nieuczesanych Leca jest historia: faszyzm, Zagłada, komunizm, uwikłanie w ideologię, przemiany... Jednakże, mimo wszystko... "Pytanie do pana Michnika: Co pan sądzi o powrocie Donalda Tuska na krajową scenę polityczną?".

Album ma swoją wagę, trochę ponad trzy kilogramy. Unoszę w obu rękach, poprawiam uchwyt, trzymam w górze. Użyć?

marzec 2019

Zagadki nie do rozwiązania

Całkiem możliwe, że Pierwszy śnieg, powieść Jo Nesb?, za czas jakiś będzie tak sławna, jak Zabójstwo Rogera Ackroyda. U Agathy Christie, o czym powszechnie wiadomo, mordercą okazuje się doktor Sheppard, będący też narratorem. Ale na tym nie koniec: pojawiły się bowiem interpretacje, w myśl których autorka postanowiła napisać książkę o pomyłce Herculesa Poirota. Ten jeden jedyny raz definitywne rozwiązanie pozostawione by zostało odbiorcy. Detektyw z Belgii powiedział swoje, teraz wasza kolej, czytelniku i czytelniczko.

Tajemnica norweskiego autora jest trochę inna, i zarazem tak sprytnie ukryta, że chyba nikt dotąd jej nie zauważył. Harry Hole, owszem, rozwiązał zagadkę, wcześniej jednak zdarzyło się z nim coś doprawdy dziwnego. "Harry wpatrywał się w drogę, w nagie drzewa wzdłuż Huk Aveny prowadzącej do morza i muzeów tego, co Norwegowie uważają za największe osiągnięcia narodu: wyprawy trzcinową tratwą przez Ocean Spokojny i nieudanej próby dotarcia na Biegun Północny" (przekład Iwony Zimnickiej). Poznajemy świat z perspektywy bohatera, który w tym miejscu dystansuje się nieco od wartości podzielanych przez współrodaków. Ale bardziej zajmuje mnie teraz pierwszy element pary. Chodzi o Muzeum Kon-Tiki; tyle że tratwa, którą Thor Heyerdahl przepłynął Pacyfik, zbudowana była z dziewięciu pni balsy. Trzciny, zgoda, też użył, ale sporo później, wypływając na Atlantyk łodziami Ra i Ra II oraz od Iraku do Dżibuti statkiem Tygrys. Uznać Kon-Tiki za tratwę trzcinową to doprawdy duże osiągnięcie, zwłaszcza dla Norwegów. Komu jednak tę wpadkę przypisać? Harry'emu Hole'owi? Czy pisarzowi - i, przy okazji, redaktorom książki? A może tłumaczce? W angielskim przekładzie jest tylko tratwa (raft), bez podawania materiału konstrukcyjnego. Lecz Niemcy i Francuzi też czytają o statku z trzciny (Schilfboot; bateau de roseaux). Nie ma rady, trzeba się zmierzyć z oryginałem - a tam też trzcinowa łódź (sivb?t).

Takie niejednoznaczności - czy może nawet kwestie nierozstrzygalne - pojawiają się przecież nie tylko w literaturze popularnej. Herbert na dobranoc radzi Markowi Aurelemu, by zgasił lampę i odłożył książkę. Adresat raczej nie zaśnie spokojnie: "wznosi się srebrne larum gwiazd / to niebo mówi obcą mową / to barbarzyński okrzyk trwogi / którego nie zna twa łacina". Groza Kosmosu i ludzkiego doświadczenia, jasne, tylko skąd tu łacina? Czy wspomniana książka to Rozmyślania? Bo rzymski cesarz napisał je po grecku. Poeta się pomylił? A może przeciwnie, skomplikował sens: trwogi nie sposób wysłowić w języku władzy i administracji, czyli po łacinie - lecz warto przymierzyć do tej trwogi język greckiej filozofii? Tamta właśnie kultura nauczyła nas mówić o tragedii.

Tragedia zaś jawi się jako absurd, gdy staje się przedmiotem refleksji egzystencjalistycznej. Champion ciężkiej wagi Tom Bill, tytułowy bohater opowiadania Aleksandra Wata, umiera w sytuacji jak najbardziej absurdalnej. Uznał swoje sportowe życie za przegrane, postanowił więc ratować się przeciwieństwem swojej dotychczasowej domeny. Jako bokser czy zapaśnik, wyznawał dotąd siłę, po egzystencjalnym podsumowaniu postawił więc na słabość. "To jedno zdanie: Błogosławieni słabi - czy naprawdę słyszał je kiedyś, czy tylko mu się teraz przywidziało?". Prosi sąsiada, by sprawdził, czy te słowa są w Biblii. Jeśli tak, zyska sens i ukojenie. Sąsiad wraca zatem po Pismo. "Zawahał się. On, który nigdy nie kłamał, miał do wyboru: albo litościwe kłamstwo, albo okrutną prawdę". Znał Toma Billa "jako brutalnego atletę", decyduje się tedy pocieszyć umierającego wersją "błogosławieni silni". Nie na takie słowa czekał niegdysiejszy champion, tak że opuścił ten świat w rozpaczy, sąsiadowi zaś pozostał dyskomfort moralny z powodu kłamstwa. Domniemanego - w Kazaniu na Górze nie było mowy o błogosławieniu słabych, przynajmniej według Ewangelisty Mateusza. Czy fundamentem opowiadania Wata jest niedokładna pamięć lub omyłka dwudziestoparoletniego prozaika, czy szczególna przewrotność?

Piszący o literaturze też czasem potrafią efektownie się pomylić. W bynajmniej niepoślednim miejscu, bo we wstępie do Doktora Faustusa w beence, Hubert Orłowski streszcza biografię Adriana Leverkühna: "Podczas pobytu w Lipsku dochodzi do zbliżenia płciowego z chorą na syfilis prostytutką Esmeraldą - mimo ostrzeżeń z jej strony". Aber nein, mein Herr! Owszem, kobietę tę bohater powieści poznał w Lipsku, gdzie z powodu złośliwego dowcipu znalazł się w domu rozpusty, ale do kontaktu seksualnego wtedy nie doszło. Adrian zaczął jej potem szukać, dowiedział się o jej chorobie i wyjeździe. Serenus Zeitblom, który całą historię opowiada, przypuszcza, że być może to dla Esmeraldy, nie zaś z powodu austriackiej premiery opery Salome, zdecydował się Leverkühn na podróż. I odnalazł kobietę w Bratysławie, i doszło do aktu intymnego. Tak, przypomniała mu o swojej chorobie, decyzja Adriana była w pełni świadoma; otwierają się zatem interpretacje, pierwszą zapisał przyjaciel Zeitblom. Gdyby krętki blade pojawiły się w ciele Leverkühna podczas przypadkowego stosunku w Lipsku, nie byłoby wyrafinowanej złożoności omawianego epizodu dzieła.

Pokolenia polonistów pozostają dłużnikami Poetyki stosowanej Bożeny Chrząstowskiej i Seweryny Wysłouch. Wśród omawianych przykładów literackich znalazły się tam Bramy raju Andrzejewskiego, który w dziele tym "wyeliminował większe pauzy syntaktyczne, skutkiem czego powieść składa się z trzech zdań. Dwa z nich to rozbudowane, skomplikowane struktury składniowe, oddzielone od siebie kropką w punkcie kulminacyjnym, podczas spowiedzi Jakuba, kiedy wychodzi na jaw, że jego objawienie było mistyfikacją". Tak w wydaniu pierwszym pracy autorek, drugim oraz trzecim zmienionym. Zmyślił Jakub objawienie? Zmyślił. Nie dostał rozgrzeszenia? Ano nie. Przełomowy moment fabuły? A jakże. Przekonująca interpretacja oparta została na analizie składni - tyle że ta kropka była błędem drukarskim, powinien tam być przecinek.

maj 2019

Rany Julek! Dają Nobla

"Śmiałe pisanie o rzeczach, których się nie jest pewnym, przekręcanie sądów kolegi, którego się atakuje - uroczyste wypowiadanie zdań, które niczego nie uczą i są ciemne - cytowanie autorów, których albo się źle czytało, albo się ich nie rozumie - jest to w rozprawach dziennikarskich chleb powszedni".

No! Wreszcie ktoś to powiedział, popadłszy po raz kolejny w stan desperacji po lekturze gazet i kolorowych tygodników. Jeśli tak państwo pomyśleli, to śpieszę skorygować, że owszem, tyle że już dawno temu. Tymi zdaniami rozpoczął Prus jedną ze swoich Kronik, ukazała się w "Kurierze Warszawskim" z 28 lutego 1885 roku. Owszem, szerokie koła dziennikarskie zgłosiłyby pewnie wątpliwość, że pisarz zabrał się w ten sposób do polemiki z Wiktorem Gomulickim, z którym miał na pieńku, nie był więc Prus w pełni obiektywny, i tak mu się tylko napisało, taka retoryka. Ale żeby tego rodzaju zastrzeżenie mogło się pojawić, ktoś musiałby stosowny tom Pism wszystkich Prusa - właśnie pięknie wydawanych - podłożyć szerokim kołom dziennikarskim pod nos. No bo przecież nie będą chodzić po bibliotekach.

Kiedy wspomniany numer "Kuriera Warszawskiego" opuścił drukarnię, Karl Kraus liczył jedenaście lat. Później natomiast krytykował wielu i nieraz bywał atakowany, więc pewien jego aforyzm też nie może być do końca obiektywny. To tylko opinia, sąd, to tylko indywidualny pogląd Krausa, jego prywatne stanowisko. Oczywiście, miał do niego prawo. Zdanie zaś brzmi tak: "Dziennikarze piszą, bo nie mają nic do powiedzenia, a mają coś do powiedzenia, ponieważ piszą" (przekład Mariana Dobrosielskiego).

A dzisiaj ukazują się "Książki. Magazyn do czytania". W jednym z nowszych numerów Juliusz Kurkiewicz pisze o jednej ubiegłorocznej amerykańskiej powieści - i pisze z rozmachem, śmiało łącząc dziennikarskie gatunki, skoro tytuł jest zarazem leadem: Dajcie Nobla debiutantce Lisie Halliday za jej bezczelnie dobrą powieść! To byłby idealny nowy początek w roku wznowienia nagrody po #Metoo. Tak to przynajmniej wygląda na internetowej stronie pisma.

Po kolei. Prawdą jest, że w zeszłym roku nagrody literackiej nie przyznano. Była ostra afera w Akademii Szwedzkiej, więc ukarano potencjalnego laureata. Za to w tym roku będą aż dwie nagrody, i można się zasadnie spodziewać, że jedną dostanie kobieta, drugą pisarka; zwłaszcza jeśli Komitet Noblowski postanowi dokonać aktu ekspiacji.

Publicysta (nie on jeden zresztą, to przyszło zza oceanu) wynosi wprawdzie omawiany debiut pod niebiosa, nie kryje przecież wahań. "A krytyk nie wie, od jakiego mądrego określenia zacząć recenzję". Żeby nie było wątpliwości: pisząc o krytyku, Kurkiewicz ma na myśli siebie. I zaczyna od uspokojenia czytającej publiczności, że to nie jest powieść eksperymentalna.

Chodzi o książkę Lisy Halliday Asymetria. Żeby nie skłamać, recepcja tego dzieła przypomina trochę szkolny obieg, przynajmniej dawniejszy, na temat związku Maryli Wereszczakówny z lirykami Mickiewicza w okresie wileńsko-kowieńskim. Autorka miała mieć zatem romans z Philipem Rothem, którego już nie sposób o ten biograficzny epizod zapytać. W każdym razie Ezra Blazer, jeden z dwóch głównych męskich bohaterów powieści, jest uważany za postać na Rocie (ach! ten miejscownik) wzorowaną. Pierwsza część Asymetrii opowiada o intymnym związku starego pisarza i bardzo młodej kobiety. Lisa Halliday niewątpliwie Rotha również czytała.

Część druga jest historią Amerykanina o iracko-kurdyjskich korzeniach, którego zatrzymują brytyjskie służby na lotnisku Heathrow. Amar Jaafari czeka na wyjaśnienie swojej sytuacji, czytelnicy natomiast, dzięki retrospekcjom, poznają dokładniej jego życie. Bardzo to wszystko ciekawe, tylko unosi się tu duch politycznej poprawności. "Ameryka jest znowu Ameryką, powiedziałem sobie wieczorem w dniu, kiedy wybrano Obamę" (przekład Macieja Świerkockiego) - powiada Amar, i trudno dopatrzyć się w tym fragmencie książki sygnału autorskiego dystansu. Nie idzie mi o konkretnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, tylko o literaturę: żeby znaleźć podobną modalność w beletrystyce polskiej, musiałbym się cofnąć chyba aż do socrealizmu, obawiam się. Obama zresztą nie pozostał dłużny i umieścił Asymetrię na swojej liście najlepszych książek 2018 roku. No proszę! Gdziekolwiek spojrzeć, tam krytyk literacki. Ta część kończy się obrazem obserwowanych przez Amara samochodów, które się łączą z poruszającymi się w przeciwnym kierunku ich odbiciami w oknie. Jeden z pojazdów ma przyczepioną z tyłu amerykańską flagę. Auta, "ich maski, koła i przednie szyby jak gdyby znikały w antymaterii, a flaga pożerała samą siebie". To jeszcze alegoria czy już symbolizm?

Część trzecia zawiera radiowy wywiad z Ezrą Blazerem (który w międzyczasie został noblistą). I tym razem nie brakuje kwestii intrygujących, zwłaszcza traktujących o muzyce. Pisarz słucha jej dużo i uważnie, rozmowa przerywana jest fragmentami z płyt. Niestety, publicystyki też się co nieco trafiło. I raz jeszcze: nie przeczę, że nawet wybitny pisarz może się chwilowo omsknąć we frazesy, idzie mi tylko o stosunek autorki. A nie wykluczam, że dopisuje się ona tutaj do przesłania znanego skądinąd - o niezbędności nieustannego pilnowania wolności obywatelskich. Co zatem jest pożądane w życiu publicznym, niekoniecznie musi służyć literaturze.

Lisa Halliday napisała książkę sporo zbieżną z aktualnymi tematami, wcale sprytną; trzy zróżnicowane części usiłują przekonać czytelnika o strukturalnej i estetycznej złożoności. Asymetria to jednak nie Buddenbrookowie, książka pewnego dwudziestosześciolatka, za którą (bo głównie za nią), co prawda sporo lat później, dostał Nobla.

Ktoś opowiada Amarowi o tajnym znaku rozpoznawczym członków partii Baas: "nosili wąsy krótsze z jednej strony, przypominały więc wskazówki zegara. [...] krótszy był ten lewy, wąsy jak gdyby wskazywały zatem ósmą dwadzieścia". Pardon, jeśli lewy krótszy, to jest za dwadzieścia czwarta. Trochę się autorce przestawiło. Jej entuzjastom znacznie więcej.

lipiec 2019

Me too

W sztuce Ivo Brešana Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna jeden z obywateli tej miejscowości relacjonuje krajanom swój służbowy pobyt w Zagrzebiu, wtedy jeszcze w socjalistycznej Jugosławii. Wybrał się tam - a raczej został pewnie grupowo doprowadzony - do teatru. I opowiada - par excellence własnymi słowami - Hamleta. Mieszkańcy wsi, poza nauczycielem, słyszą historię po raz pierwszy; przynajmniej na przewodniczącym spółdzielni produkcyjnej dzieło Szekspira robi spore wrażenie, takie, że natychmiast decyduje o wystawieniu sztuki przez kolektyw wiejski. Wątpiący w sensowność przedsięwzięcia nauczyciel próbuje oponować: niestety, bez skutku. Z rezygnacją więc zwraca się do sprawcy całego zamieszania: "Oj, Šimurina! Nie wiesz nawet, jak byś się przysłużył kulturze, gdybyś nie pojechał do Zagrzebia z tym winem!" (przekład Stanisława Kaszyńskiego).

Scena z Brešana przypomina się nieraz na wieczorach autorskich czy innych spotkaniach literackich, zwłaszcza w czasie pytań i głosów z sali. Żeby nie skłamać, czuję się wtedy jak żeromska sosenka. Z jednej strony, zgoda, trzeba by się cieszyć: w końcu przyszli, żeby zobaczyć poetę. Z drugiej jednak nie daje spokoju coraz pewniejsze przekonanie, że niektórzy z widzów bardzo by się przysłużyli poezji polskiej, zostając w domu.

Osobliwości spotkań literackich opisywano od dawna. Jacek Łukasiewicz wspominał cykliczne wieczory organizowane niegdyś we wrocławskim Klubie Muzyki i Literatury: "Czwartki miały swoją publiczność. Przychodziły starsze panie, nieodmiennie biorąc udział w dyskusji. Wychowały się - mówiły - na poezji uczuciowej, rymowanej, teraz zaś modne są wiersze białe, intelektualne, trudno zrozumiałe. "Ale pan - zwracały się do k a ż d e g o z występujących - pisze inaczej; choć nowoczesny, trafia do serc"" (spacja A. P.). Jak widać, te panie wypraktykowały sztukę jedności w wielości.

Publiczność spotkań autorskich zdążyła się już przeobrazić w bohaterów lirycznych. W Ustawieniu głosu Stanisław Barańczak wspomina "materializację którejś z tych uroczych / starszych pań", komentujących jego występ: "Ciekawe to wszystko // z tym, że nie można było nic a nic zrozumieć; / czy pan nie może głośniej, żeby w tylnym rzędzie / też było słychać?".

Obie grupy starszych pań zaznaczały swoją obecność jeszcze w sposób relatywnie skromny. Od dawna już jednak na wieczorach kulturalnych pojawiali się ludzie, którzy mieli się niewątpliwie za godnych konkurentów zaproszonych gości. Adam Zagajewski opisał ten typ w pięknej powieści Ciepło, zimno (1975):

"Zaraz gdy [prelegent] skończył, podniósł się mężczyzna w skórzanej marynarce, widocznie zawodowy dyskutant, bo mówił ze swadą i obracał się w różnych kierunkach, chcąc zapoznać całą widownię ze swoimi poglądami. [...] Czuło się, gdy słuchało się tego pełnego werwy dyskutanta, że gdy mówi o dzisiejszym prelegencie, chce powiedzieć, że jutro on byłby równie dobrym, a nawet lepszym prelegentem".

Prelegent Zagajewskiego był jeszcze w miarę taktowny. Owszem, perorował nie najkrócej, niedwuznacznie zgłaszał gotowość wejścia na scenę, może jednak nie od razu, tylko, powiedzmy, jutro? Henryk Wolniak, elokwentny wrocławski poeta, był bardziej bezpośredni. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego wieku, prawdę powiedziawszy, dość często chodziłem do duszpasterstwa akademickiego. Na prelekcjach pojawiał się również nieznany mi wtedy pan w wieku już zdecydowanie postudenckim, później się dowiedziałem, że to Wolniak. Zawsze zabierał głos obszernie, przechodząc swobodnie od Jana Ewangelisty do Junga z uwzględnieniem Fromma. Żeby nie skłamać: przy jego metodzie prowadzenia wątków monolog Molly Bloom przypomina raczej kaligraficzny zapis z pensjonarskiego kajetu. No więc mówi Wolniak, mówi, aż wreszcie składa propozycję: "No to zróbcie spotkanie ze mną!".

W ciągu następnych dekad nastąpił radykalny postęp zjawiska. Niektórzy powinni przychodzić z wpiętymi plakietkami JA TEŻ, od razu byłoby wiadomo, o co chodzi. Prowadziłem dwa lata temu spotkanie z Joanną Lech i Urszulą Zajączkowską. Wszystko szło dobrze, no ale czas na pytania publiczności. I wtedy jakiś starszy pan: "Ja też piszę wiersze, mogę jeden przeczytać?". O matko ludowa, co robić? Zabrakło refleksu, żeby powiedzieć, że to obie autorki są bohaterkami wieczoru. A, hmm, długi? "Nie". To niech pan już przeczyta.

Po spotkaniu był przewidziany konkurs na prozę do pół strony. Widziałem ze sceny, jak publiczność jęła gęstnieć jak kościół u Reymonta w opisie pasterki:

"główne drzwi na rozcież wywarte, a światłem buchające, naród zaś płynął przez nie i płynął jak woda, z wolna zapełniając wnętrze, przystrojone w jodły i świerki, że jakby gęsty bór wyrósł w kościele, tulił się do białych ścian, obrastał ołtarze, z ław się wynosił i prawie sięgał czubami sklepień, a chwiał się i kołysał pod naporem tej żywej fali, i przysłaniał mgłą, parami oddechów, zza których ledwie migotały jarzące światła ołtarzów.

A naród wciąż jeszcze nadchodził i płynął bez końca...".

Do konkursu zgłosił się też ów starszy pan - z wierszem, mimo że organizatorzy czekali na prozę. "Ale tu nie ma metafor, więc to nie poezja".

Na spotkaniu poświęconym albumowi z Myślami nieuczesanymi wstała nie najmłodsza pani: "To bardzo ciekawe, bo ja też piszę fraszki, ale Leca poznałam dopiero niedawno, więc dziękuję panom". Przynajmniej nie zgłaszała chęci czytania. Spotkanie z Ryszardem Krynickim nie przeszło już tak łagodnie. Wstała Ilona Witkowska, wrocławska aktywistka i poetka z kolczykiem w nosie i psem, i bezapelacyjnie oświadczyła: "Ja panu bardzo dziękuję, ja napisałam wiersz dla pana i ja go teraz przeczytam". Co też uczyniła.

Zbigniew Herbert dawno temu przyjechał do Nysy. Pomylono go z jakimś pisarzem wojskowym, i na sali czekali wyłącznie umundurowani, którzy zresztą szybko "zasnęli zdrowym snem saperów". Szczęściarz Herbert. Jego słuchacze mogli co najwyżej chrapać, ale nie zadawali pytań ani nie przedstawili własnych zdań.

sierpień 2019