Pocztówki prosto z serca - Ella Griffin

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 5

Nadal było ciemno, gdy Jess usłyszała, jak Conor chodzi po sypialni. Cieszyła się, że znowu leży w swoim łóżku. U Saffy nie spała dobrze. Nigdy nie spała dobrze, jeśli nie było przy niej Conora.

- Dobra wiadomość jest taka, że masz czyste koszule - oznajmiła zaspanym głosem. - A zła, że nie są wyprasowane.

Pochylił się nad łóżkiem i szepnął jej do ucha:

- Już się ubrałem.

- Szkoda. - Przeciągnęła się. - Tęskniłam za tobą.

Odsunął się.

- Przestań! Muszę iść. Jeśli chcesz, odprowadzę dzieci po drodze do szkoły. Zapomniałem ci powiedzieć, że Lizzie chyba znowu wypuściła Brendana z klatki. Możesz sprawdzić, czy nie wdrapał się od tyłu na lodówkę? I wyślij, proszę, pocztą moją książkę. Jest w kuchni.

- Jasne. - Jess otuliła się kołdrą, by zdrzemnąć się jeszcze pięć minut.

- I żadnego podglądania. - Pocałował ją w ramię.

- Nawet jednej strony?

- Nie. Dopóki nie dowiem się, że warto ją przeczytać.

Gdy się obudziła, dochodziła jedenasta. Wciągnęła dżinsy i polar Conora, po czym zmusiła się, by zejść na dół. Zamierzała przez weekend skończyć tekst dla "Looks", ale większość czasu spędziła u Saffy, więc nie dała rady.

Conor zostawił na krześle kopertę i dziesięć euro. Na stole nadal stały naczynia ze śniadania. Odsunęła je i otworzyła laptop. Czekał na nią e-mail od Milesa przypominającego, żeby lepiej miała ostateczną wersję gotową na dwunastą. Albo pożałujesz, zakończył.

Nalała sobie zimnej kawy, znalazła notatki pod stosem gazet i przystąpiła do pracy.

Niech każdy dzień będzie ukwiecony dzięki liofilizowanym kwiatom ze sklepu Wild Things przy Dame Street. Nawlecz je na nitkę i ozdób zagłówek łóżka delikatnymi girlandami.

James Joyce przewracał się w grobie. Za pięć dwunasta miała do napisania jeszcze tylko jeden tekst. Pogryzając lepką skórkę tosta, Jess błagała swój zaspany mózg o współpracę. Coś połaskotało ją w wargę, a potem znalazło się w jej ustach i zaczęło się poruszać. Miała wrażenie, że to... tak, to mucha.

Jess wypluła ją i podskoczyła, przewracając dzbanek z kawą i słoik dżemu, który rozbił się na setki lepkich odłamków. Chwyciła laptop i go obróciła. Kilka kropli kawy skapnęło spomiędzy klawiszy, ale chyba udało się uniknąć najgorszego. Czego nie mogła powiedzieć o kopercie Conora. Wzięła ściereczkę i zdołała wytrzeć kawę. Dżem był trudniejszy. Zebrały się już na nim resztki futerka Brendana z kuchennej podłogi. Jess klęła, próbując to zetrzeć. Nie miała na to czasu. Zostały jej, o Boże, dokładnie dwie minuty na skończenie pracy. Wepchnęła kopertę do torby. Jakoś ujdzie w takim stanie.

Conor starał się nie zwracać uwagi na trzydzieścioro rozchichotanych siedemnastolatków, żeby usłyszeć, jak Graham Turvey znęca się nad jego ulubionym wierszem Patricka Kavanagha.

- Ro... rowery prze... przejeżdżają po dwa i trzy.

Boże. To straszne.

- Nie spiesz się - powiedział łagodnie Conor.

- Wie... wieczorem jest potań... tańcówka u Billy'ego Brennana.

Jest upał, ale jeśli Conor zdejmie sweter, uwaga klasy przeniesie się z jąkania Grahama na wilgotne plamy pod pachami Conora. Poezja nie interesuje ich w najmniejszym stopniu. Jedyne, na co naprawdę mają ochotę, to robić to ze sobą. Zabawne, że wiersz Kavanagha jest właśnie o nastolatkach robiących to ze sobą. Conor nie potrafił jednak zmusić ich do słuchania na tyle długo, by to pojęli.

Graham Turvey wyjąkał zakończenie, zamknął książkę i opadł na krzesło, jakby go postrzelili.

- Jakieś przemyślenia na temat tego, co pisze Kavanagh? - spytał Conor.

Nikt go nie słuchał. Ronan O'Keefe i Ciaran Gorman obrzucali się kulkami przeżutego papieru. Alan MacSorely rysował na okładce zeszytu krowę w trzech stanikach. Lesley Duffy poruszała językiem w ustach, najwyraźniej naśladując akt seksu oralnego dla Wayne'a Crossa.

- Rowery przejeżdżają po dwa i trzy - Conor podniósł głos, żeby go usłyszeli. - Co to znaczy, Ronanie?

- Że nie mieli samochodów, proszę pana.

- Cisza! - Conor zaczął czytać z notatek. - Nikt nie czuje się samotny oprócz poety, który sugeruje, że jest oddalony. Poza kręgiem zdarzeń. Zgadzasz się, Cross?

Wayne przestał gapić się na Lesley i odwrócił ogoloną głowę w stronę Conora.

- Odwalony? Tak, grubasie. - Na jego mięsistej twarzy pojawił się uśmieszek. - Zgadzam się.

Co można zrobić, gdy rzucają ci wyzwiskami w twarz? Conor nie wiedział tego w dzieciństwie i teraz też nie. Ze wstydu zamrowiły go cebulki włosów, ale mógł tylko udawać, że nie dosłyszał.

Greg rozparł się na wielkim skórzanym krześle i zamknął oczy.

- Słyszałeś o Damo z BoyzRus? Podobno ma dołączyć do obsady! - Cathy, główna charakteryzatorka, pochyliła się, by spojrzeć na jego twarz. Miała nieco nieświeży oddech. - Jezu, Greg! Co się stało z twoją cerą?

Dwie nieprzespane noce, oto, co się stało. Po nich nastąpiła kolejna noc w przegrzanym hotelu, przy warkocie przejeżdżających co pięć minut autobusów. Po wypiciu sześciu miniaturowych wódek z minibaru Greg wreszcie zdołał zasnąć, ale alkohol poczynił spustoszenia w jego porach.

Zastanawiał się, ile czasu zajmie Saffy zapomnienie o całym tym pomyśle ze ślubem, żeby mógł wrócić do domu. Jeżeli potrwa to dłużej niż parę dni, będzie musiał poddać się nieoperacyjnemu liftingowi twarzy.

Cathy zaczęła nakładać mu pod oczy korektor.

- Wróć po nakręceniu pierwszej sceny - powiedziała. - Zrobię ci awaryjną maseczkę z owsianki i miodu według mojej receptury.

- Mogłabyś użyć szczoteczki? - Greg się skrzywił. - Twoje palce pachną bekonem. I czy masz miętówkę albo coś w tym rodzaju? Zabijasz mnie oddechem.

- Jasne. - Cathy poczerwieniała. - Daj mi sekundę. Po prostu wyszoruję zęby i skoczę do dentysty. - Odeszła urażona.

Greg usiadł. Fryzjerki patrzyły na niego, jakby zamordował Bambi.

- Dajcie spokój, o co jej chodzi? - Nie miał teraz na to siły.

Podeszła Tanya, starsza asystentka charakteryzatorki. Wyglądała jak Kelly Osborne i codziennie farbowała końcówki czarnej grzywki na inny kolor. Wszyscy wiedzieli, że Greg bardzo jej się podoba.

- Po prostu się połóż. - Rozgrzała suszarką tubkę Elizabeth Arden 8 Hour Cream. - Pozwól, że cię nawilżę. - Mogłaby być całkiem ładna, pomyślał Greg, gdyby zrzuciła parę kilogramów. Zastanawiał się, czy ma może zapasowe rajstopy.

Remizę kręcono w plenerach i w studiu, w olbrzymim przewiewnym magazynie, którego nie dało się ogrzać. Cała ekipa nosiła czapki oraz polary pod workowatymi dżinsami i puchówkami, ale Greg był prawie zawsze mokry lub półnagi, albo jedno i drugie. Scenarzyści korzystali z każdej okazji, by odsłonić jego legendarny umięśniony brzuch.

Kiedyś trafił do szpitala z zapaleniem opłucnej po dwudziestu czterech powtórkach sceny, gdy Dan, jeden ze strażaków, załamał się nerwowo pod prysznicem i wyznał, że jest gejem. W prawie każdym odcinku Mac przechadzał się z nagą klatką piersiową. Aktorom nie wolno było wkładać kalesonów, więc Greg zaczął nosić pod strażackimi spodniami rajstopy. Zapomniał poprosić Conora, by Jess zabrała kilka par, gdy pakowała torbę. Gdyby poprosił dział kostiumów, nie przeżyłby docinków.

Już teraz szczękał z zimna zębami, a jeszcze się nie rozebrał. Pierwsza scena była kolejną częścią utarczki z Frankiem, komendantem straży, po tym, jak ten dowiedział się, że Mac poprosił Mię o rękę. Miało być dużo turlania się po mokrej podłodze, w trakcie którego podrze sobie kurtkę.

Tanya czubkami palców łagodnie nanosiła na jego policzek sztuczną krew. Otworzył oczy.

- Słuchaj, masz zapasowe rajstopy? - wyszeptał.

- Nie, ale możesz poprosić dział kostiumów - odszepnęła Tanya.

Greg pokręcił głową.

Uśmiechnęła się.

- Mam chyba w torebce samonośne pończochy.

- Dasz mi je?

Zerknęła na niego nieśmiało spod różowych czubków grzywki.

- Oczywiście, że tak. Dam ci wszystko, co zechcesz.

Plakat na drzwiach Anta oznajmiał: "Jestem zajęty. Czy mogę zignorować cię kiedy indziej?".

Anta nie było, a Vicky siedziała zgarbiona przed ekranem. Miała na sobie coś, co wyglądało na pomiętą niebieską koszulę nocną. Każdy paznokieć pomalowała innym odcieniem błyszczącego lakieru.

- Saffy, co się stało z twoimi oczami? Dobrze się czujesz?

Saffy zużyła prawie połowę tubki Touche Eclat, próbując ukryć, że płakała z przerwami przez prawie sześćdziesiąt godzin. To jednak oczywiście nie wystarczyło.

- Katar sienny.

Vicky pokręciła głową.

- Już coś pyli? Tak wcześnie? Mieliście z Gregiem najbardziej romantyczny weekend w historii?

Saffy wydała niezobowiązujący odgłos. Dopóki nie zacznie rozmawiać o tym, co się stało, może udawać sama przed sobą, że to nieprawda.

- A ty i Josh?

- Zrobiłam rezerwację w tej uroczej marokańskiej knajpce, żebyśmy wyszli na romantyczną walentynkową kolację, ale mała Lindsay miała atak astmy i Josh musiał z nią zostać.

Josh, chłopak Vicky, był rozwiedziony, a "mała" Lindsay miała osiemnaście lat, lecz Josh wciąż musiał biegać do swojej byłej żony, żeby zażegnać jakiś domowy kryzys.

- No cóż. - Vicky westchnęła. - Pewnie nie możemy wszystkie mieć Idealnego Pana Grega Gleesona, prawda?

- Nie. - Saffy przygryzła wargę i zaczęła wpatrywać się w nowe szkice dla Avondale, które Vicky przypięła na ścianie. - Nie możemy.

Tym razem plakaty były strzałem w dziesiątkę. Żaden nie przedstawiał Jezusa, zastąpiły go kiczowate obrazki z opakowań czekoladek. Puszysty kociak w różowym koszyczku w kształcie serca mówił: "Zachwycające? Poczekaj, aż spróbujesz naszego Dojrzałego Cheddara". Dwa słodkie szczeniaczki zaplątały się w kłębek różowej wełny, a napis powyżej głosił: "Zachwycające? Poczekaj, aż spróbujesz naszego Wędzonego Sera Applewood".

- Ant wymyśla teksty do radia - powiedziała Vicky. - Takie naprawdę zachwycające, na przykład: "Czy masz może mapę? Bo zagubiłem się w twoich oczach". Zastanawialiśmy się, czy Greg nie zrobiłby podkładu. Byłby idealny. Wiem, że pewnie nas na niego nie stać, ale mogłabyś go namówić...

Nim Saffy zaczęła mówić, że to nie jest najlepszy pomysł, w drzwiach pokazała się głowa Ciary.

- Co to jest apopleksja?

- To chyba rodzaj histerii - odpowiedziała Vicky.

- Tak myślałam. Saffy, czy możesz przyjść do recepcji? Jest tam kobieta w niesamowitych kozakach, która mówi, że jest twoją matką i chyba zaraz dostanie apopleksji.

Jill krążyła nerwowo przed automatycznymi drzwiami, które zamykały się i otwierały z sykiem, gdy je mijała. Co ona tu robi? Saffy widziała ją trzy dni temu i zamierzała zobaczyć znowu najwcześniej w połowie marca.

Matka nigdy nie była w Komodo. W mieszkaniu Saffy zjawiła się tylko kilka razy. Saffy nigdy jej do tego nie zachęcała, bo w przeciwnym wypadku Jill nigdy by nie wyszła.

Teraz na jej widok Saffy poczuła przypływ klaustrofobii, jaka ogarniała ją, gdy była nastolatką, kiedy Jill wchodziła do jej pokoju, siadała na brzegu łóżka i mówiła: "Opowiedz mi wszystko". Saffy, która wiedziała, że matce chodzi o chłopców, miłostki i ciuchy, udawała, że jej nie rozumie, i mówiła o pracach domowych i egzaminach, ponieważ tak naprawdę modliła się, by matka sobie poszła.

Jill przestała krążyć i uściskała Saffy szybko i gwałtownie.

- Sadbh, tak mi przykro. Czuję się strasznie. - Wcale nie wyglądała strasznie. Wyglądała na ubraną z pewną przesadą. Włosy miała spięte jakąś siatką, włożyła obcisły wojskowy płaszcz i buty do konnej jazdy sięgające ud. Brakowało jej tylko konia.

Saffy położyła rękę na plecach matki i zaczęła kierować ją w stronę drzwi. Nie ma na to siły, nie dziś.

- Słuchaj, nie wiem, o co chodzi, mamo, ale przepraszam, będziesz musiała z tym poczekać, bo właśnie mam prezentację.

Jill zaparła się obcasami.

- Nie mogę przestać myśleć o tej okropnej rzeczy, którą powiedziałam ci w piątek. - Zsunęła czarną skórzaną rękawiczkę i osuszyła oczy chusteczką. - O tym, że obudzisz się po pięćdziesiątce, sama...

- To nieważne, naprawdę, już o wszystkim zapomniałam.

- Jak zwykle starasz się być dzielna, ale nie musisz tego robić. Wiem, że to cię podłamało. Jestem tu, gdybyś tylko chciała porozmawiać.

Ale tupet. Już dawno to, co myślała lub mówiła matka, przestało podłamywać Saffy. Przewróciła oczami.

- Nie ma o czym mówić.

Jill wyciągnęła z torby gazetę.

- Ależ Sadbh, a to?

To było "Irish Daily Star". Zdjęcie z premiery filmowej. Ubrany w smoking Greg mierzył w aparat palcem wskazującym i kciukiem jak z pistoletu. Saffy odwróciła głowę jak zawsze, gdy robiono im razem zdjęcia, a miała na sobie zieloną satynową sukienkę z wyprzedaży, w której, co sobie teraz uświadomiła, wyglądała jak cukinia.

Sukienka była fatalna, ale nagłówek jeszcze gorszy:

Walentynkowa klapa serialowej gwiazdy

W ubiegły piątek Mac Malone, amant z Remizy, oświadczył się płomiennowłosej gorącej Mii. Jednak później tego wieczoru, w ekskluzywnej dublińskiej restauracji 365 miłosne spotkanie aktora Grega Gleesona i jego życiowej partnerki Sadbh Martin nie przebiegło gładko.

Gdy para jadła kolację z szampanem za 70 euro na głowę, wybuchła ostra sprzeczka. Apetyczny telewizyjny strażak starał się ją powstrzymać, ale panna Martin ku zdumieniu pozostałych gości wybiegła z lokalu i zostawiła Gleesona, który musiał samotnie dopić bąbelki.

Z zaufanego źródła wiemy, że Gleeson, który ma w tym roku zagrać główną rolę w hollywoodzkiej produkcji, wyprowadził się ze swojego luksusowego apartamentu i zamieszkał w hotelu Morrison.

Wygląda na to, że jeden z najdłuższych związków w show-biznesie rozpadł się z hukiem.

Saffy oddała matce gazetę i ostatkiem sił, które oszczędzała, by dotrwać do końca dnia, wypchnęła matkę przez szklane drzwi na Schoolhouse Lane. Na parkingu jakiś mężczyzna wyjmował dziecko z wózka. Na rogu kurier opierał się o rower i palił papierosa.

- Pójdę teraz, mamo. - Głos Saffy był spokojny, ale kąciki jej ust drżały. - Nie chcę, żebyś do mnie dzwoniła ani mnie odwiedzała, dobrze?

- Sadbh, chcę ci pomóc. Mogę wprowadzić się do ciebie na kilka dni. Albo usiąść z Gregiem i przemówić mu do rozumu, albo...

- Ale ja nie chcę pomocy. Chcę, żebyś dała mi spokój! - Głos Saffy przypominał krzykliwe zawodzenie. Mężczyzna z dzieckiem i kurier spojrzeli na nią. - Dlaczego tego nie rozumiesz? Czy choć raz w życiu nie możesz po prostu nie wtrącać się i zostawić mnie w spokoju?!

Odwróciła się, biegła do budynku, minęła recepcję i zniknęła w korytarzu po drugiej stronie.

Mężczyzna z dzieckiem przeszedł przez parking. Kurier wyrzucił papierosa, wsiadł na rower i odjechał w stronę Kildare Street. Jill została sama. Wpatrywała się w szklane drzwi, stojąc bez ruchu, z czerwoną twarzą, jakby ktoś ją spoliczkował.

Z małą Sadbh były sobie takie bliskie. Potem, gdy skończyła czternaście lat, powiesiła na drzwiach sypialni napis "Nie wchodzić". Podobny, niewidzialny, nosi od tej pory na czole.

Jill starała się nie zwracać na to uwagi, ponieważ była nie tylko jej matką, ale także jedyną rodziną, jaką miała Sadbh. Może jednak nadszedł czas, by wreszcie zrozumiała przekaz: córka nigdy już nie zamierza jej do siebie dopuścić.

- Dziękuję, że się ze mną spotkałeś. - Saffy usiadła koło Grega. Pomyślała, że wygląda wspaniale, ale ponuro. Na naburmuszonego i smutnego. Z jakiegoś powodu poczuła się dzięki temu lepiej, bo może oznacza to, że on też za nią tęskni.

Siedzieli na ławce w Iveagh Gardens. Greg miał nadzieję, że jest czysta. Jess zapakowała mu tylko dwie pary dżinsów, a jedna para zaginęła w hotelowej pralni. Saffy chciała spotkać się z nim w Stephen's Green, ale tamto miejsce było za bardzo uczęszczane, a on nie chciał wysłuchiwać pouczeń Lauren, gdyby zrobiono im zdjęcie.

Gdy zadzwonił do Lauren, by powiedzieć, że Saffy wysłała mu SMS, agentka cicho zachichotała, a potem poinstruowała Grega, by przetrzymał Saffy kilka dni, nim odpisze.

- Greg, to są negocjacje. Posłuchaj więc cioci Lauren. Musisz wiedzieć, że pewnie nie ugrasz za dużo w pierwszej rundzie. Jeśli chcesz, żeby wróciła do ciebie z płaczem, musisz zachować spokój. Wysłuchaj, co ma do powiedzenia. Przedstaw swoje warunki. Odejdź. Potrafisz to zrobić?

Greg sądził, że tak, ale nie mógł czekać kilku dni. Odpisał na SMS, gdy tylko Lauren się rozłączyła. Dobrze było zobaczyć Saffy. Wyglądała tak słodko w granatowym płaszczu, z włosami związanymi w kucyk. Jak Jennifer Garner, ale z lżejszymi włosami i bez wielkich wytrzeszczonych oczu. Chciał ją objąć, ale się powstrzymał. Miał zachować spokój.

- Słuchaj, przepraszam za to, co się stało w piątek - powiedziała nerwowo. - Nie powinnam była tak wybuchnąć przy wszystkich tych ludziach.

- Nie - przyznał Greg. Wpatrywał się w posąg dziewczyny z nagim biustem klęczącej przed fontanną i starał się wyglądać srogo. Dlaczego na trawniku w parku to sztuka, zastanawiał się, ale na płaskim ekranie w pokoju hotelowym to już porno?

Saffy czekała, by powiedział, że też ją przeprasza, ale nie zrobił tego. Rozmowa nie szła tak dobrze, jak miała nadzieję. Może nie był to dobry pomysł, jednak po kolejnych dwóch dniach ciszy czuła, że jedno z nich musi wykonać pierwszy ruch. Powinien był to zrobić Greg. Ona zadzwoniła do niego po tym, jak wybiegła z restauracji. Teraz jego kolej. Ale czy to ważne?

Gdy zobaczyła w gazecie artykuł, który czarno na białym obwieszczał koniec ich związku, uświadomiła sobie, że jedno z nich musi go ratować, nim będzie za późno, póki jeszcze jest na to czas.

Jess miała rację. To pewnie tylko nieporozumienie. Saffy setki razy powtarzała całą rozmowę w swojej głowie. Nie powiedział, że nie chce się z nią ożenić. W każdym razie nie użył takich słów. Powiedział: "Nie, nie wciągniesz mnie w tę grę". Zareagowała na słowa, które tak naprawdę nie padły.

Gdy napisała do niego z propozycją spotkania, natychmiast odpisał, co było dobrym znakiem. Rzeczywiście ucieszył się, że ją widzi, dostrzegła to w jego oczach. Teraz jednak nie chciał na nią spojrzeć. Wpatrywał się w różne rzeczy dookoła: drzewa, posągi i fontanny.

- Greg, myślę, że oboje przesadnie zareagowaliśmy w piątek, i wiem, że nie spodziewałeś się... - nabrała powietrza. - ...no wiesz, że poruszę kwestię małżeństwa. To zrozumiałe, bo nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy. Ale teraz, gdy już temat się pojawił, może przyszedł na to czas, jak sądzisz?

Greg twardo przypatrywał się jamnikowi, który załatwiał się na żwirku.

- Czas, by o tym porozmawiać? - mruknął.

- No tak, oczywiście, by o tym porozmawiać. - Spojrzała na niego z nadzieją. - Ale także... hmm... by to zrobić...

Greg odtworzył w głowie instrukcje Lauren. Spokój. Wysłuchać. Podać warunki. Odejść. Pokręcił głową.

- Nie.

Spojrzała na niego zdumiona. Czyżby właśnie znowu poprosiła, by się z nią ożenił? I czy on po prostu powiedział "nie"?

- Musisz przestać gadać o ślubie, skarbie. Nie mogę pozwolić ci wrócić, jeśli tego nie zrobisz.

Zerknął na nią. Zawsze miała bladą cerę, ale teraz była bledsza niż kiedykolwiek.

- Pozwolić mi wrócić? Czy uważasz, Greg, że proszę cię, żebyś pozwolił mi wrócić?

- No tak. - Wbił wzrok w swoje buty. Kupił nowe w miejsce tych, które zniszczył w walentynkowy wieczór, ale zdecydowanie wolał poprzednie.

- Boże, jak bardzo się mylisz. Próbuję ocalić nasz związek dla nas. Dla nas obojga. Ponieważ sądziłam, że jest ważny dla nas obojga. - Wstała. - Zmęczyło mnie to. Jeśli ty zechcesz spróbować, wiesz, gdzie mnie szukać, ale ja się poddaję. - Odeszła.

Greg patrzył na nią. Pomijając, że to on miał odejść, wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz musi tylko zaczekać, aż Saffy wróci do niego z płaczem.

Wydawca poleca:

Wyścig po miłość

On byłby wspaniałą zdobyczą, gdyby tylko ona mogła go dogonić...

Abby Rogers już zdarzało się dbać o linię - wtedy zamiast dwóch babeczek z jagodami zjadała na śniadanie jedną. Odkąd pochłania ją prowadzenie własnej firmy, Abby nie ma czasu ani na ćwiczenia, ani na miłość. Kiedy atrakcyjny trener zachęca ją, by dołączyła do Klubu Biegacza, Abby nagle odczuwa nieodpartą ochotę na aktywność fizyczną.

Niestety, pierwszy trening to upokorzenie: nie dość, że musi ćwiczyć w różowych legginsach, to jeszcze o mało nie wypluwa płuc. Po takim upokorzeniu zarzeka się, że nigdy nie wróci do klubu. I właśnie wtedy jej pracownica Heidi zjawia się w firmie z bardzo złą wiadomością, która na zawsze wszystko odmieni.

Cała nowa ja

"Cała nowa ja to zabawna opowieść o perypetiach singlującej w wielkim mieście, nieco zagubionej, nieco postrzelonej kobiety. Brytyjskie poczucie humoru, trafne obserwacje i całkiem sporo prawdy o współczesnych mężczyznach. Polecam gorąco!"

Anna Dziewit-Meller

Z tobą lub bez ciebie

Kiedy Jake mówi, że coś się popsuło, Lyssa domyśla się, że nie chodzi mu o toster. Nie wie jednak o jego romansie z inną kobietą. Lyssa zdaje sobie sprawę, że szlochanie w poduszkę i czekanie, aż Jake wróci z podkulonym ogonem, nic nie da. Postanawia więc wyruszyć na trekking do Nepalu...

Żony na pokaz

Haley bezpowrotnie utraciła pozycję księżniczki Los Angeles, kiedy jej mąż, producent filmowy, znalazł do tej roli młodszą kobietę. Haley Cutler jest żoną na pokaz. A właściwie była. Teraz musi zacząć wszystko od nowa.

Klub niewiernych żon

"Klub niewiernych żon jest błyskotliwą, a zarazem przezabawną książką, która ukazuje kulisy życia zamożnych i gotowych na wszystko mieszkanek Los Angeles. Tak dobre jak Gotowe na wszystko! Czytałem i nie mogłem przestać!"

Artur Szklarczyk, "Olivia"

ROZDZIAŁ 1

Minęła dopiero dziewiąta rano, ale już co drugi mężczyzna na Grafton Street niósł kwiaty. Saffy się uśmiechnęła. Walentynki to oczywiście komercyjne święto, ale uwielbiała to, że w najmniej prawdopodobnych osobach budziły się romantyczne odruchy.

Na przykład w wyglądającym na ponuraka biznesmenie, który trzymał obwiązany wstążką bukiet i rzucał jakieś polecenia do słuchawki telefonu przed Bewleys. I w chłopaku w koszulce zespołu Inflected Malignity, ukradkiem wąchającym czerwoną różę kupioną właśnie od kwiaciarza na rogu Duke Street.

Cokolwiek przyśle jej Greg, myślała, idąc spiesznie ulicą, nie będzie to jedna czerwona róża. Na walentynki wszyscy kupują róże. Greg lubi się wyróżniać. W poprzednich latach przysłał jej kwitnące kaktusy i czarne orchidee, a w zeszłym roku kupił muchołówkę amerykańską. Było to bardzo miłe, lecz w lutym raczej trudno o muchy, więc roślina zmarła po tym, jak Saffy nakarmiła ją kawałkiem wędzonego łososia z bajgla.

Dewizą agencji Komodo było zdanie: "Oczekuj nieoczekiwanego", wyryte na ścianie recepcji pod wielką metalową jaszczurką, będącą logo firmy. Wyglądała jak żywa i przerażała każdego z wyjątkiem recepcjonistki Ciary, która jej nie widziała, ponieważ siedziała tyłem do niej. Saffy poczuła zapach róż, jeszcze zanim je zobaczyła. Na olbrzymim metalowym biurku ustawiono największy bukiet, jaki kiedykolwiek widziała.

Ponad błyszczącymi wzgórzami białej bibuły i celofanu ukazała się na chwilę tleniona czupryna Ciary.

- Saffy! - wydyszała, machając inhalatorem. - Możesz zabrać stąd te cholerne kwiaty, zanim... - Zanurkowała, by odebrać telefon. - Agencja reklamowa Komodo - sapnęła. - W czym mogę pomóc?

Greg nie przysłał jednej róży. Z daleka wyglądało to na kilkadziesiąt róż. Saffy podeszła, pochyliła się i wciągnęła ich słodki ostry zapach. Między aksamitne purpurowe główki wetknięta była malutka biała koperta.

Inhalator znowu się pokazał.

- Czekaj! Róże są dla Marsh. Pewnie od samej Marsh. Jest przecież w sobie zakochana. - Ciara wskazała jeszcze większy bukiet, zajmujący większość miejsca za jej biurkiem. - Te są twoje. Tak myślę. Mam alergię na ten wielki fioletowy i włochaty.

- Tajemniczy wielbiciel? - Simon uśmiechnął się z przekąsem, gdy Saffy z kwiatami torowała sobie obok niego drogę do biura. - Czyżby Tim Burton?

- Hej, skarbie! Co masz na sobie?

Nawet po sześciu latach Saffy drżała lekko na dźwięk tego głosu. Ktoś opisał go kiedyś jako miód wymieszany ze żwirem. Greg potrafiłby sprawić, że nawet instrukcja montażu mebli IKEA brzmiałaby seksownie. Gdy nagrywał reklamy radiowe, jeszcze zanim stał się sławny, Urząd do Spraw Standardów w Reklamie otrzymał kiedyś czterdzieści siedem skarg, że zastrzeżenie przeczytane przez Grega w reklamie banku - "oprocentowanie może zarówno wzrosnąć, jak i spaść" - było zbyt sugestywne.

Spojrzała na swoją dopasowaną białą koszulę i szare spodnie DKNY w drobne prążki. Założyła też ulubione szpilki od Kurta Geigera, ale Greg nie lubił, gdy nosiła obcasy, chyba że siedziała lub leżała.

- A mogę ci powiedzieć, czego na sobie nie mam? To może być nieco ciekawsze.

Zaśmiał się.

- Wiesz co? Powiedz mi raczej, co włożysz, gdy dziś wieczorem zabiorę cię na kolację.

Od lat nie wychodzili w walentynkowy wieczór. Trudno było patrzeć sobie romantycznie w oczy, gdy większość kobiet na sali też starała się spojrzeć w oczy Grega, a pozostałe robiły im zdjęcia telefonami komórkowymi.

- Na pewno nie chcesz zostać w domu, zjeść przegrzebków i wypić butelki dobrego wina? - W lodówce chłodziło się prosecco, a rano przed wyjściem rozsypała na łóżku garść jedwabnych płatków róż.

- Na pewno, więc się wystrój. Masz wyglądać olśniewająco, jasne?

Saffy się uśmiechnęła.

- Jasne. - Będzie musiała znaleźć czas, by ułożyć włosy i odebrać z pralni kremową sukienkę.

- Hej, dostałaś kwiaty?

- Och, przepraszam! Dostałam. Dziękuję! Są bardzo...

Popatrzyła na bukiet, szukając właściwego określenia. A raczej jakiegokolwiek. Głównym elementem był purpurowy oset wielkości dziecięcej główki. Otaczał go groźny gąszcz strelicji i coś, co przypominało grządkę dekoracyjnej kapusty.

- Są... hmm... niezwykłe. Bardzo mi się podobają.

- Naprawdę? Tuzin czerwonych róż na walentynki jest taki stereotypowy. Powiedziałem facetowi w kwiaciarni, żeby poleciał na całość.

Greg miał uroczy nawyk mylenia związków frazeologicznych. W jakiś sposób udawało mu się łączyć je tak, że zyskiwały dziwny sens, na przykład "prowadził niemowa ślepego" czy "zamienił stryjek laskę na motor".

- Cóż, naprawdę zaszalał - przyznała szczerze Saffy.

W tle słyszała głosy. Greg był na planie Remizy, opery mydlanej opowiadającej o oddziale strażaków w Dublinie. Byli wśród nich starszy i doświadczony strażak, młody chłopak z problemami, gej i seksowna dziewczyna. Greg grał Maca Malone'a, bohatera. Jego zdjęcia zdobiły ściany sypialni większości nastolatek.

- Słuchaj, Saff, prawdopodobnie będziemy kręcili co najmniej do dziewiętnastej, a zarezerwowałem nam stolik na dwudziestą, więc spotkamy się na miejscu. Chciałem też dziś wieczorem zadać ci pytanie, dość ważne... Zaczekaj! - przerwał. - Stary! Rozmawiam przez telefon! Powiedz jej, że za chwilę przyjdę. I że nie zniosę po drabinie tego kaszalota. Tak? No to jeden z kaskaderów będzie musiał to zrobić. Wybacz, skarbie. Co ja mówiłem?

- Mówiłeś, że chcesz mi zadać pytanie...

- Tak. - Zniżył głos o pyszne pół oktawy. - Chcę ci zadać pewne pytanie...

Nastąpiła przepychanka i w słuchawce odezwał się inny głos:

- Tu Robert, kierownik artystyczny. Też chcę cię o coś zapytać. Czy możesz oddzwonić, gdy z pieprzonej trzydziestometrowej drabiny nie będzie zwisała półnaga kobieta przebrana za ciężarną, która czeka, aż pan Gleeson zabierze się do swojej cholernej pracy?

Saffy próbowała skupić się na raporcie dotyczącym Avondale Foods, ale jej myśli krążyły wokół innych spraw, niezwiązanych z serem. Greg chciał zadać jej pytanie. Ale jakie? Jej serce trzepotało niczym balonik na uwięzi. Czy może chodzić o TO pytanie? Uśmiechnęła się do ogromnego ostu. Wstała, pochyliła się i powąchała jedną ze słodkich różowych kapustek. Pachniała, co zdumiewające, kapustą. Usiadła. To śmieszne. Jest najbardziej zrównoważoną ze wszystkich znanych sobie osób i nie zamierza dać się ponieść emocjom.

Greg chce ją o coś spytać, to wszystko. Cały czas ją o coś pyta. Poprzedniego wieczoru, gdy oglądali telewizję, spytał, czy osoba z tatuażem może poddać się znieczuleniu ogólnemu, czy Kiefer Sutherland, zdaniem Saffy, stosuje botoks, i dlaczego psy nie mają pępków.

Zmusiła się do powrotu do raportu i po skończeniu wcisnęła "wyślij". Jeszcze raz zerknęła na kwiaty, gdy nagle uświadomiła sobie, że nie sprawdziła pisowni.

Klienta o imieniu Colin nazwała Cholinem. Dwukrotnie. Napisała "przekopać klienta" zamiast "przekonać", a swoje imię (swoje własne imię!) przekręciła na Szafy. Na szczęście wiadomość nadal znajdowała się w skrzynce nadawczej i Saffy zdołała ją wykasować. Było jednak blisko katastrofy.

Ustawiła kwiaty za szafką na akta, żeby ich nie widzieć, i postanowiła przestać myśleć o Gregu. Jeśli w ciągu najbliższych dwóch godzin upora się ze wszystkimi sprawozdaniami, będzie mogła wrócić do niego w porze lunchu. Zamarła. Lunch! Zupełnie zapomniała, że ma się spotkać z matką. Nie może znowu jej zbyć. Nie widziały się od Bożego Narodzenia.

Plakat był jasnoczerwony z grzecznym białym fontem. Pewnie Helvetica. Jeżeli odpowiedzią jest miłość, czy możesz, do diabła, powtórzyć pytanie? Nie był to najlepszy znak, ale przynajmniej poprawa w porównaniu z wczorajszą wersją: Czy wyglądam na pieprzonego altruistę?.

Ant, dyrektor kreatywny Komodo, nie chciał rozmawiać z nikim z agencji poza swoim dyrektorem artystycznym, czyli Vicky. Pozostali musieli zgadywać, w jakim jest nastroju, po sentencjach, które codziennie wywieszał na drzwiach biura. W zasadzie nie trzeba było zgadywać długo. Zwykle był w złym nastroju, ale nie zatrudniono go dlatego, że jest towarzyski.

Anthony Savage stworzył wirusa Dziwacy Odziedziczą Ziemię dla Compushop. I reklamy radiowe opon Axis Tyres, wykorzystujące fragmenty przemówień polityków, z zakończeniem brzmiącym: "Trzymamy się drogi". Oraz plakaty promujące bezpieczeństwo na drogach z portretami pięknej sparaliżowanej dziewczyny i hasłem: "Pijesz, więc jestem". W świecie reklamy był kurą znoszącą złote jajka.

Biuro podzielone zostało na dwie części czarną taśmą przyklejoną wzdłuż wykładziny, ścian i sufitu. Połowa Vicky stanowiła świątynię bogini dziewczęcości. Komputer był udekorowany lampkami w kształcie kwiatów, na biurku walały się kosmetyki, pachnące świece, kubki z błyszczącymi mazakami oraz foldery o zabawnych okładkach. Podłogę ledwo było widać spod stosów książek i magazynów.

Połowa Anta zawierała jego samego, biurko, krzesło i kosz na papiery. Jedynymi przedmiotami na biurku były komputer i pudełko miętówek. Na podłodze stały buty marki Camper, ustawione z matematyczną precyzją równolegle do krzesła.

- Hej, Saffy. - Vicky jadła właśnie czipsy z dziurką, które założyła na palce jak pierścionki. Miała na sobie czerwone body, długą białą spódnicę z trenem, rajstopy w czerwono-czarne paski i kozaki. Vicky skończyła trzydzieści pięć lat i nie powinna ubierać się jak pięciolatka, ale w jakiś sposób udawało jej się wyglądać dobrze w takim stroju.

- Cześć. Nie poganiam was, ale jak wam idzie z tymi serowymi drukami?

Ant nawet nie podniósł głowy znad sudoku. Był po trzydziestce, golił głowę na łyso i miał małą, okrągłą, nieustannie wykrzywioną twarz, przez co wyglądał jak skrzyżowanie staruszka i niezadowolonego niemowlaka. Jak zwykle ubrany był na czarno i niczego nie jadł. Jedyną rzeczą, jaką Saffy widziała, by Ant kiedykolwiek zbliżył do ust, poza kawą i guinnessem, był zwinięty papieros.

- Powiedz wykrochmalonej, żeby spierdalała - mruknął do Vicky.

- Spokojnie, tygrysie! - Vicky wstała i wyczesała z długich ciemnych włosów okruchy czipsów. - Saffy jest po naszej stronie, pamiętasz?

Rozłożyła na bałaganie na biurku kilka szkiców. Saffy przyjrzała się im. Na pewno nie może pokazać ich klientowi. Na jednym dostrzegła twarz Jezusa wyrzeźbioną w kawałku sera. Hasło brzmiało: "Avondale. Twarz sera".

Na innym Jezus trzymał kanapkę z serem i kubek herbaty z podpisem: "Avondale. Niezapomniana ostatnia wieczerza".

Było ich więcej. Najgorszy przedstawiał rozpromienionego Jezusa z kawałkiem chleba na patyku. "Avondale. Jakie fondue zrobiłby Jezus?"

Komodo słynęło z niekonwencjonalnych kampanii, a zasada agencji brzmiała: "Oczekuj nieoczekiwanego". Ale to była lekka przesada.

- Słuchajcie - zaczęła Saffy ostrożnie - widzę, że postawiliście na skojarzenia z Jezusem, ale...

Vicky przerwała jej z uśmiechem, mówiącym: "Zaufaj mi". Zawsze udawało jej się okiełznać Anta na tyle, by praca została zatwierdzona.

- Tylko zbieramy pomysły. Będziemy nad tym pracowali - zapewniła. - W poniedziałek pokażemy ci mnóstwo nowych wersji.

- To nie agencja reklamowa - syknął Ant. - To piekło z fluorescencyjnym oświetleniem.

ROZDZIAŁ 2

- Ładne. - Matka wybrała cytrynowy stanik z podwójnym rzędem jasnoróżowych satynowych marszczeń i przyłożyła do piersi Saffy.

- Urocze.

Urocze? Może dla nastoletniej prostytuującej się daltonistki.

- Hmm. - Saffy pokręciła głową. - To raczej nie w moim stylu.

- Och, Sadbh! -Saffy nienawidziła swojego pełnego imienia. Poczuła mrowienie w czaszce. - Musimy uwolnić cię od tych pasteli. Powinnaś być bardziej... jak to się mówi w reklamie? Seksowna. Mała podpowiedź: gdyby Bóg chciał, żebyśmy nosili okulary, nie dałby nam szkieł kontaktowych.

Wydawało się dobrym pomysłem zabranie matki na zakupy zamiast do restauracji. Saffy sądziła, że w ten sposób uniknie babskich pogaduszek, a w dodatku kupi coś, co włoży pod kremową sukienkę. Coś słodkiego i seksownego jako niespodziankę dla Grega. Matka była zachwycona.

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś ci kupowałyśmy! To będzie doskonała zabawa.

Saffy niestety pamiętała. Chodziło o sukienkę na bal. Były łzy (Jill), wściekłość (również Jill) i upokorzenie (Saffy). Chciała elegancką granatową sukienkę koktajlową na cienkich ramiączkach, a skończyła w różowej satynowej kreacji z rozkloszowaną spódnicą, w różowych koronkowych pończochach i dopasowanym bolerku. Nadal bała się, że ktoś zamieści zdjęcia na Facebooku.

W dziale z bielizną w Brown Thomas pełno było zakochanych par obściskujących się między wieszakami z pasami do pończoch i koronkowymi majteczkami.

- W tym będziesz wyglądała wspaniale! - Jill wcisnęła pod pachę stanik w lamparcie cętki. - Ciekawe, czy mają rozmiar trzydzieści cztery A?

Gdy matka ogłasza przed małym tłumem rozmiar twojej miseczki, żałujesz, że się urodziłaś. W pobliżu czekała już sprzedawczyni.

- Jeśli pani i pani przyjaciółka potrzebujecie pomocy, proszę mnie zawołać - powiedziała z uśmiechem.

Saffy nienawidziła, gdy ludzie brali je za przyjaciółki lub, co gorsza, siostry. Matka oczywiście to uwielbiała. Na szczęście nie usłyszała, co powiedziała sprzedawczyni. Wstąpiła prosto do sklepowego nieba. Przerzucała gorączkowo klekoczące wieszaki. Blond włosy wymykały się z nieporządnego koka. Jej twarz promieniała, a błękitne oczy błyszczały. W latach siedemdziesiątych przez krótki czas była modelką. Miała ładne kości policzkowe i źrebięcy, wyniosły chód. Jak na pięćdziesięciotrzylatkę miała też wspaniałą figurę i mężczyźni nadal się za nią oglądali, ale czy musi paradować w obcisłej koralowej sukience i w purpurowych zamszowych kozakach?

Saffy zerknęła na swoje odbicie w lustrze w złotych ramach. Niestety, nie odziedziczyła po matce budowy ani kształtów, które zatrzymywałyby ruch na ulicy. Z drugiej strony, czy zatrzymywanie ruchu naprawdę jest takie pożądane? Kobiety cię nie lubią, mężczyźni oczekują zbyt wiele, a gdzieś po drodze pojawia się uzależnienie od przyciągania uwagi. Podejrzewała, że to dlatego jej matka zawsze ubiera się tak, by być najbardziej widoczną osobą w danym miejscu.

Szary prążkowany kostium Saffy był prosty i klasyczny. Włosy o karmelowym odcieniu brązu sięgały do ramion. Cieniowana fryzura podkreślała szczupłą twarz. Cera była zbyt blada, ale przy odpowiednim podkładzie mogła z powodzeniem udawać śmietankową. Saffy miała duże zielonobrązowe oczy, choć gdy nosiła okulary, trudno było to dostrzec. Chciałaby mieć węższe biodra i większe piersi, ale każdy by tego chciał. Oczywiście każdy, kto ma piersi.

Kiedyś na premierze filmu pewien dziennikarz wziął ją za żonę Bono. Ali Hewson była dla Saffy ideałem. Naturalna. Elegancka. Niedoceniana. Szczęśliwa mężatka, która woli stać poza zasięgiem fleszy skierowanych na słynnego męża. Jej nigdy nie przyłapaliby w purpurowych kozakach.

- Powiedz mi więc - matka wzięła ją pod ramię i pociągnęła w stronę działu z bielizną Myla - jak się mają sprawy z Gregiem?

- Doskonale - odparła Saffy gładko. Właśnie takiej rozmowy chciała uniknąć. - Jak się mają sprawy z Lenem?

Gdy była mała, matka opowiadała jej, że trzeba było pocałować wiele żab, żeby znaleźć księcia, i najwyraźniej miała rację. Len był ostatnim z długiego szeregu żab, który ciągnął się tak daleko wstecz, jak daleko Saffy sięgała pamięcią.

Poza zrobionym na drutach swetrem, przekonaniem do weganizmu i niehigienicznie wyglądającą brodą nie miał właściwie żadnych wad. Saffy spotkała go tylko dwa razy i prawdopodobnie już nigdy nie miała go zobaczyć. Żaby nigdy nie wytrzymywały zbyt długo.

- Och, Len. - Jill dotknęła puszystego obrzeża białej nocnej koszulki i westchnęła. - Chce dobrze, ale powoli zaczyna mnie męczyć to całe jego: "Jedzenie mięsa to morderstwo". Musiałam zacząć chować bekon i zrezygnować ze wszystkich skórzanych butów poza tymi. - Czule poklepała jeden z kozaków. - Powiedziałam mu, że to sztuczny zamsz. Przychodzi dziś, by ugotować dla mnie gulasz fasolowy, który pewnie jest smaczny, ale trudno nazwać go afrodyzjakiem.

Z zadumą odwiesiła koszulkę.

- A co z tobą? Masz jakieś plany na walentynki?

- Pewnie pójdziemy na kolację - odrzekła Saffy oględnie.

- O! Dokąd?

- Do Trzysta Sześćdziesiąt Pięć. To...

- Wiem, co to jest! Bajeczna restauracja. Czytałam recenzję w "Irish Timesie". Szczęściara z ciebie. - Jill westchnęła. - Chyba nawet nie wiesz, jakie masz szczęście, ale...

Saffy wiedziała, co teraz usłyszy.

- Ojej! - Złapała pierwszy z brzegu wieszak i podała matce. - Powinnaś to przymierzyć. - Był to czerwony siatkowy gorset.

Matka od razu ją przejrzała.

- Sadbh, nie uważasz, że najwyższy czas, żebyście się z Gregiem pobrali? To już...

- To już ile? Sześć tygodni, odkąd ostatnio o to pytałaś? - żachnęła się Saffy.

- Nie musisz tak na mnie naskakiwać.

Saffy próbowała się wycofać. Matka uwielbiała robić sceny, szczególnie w miejscach publicznych.

- Słuchaj, przepraszam, zmieńmy po prostu temat... - Ale było już za późno. Jill się rozkręciła.

- Nie, to ja przepraszam! Ja przepraszam, jeżeli nie wolno mi wykazywać najmniejszego zainteresowania moją jedyną córką.

Nie było winą Saffy, że nie miała rodzeństwa. Bardzo chciała mieć siostry i braci. Im więcej, tym lepiej. Byle tylko odsunąć od siebie oślepiające światło uwagi Jill. Byle tylko powstrzymać matkę od wtrącania się we wszystkie obszary jej życia osobistego.

- Przepraszam - Jill oskarżycielsko wycelowała w nią mały metalowy wieszak - że chcę, żebyś była szczęśliwa i bezpieczna. Przepraszam, że nie chcę, żebyś obudziła się, gdy będziesz po pięćdziesiątce, sama i...

- Jestem szczęśliwa! Jestem bezpieczna! A do pięćdziesiątki mam jeszcze siedemnaście lat! - Saffy powiedziała to głośniej, niż zamierzała. Zdecydowanie głośniej. Teraz to na nią wszyscy patrzyli.

- I przepraszam za to, czym zasłużyłam sobie, żebyś krzyczała na mnie w miejscu publicznym! - oznajmiła Jill dramatycznie. - Mam nadzieję, że twoja córka nigdy ci tego nie zrobi! - Obeszła okrągłą kanapę obitą czerwonym pluszem i ruszyła w stronę szklanych witryn.

Nie musi się martwić, bo Saffy nie zamierza mieć dzieci. Postanowiła to już dawno temu. Jej rodzice raczej jej do tego nie zachęcili.

Saffy nigdy nie widziała zdjęcia swojego ojca. Jill wszystkie zniszczyła. Jedynym, co zostało jej na pamiątkę, było ohydne imię: Sadbh. Ojciec znikł na długo, zanim miała szansę nazwać go równie paskudnie. Nawet Irlandczycy, którzy powinni wiedzieć, że Sadbh rymuje się z angielskim drive, ostrożnie przesuwali w ustach bryłkowate połączenie spółgłosek, jakby mogli połamać sobie na nim zęby.

Był dwa razy starszy od matki i żonaty. Kiedy Jill zaszła w ciążę, zostawił żonę i zabrał Jill z Bristolu do Dublina, daleko od domu i rodziny. Potem, gdy Saffy miała dwa lata, po prostu obudził się pewnego ranka i zmienił zdanie.

Zostawił je i wrócił do żony do Bristolu. Jill rzadko o tym mówiła, ale z nielicznych rozmów Saffy wywnioskowała, że matka nie mogła wrócić do domu. Rodzice powiedzieli jej, że jeśli będzie miała dziecko z żonatym mężczyzną, nie chcą jej widzieć.

Mówi się, że nie można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie zaznało, ale to nieprawda. Nawet gdy była zbyt mała, by rozumieć tego przyczynę, Saffy czuła ukłucie w sercu na widok mężczyzny biorącego inną małą dziewczynkę na ręce i sadzającego ją sobie na ramionach.

Z jakiegoś powodu najbardziej tęskniła za ojcem, gdy była nastolatką. Najbardziej poruszały ją zwyczajne rzeczy: golarka w kubku do mycia zębów w czyjejś łazience, mężczyzna w bramie szkoły, wpatrujący się w tłum dzieci i szukający twarzy, która nie należała do niej, gdy siedziała niewidoczna z tyłu samochodu, a koleżanka sprzeczała się ze swoim tatą w drodze z dyskoteki. Wierszyk Ojciec Wergiliusz. Bezsens Dnia Ojca.

Nie wiedziała, gdzie jest jej ojciec ani dlaczego odszedł. I nie mogła zmienić tego, że nie chciał być częścią jej życia, ale mogła zmienić swoje imię, więc gdy miała dwanaście lat, nikt oprócz matki nie nazywał jej już Sadbh.

Tłum zrobił się na chwilę mniejszy i po drugiej stronie sklepu Saffy zobaczyła Jill, wpatrującą się w szklaną witrynę i udającą, że interesuje ją wystawa z pończochami ze szwem i rewiowymi dodatkami. Przez chwilę niemal jej współczuła.

Matka tyle osiągnęła. Nauczyła się prowadzić samochód, pisać na maszynie i mówić bez wyraźnego akcentu. Zamieniała nędzne mieszkania, do których się wprowadzały, w domy. Dopóki Saffy nie poszła do szkoły, sprzątała biura i przepisywała prace dyplomowe. Dziecko zostawiała u sąsiadki lub zabierała ze sobą w wózku. Potem podjęła pracę na niepełny etat w antykwariacie i nauczyła się wszystkiego, czego zdołała, o tej branży. Odłożyła wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić dom. Ale niezależnie od tego, ile dokonała, jej życie na zawsze miało już być określone przez "gdyby tylko".

Gdyby tylko nie zakochała się w Robie Reillym. Gdyby tylko mu nie uwierzyła, gdy zapewniał, że o nie zadba. Gdyby tylko była ostrożna. Gdyby tylko nie dała się złapać. Gdy Saffy miała czternaście lat, uświadomiła sobie, że wszystkie te "gdyby tylko" sprowadzają się jednej kluczowej kwestii: gdyby tylko ona się nie urodziła.

Jill chciała, żeby Saffy miała wszystko to, czego zabrakło jej samej jako samotnej matce: edukację, karierę, podróże. Saffy odhaczyła wszystkie punkty z listy, ale teraz matka wstrzymywała oddech, czekając, aż odhaczy punkt najważniejszy.

Będzie jednak musiała długo go wstrzymywać. Urodzenie dziecka nie oznacza, że można realizować swoje życie przez inną osobę. Nie tak to działa.

Marsh siedziała przy ogromnym szklanym stole w swoim biurze, studiując dokument i ignorując Simona, który zajął miejsce naprzeciwko i wpatrywał się w trójkąt śmietankowej skóry i koronkowy skraj białego stanika wystający spod miękkiego, idealnie skrojonego czerwonego żakietu od Nicole Fahri.

Biuro wyglądało jak wycięte z magazynu wnętrzarskiego. Bladoszara aksamitna sofa stała pod szklaną półką z wystawą szklanych i metalowych statuetek przyznanych za osiągnięcia w reklamie. Jak zauważyła Saffy, róże, teraz ułożone w wielkim szarym wazonie, miały ten sam odcień, co kostium szefowej.

Marsh spojrzała na Saffy.

- Spóźniłaś się - rzuciła. - Znowu.

Simon uśmiechnął się złośliwie. W zasadzie Saffy i Simon mieli równorzędne stanowiska, ponieważ oboje byli głównymi opiekunami klientów. Saffy uważała jednak, że Simon do niczego się nie nadaje, a on sądził chyba, że do jego obowiązków należy podgryzanie Saffy.

Nie pomagały sugestie Marsh, że pewnego dnia ona awansuje, a jedno z nich zostanie dyrektorem. A także to, że nastawiała ich przeciwko sobie, każąc rywalizować o każdego klienta.

Saffy mogła zmiażdżyć Simona, gdy trzeba było napisać brief, ale Simon był gładki, przystojny i wysportowany i potrafił zmiażdżyć Saffy, jeśli chodziło o flirtowanie z klientkami i pozwalanie klientom na wygrywanie w golfa. Wyprzedzała go nieco w kwotach zleceń, ale w przypadku Simona zawsze należało pilnować tyłów.

Saffy usiadła jak najdalej od niego.

- Przepraszam, Marsh.

- Wiesz, co oznacza punktualność?

Saffy wiedziała. Podejrzewała jednak, że Marsh nie oczekuje definicji ze słownika.

Marsh przeczesała palcami lśniące włosy i uśmiechnęła się z zaciśniętymi ustami.

- Punktualność oznacza, że nigdy nie musisz przepraszać.

Marsh nie spóźniała się, nie myliła, nie leniła i nie pozwalała sobie na bycie postacią drugoplanową. Była idealna. W życiu osobistym i zawodowym oraz (na ile Saffy mogła to ocenić po trzech latach) zawsze i wszędzie. Należała do garstki kobiet, które dotarły na sam szczyt w reklamie, i jedyną, która osiągnęła to na dwunastocentymetrowych obcasach z włosami Terri Hatcher, ciałem Victorii Beckham i w ciuchach Carrie Bradshaw.

Mogła uchodzić za trzydziestolatkę, ale Ciara przysięgała, że widziała jej paszport i że Marsh ma czterdzieści pięć lat. Lecz Ciara przysięgała również, że Marsh pije krew nastoletnich chłopców, nigdy nie nosi bielizny, a w szufladzie trzyma kawałek irchy, którym poleruje golenie.

Saffy opadła na krzesło obok planisty do spraw mediów. Mike był po czterdziestce, a mógł uchodzić za sześćdziesięciolatka. Na jego żółtym krawacie widniała plama po zupie. Spodnie podjechały mu do góry. Nosił skarpetki z Mikołajem. W lutym.

Marsh wstała, odsłoniła czysty arkusz na tablicy i napisała u góry równymi literami "White Feather". Marker piszczał jak przestraszona mysz.

- To jeden z naszych najważniejszych klientów. Prawda? A to... - Oderwała arkusz, zgniotła go w kulę i rzuciła na podłogę. - To właśnie z nim robimy.

Saffy odetchnęła. To nie jej problem. White Feather to marka produktów higienicznych dla kobiet i większość sporego budżetu przeznaczano na gadżety i promocje. To było dziecko Simona i zobaczyła, że jego jabłko Adama porusza się niczym jo-jo.

- Wczoraj wieczorem na kolacji dla Towarzystwa Marketingu wpadłam na Dermota Clancy'ego. - Marsh kroczyła dookoła stołu. Jej skórzane szpilki Louboutaina zostawiały na dywanie rządek malutkich dziurek. - Nie przypomina szczęśliwego króliczka.

Nic nowego. Dermot Clancy zawsze wygląda jak nieszczęśliwy króliczek. Ma siwe włosy przypominające watę cukrową, blade królicze oczy i lubi obgryzać różne rzeczy: długopisy, swoje paznokcie, rogi tablic z prezentacjami. Jego niezdecydowanie stało się legendarne. W poprzedniej agencji przezwali go Nerwowy Dermot.

- Udział w rynku spadł o dwadzieścia trzy procent w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. - Marsh wpatrywała się w jednego z obecnych po drugim. - Podczas współpracy z nami. Zastanawia się, czy poszukać innych ofert dla White Feather.

Wszyscy zamarli. Nie był to już problem Simona. Strata klienta wartego dwa miliony euro w czasie recesji może oznaczać koniec Komodo. A nawet jeśli nie, spowoduje efekt domina. Duże odejście zawsze podważa zaufanie klientów do agencji. Pozostali uciekną "jak tonący ze szczurzego statku", jak powiedział kiedyś Greg.

- Nie pytajcie mnie, jak zdołałam przekonać Dermota, by dał nam ostatnią szansę. - Marsh sugestywnie zmrużyła oczy. - W każdym razie zrobiłam to. Mamy trzy tygodnie, by opracować nową strategię pozycjonowania, przedstawić pomysły i zyskać jego akceptację. - Spojrzała na małego roleksa na swoim szczupłym nadgarstku. - Trzy tygodnie! Zaczynając od teraz!

Machnęła markerem, czekając na pomysły, ale nikt nie chciał zostać odstrzelony jako pierwszy. Saffy zaburczało w brzuchu. Mike wyprostował nogi, a pozytywka w jego skarpetkach zagrała urywek kolędy. Próbował zatuszować to kaszlem.

Simon odchylił się na krześle. Mowa jego ciała była nonszalancka, ale ręce mu się trzęsły, a przystojna twarz przybrała dziwny odcień fioletu.

- Podejrzewałem, że do tego dojdzie, Marsh. Od stycznia starałem się przekonać Dermota, by zwiększył budżet. Konkurencja naprawdę zaostrzyła grę. Produkt się zestarzał. Trzeba odświeżyć opakowanie i musimy mieć nową klasę prezentów. Coś o wysokiej postrzeganej wartości, na przykład DVD, coś, co naprawdę wiąże się z marką.

Marsh napisała na tablicy "DVD".

- Na przykład?

- Na przykład... nie wiem... na przykład Dwadzieścia osiem dni, co idealnie by pasowało, bo cykl u kobiety trwa średnio, wiecie, dwadzieścia osiem dni.

- To ten film, w którym Sandra Bullock jest alkoholiczką? - spytał Mike. - Doskonały.

- Tak - Simon skinął głową. - A potem moglibyśmy dać Dwadzieścia osiem dni później.

- Chyba najlepszy film o zombie wszech czasów! - Mike pokręcił z uznaniem głową.

Marsh uniosła rękę, na której widniał urobek małej kopalni diamentów.

- Myślicie, że kobieta, która ma okres, jest choć trochę zainteresowana alkoholikami i zombie? - Odwróciła się do Saffy. - Uratuj mnie przed tymi idiotami.

- Nie chodzi o budżet czy opakowanie - powiedziała Saffy. - Powodem, dla którego udział w rynku spada na łeb, na szyję, jest to, że White Feather tkwi w średniowieczu. Popatrzcie na hasło. "Twój sekret jest z nami bezpieczny". To takie protekcjonalne.

- To całkiem dobre hasło - prychnął Simon. - Ma już pięćdziesiąt lat.

- Właśnie. Gdybyśmy chcieli przekonać żony ze Stepfordu, doskonale by się sprawdziło. Ale nie chcemy. Chcemy przemówić do młodych, seksownych, pewnych siebie kobiet, żyjących w dwudziestym pierwszym wieku. A ich w ogóle nie interesują tanie prezenty. One szukają więzi emocjonalnej. Myślę, że powinniśmy wrócić z całkowicie odmienioną marką w reklamie telewizyjnej, online, kinowej i outdoor.

- Słusznie - wtrącił się Simon. - Światu naprawdę potrzeba kolejnej stereotypowej reklamy podpasek z dziewczyną w białych dżinsach, stojącą na rękach i ciągniętą na rolkach przez wielkiego doga.

- Nie, świat i Nerwowy Dermot potrzebują ciekawego pomysłu na kampanię, która zmieni cały sektor - odparowała Saffy.

- I, jak sądzę, masz taki pomysł? - mruknął Simon.

Saffy miała. Czuła się trochę winna, że kopie leżącego, ale to była jej szansa na zaprezentowanie swojej wizji. Przyszła jej do głowy przed kilkoma tygodniami, gdy przeglądała album zdjęć w biurze Anta i Vicky. Zatrzymała się na zdjęciu Duane'a Michala, przedstawiającym przystojnego półnagiego anioła siedzącego na łóżku i patrzącego na śpiącą kobietę. Idealne. Ale jeżeli się zapędzi, wszystko zepsuje. Marsh musi myśleć, że to także jej pomysł.

- Cóż, nie mam tego opracowanego i myślę teraz na głos, ale istotą marki jest ochrona, a produkt ma skrzydełka. Więc może, sama nie wiem... - Zamilkła na chwilę, żeby wyglądało na to, że po raz pierwszy się nad tym zastanawia. - Może anioł White Feather, który chroni kobiety w dniach, gdy czują się najbardziej wrażliwe?

- Anioł White Feather z białymi piórami - powiedziała z namysłem Marsh. - Skrzydlaty obrońca.

Saffy pokiwała głową. Właśnie tam ją prowadziła.

- To jest to! To jest osobowość marki. Kobiety go pokochają! Możemy powołać go do życia partyzanckim marketingiem. Facet przebrany za anioła, rozdający próbki na stacjach kolejki.

Marsh nałożyła skuwkę na marker.

- I dlatego właśnie płacę ci tę absurdalnie wysoką pensję - powiedziała. - Simonie, przekaż Saffy wszystkie badania na temat White Feather. Nie zajmujesz się już tym klientem, chyba że Saffy poprosi cię o pomoc, ale nie sądzę, by to zrobiła. Mike, zacznij szykować dane o kobietach w wieku szesnaście-czterdzieści pięć lat. Saffy, chcę mieć brief na biurku jeszcze dziś, nim wyjdziesz.

Dziś? Niemożliwe.

- Ładnie, Saffy. - Simon wyglądał na zawiedzionego, ale zdołał uśmiechnąć się złośliwie, gdy wstali, by wyjść. - Mam nadzieję, że nie miałaś żadnych specjalnych planów na walentynkowy wieczór.

Simon zwalił w biurze Saffy trzy wielkie pudła dokumentów na temat White Feather. Przytaszczyła je do sali konferencyjnej, rozłożyła na olbrzymim szklanym stole i zaczęła przekopywać się przez nie, by ułożyć brief. O siedemnastej migotało jej w oczach i nie była jeszcze nawet w połowie. Chciała zadzwonić do Grega i powiedzieć, że kolacja niekoniecznie jest dobrym pomysłem, ale Greg miał zdjęcia i przypuszczała, że musiał wyłączyć telefon.

Wstała, nalała sobie kawy, opuściła żaluzje i włączyła monitor, by obejrzeć walentynkowy odcinek Remizy. Powinna być już przyzwyczajona do oglądania Grega w telewizji, ale nie była, niezupełnie. Może czułaby się inaczej, gdyby grał w filmach, ale serial przypominał równoległe życie, które prowadził, życie, w którym ona nie istniała. Saffy starała się nie być zazdrosna, ale trudno było nie być zazdrosną, gdy widziała go w scenach miłosnych z innymi kobietami, szczególnie z Mią, strażaczką, którą łączyło coś z Makiem prawie tak długo, jak Grega z Saffy.

Tylko raz przyznała się do tego Gregowi.

- Mac tak naprawdę nie kocha Mii - uspokoił ją. - Chodzi tylko seks. Na pewno nie skończą razem. Nic ich nie łączy. Prawie ze sobą nie rozmawiają, zauważyłaś?

Zauważyła. Zwykle byli zbyt zajęci wpychaniem sobie nawzajem języków do gardeł i zdzieraniem z siebie mundurów. Z jakiegoś powodu jej to nie uspokoiło.

Skończyły się napisy i oto zobaczyła go, jak Greg kroczy przez fale dymu, niosąc małe, wiotkie ciało otulone kocem. Mógł to być martwy pies, a nawet dziecko, ale nie można się było tym przejmować, gdy kamera pokazywała zbliżenie Maca Malone'a.

Dziennikarzom, a zwłaszcza dziennikarkom, brakowało słów, gdy próbowali opisać tę twarz. Szczękę miał "silną i gładką", "kwadratową i silną" albo "gładką i mocną". Jego oczy były jak "rodzynki" lub "toffi", choć pewna kobieta z "Clare Champion" sięgnęła kiedyś głębiej i wymyśliła "czekoladę Valhrona 70%". Trudno było osiągnąć coś więcej, jeśli chodzi o czarne włosy, ale czasami dodawano "czarne jak węgiel" , "smoła" lub "sadza". Niekiedy rozpoczynała się dyskusja na temat wzrostu Grega, ale na ogół panowała powszechna zgoda, że wzrost się nie liczy, jeśli ktoś jest tak przystojny.

Teraz jego włosy były wilgotne i przylegały atrakcyjnie do spoconego brudnego czoła. Rękaw munduru był rozerwany i ukazywał masywne ramię oraz opaloną muskularną rękę.

Pozostali strażacy zwiesili głowy, gdy Mac mijał ich z ciałem. Mia odłożyła węża i zawołała za Makiem, ale on pokręcił głową i szedł dalej.

Frank, dowódca strażaków o pooranej twarzy, objął Mię.

"Zostaw go", powiedział, gładząc grzywę wyglądających na bardzo łatwopalne włosów. "Musi być teraz sam". Mia przygryzła drżącą lśniącą wargę. "Frank, nie rozumiesz tego. Nawet gdy Mac jest wśród ludzi, zawsze pozostaje sam".

Przy Remizie Plotkara przypominała Prawo ulicy, jednak większość widzów nie szukała szorstkiej rzeczywistości. Szukali ucieczki, a Remiza dawała im ją trzy razy w tygodniu. Towarzyszyły jej niekontrolowane płomienie, zwykle z udziałem dzieci, półnagich kobiet lub zwierząt, ale to było tylko tło prawdziwego dramatu: tlącego się trójkąta miłosnego, w którego skład wchodzili Mac, Mia i żonaty dowódca straży Frank. Plus mnóstwo miękkich ujęć Maca pod prysznicem, zmywającego sadzę z sześciopaku.

Najdziwniejsze, że Remiza nie istniałaby, gdyby nie Saffy. To ona obsadziła Grega w reklamie lodów Ice Bar, która zainspirowała cały serial. Przystojny strażak ratuje ładną dziewczynę z lodem Ice Bar z płonącego budynku, a potem zostawia ją, kradnie lody i je zjada.

Greg dotarł na casting spóźniony, z potarganą bródką, a kierownik obsady powiedział mu, żeby wracał do domu. Gdy wychodził, Saffy stała na dworze i rozmawiała przez telefon. Wszyscy aktorzy, których obejrzeli, byli wyżsi. Kilku było przystojniejszych. Greg miał jednak w sobie coś, co pewien natchniony dziennikarz ochrzcił później mianem "pyłu Elvisa", a co kazało jej zatrzymać go i posłać do sklepu po jednorazową maszynkę do golenia. Potem przekonała reżysera i kierowników kreatywnych, by zostali i zrobili z Gregiem kilka ujęć.

Gdy spojrzał do kamery, jakby chciał się z nią zaraz przespać, a potem zasnąć, obejmując ją ramionami, i wypowiedział kwestię: "Ze wszystkich lodów na świecie musiała jeść właśnie ten", nikogo nie trzeba było przekonywać. Znaleźli swojego strażaka.

Sprzedaż Ice Bar poszła ostro w górę. Dorosłe kobiety demolowały przystanki, by zdobyć plakat z Gregiem. Pojawił się na okładce "Irish Star" z tytułem Seks na patyku. Potem ktoś w firmie od produkcji telewizyjnych usiadł i napisał scenariusz pilota serialu o straży pożarnej, a Gregowi zaproponował rolę Maca Malone'a.

To wszystko nie dziwiło Saffy. Zdziwiło ją jednak, że Greg zapamiętał ją, zdobył jej numer, zadzwonił, a potem nie przestawał dzwonić i zapraszać na kolację. I że wsłuchiwał się w każde jej słowo. I całował ją w restauracji, w taksówce, w drodze do domu, przed jej mieszkaniem, w mieszkaniu i w zasadzie wszędzie. Zapraszał ją na randki, aż wreszcie stało się jasne, że nie jest po prostu ich strażakiem, ale także jej.

Zawsze uważała, że piosenki o ludziach, którzy przypatrują się sobie nawzajem, gdy śpią, są nieco przesadzone, ale w ciągu pierwszych paru miesięcy budziła się co drugą noc i leżała, patrząc na Grega. Za każdym razem, gdy wchodził do pokoju, ogarniało ją poczucie dopełnienia, jakby zajmował przestrzeń, której istnienia wcześniej sobie nie uświadamiała.

Nie jeden, a dwóch byłych chłopaków podarowało Saffy książkę Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus - Ciaran, księgowy z płetwowatymi palcami u nóg, i Gordon, grafik, który mógł załatwiać się tylko w toalecie w swoim mieszkaniu. W naturze Saffy leżało rozwiązywanie problemów, ale w książce napisano, że mężczyznom nie powinno się pomagać w rozwiązywaniu ich problemów. Jeżeli niewinnie zaproponowało się im wizytę u znanego chirurga plastycznego lub kilka sesji u hipnoterapeuty, zaszywali się w swoich jaskiniach.

Wydawało się, że Greg nie ma jaskini. Chciał jej rad. Prosił o nie, a potem postępował zgodnie z nimi. Pomogła mu znaleźć dobrego agenta. Wiedziała, kiedy nadeszła pora, by naciskać na podwyżkę. Przestrzegała go przed sprytnymi zwrotami akcji, które scenarzyści Remizy wprowadzali, gdy oglądalność spadała. Mac przebierający się w damskie ciuszki, prowadzący po pijanemu albo zmieniający się w narkomana mógł na chwilę przyciągnąć widzów, ale Saffy znała się na marketingu i wiedziała, że unikalną cechą Maca jest to, że zachowuje się jak bohater. Zadbała więc, by Greg się tego trzymał.

- Nie dałbym bez ciebie rady, skarbie! - powiedział na podium, gdy zdobył pierwszą Nagrodę Irlandzkiego Filmu i Telewizji, a jej serce urosło, ponieważ wiedziała, że to prawda.

Remiza wróciła po reklamach. Mia, drobniutka piersiasta dwudziestopięciolatka, którą w gazetach nazywano "płomiennowłosą lisicą", wydostawała się z munduru we wspólnej szatni. Gdy zrzuciła kurtkę, ukazując koronkowy stanik typu balconette, drzwi się otworzyły i do szatni wpadł Mac, mający niezwykły dar pojawiania się, gdy tylko Mia zdejmowała ubranie.

Odwrócił się, by wyjść, ale złapała go za ramię.

"Nie obwiniaj się, Mac. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś, by uratować tę dziewczynkę".

Wyrwał się i zaczął krążyć po przebieralni, a potem wybił pięścią dziurę w zaskakująco cienkiej metalowej szafce.

"To nie ma sensu. Nie mogę dłużej tego robić!"

"Pracy strażaka się nie wybiera. Trzeba się do tego urodzić. Przestań słuchać swoich lęków". Mia dotknęła małą dłonią swoich nieprawdopodobnie dużych piersi. "I zacznij słuchać serca!"

"Nie, nie mogę dłużej tego robić. Nie mogę dłużej ukrywać, co do ciebie czuję".

Kamera pokazała zbliżenie ich dwojga. Z lewej brwi Grega wystawał pojedynczy sztywny włos, niczym znak zapytania. Saffy powie mu, żeby porozmawiał z charakteryzatorką. Wzięła kubek z kawą.

"Mio, powiedział Mac, czy zostaniesz moją żoną?"

Saffy wciągnęła powietrze. Kawa wylała jej się na koszulę. Co?! Ten odcinek został nakręcony w ubiegłym tygodniu. Dlaczego Greg jej o tym nie powiedział? Wpatrywała się z niedowierzaniem w ekran, gdy Mia przyłożyła dłonie do twarzy.

"Och, Mac! Naprawdę? Mówisz poważnie?"

Mac opadł na kolano i wyciągnął rękę. Na jego ubrudzonej sadzą dłoni leżał wielki diament. Pokazały się napisy końcowe. Najwyraźniej mówił poważnie.

ROZDZIAŁ 3

22 Seacrest Road,

Dublin 2

14 lutego

Szanowna Pani Kemp,

Codziennie dostaje Pani setki takich listów, prawda? I z zasady nie przyjmuje pani tekstów od nieznanych osób.

Wiem, że zasad trzeba przestrzegać, ale jak mówi Yoda: "Rób albo nie rób, nie ma próbowania". Przesyłam więc pierwszy fragment mojej powieści Podwójna stawka i liczę, że może jakimś cudem mi się uda. Że wyjątek potwierdzi regułę.

Podobnie jak setki pełnych nadziei osób, które napiszą do Pani w tym tygodniu, zawsze myślałem, że mam w sobie książkę. Wyobrażałem sobie, że będzie to trzymający w napięciu thriller, rozgrywający się w zaułkach Neapolu, albo nieszczęśliwy romans z wojną w Iraku w tle.

Jednak gdy usiadłem i zacząłem pisać, okazało się, że jest to książką o samotnym ojcu, który stara się wychować sześcioletnie bliźnięta, a w tle majaczą spodenki upaprane dżemem i sierścią domowych zwierząt oraz filmy z serii Barney i przyjaciele.

Do tej pory napisałem trzydzieści tysięcy słów i sądzę, że napiszę jeszcze sześćdziesiąt tysięcy. Mam nadzieję skończyć do jesieni, żeby przystąpić do kolejnej pozycji (chciałbym, żeby była to opowieść o nieprzeciętnym, popularnym, amerykańskim senatorze, który musi wybrać między kochanką, gwiazdą filmową, a karierą w Waszyngtonie. Pewnie jednak będzie to historia o nauczycielu okularniku na przedmieściach Dublina, jeżdżącym fiatem punto z żoną i dwójką dzieci, który musi wybierać między kanapką z pomidorem a bananem).

Jeżeli ma Pani chwilę, byłbym bardzo wdzięczny, gdyby mogła Pani przeczytać choć jedną stronę Podwójnej stawki i poinformować mnie, czy tracę czas. Jeżeli tak, proszę śmiało użyć reszty do wyłożenia klatki chomika.

Jeżeli nie ma Pani chomika, proszę po prostu odesłać mi tekst w załączonej kopercie. Mogę go użyć do wyłożenia klatki Brendana.

Z poważaniem

Conor Fahey

PS. Jeżeli zaniepokoił Panią ostatni fragment, wyjaśniam, że Brendan to nasz chomik. Jest brązowo-biały i aktywny nocą. Zapomnieli wspomnieć o tym drobiazgu, gdy kupowałem go dla moich dzieci!

Rany. Wygląda na zdesperowanego idiotę, ale nie miał siły zacząć pisać od nowa. To już trzecia próba. Wcisnął "drukuj", poprawił kabel i w myślach zacisnął kciuki.

Zadzwonił telefon i z kuchni wybiegła Jess. Biurko Conora było wciśnięte w niszę pod schodami, a krzesło blokowało drogę do aparatu. Zahaczyła bosą stopą o kabel drukarki i ustawiona na schodach przedpotopowa maszyna stoczyła się po kilku stopniach i wylądowała w plastikowym koszu na bieliznę pełnym ręczników i zabawek.

- Kurde! Kurde! Kurde! - Jess uwolniła stopę i próbowała przecisnąć się obok Conora. Hol był tak wąski, że musiała wdrapać mu się na kolana. Złapał ją, więc usiadła na nim okrakiem.

- Hej, cóż za miła niespodzianka. Walentynkowy pokaz erotyczny!

Miała na sobie jeden z jego swetrów i stare spodnie od dresu. Jej długie blond włosy uderzyły go w twarz. Pachniały lekko kokosem i intensywnie paluszkami rybnymi.

- Puść mnie! - Próbowała z niego zejść, ale mocno ją trzymał. - Muszę odebrać telefon.

Conor ukrył twarz w jej szyi i pocałował małe zagłębienie pod obojczykiem. Telefon przestał dzwonić.

- Ty draniu! To pewnie Miles chciał przedłużyć mi termin.

- Jess, czy Miles kiedykolwiek przedłużył ci termin?

Przestała się wyrywać, by spiorunować go wzrokiem. Do grzywki przyczepiła jej się grudka czegoś, co, miał nadzieję, było Nutellą.

- Nigdy już się do ciebie nie odezwę - oznajmiła.

- Teraz się do mnie odzywasz - zauważył. - Słuchaj, już prawie dwudziesta. To walentynkowy wieczór. Nawet Miles musi mieć jakieś plany na walentynki. Ktoś go musi kochać, prawda?

Przesunął dłońmi po jej plecach. Nie miała stanika.

- Ja przedłużę ci termin. Masz czas do poniedziałku, dobrze?

- Nie jest dobrze - marudziła, ale wygięła plecy i objęła go.

- Uprawiacie seks? - Lizzie stanęła w drzwiach kuchni i patrzyła na nich, mrużąc oczy. Nie miała na nosie okularów. W jednej ręce trzymała napoczęty paluszek rybny, a w drugiej wyrywającego się chomika.

- Odłóż Brendana - odezwali się jednocześnie Conor i Jess. Lizzie puściła zwierzątko, a ono pobiegło korytarzem i zanurkowało pod kosz na bieliznę.

- Nie uprawiają seksu. - Za Lizzie pojawił się jej brat bliźniak Luke. W okularach siostry. Powiększały jego wielkie błękitne oczy do przerażających rozmiarów.

- Mężczyzna nie może włożyć penisa w panią, kiedy ona ma na sobie spodnie.

Czasami, patrząc na bliźnięta, Conor przypominał sobie powiedzenie, że los jest ślepy. Również w przypadku puli genowej. Luke był miniaturową wersją Jess, złotym chłopcem. Proste włosy w kolorze miodu, błękitne oczy okolone długimi rzęstami i oliwkowa cera, która nawet zimą wyglądała na lekko opaloną. Lizzie odziedziczyła pełen pakiet genetyczny Faheyów. Niesforne czarne loki, piegi, długowzroczne szare oczy, bladą irlandzką cerę oraz budowę ciała, którą matka Conora optymistycznie nazywała "grubokościstą".

Jednak Conor uważał, że oboje są piękni. Poza Jess byli dwojgiem najpiękniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek widział.

Jess zeszła z jego kolan.

- Masz rację, Luke, nie uprawiamy seksu. Tatuś nie pozwolił mi odebrać telefonu, więc już nigdy nie będziemy uprawiali seksu.

Gdy odchodziła, Conor złapał ją za dres. Gumka pękła i spodnie opadły do kolan.

- Mama nie nosi spodni - zauważyła Lizzie.

Ludzie przypatrywali się Jess przez cały czas. Nie mogli się powstrzymać. Conor dobrze rozumiał twierdzenie, że piękno to symetria, ponieważ jej twarz przypominała idealne równanie, które musiały rozwiązać ich oczy.

Przyłapywał ich na tym, jak ją sumują, kawałek po kawałku. Ciemnoniebieski aksamit jej oczu plus delikatna linia kości policzkowych razy wygięcie ust podzielone przez te nieskończenie długie nogi. Potem dorzucali do wyniku Conora i wiedział, że próbują zrozumieć, w jaki sposób pasuje do całości. Wiedział o tym, ponieważ sam wciąż próbował to zrozumieć.

Poznali się siedem lat temu w "Irish Voice". On pracował w dziale wiadomości, gdy ona dołączyła do działu opinii. Uśmiechnęła się do niego kilka razy w windzie, ale nie potraktował tego osobiście. Kobiety, które tak wyglądają, zwykle mają dużo powodów do uśmiechu.

Kiedyś, w porze lunchu, w kawiarni obok biura okazało się, że zapomniała portmonetki, więc nie mogła kupić kanapki. Zapłacił, a gdy ona zobaczyła, że zabrakło mu pieniędzy na jego lunch, zaproponowała, że się podzielą.

Tego wieczoru podzielili się też kolacją, a następnego ranka śniadaniem. Czekał, aż to minie, ale trzy miesiące później ona nadal rozkopywała mu pościel w łóżku, używała jego szczotki do zębów i pożyczała ubrania, a potem siedziała mu na kolanach w słonecznym parku z testem ciążowym w ręku i pozytywnym wynikiem.

W tym samym tygodniu gazeta przestała wychodzić. Ale choć byli bez grosza, bezrobotni i zbyt młodzi, by zakładać rodzinę, Conor czuł się przeszczęśliwy. Co z tego, że każdy, kto widział ich razem, zastanawiał się, co ona w nim widzi? Conor budził się przy niej co rano, i tylko to się liczyło.

- Musi być z ciebie niezły ogier, facet! - zawołał kiedyś za nimi jakiś typ, gdy przechodzili obok pubu.

- O rany! Kiedy odkryłeś, że jesteś jasnowidzem? - odparowała Jess.

Włożyła dżinsy, kazała bliźniętom wrócić do niedojedzonej kolacji i usiadła, by skończyć artykuł dla "Looks Magazine". Jeżeli wyśle go teraz, będzie mogła udawać przed Milesem, że miała problemy z modemem. Znowu.

Tekst był tylko wypełniaczem, który ukazywał się w każdym numerze i stanowił pretekst, by wymienić reklamodawców wykupujących reklamy na całą stronę.

Skoro "jesteś tym, co nosisz", bądź przepysznie słodka i odrobinę niegrzeczna w ślicznym usztywnianym staniku z nadrukiem w stokrotki i pasujących stringach od Cocotte, dostępnych wyłącznie w sklepach Brown Thomas.

Lizzie usypywała w sosie pomidorowym małe stożki z soli. Luke zostawił paluszki rybne i jadł czekoladowe płatki śniadaniowe, które stały od rana na stole.

- Nie rób tego - powiedziała Jess do nikogo w szczególności.

Rozpal go ponownie upojnym zapachem świecy "Perska Namiętność" z Bedroom Store. Niech uwiedzie go aromat jaśminu, konwalii i wanilii. Wyciągnij się wygodnie i myśl o arabskich nocach.

Zostało jej jeszcze siedem produktów, zaczynając od błyszczyka. To będzie długa noc.

Conor zakleił kopertę, zaadresował ją "Douglas, Kemp i Troy", odłączył drukarkę i wepchnął krzesło bokiem pod biurko, żeby nie wystawało. Marzył o tym, by przerobić poddasze na gabinet, ale Jess miała rację: nawet gdyby było ich na to stać, nie ma sensu inwestowanie w dom, który do nich nie należy. Zawołał bliźnięta, pospiesznie ubrał je w płaszcze i buty i posłał Luke'a do kuchni, by zawołał Jess.

- Tatuś chce ci coś pokazać.

- Powiedz mu, żeby pokazał to komuś innemu. Nie jestem zainteresowana i właśnie coś robię.

- Chodź! - krzyknął Conor. - To potrwa pięć minut!

- Nie mam pięciu minut, Conorze. - Przewróciła oczami, ale zamknęła laptop i wyszła na korytarz.

- Tylko mi nie mów, że to jakaś ckliwa walentynkowa atrakcja. Wiesz, że nienawidzę całego tego świątecznego pieprzenia.

- Mama powiedziała "pieprzenia" - doniósł Luke.

- Wcześniej powiedziała trzy razy "kurde" - dodała Lizzie. - Nie było cię przy tym.

Zaczęło padać. Jess słyszała odległe uspokajające trąbienie syreny mgłowej z East Wall. Delikatna mgiełka rozmywała zarys rzędu maleńkich domków. Mogli wynająć znacznie większy dom na przedmieściach, ale Jess uwielbiała mieszkać nad morzem, nawet jeśli bliżej im było do elektrowni Poolbeg niż do nadmorskich przedmieść Sandymount Green.

Dzieci pobiegły przodem, podekscytowane, wskakując na swoje cienie pod żółtymi latarniami. Gdy dotarli do piaszczystej ścieżki wiodącej na plażę, Luke zapalił latarkę. Ziemia była usiana puszkami, kawałkami szkła i torebkami po czipsach. Jess zaklęła, gdy stanęła na zużytym kondomie.

- Cóż, to bardzo romantyczne. - Wzięła Conora pod ramię. - Obiecaj, że nie poprosisz mnie o rękę przy bliźniętach, bo odpowiedź będzie odmowna. Wiesz, co myślę o słowie na "m". Odpowiedź zawsze będzie brzmiała "nie".

- Jezu! Co to było? - Conor nagle się zatrzymał.

- Co? - Jej oczy się rozszerzyły. Spojrzała na niego.

- Ciii! Znowu! - Przyłożył dłoń do piersi. - To odgłos mojego pękającego serca.

W porze odpływu rozległa połać piasku była pusta, z wyjątkiem stada mew, które wzlatywały, unosiły się i opadały, gdy je mijali. Dublin przypominał długie, niskie półkole mrugających świateł, zaczynających się w Dun Laoghaire i ciągnących aż do Howth. Z portu wypływał olbrzymi kontenerowiec, oświetlony niczym bożonarodzeniowe drzewko.

Tuż przed nimi znajdowały się niszczejące ściany opuszczonego basenu. Luke niósł latarkę, a Lizzie krzyknęła:

- Ta-da!

Jess zakryła ręką usta. Trzy "kurde" i jedno "pieprzenie" na jeden wieczór wystarczy. Czerwone, namalowane farbą w spreju serce było co najmniej na metr szerokie i niemal równie wysokie. W środku widniało chwiejne złote "J".

- Ja namalowałam "J" - poinformowała Lizzie. - Tatuś mi pomógł.

- A ja pilnowałem, czy nie idą strażnicy - dodał z dumą Luke.

- Conorze, powinieneś świecić przykładem. - Jess pokręciła głową. - Nie mogę uwierzyć, że robisz z naszych dzieci wandali. - Jednak kąciki jej uroczych ust się uniosły.

- Kochamy cię! Kochamy cię! - Luke i Lizzie pląsali jak szaleni, a światło latarki tańczyło na wymalowanym ponad nimi sercu.

- Cóż, następnym razem może po prostu to powiecie, zamiast oszpecać własność publiczną i...

- Cicho bądź. - Conor się zaśmiał. I na wypadek, gdyby nie była cicho, zamknął jej usta pocałunkiem.

Ktokolwiek decydował o tych sprawach, postanowił, że iluminacja jest lepsza od blasku świec, więc restauracja 365 była oświetlona niczym stadion piłkarski. Idąc do stolika, Saffy widziała nie tylko twarze, ale nawet pory na twarzy każdego, kto liczył się w Dublinie. Muzycy, aktorzy, modelki, gwiazdy rugby, prezenterzy telewizyjni - wszyscy obecni, wszyscy idealnie dobrani w pary.

Listę dań wypisano na balonach w kształcie serc, które kołysały się pod sufitem. Najwyraźniej wszystko składało się z "piersi", "nóżek", "łopatek" i "udek", można tak było również określić strój każdej kobiety na sali oprócz Saffy. Głowy odwracały się, gdy szła przez olbrzymie białe pomieszczenie do stolika. Nie wyróżniałaby się bardziej nawet, gdyby była naga. Miała na sobie prążkowany biurowy kostium, a w ręku teczkę.

Brief dla White Feather skończyła za dwadzieścia ósma. Jechanie do domu, by się przebrać, nie wchodziło w grę. Zresztą nawet gdyby zdążyła, nie była pewna, czy ma na to ochotę.

To głupie denerwować się, że twój chłopak oświadczył się innej kobiecie w telewizji publicznej. To tylko serial. Mac jest postacią fikcyjną. Mia przypomina dziewczynę z kreskówki, na miłość boską.

Jednak z jakiegoś powodu widok tego, jak Greg klęka i wypowiada słowa, na które ona czeka od sześciu lat, wytrącił ją z równowagi. A jeśli był to jedyny raz, gdy mogłaś zobaczyć, jak się oświadcza? - pytał cichy głos. A jeśli będziesz musiała przyglądać się, jak Mac i Mia biorą ślub i żyją szczęśliwie, podczas gdy ty i Greg nadal będziecie tkwili tu, gdzie jesteście teraz?

Saffy poczuła ulgę, że Greg jeszcze nie przyszedł. Musi się uspokoić.

Podeszła kelnerka i przekazała jej, że Greg się spóźni. Otworzyła butelkę szampana i nalała kieliszek. Saffy wypiła go szybko, a potem jeszcze jeden. W połowie trzeciego napięcie w żołądku zaczęło ustępować i poczuła się znacznie lepiej. Dopóki nie dostała czkawki.

Za pierwszym razem czknęła tak głośno, że kobieta przy stoliku obok podskoczyła. Saffy rozejrzała się, jakby nie miała pojęcia, skąd dobiegł ten odgłos. Gdy poczuła kolejne czknięcie wzbierające w tchawicy, pogrzebała w teczce w poszukiwaniu komórki i udała, że czyta SMS. Trudno było jednak wyglądać przekonująco, gdy czkawka wstrząsała nią jak lalką.

- Hej! Tego nie wolno tu robić.

Nad stolikiem pochylał się facet z potarganą lwią grzywą. Sądząc po akcencie, Australijczyk. Sądząc po włosach i opaleniźnie, pasjonat surfingu. Sądząc po białym fartuchu i pasiastych spodniach, pomocnik kucharza.

Saffy spojrzała na niego zdziwiona.

- Chce pan, żebym wyszła, bo mam czkaw... czkawkę?

- Czkawka jest dozwolona. Telefony komórkowe nie. Proszę nie traktować tego osobiście. Dzwonek rechot żaby mógłby popsuć romantyczny nastrój.

- Mój dzwo... nek to odgłos... hik... morza... i jest wyci... szony.

Wziął od niej telefon i go wyłączył. Potem odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko.

Rozejrzała się. Czy obsłudze wolno się tak zachowywać?

- Co pan... hik... robi?

- Pomagam ci, hik.

Saffy otworzyła usta, by powiedzieć mu, że nie potrzebuje pomocy, ale nim zdołała się odezwać, znowu czknęła.

- Jeśli chcesz tu siedzieć, wydając odgłosy jak karabin maszynowy, proszę bardzo.

Pokręciła głową.

- Dobrze. Zastosujemy jogę i ćwiczenia oddechowe. Nabierz dużo powietrza i zatrzymaj je w płucach na czterdzieści sekund.

Udało jej się zaczerpnąć powietrza między czknięciami.

- Doskonale. Teraz wysuń język i włóż palce do uszu.

Nabiera ją. Na pewno. Nie widziała ekipy filmowej, ale gdzieś musi być ukryta kamera. Wypuściła powietrze. Zabrzmiało to jak kukurydza pękająca w garnku.

Pan Kuchcik się roześmiał.

- Posłuchaj, poznałem tę metodę w aśramie w Indiach. Działa w osiemdziesięciu procentach przypadków, ale trzeba wykonywać polecenia. Spróbujmy jeszcze raz.

Saffy znów nabrała powietrza, zatkała palcami uszy i wysunęła język. Rozmowy i pobrzękiwanie sztućców ucichły. Słuchała szumu krwi i bicia swojego serca.

- Grzeczna dziewczynka. - Pan Kuchcik pochylił się i mocno zacisnął jej nos. Z oczu popłynęły jej łzy. To było najdłuższe czterdzieści sekund w jej życiu, ale gdy minęły, czkawka zniknęła.

Otarła oczy chusteczką.

- Dziękuję, ale czy to trzymanie za nos naprawdę było konieczne?

- Zamiast tego mógł być francuski pocałunek. - Wzruszył ramionami. - Stuprocentowo skuteczny.

Wbiła w niego wzrok.

- Brałeś coś?

Otrzepał fartuch.

- Nie, to cukier puder, a zgaduję, że to... - Pochylił się i zerknął na jej koszulę. - Kawa, prawda? Chcesz miskę białego octu i ciepłej wody, by to zmyć? A może to element antywalentynkowego wizerunku, który, swoją drogą, bardzo mi się podoba. - Wyjął butelkę z wiaderka z lodem i napełnił jej kieliszek. - To rzadka i piękna rzecz, gdy kobieta za bardzo się nie stara. Szczególnie dziś wieczorem.

- Dziękuję - odparła Saffy chłodno. - Powinieneś już iść. Po pierwsze, mam chłopaka, a po drugie, czy nie powinieneś być w kuchni i kroić marchewki, zamiast podrywać gości?

Roześmiał się.

- Przepraszam. Nie śmieję się z ciebie, śmieję się z tobą.

- Naprawdę? Bo ja się nie śmieję.

- Tak, widzę. Wyglądasz na poirytowaną. To dlatego, że on się spóźnia?

- Nie spóźnia się. Coś go zatrzymało.

- Ale jesteś na niego wkurzona, prawda? Nie dostałaś tuzina czerwonych róż?

- Nie... to znaczy... tak, dostałam kwiaty. - Saffy starała się podchwycić spojrzenie kierownika sali. Dlaczego nikt nie kwapi się, by usunąć tego typa?

- Czy mógłbyś...

- Obawiam się, że nie. Regulamin restauracji. Nie możemy pozwalać, by piękne dziewczyny... - zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów - ...w seksownych strojach biznesowych siedziały same w walentynkowy wieczór. To dekoncentruje wszystkich facetów.

Dolał jej szampana.

- Więc jak długo ty i ten chłopak jesteście razem? - spytał obcesowo.

Saffy wpatrywała się w dal. Może jeśli zacznie go ignorować, Pan Kuchcik wreszcie sobie pójdzie.

- Rok? Dwa? Pięć?

- Nie twoja sprawa.

- A więc ponad pięć.

Pochylił się i wziął ją za rękę.

- I wciąż nie dał ci pierścionka. To tłumaczy irytację. Jak powiedziała kiedyś moja znajoma, związki są jak rekiny, muszą się poruszać, inaczej umierają w wodzie. Przy okazji, mam na imię Doug. A ty?

- Jeżeli nie puścisz mojej ręki, zacznę krzyczeć - ostrzegła Saffy.

Wzruszył ramionami i wstał w chwili, gdy usłyszała szmer na sali. Odwróciła się i zobaczyła w drzwiach Grega. Miał na sobie dżinsy, bardzo obcisłą białą koszulkę z krótkim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Wyglądał jak francuska gwiazda filmowa z lat pięćdziesiątych.

Ktoś zaczął klaskać, a potem wezbrała fala aplauzu. Kilka osób wstało, by uścisnąć dłoń Grega, gdy szedł do stolika.

- Gratulacje, Gleeson! - Wykrzyknął podpity prezenter telewizyjny. - Wreszcie zrobisz z Mii uczciwą kobietę!

Rozległy się wiwaty i gwizdy wyrażające uznanie.

- Dzięki! - Greg ukłonił się dla żartu. - To trudne zadanie, ale ktoś musiał się go podjąć! Przepraszam za spóźnienie, skarbie. - Trzymał w ręku więdnącą różę owiniętą w celofan.

- To dla mnie? Dziękuję! Jest cudowna. - Saffy zachwyciła się głośno ze względu na Pana Kuchcika.

- Co? Nie. Dostałem ją od fanki. Jechała na rowerze za moją taksówką przez całą drogę ze studia. Proszę! - Podał różę Panu Kuchcikowi. - Włóż to do wody, dobra? - Wziął butelkę szampana, która była prawie pusta. - I przynieś jeszcze jedną taką. Hej - pocałował Saffy i usiadł - popatrz tylko! Wyglądasz... - Zauważył jej kostium.

- Jakbym przyszła prosto z pracy? Wiem. Bo przyszłam. Chciałam iść do domu i się przebrać, ale nie miałam czasu.

- Wyglądasz... gorąco.

- Naprawdę?

- Tak. Wyglądasz jak gorąca laska, ale chyba też jest ci gorąco. Może zdejmiesz żakiet?

- Nie mogę. Wylałam kawę na bluzkę.

- Jeden z tych dni?

- Hmm. - Nie chciała rozmawiać o awanturze z matką ani o maratonie dla White Feather, ani o upokarzającej czkawce, ani o aroganckim Australijczyku, ani o tym, że Greg nawet jej nie powiedział, że Mac oświadczy się w serialu. A najbardziej nie chciała rozmawiać o tym, jak się zachował, gdy wszyscy mu przed chwilą gratulowali. Jakby Mia była prawdziwa, a Saffy fikcyjna.

Greg podniósł głowę, by przeczytać menu na baloniku.

- Umieram z głodu. Dzisiejszy catering na planie to był zawał na kółkach, więc się oszczędzałem. Dobra... Na początek wezmę przegrzebki. Potem kurczaka... Cholera!

- O mój Boże! To Greg Gleeson. - Nad stołem pochylała się bardzo biuściasta dziewczyna w liliowej sukience z dużym dekoltem.

Saffy zastanawiała się, dlaczego zawsze muszą to mówić, jakby sam nie wiedział, kim jest.

Dziewczyna przeczesywała palcami długie lśniące włosy i trzepotała rzęsami, udając zdenerwowaną. Jak wszystkie.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Mówiłam mojemu chłopakowi, że to pan, ale nie chciał mi uwierzyć! Musiałam podejść i powiedzieć panu, że płakałam przez godzinę, gdy oświadczył się pan Mii. Tak się cieszę! I uwielbiam pana grę. Myślę, że będzie pan następnym Colinem Farrellem. Dałabym wszystko za autograf. - Zachowywała się tak, jakby Saffy nie istniała. Jak wszystkie.

Greg przełączył się na promienisty uśmiech Maca Malone'a.

- Nie ma sprawy. Jak ci na imię, skarbie?

- O mój Boże! - Do potrząsania włosami dodała kołysanie całym ciałem.

- Na żywo pana głos jest jeszcze bardziej seksowny niż w telewizji. Madeline. Ale proszę napisać "dla Maddy". - Pochyliła się tak, że jej potężne piersi dotykały jego ucha. - Maddy przez dwa "d".

Kobiety takie jak Maddy przez dwa "d" były powodem, dla którego Greg zajął dziewiąte miejsce w konkursie na najseksowniejszego mężczyznę roku, organizowanym przez "Irish Tatlera", oraz został wybrany piątym najbardziej atrakcyjnym kawalerem przez czytelników "Sunday Independent". To Saffy zwykle przypominała mu, że powinien być miły dla fanek. Chwilowo jednak o tym zapomniała.

- Dziękuję! - Maddy przez dwa "d" wzięła serwetkę z autografem Grega i pochyliła się, by pocałować go w policzek. - Mówiłam szczerze - usłyszała Saffy jej szept. - Zrobiłabym naprawdę wszystko.

- Czy mogłaby pani zostawić nas samych? - poprosiła Saffy cicho. - Wrócić do stolika podrywać swojego chłopaka.

Gdy Maddy odeszła, Greg uniósł brew.

- Dobrze się czujesz?

Nie czuła się dobrze, ale na pewno nie były to czas i miejsce, by o tym rozmawiać. Zasada numer jeden pokazywania się z gwiazdą: w miejscach publicznych zawsze wyglądać na szczęśliwą.

Zdołała się uśmiechnąć.

- Po prostu jestem trochę zmęczona. Za chwilę dojdę do siebie.

Greg nie żartował, mówiąc, że jest głodny. Sprzątnął najpierw swoje, a potem jej przegrzebki. Zjadł pierś kurczaka, a potem kacze udko Saffy i oba bukiety jarzyn. Saffy nie zdołała nic przełknąć. Starała się zachować spokój, ale gdy obserwowała go, jak siedzi i opycha się, jakby nic się nie stało, czuła narastającą irytację. Nie powiedziała mu, że coś jest nie tak, ale po sześciu latach powinien umieć to zauważyć.

Gdy prawie opróżnili drugą butelkę szampana, producent reklam, który zawsze nazywał Saffy Sandy, przysłał kolejną karteczkę Gratulacje, Mac! Saffy musiała udawać, że wznosi do niego toast, gdy w rzeczywistości chciała wylać mu szampana na szyję. Jednak po kolejnym kieliszku doceniła prezent.

Szampan łagodził jej nastrój. Czuła się przyjemnie wstawiona. Mogła kiwać głową i słuchać jednym uchem, gdy Greg mówił o niezależnym reżyserze, który zamierza nakręcić remake Spokojnego człowieka w stylu anime, i o blogerze, twierdzącym, że był dublem pośladków Brada Pitta w Benjaminie Buttonie. A także o pogłosce, że sekretarka planu w Remizie jest hermafrodytą.

- Elektryk usłyszał odgłos golarki dochodzący z jednej z toalet przy samochodach - mówił. - Nie uwierzyłbym w to, ale facet nagrał dźwięk na telefonie.

Przyszedł kelner, by zabrać talerze.

- Hej, o czym myślisz? Jesteś bardzo cicha, skarbie. - Greg się uśmiechnął. - Zastanawiasz się, o co chcę cię zapytać, prawda?

Do tej pory się nad tym nie zastanawiała, ale teraz zaczęła.

Wrócił kelner.

- Deser?

Saffy pokręciła głową.

- Daj się namówić, Saff, musisz spróbować sufletu z ananasem i marakują. - Było coś znaczącego w sposobie, w jaki Greg to powiedział i w jaki się do niej uśmiechał. - Jest wspaniały. Będziesz żałowała, jeśli go nie spróbujesz.

Jej serce zaczęło walić jak oszalałe. Wydawało się, że świat się zatrzymał. Odetchnęła głęboko. Żałować. Czy to znaczy to, co podejrzewa?

- Dobrze. - Ukrycie pierścionka w deserze to dokładnie coś takiego, co zrobiłby Greg. - To znaczy dobrze, zjem deser, a nie będę żałowała!

Saffy precyzyjnie sondowała suflet łyżeczką, podczas gdy Greg demolował "Podwójną bombę czekoladowo-orzechową" i snuł długą opowieść o Tomie Cruise.

- Cruise był na konferencji prasowej w Chinach i zadzwonił czyjś telefon, więc Cruise się wkurzył.

Odsunęła kawałki ananasa na jedną stronę i ułożyła mały stosik z nasion marakui.

- ...a potem zadzwonił znowu, a Cruise podchodzi, bierze telefon i mówi konnichiwa. To po chińsku "halo".

Saffy pomyślała, że raczej po japońsku, ale nie było to teraz istotne. Jadła suflet, popijając każdy kęs łykiem szampana. Poruszała językiem w ustach, szukając metalu.

- ...oczywiście wszyscy dziennikarze padają ze śmiechu, a on mówi do słuchawki: "Tu Tom Cruise. Jak się pan miewa? Właśnie mamy konferencję prasową. Czy mogę coś dla pana zrobić?"

W ustach miała tylko powietrze.

- Greg, o co chciałeś mnie spytać? - Nie mówiła tego Saffy. Ona nigdy nie byłaby taka bezpośrednia. To szampan, który po prostu nie mógł dłużej czekać.

Greg zlizał czekoladę z łyżeczki, uśmiechnął się i odłożył łyżeczkę. Sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyjął iPhone'a. Spodziewała się pudełeczka od jubilera, ale może zrobił zdjęcie pierścionka? Może zrobił zdjęcie mnóstwa pierścionków, żeby mogła wybrać ten, który jej się spodoba?

Otworzył Gmail i zaczął czytać:

- "Piszę z Chateau Marmont w Los Angeles, siedzę właśnie na tarasie".

Czy to przemowa? A może wiersz? Saffy wybiegła myślami naprzód, napędzana szampanem, starając się znaleźć rym do "tarasie". Czasie? Kasie? Wypasie? Głuptasie?

- "Jestem po spotkaniu z Gordonem Driersem odpowiedzialnym za obsadę. Chciałby, żebyś wziął udział w próbach do głównej roli w westernie opartym na opowiadaniu Elmore'a Leonarda. Napisano ją dla czołowego irlandzkiego aktora, ale zrezygnował ze względu na różnice artystyczne". - Greg spojrzał na Saffy. - Może to był Colin Farrell? A może Cillian Murphy?

Saffy była zdezorientowana. Dlaczego czyta jej e-mail z pracy? I jak zamierza przejść od tego do "czy za mnie wyjdziesz?"

- Albo Rhys-Myers. - Postukał się w podbródek. - Podobno facet ma duże wymagania. - Wrócił do tekstu: - "Zdjęcia próbne odbędą się w połowie maja. Driers pokryje koszty lotu i zakwaterowania w Chateau Marmont. Powodzenia. Lauren". To jest to, skarbie. Jeśli dostanę tę rolę, będę w Hollywood. Naprawdę będę następnym Colinem Farrellem.

Zrozumiała. Chciał, żeby pojechała z nim do Los Angeles, a potem żeby udali się do Vegas i pobrali się w jednej z tych małych kiczowatych sal ślubnych.

- Saffy - wziął ją za rękę - nie chcę zrobić tego sam.

Przyłożyła drugą dłoń do ust. To to.

- Czy pojedziesz ze mną? Zapłacę za twój lot. Będziesz musiała wziąć tydzień lub dziesięć dni urlopu, ale tylko pomyśl, Los Angeles, skarbie! W Chateau. Mulholland Drive. Venice Beach. Sprawdziłem tego Driersa w Google. Kumpluje się ze wszystkimi. Możemy imprezować z Penelope Cruz, Nicole Kidman i Tomem Cruisem. Chociaż pewnie nie w tym samym czasie.

Zobaczył jej minę.

- Co się stało?

Nic się nie stało... Proszę, błagała szampana, proszę, tylko nic nie mów.

Greg wyglądał na zaskoczonego.

- Na to właśnie czekaliśmy. Hollywood! Myślałem, że się ucieszysz.

- A ja myślałam... - odezwał się szampan, Saffy nie mogła go powstrzymać. - ....że poprosisz mnie o rękę.

- O rękę? - Greg nie krył zdumienia. Szczerego zdumienia. - Ale...

- Ale co?

Doświadczała czegoś, co Greg nazywał "wychodzeniem poza siebie": unosiła się nad stołem, spoglądała z góry, ale nie miała kontroli nad tym, co powie szampan.

- Jesteśmy razem dłużej niż Mack i Mia, Greg. A jesteśmy prawdziwymi ludźmi. Dlaczego byłoby to takie dziwne?

- Saffy, weź coś na uspokojenie, dobrze? I mów trochę ciszej. Robisz scenę. Słuchaj, jeśli chodzi ci o dzieci, to rozmawialiśmy o tym i wiesz, że nie chcę zakładać rodziny. Sam jestem dużym dzieckiem, mówiłem ci, że...

- Nie chodzi o dzieci. Ja też nie chcę dzieci. Ale chcę mieć rodzinę. Chcę, żebyśmy my byli rodziną. Minęło już sześć lat, Greg. Zmierzamy donikąd.

- Zmierzamy do Los Angeles. - Uśmiechnął się do niej z przymusem. - Prawda?

Wbiła w niego wzrok. Greg rozmywał się nieco na brzegach, ale mówił poważnie.

- Nie, nieprawda. Nigdzie z tobą nie pojadę, jeśli nie zechcesz bardziej się zaangażować.

Co ten szampan wygaduje? I jak można sprawić, by zamilkł?

- Słuchaj, nie możesz po prostu zrzucać tego na mnie jak grochu z jasnego nieba, skarbie. - Pokręcił głową. - To poważna sprawa. Musimy o tym porozmawiać i...

- Jak gromu z jasnego nieba? Czekam lata, żebyś poprosił mnie o rękę, Greg, wiele lat. Przykro mi, ale nie mogę dłużej udawać, że to nieważne. - Uświadomiła sobie, że to prawda. I że poczuła ulgę, gdy to powiedziała. - Związki są jak rekiny, muszą się poruszać, inaczej giną.

Greg uśmiechnął się nerwowo i starał się wziąć ją za rękę.

- Kto tak mówi? Może są jak leniwce. Leniwce prawie się nie ruszają, a mogą dożyć czterdziestu lat. Widziałem o tym dokument na Discovery.

Para przy sąsiednim stoliku przyglądała im się jak grze w ping-ponga. Kobieta w zielonej sukience wychynęła zza kolumny, żeby zrobić zdjęcie telefonem komórkowym.

Saffy cofnęła rękę.

- Przykro mi, ale nie jestem lewińcem. - Szampan był już zmęczony. - To znaczy leciwcem. I nie chcę być czterdziestoletnią starą pandą. - Sięgnęła po kieliszek, ale Greg złapał go pierwszy.

- Dość już wypiłem - powiedział wściekłym szeptem. - I ty też. Wychodzimy. Zabiorę cię do domu. - Rozejrzał się w poszukiwaniu kelnera.

- Nie wrócę z tobą do domu! - oznajmiła Saffy Gregowi i piętnaściorgu osobom, które najwyraźniej ich podsłuchiwały. - Nigdzie z tobą nie pójdę, skoro nie chcesz się ze mną ożenić.

- Nie przekręcaj moich słów, Saffy. Nigdy nie powiedziałem, że się z tobą nie ożenię.

- Dobrze. To ożenisz się? Tak czy nie?

- Nie. - Zbladł z gniewu. - Nie wciągniesz mnie w tę grę, Saffy. - Dał znak, że prosi o rachunek.

Resztki szampana wyparowały i jego "nie" uderzyło w Saffy jak kula do rozbijania budynków. Nagle poczuła się wyczerpana. Co ona zrobiła? I co ma zrobić teraz?

- No cóż - wstała i odszukała teczkę - przynajmniej wiem, na czym stoję.

Gorzej z przypomnieniem sobie, jak się stoi. Sala wirowała, a Saffy czuła się, jakby musiała utrzymać równowagę na plątaninie nóg, choć było to niemożliwe, bo przecież miała tylko dwie nogi. Ruszyła chwiejnie w stronę drzwi i jakimś cudem udało jej się dotrzeć do nich, nie gubiąc butów.

Lunął deszcz i przechodnie chowali się w wejściach do budynków przy Parliament Street, ale Saffy nie dbała o to, że moknie. Prawie biegiem dotarła aż do nadbrzeża w nadziei, że złapie taksówkę, ale wszystkie wiozły pasażerów.

Choć powietrze było chłodne, twarz ją paliła, a serce biło dwa razy szybciej. Co się właśnie stało?

Nie upiła się publicznie. Nie zrobiła sceny. Chciała zawrócić do restauracji i inaczej zakończyć spotkanie. Teraz jednak włosy kleiły jej się do czoła. Wszyscy widzieli, jak wybiega wzburzona. Nie zniosłaby upokarzającego powrotu do stolika przez jasno oświetloną salę. Musi wrócić do domu i wytrzeźwieć. Rano wszystko będzie wyglądać jaśniej.

Taksówka zatrzymała się, by wysadzić jakąś parę, i Saffy wczołgała się do środka.

- Głowa do góry, moja droga - powiedział kierowca. - Może nic takiego się nie stanie.

Problem w tym, że prawdopodobnie miał rację.

ROZDZIAŁ 4

Z brwi Grega kapała woda.

- Szczęśliwego pieprzonego Walentego. - Wyminął Conora, zostawiając na dywanie małe kałuże.

Cholera, pomyślał Conor, zobaczy książkę! Koperta zaadresowana do Douglas, Kemp i Troy leżała na biurku stojącym w niszy. Conor wziął ściereczkę z kosza na bieliznę i rzucił ją Gregowi.

Gdy Greg wycierał włosy, zajrzał do kuchni i wsunął kopertę pod stół. Greg poszedł za nim, zrzucając po drodze przemoczone buty i przewracając plastikowy kosz pełen klocków Lego. Na podłogę rozsypały się małe czerwone i białe cegiełki.

- Rany, co za burdel!

Conor sądził przez chwilę, że Greg mówi o kuchni z nędznymi szafkami i odchodzącym linoleum, ale tak nie było.

- Najpierw Saffy zjawia się na kolacji w kostiumie z pracy. Potem nieźle się wstawia. Później zaczyna mnie męczyć o jakąś głupotę z Remizy. A na koniec pyta, czy się z nią ożenię. A na koniec chyba przez godzinę łapałem taksówkę. Musiałem przyjść tu na piechotę w ulewnym deszczu.

Spojrzał na swoje buty.

- Popatrz na to. Prada za trzysta euro do wyrzucenia.

Conor był zdumiony.

- Saffy ci się oświadczyła?

Jeżeli tak, dlaczego nie ma jej tu razem z Gregiem?

- To właśnie mówię. - Greg zdjął skórzaną kurtkę i powiesił ostrożnie na oparciu krzesła, a potem ściągnął mokrą koszulkę i skarpetki.

- Jesteś pewny? - Wizja ostrożnej, rozważnej Saffy, jak pijana klęka w restauracji, nie miała najmniejszego sensu. Saffy to jedna z najbardziej powściągliwych osób jakie Conor zna.

- Tak, jestem pewny. - Greg został w białych bokserkach. - Jeśli mi nie wierzysz, zawsze możesz spytać jedną ze stu pięćdziesięciu osób, które nagrywały wszystko na telefony.

- Ale gdzie jest teraz Saffy?

Greg wycierał ściereczką umięśniony brzuch.

- Nie wiem. Wybiegła wściekła. Pewnie wraca do domu.

- Pewnie? Nie powinieneś zadzwonić i sprawdzić? Jeżeli nie złapie taksówki...

- Żartujesz sobie? Nie zadzwonię do niej, dopóki nie ochłonie. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Człowieku, była jak antychryst. Zresztą i tak nie mogę do niej zadzwonić, bo telefon mi zamókł. Chyba zdechł. - Wyjął aparat z kieszeni kurtki i położył na kaloryferze. - Cholera! Nic dziwnego, że tu taki ziąb. Masz wyłączone ogrzewanie. Pożycz mi szlafrok, dobrze?

- Co?

- Zrozum, człowieku, nie mogę się przeziębić, a ty nadal jesteś mi winny przysługę za to, że namówiłem Rachel Kennedy, żeby poszła z tobą na ten wieczorek w Slane Castle.

- To było piętnaście lat temu. - Conor podał mu szlafrok. - I to ty z nią poszedłeś, nie pamiętasz?

- Ach, tak. - Greg skinął głową. - Pamiętam! Opowiadałem ci, że kilka lat temu znalazła mnie na Facebooku i zaproponowała...

- Tak, opowiadałeś. - Connor czuł się głupio, gdy stał tak we własnej kuchni z innym mężczyzną, ubrany w same bokserki.

Greg sięgnął do lodówki.

- Powiedz, proszę, że masz tu do picia coś, co nie jest sokiem pomarańczowym.

- Mleko?

Greg przewrócił oczami.

- Jak mamy przegadać całą noc, skoro nie ma nic do picia?

- Nie przegadamy całej nocy - odparł Conor. Jess czekała na niego na górze w ciepłym łóżku.

Greg westchnął.

- Poddaję się. Po prostu daj mi kołdrę i położę się na kanapie.

- Kurczę, dzieciaki popsuły kanapę. Jeśli nie masz gdzie się podziać, Lizzie mogłaby spać z nami, a ciebie położyłbym z Lukiem.

- Świetnie. Walentynkowa noc na piętrowym łóżku. Czy to nie seksowne? A mówiąc o seksownych... - uśmiechnął się z przekąsem i wskazał pierś Conora - podobają mi się te męskie cycki.

- Co on tu robi? - Jess siedziała na łóżku, włosy opadały jej na nagie ramiona. Sięgnęła do nocnego stolika po budzik, przewracając wielki stos niedzielnych gazet oraz kupkę muszelek, które bliźnięta zebrały na plaży. Pod spodem leżała ulubiona szara koszulka Conora. A już myślał, że nigdy się nie znajdzie.

- Pokłócili się. Mówi, że poprosiła go, żeby się z nią ożenił, a on odmówił.

Jess próbowała otworzyć szufladę stolika, ale ta się zacięła.

- Jasne. Chyba mu się to przyśniło - parsknęła. - Spił się czy co?

- Nie. Ale mówi, że Saffy tak. Zrobiła scenę w restauracji i pobiegła do domu.

- Saffy? Scenę? To bez sensu, a w tym związku bezsensownie postępuje tylko jedna strona. Lepiej do niej zadzwonię.

Zapaliła światło i pogrzebała w torebce w poszukiwaniu telefonu.

- Boże, już po pierwszej. Zadzwonię do niej rano. Jeśli jednak wróciła do Trump Towers, co tu robi Greg?

Jess nazywała apartament Saffy i Grega Trump Towers, bo salon był tylko odrobinę mniejszy niż cały dom jej i Conora.

- Chce dać jej czas, by ochłonęła. Musiał się gdzieś zatrzymać.

Jess jęknęła.

- Dlaczego nie poszedł do hotelu?

- Są walentynki, Jess. Nigdzie nie znalazłby wolnego pokoju.

- Dobrze już. Byle tylko nie zawracał ci głowy. Właśnie miałeś się czymś zająć. - Jess odrzuciła kołdrę. - Pamiętasz?

Pamiętał. A gdyby nie pamiętał, przypomniałby sobie na widok jej nagości.

- Jess, rzecz w tym, że kanapa jest już zupełnie do niczego i musiałem położyć Grega z Lukiem. Mamy więc towarzystwo.

W drzwiach stanęła Lizzie w piżamie z postaciami z kreskówki o Dorze poznającej świat. Zamrugała sennie. Bez okularów nic nie widziała. Conor wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

- Ten pan z telewizji jest w naszym pokoju. - Lizzie ziewnęła. - Mówi, że Brendan to obrzydliwy szczurek.

Jess objęła ją i otuliła kołdrą. Spojrzała znacząco na Conora.

- Tak, swój pozna swego.

Saffy obudziła się na łóżku z twarzą w poduszce. Głowę miała tak spuchniętą, że niemal bolały ją włosy. Była w staniku, spodniach i jednym bucie. Coś przylepiło jej się do twarzy. Przeraziła się, że to strup. Gdy go dotknęła, od policzka oderwał się wyschnięty płatek róży i wylądował na jej kolanach. Mężczyzna z apartamentu naprzeciwko stał na balkonie, jadł płatki śniadaniowe i oglądał Saffy jak program w telewizji. Pomachał jej łyżką.

Zanurkowała na podłogę, znalazła pilota i zasłoniła okna, a potem wczołgała się do łóżka. Położyła się ostrożnie i wpatrzyła w olbrzymi czarny żyrandol. Często przychodziło jej do głowy, że gdyby spadł, mógłby kogoś zabić. Zaklinała go, by spadł na nią teraz, bo gdyby to zrobił, nie musiałaby radzić sobie z kacem, bólem głowy i z tym, co stało się ubiegłej nocy.

Zakryła poduszką oczy. Czy naprawdę poprosiła Grega, żeby się z nią ożenił? I czy on powiedział "nie" ? Zawołała jego imię niepewnym szeptem, a potem tak głośno, jak tylko mogła, nie ryzykując, że ból wywoła w jej mózgu krótkie spięcie. Z ciszy panującej w apartamencie wywnioskowała, że Grega nie ma.

Usiadła i odszukała telefon. Pięć po dziesiątej. Żadnych nieodebranych połączeń. Żadnych wiadomości. Zadzwoniła do Grega, a serce podchodziło jej do wysuszonego gardła. Nie była pewna, co powie, gdy Greg odbierze. Ale nie odebrał. Od razu włączyła się poczta głosowa.

Deszcz zadzwonił o okna ciągnące się przez całą długość mieszkania. Wielki dog w apartamencie poniżej wył do przelatujących mew. Kobieta z góry słuchała Abby i odkurzała. Jednak cisza dobiegająca z telefonu, odgłos Grega niedzwoniącego do niej, była najgłośniejsza.

Greg siedział przy kuchennym stole i jadł ostatni jogurt przeznaczony dla dzieci. Luke się wścieknie, pomyślał Conor. To jedyna rzecz, którą jest skłonny rano przełknąć.

- Człowieku, nie masz pojęcia, ile mnie kosztowało, żeby nie ukatrupić tego gryzonia - jęknął Greg. - Czy ten mały dupek w ogóle sypia?

- To chomik. - Lizzie stanęła obok Grega. - Prowadzi nocny tryb życia. Ma na imię Brendan i...

- Wyluzuj, okularnico. - Uderzył ją po głowie pudełkiem płatków owsianych. - I zrób coś z tym psim oddechem, nim dorośniesz i będziesz musiała kogoś pocałować.

Lizzie zachichotała. Conor włożył do tostera parę kromek dla Luke'a, choć ten prawie na pewno ich nie zje. Conora zawsze zdumiewało, że dzieci tak bardzo lubią Grega, nawet gdy bywa niemiły. Pewnie dlatego, że nie traktuje ich z góry.

- Nie musi - powiedziała Jess, gdy podzielił się z nią tą teorią. - Jest prawie tego samego wzrostu.

Jess weszła do kuchni. Miała na sobie stary, bardzo wytarty szlafrok. Jej włosy były mokre.

- Na twoim miejscu nie siedziałabym tak i nie traciłabym czasu na pogawędki. - Pochyliła się i zabrała Gregowi kawę. - Zadzwoniłabym zaraz do Saffy z przeprosinami, bo cokolwiek zdarzyło się ubiegłego wieczoru, to na pewno była twoja wina, możesz mi wierzyć.

- Na twoim miejscu nie wkładałbym tego szlafroka. - Greg się uśmiechnął. - Wziąłbym długi prysznic, namydlił się porządnie i pobawił swoimi...

- Właśnie dlatego... - Jess pokręciła głową. - Właśnie dlatego żadna kobieta, a zwłaszcza mądra i piękna kobieta, taka jak Saffy, nigdy by ci się nie oświadczyła. - Zwróciła się do Conora: - Przypomnij mi, dlaczego przyjaźnisz się z tym idiotą?

Lizzie chciała zakryć Gregowi uszy.

- Nie słuchaj. Rano zawsze jest w złym humorze.

Wziął kawałek jej tosta.

- Nie martw się o mnie, mała Lizzie. Spływa to po mnie jak woda po psie.

- Conor? - głos Saffy drżał. - Greg zniknął. Dzwoniłam do niego godzinami, ale ma wyłączony telefon, a nigdy go nie wyłącza na wypadek, gdyby chciała się z nim skontaktować jego agentka.

Kabel telefonu zahaczył się o poręcz. Conor musiał przykucnąć, żeby przyłożyć słuchawkę do ucha.

- Nie martwiłbym się o to, Saffy.

- Ale ja się martwię. Poszliśmy na kolację i... i wyszliśmy osobno, a nigdy jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie wrócił na noc do domu. Myślę, że coś mu się stało.

- Nic mu się nie stało.

- Uważasz, że powinnam obdzwonić szpitale? Jak długo trzeba czekać, żeby policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu?

- On nie zaginął, Saffy. Jest tu. Został u nas na noc.

- Dzięki Bogu! Nic mu nie jest?

- Wszystko z nim w porządku. - Conor dostawał skurczu nogi w tej pozycji. Próbował wolną ręką odplątać kabel.

- Przynajmniej jak na kogoś, kto obejrzał dwa odcinki He-Mana i Władców wszechświata.

- Kogo?

- He-Mana. Księcia Eternii. Obrońcy zamku Posępnego Czerepu. Znasz tę kreskówkę? - Conor za późno uświadomił sobie, że to nadmiar informacji.

- On... ogląda kreskówkę? - Saffy wyobrażała sobie, że Greg został napadnięty, zraniony, potrącony przez samochód i zostawiony na poboczu, albo oddaje się rozmyślaniom w ciemnym pokoju. Nie przyszło jej do głowy, że ogląda program dla dzieci.

Sądziła, że jest zbyt odwodniona, by płakać, ale się myliła. Czy on nie ma serca? Musi wiedzieć, że ona ze zmartwienia odchodzi od zmysłów.

- Już dobrze - powiedział bezradnie Conor. Nie miał pojęcia, co robić. To była specjalność Jess. - Ciii! Już dobrze, naprawdę.

Greg wszedł na korytarz.

- Rany - sapnął - ta Sibylline jest niezła, jak na animowaną laskę. Widziałeś te skąpe szorty?

- To Saffy - powiedział bezgłośnie Conor.

- Wciąż? - Greg nakreślił palcem kółko na czole.

- Greg chce z tobą porozmawiać - rzucił Conor, szarpiąc kabel, by móc przekazać słuchawkę. - Podam mu telefon.

- Nie! - jęknęła Saffy zduszonym głosem. - Nie rób tego. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie chcę też, by wracał do domu. Powiesz mu to, gdy nie będzie akurat zajęty oglądaniem telewizji? I czy możesz poprosić Jess, żeby do mnie wpadła?

Rozłączyła się.

- Człowieku! - Greg sięgnął po słuchawkę. - Musicie być jedynymi ludźmi na Ziemi, którzy nie mają jeszcze bezprzewodowego aparatu.

W apartamencie Saffy i Grega wszystko było białe, drogie, delikatne lub miało te trzy cechy naraz. Jess bolała głowa już na samą myśl o tym, jakie szkody mógłby wyrządzić Luke, nawet nie próbując. Urządził jednak wielką awanturę o to, że Greg zjadł jego jogurt, a ona nie miała czasu go uspokoić, więc wsadziła go na siodełko roweru i miała nadzieję, że Saffy zrozumie. Jess pedałowała teraz nad morzem w deszczu. Pewnie nie zrozumie. Ludzie, którzy nie mają dzieci, rzadko rozumieją.

Jess mogła się teraz śmiać na myśl o pikniku, który Greg i Saffy zorganizowali na drugie urodziny Luke'a i Lizzie, choć wtedy nie było to śmieszne. Nie, jeżeli nie uważasz za dobrą zabawę ciągnięcia dwóch ciężkich berbeci i najcięższego kosza piknikowego na świecie po pionowej ścieżce wiodącej na skraj półwyspu Howth Head.

Kosz, jak się okazało, zwierał dwie butelki szampana, kilka słoików z peklowaną kaczką, parę rodzajów pleśniowego sera i pudełko czekoladowych trufli. Nic, co mogłyby zjeść lub wypić dzieci. Nie mieli nawet wody. Na szczęście znalazła się torebka lodu, który zaczął się roztapiać, a Jess znalazła na dnie torby starą paczkę herbatników.

Nadal pamiętała wyraz twarzy Saffy, gdy Lizzie musiała użyć butelki szampana jako nocnika. I zdumienie w jej głosie, gdy Jess zrezygnowała z przepustek za scenę po koncercie Madonny.

- Naprawdę nie skorzystasz z okazji, by poznać najsłynniejszą kobietę świata, i wolisz zostać w domu, gotować marchewkę i zmieniać pieluchy?

- Najsłynniejszą kobietą na świecie jest Matka Teresa - odcięła się Jess. - Ale porozmawiam z dziećmi, żeby zaczęły bardziej się starać. Niemowlęta, które nie chcą pomagać w domu i raz na jakiś czas same zmienić sobie pieluch i ugotować marchewki są naprawdę samolubne.

Było niemal cudem, że Saffy i Jess zostały przyjaciółkami, co pewnie by się nie stało, gdyby nie Conor i Greg. Jess cieszyła się jednak, że do tego doszło. W szkole i na studiach nie miała przyjaciółki. Z jakiegoś powodu inne dziewczęta zawsze podchodziły do niej z dystansem, jakby myślały, że ukradnie im chłopaków.

Było miłą niespodzianką w wieku dwudziestu paru lat znaleźć wreszcie kogoś, z kim można porozmawiać. Nawet jeśli większość ich rozmów okazywała się równoległymi monologami, w których Jess wyrzucała z siebie emocje związane z moczeniem łóżka i odwszawianiem, a Saffy trajkotała o polityce agencji reklamowej i karierze Grega.

Saffy bywała nieco spięta i zachowywała się tak, jakby życie było egzaminem, który desperacko próbuje zdać, ale w rzeczywistości była jedną z najmilszych osób, jakie Jess kiedykolwiek spotkała. A jeśli ten idiota Greg uszkodził choć włos na jej głowie lub komorę w jej sercu, będzie musiała dać mu nauczkę w stylu Tony'ego Soprano.

Luke przytulił się mocniej do jej pleców.

- Dokąd jedziemy? - spytał. Głos nadal miał nieco ochrypły od płaczu, ale Jess wiedziała, że najgorszy humor już mu przeszedł. - Deszcz mi napadał do głowy i zapomniałem.

- Będziemy nocowali u Saffy i postaramy się ją rozweselić, dobrze?! - krzyknęła przez ramię.

- Dobrze. Zabrałem DVD i mogę pokazać jej moją kurzajkę. Myślałem, że zniknęła, ale jednak nie.

By pokonać most w Irishtown, Jess musiała stawać na pedałach. Podobało jej się, że dodatkowe dwadzieścia jeden kilogramów syna zmusza każdy mięsień jej łydek do cięższej pracy.

- Czy Saffy lubi chomiki? - spytał Luke, gdy jechali przeszkloną windą.

- Nie jestem pewna, ale chyba nie... - Jess zauważyła coś poruszającego się w kieszeni kurtki Luke'a.

Życie z dziećmi nigdy nie jest idealne, pomyślała, zamykając Brendana w torbie, ale na pewno nie jest nudne.

Saffy ubrana była w kremowe dżinsy i jasny sweter, lecz zdaniem Jess wyglądała, jakby niedawno ją ekshumowano.

- Przyniosłem Spongeboba! - Luke przemknął obok niej i pobiegł w butach na rolkach po wypolerowanej podłodze z klonowych desek. Włożył płytę do odtwarzacza, włączył telewizor, opadł na białą, skórzaną sofę i zaczął podskakiwać.

Jess poszła za Saffy do sypialni. Białe rolety zasłaniały okna sięgające od podłogi do sufitu. Na podłodze leżał biały dywan. Białe ściany były puste z wyjątkiem wielkiego obrazu w kolorze złamanej bieli. Przypominało to odcinek Star Treka. Można było się spodziewać, że zaraz zjawi się kobieta w zwiewnych szatach i powie: "Witamy na naszej planecie. Nie ma tu wojen ani sporów. Panuje pełna harmonia".

Tyle że harmonia przestała tu panować. Saffy położyła się w ubraniu na łóżku i owinęła kołdrą, pochlipując. Jess zdjęła buty i też weszła do łóżka.

- Już dobrze - powiedziała, choć nie była pewna, czy tak naprawdę jest. W ciągu sześciu lat tylko dwa razy widziała Saffy płaczącą. Raz, gdy przycięła sobie palec drzwiami samochodu, i drugi, gdy oglądali razem Titanica na DVD. Nigdy nie widziała jej naprawdę we łzach.

- Biedactwo. Powiedz mi, co się stało. - Pogłaskała Saffy po plecach. Jej sweter był niezwykle miękki. Ubrania Saffy zawsze wyglądały zwyczajnie, ale na ogół okazywało się, że są zrobione z czegoś niewiarygodnie drogiego, co pochodzi od jedwabników lub z podbrzuszy kóz. - No dalej, po prostu wyrzuć to z siebie.

Saffy odetchnęła głęboko.

- Naprawdę nie wiem, co się stało. Chyba coś we mnie pękło, gdy obejrzałam Remizę. Starałam się tym nie przejmować. Potem jednak, gdy wszedł do restauracji i wszyscy zaczęli gratulować mu zaręczyn z Mią, po prostu nie wytrzymałam.

- Kim jest Mia? - Jess nie oglądała Remizy.

- To postać z serialu. Jest okropna. Ma szopę rudych włosów, plastikowe paznokcie i paskudne implanty, lecz z jakiegoś powodu on może poślubić ją, a mnie nie.

- Daj spokój, Saffy - powiedziała Jess łagodnie. - Nie możesz być zazdrosna o postać z telewizji. To nie Greg pisze scenariusz Remizy. Jestem pewna, że to nie był jego pomysł...

- Ale to takie upokarzające, Jess. Powinnam przyglądać się teraz, jak cały kraj kibicuje mu z okazji jakiegoś wielkiego telewizyjnego ślubu, ale nie potrafię. Nie wtedy, gdy tkwię w związku, w którym on w każdej chwili może zostawić mnie dla innej.

- Ale dlaczego miałby cię zostawić? Przecież cię kocha, wiesz o tym.

- Gdyby mnie kochał, wróciłby tu wczoraj wieczorem. - Głos Saffy był ochrypły. - Zadzwoniłby, żeby powiedzieć, gdzie jest, a nie siedział i oglądał kreskówki. Dlaczego mnie tak traktuje? Co jest z nim nie tak?

Od czego tu zacząć? Greg jest próżny, skupiony na sobie i upośledzony emocjonalnie. Depiluje woskiem klatkę piersiową, używa kosmetyków nawilżających i serum do włosów oraz słów takich jak "facet" i "wyluzuj". Najwyraźniej jednak Jess jest jedyną kobietą w Irlandii, która potrafi mu się oprzeć.

- Chyba poprosiłam go, żeby się ze mną ożenił. - Saffy ukryła twarz w kołdrze. - A on chyba powiedział "nie". Mówiąc dokładniej, kiedy... no wiesz... jakby mu się oświadczyłam, powiedział: "Nie, nie wciągniesz mnie w tę grę". Sądzisz, że to naprawdę oznaczało odmowę?

- Nie, nie sądzę. Uważam, że to wielkie nieporozumienie - odparła Jess. - Na pewno.

- Jess, nie widziałaś jego miny, gdy to mówił. Wyglądał na przerażonego.

Jess żałowała, że nie widziała jego twarzy i nie mogła go spoliczkować. Greg powinien czołgać się na czworakach i dziękować jakiemuś bóstwu, któremu oddaje cześć (za wyjątkiem siebie samego), że kobieta taka jak Saffy w ogóle go chce.

- Pewnie po prostu się tego nie spodziewał - uznała taktownie.

- Po sześciu latach? Daj spokój, Jess. Po sześciu latach?

- Conor i ja byliśmy razem przez siedem lat, a ja dostaję zawału za każdym razem, gdy wspomina o ślubie. Niektórzy ludzie mają problem z całą tą instytucją, Saffy. Może Greg do nich należy?

Saffy powinna była przewidzieć, że nie ma sensu rozmawiać o tym z Jess, bo jest ostatnią osobą na świecie, która to zrozumie. Kobiety nie rzucają się codziennie na Conora. Jess nie będzie musiała w bliskiej perspektywie konkurować z Kate Beckinsale lub Natalie Portman. Zresztą nawet gdyby musiała, pewnie by wygrała. Gdy jest się tak pięknym, jak Jess, nie ma się powodów do obaw.

- Wiesz, że to możliwe - mówiła teraz. - Chcieć spędzić z kimś resztę życia, ale nie podpisywać jakiś papierek.

- Ale dlaczego miałabym chcieć spędzić resztę życia z kimś, kto może w każdej chwili odejść?

- Słuchaj - tłumaczyła łagodnie Jess - może tak naprawdę nie chodzi o ciebie i Grega. Może chodzi o twoich rodziców. Może sądzisz, że sprawy ułożyłyby się inaczej, gdyby byli małżeństwem, ale nigdy się tego nie dowiesz. Jeżeli twój tata chciał odejść, pewnie i tak by odszedł. Akt małżeństwa niczego by nie zmienił.

Jej tata. Ludzie, którzy mieli "tatów", używali tego słowa, mówiąc o jej ojcu. Nie rozumieli, że człowiek nie rodzi się z tatą. Rodzi się z ojcem, który staje się tatą w setkach tysięcy drobnych chwil. Podczas opowiadania bajek na dobranoc. Śpiewania piosenek w samochodzie. Nadmuchiwania rękawków do pływania. Wkładania pod poduszkę pieniążków, które ma przynosić Wróżka Zębuszka. Noszenia w portfelu zdjęć dziecka.

- Cóż, najwyraźniej coś zmienił. - Zamknęła oczy, by nie musieć patrzeć na Jess. - Gdy mój ojciec od nas odszedł, wrócił do swojej żony.

W drzwiach stanął Luke i podszedł do łóżka, szurając butami na kółkach po dywanie. - Patrz, sorka - wskazał mewę siedzącą za oknem na poręczy balkonu. - Mogę dać jej trochę czipsów? - Jess przyłożyła palec do ust i pokręciła głową.

Luke zamrugał uroczyście wielkimi niebieskimi oczami. Pomyślała, że wygląda jak aniołek. Czy Saffy nie może otworzyć oczu i zobaczyć, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi?

Stanie w kościele czy w urzędzie stanu cywilnego w wielkiej białej bezie i powtarzanie mnóstwa prawniczego bełkotu nic nie znaczy. Chcieć mieć razem dzieci i być razem, by je wychowywać, na tym naprawdę polega miłość. Do tego służy.

- Czy ona śpi? - szepnął Luke, pochylając się, by spojrzeć na Saffy. - Czy mogę dać jej trochę czipsów?

- Nie, nie śpię. - Saffy otworzyła oczy. Oddech Luke'a pachniał "śmietanką" i "cebulką", od czego wywracał się jej żołądek.

- Po prostu jest smutna - wyjaśniła Jess.

- Dlaczego jest smutna?

- No cóż, pamiętasz, jak tłumaczyłam ci, że chłopcy i dziewczęta się różnią? - Jess wytarła mu buzię rękawem. - Czasami powoduje to różne problemy.

- Chłopcy mają penisy - wyjaśnił Luke Saffy. - Dziewczynki mają waliny.

- Waginy, Luke - poprawiła go Jess. - Ale to właśnie zwykle jest przyczyną problemów. - Uśmiechnęła się krzywo do Saffy. - Z ust niemowląt...

Z ust niemowląt co? - chciała zapytać Saffy. Leci ślina i wypadają przeżute ciasteczka?

- O rany! - Greg pokręcił głową. - Co to jest?

- Spagrówki. - Conor postawił patelnię na stole. - Spaghetti. Parówki koktajlowe. Ketchup, łyżka cukru. Ulubione danie Lizzie.

Lizzie przyglądała się uważnie daniu. Miała zaparowane okulary.

- Nie podoba mi się to. Rusza się jak robaki.

Conor miał ochotę walnąć ją patelnią. Przez cały dzień brała stronę Grega. A ten rozłożył się na kanapie, czytał gazety i przerzucał kanały w telewizji. Lizzie krążyła wokół niego, przynosiła mu syrop pomarańczowy w kieliszkach do jajek i talerze ciasta na niby, i zgadzała się ze wszystkim, co mówił. Najwyraźniej ona też uważa, że Sean Penn jest przeceniany, że dieta niskocukrowa to stek bzdur i że Elizabeth Hurley nieźle się trzyma, jak na swój wiek.

- Dalej, Lizzie, przecież to lubisz - przymilał się Conor.

- Może zamówię dla nas coś na wynos od Japończyka? - zaproponował Greg. - Co wolisz, Liz, sushi czy sashimi?

Lizzie pogłaskała Tęczowego Pastelowego Jednorożca i się zastanowiła.

- Prawdopodobnie lubię oba.

Gdy przywieziono dania, kazał jej zająć się wasabi i rozłożył wszystko na talerzach. Słuchała cierpliwie, gdy tłumaczył, co jest czym, a potem spytała:

- Czy mogę spróbować surowego węgorza, proszę? - Dziecko, które trzeba było przekupywać, by zjadło cały paluszek rybny!

Jednak Conor nie powinien się temu dziwić. Jego najlepszy przyjaciel zawsze miał taki wpływ na dziewczęta. Gdyby tak nie było, pewnie w ogóle by się nie przyjaźnili.

Conor zawsze był większy od innych dzieci, ale w ostatniej klasie gimnazjum DNA Faheyów odezwało się jeszcze głośniej, więc urósł dwadzieścia osiem centymetrów i przytył czternaście kilogramów. Chłopcy, z którymi przyjaźnił się od pierwszej klasy, zaczęli wołać na niego Wielka Stopa, ale przynajmniej nadal miał przyjaciół.

W liceum od początku był outsiderem. Nigdy nie miał okazji, by się z kimś zaprzyjaźnić. Był wyższy i większy od wszystkich chłopców w klasie i nie trwało długo, a zaczęli wołać na niego Gruby. Mógł się bronić, ale nie lubił bójek. Chował głowę w piasek i udawał, że jest samotnikiem. Byłby nim naprawdę, gdyby nie Greg.

Nawet z daleka Conor widział, że Gregowi wiedzie się jeszcze gorzej. Był najmniejszym chłopcem w klasie i najprzystojniejszym w całej szkole. W pierwszym tygodniu inni chłopcy przezywali go Knypek, lecz w drugim, gdy jakaś starsza o trzy lata dziewczyna została zawieszona za wypisanie imienia Grega na ławce sto czternaście razy, zaczęli wołać na niego Dupek.

Im bardziej dziewczęta były zauroczone Gregiem, tym bardziej chłopcy chcieli go zniszczyć. Zawsze zaganiali go w róg i zostawiali z krwawiącym nosem albo wpychali mu głowę do toalety.

Pewnego popołudnia, gdy Greg jadł samotnie kanapkę w szopie na rowery, Greg został dogoniony i popchnięty na rowerowe stojaki przez Jimmiego Kelly'ego. Kelly rozglądał się za bronią, lecz znalazł tylko bagietkę Conora z tuńczykiem i kukurydzą. Chwycił ją i rozmazał Gregowi na twarzy. Nim zdołał pomyśleć, co robi, Conor przewrócił Jimmy'ego. Siedział na nim, a wokół zebrali się rozentuzjazmowani widzowie. Równie mocno, co atak na Grega, rozwścieczył Conora zamach na jego śniadanie, ale oto po dwudziestu latach wciąż się przyjaźnią.

Greg miał, jak zwykł nazywać to tata Conora, "powywracane w głowie", i zapewne był najmniej świadomym siebie człowiekiem na świecie, ale Conor go kochał. Nie mógł go nie kochać, bo Greg, jeśli tylko chciał, potrafił być najbardziej serdeczną, czarującą i hojną osobą na świecie.

Rozpuszczał dzieci na Boże Narodzenie, zawsze zapraszał Conora i Jess na premiery, dawał im bilety na przedstawienia i występy oraz zabierał do restauracji, na które nie było ich stać. Proponował, że zapłaci za opiekunkę do dzieci, a gdy odmawiali, zaczął wraz z Saffy zjawiać się co parę tygodni z niesamowitymi daniami na wynos i drogim winem.

Raz na jakiś czas wychodzili wszyscy na niedzielny lunch do małej włoskiej knajpki w Sandycove, którą Jess lubiła, bo jedzenie było tanie, a kelnerzy rozczulali się nad dziećmi. Pewnie dlatego, że gdy Conor zapłacił, Greg zostawiał olbrzymi napiwek, o czym Conor dobrze wiedział.

Nigdy nie miał zapomnieć chwili, gdy po narodzinach bliźniąt poprosił Grega o pięćset euro pożyczki. Nie powiedział o tym Jess, która dochodziła do siebie po cesarskim cięciu, ale skończyły im się oszczędności. Oboje nie pracowali i nie miał pojęcia, za co kupią podwójny wózek, którego potrzebowali, lub jak zapłacą czynsz za kolejny miesiąc.

Greg wypisał czek. Gdy Conor chciał go zrealizować, sądził, że zaszła pomyłka. Czek nie był na pięćset euro. Był na pięć tysięcy.

- Nie przejmuj się tym, stary - powiedział Greg, gdy Conor zadzwonił do niego. - Zarabiam na tym serialu mnóstwo forsy. Nie musisz mi nic oddawać, jasne? Jesteśmy kumplami. Po to są kumple.

Conor przyglądał mu się teraz, jak leży wyciągnięty na sofie i ogląda Porachunki, a Lizzie robi mu zdjęcia jego iPhone'em.

- Rany, co za gówno - narzekał Greg. - Razem z twoim tatą wymyślimy znacznie lepszy film gangsterski. Potem on napisze scenariusz, a ja zagram główną rolę i pewnie zajmę się reżyserowaniem.

- Ja też mogę zagrać?

Greg wzruszył ramionami.

- Jeśli będziesz ładna. Jeśli nie, możesz być producentką.

Od czasu studiów Conor i Greg spotykali się co drugi tydzień, by pracować nad scenariuszem. Na początku napisali kilka krótkich przeróbek, ale teraz była to raczej wymówka, by wypić parę piw i zagrać w bilard. Nic nigdy z tego nie wyszło i nie miało wyjść.

Conor wstał, by sprzątnąć naczynia. Greg oszalałby, gdyby dowiedział się, że Conor za jego plecami pracuje nad powieścią. Jednak szanse, że ktoś w Douglas, Kemp i Troy przeczyta jego list, są zerowe, więc prawdopodobnie Greg nigdy się o tym nie dowie.

Conor zaniósł Lizzie na górę i pomógł jej przebrać się w piżamkę z Harrym Potterem.

- Czy Greg ma żonę?

- Nie ma, ale Saffy jest jego dziewczyną, wiesz o tym.

- Czy mogę zostać jego żoną, gdy dorosnę?

Connor spojrzał na jej małą zmartwioną twarzyczkę. Nagle stanął mu przed oczami obraz kobiety, jaką się kiedyś stanie, i serce mu się ścisnęło. Nie zniósłby, gdyby ktoś ją skrzywdził.

- Porozmawiamy o tym, kiedy przyjdzie na to czas, dobrze?

Gdy wrócił na dół, Greg rozmawiał przez telefon. Conor poszedł do kuchni i zamknął drzwi, by dać mu trochę prywatności.

Siedział przy stole i sprawdzał wypracowania, gdy Greg przyszedł po piwo.

- I jak poszło? Dogadaliście się z Saffy?

Greg otworzył puszkę sapporo.

- Nie rozmawiałem z Saffy. To była Lauren, moja agentka. Dzwoniła z Los Angeles.

- Cóż, sądzę, że powinieneś zadzwonić do Saffy - powiedział Conor. - Raczej prędzej niż później, bo...

- Powiedziała, żeby do niej nie dzwonić. - Greg wziął parówkę z patelni, którą Conor zostawił na kuchence, i ją zjadł. - Pamiętasz? I żebym nie wracał do domu. W zasadzie Lauren też mi to powiedziała.

- Na pewno nie miała tego na myśli, Greg.

W rzeczywistości Lauren wyraziła się jasno:

"Małżeństwo w tym momencie byłoby pieprzonym zawodowym harakiri. Sprzedaję cię tu jako młodego, przystojnego i wolnego, Greg, a obrączka do tego nie pasuje".

Greg domyślał się, że Harakiri to jakiś nieudany aktor lub coś w tym rodzaju, ale nie chciał pytać.

"Sądzisz, że Angelina nie naciska Brada?" - spytała Lauren. "Sądzisz, że Gisele nie próbowała tego z Leonardem? Myślisz, że jakaś kobieta nie chciała struć tego otyłego prosiaka George'a Clooneya, żeby móc zaciągnąć go do ołtarza? Jeśli chcesz postawić krzyżyk na Hollywood, śmiało, ożeń się. Ale jeśli nie, jeśli chcesz, żebym uchyliła ci drzwi, musisz grać z Saffy twardo. Wprowadź się do hotelu. Sprawdź jej karty. Niech wróci do ciebie z płaczem, a ty przyjmij ją z powrotem na swoich warunkach".

- Greg - Conor ściągnął brwi - jeśli nie wracasz do domu, to co zamierzasz zrobić?

- Nie martw się, stary, w tym przytułku dla gryzoni wytrzymam najwyżej jeszcze jedną noc. Jutro się mnie pozbędziesz. Możesz poprosić Jess, żeby spakowała trochę moich rzeczy? Wprowadzę się do hotelu. Lauren mówi, że Saffy potrzebuje kilku dni w samotności, by zrozumieć różne sprawy.

- Jakie sprawy?

- Po pierwsze, nie może nigdy więcej robić publicznie takich scen - tłumaczył Greg. - A po następne, nie zgadzam się na małżeństwo. Nie mówię, że nigdy jej nie poślubię, ale musi to być na moich warunkach. Tak dokładnie powiedziała Lauren.

- Lauren to handlowiec, nie psychoteraupeutka. Nie obchodzi jej twoje szczęście, tylko prowizja...

Greg zgniótł puszkę po piwie i wrzucił do czarnego plastikowego worka, którego używali jako kosza na śmieci.

- Dzięki za dobre rady, ale zająłem decyzję i jej nie zmienię. Muszę się skoncentrować na karierze. Hollywood to jednorazowa szansa i nie pozwolę, by cokolwiek stanęło mi na drodze. Jasne?

- Jasne. - Conor wrócił do wypracowania drugoklasisty, któremu wydawało się, że najważniejszy irlandzki pisarz nazywał się James Joys. Gdyby nie Saffy, Greg nie zrobiłby kariery, na której mógłby się koncentrować, bo nadal wynajmowałby paskudną kawalerkę w Ranelagh, chodził na castingi do kiepskich reklam i przedstawień bożonarodzeniowych i zadawał się z głupiutkimi blondynkami.

Może Greg nie pamięta, jak puste było jego życie, nim spotkał Saffy. Może zapomniał, jaka była dla niego dobra, i może sądzi, że rola w filmie to najlepsza rzecz, jaka go kiedykolwiek spotkała.

Myli się. Najlepsza rzecz już go spotkała. A jest to Saffy. Conor ze strachem przyglądał się, jak Greg robi głupstwo, ryzykując, że ją straci. Saffy jest mądra, ładna, dobra i go kocha. Jezu! Musi naprawdę bardzo go kochać, by chcieć spędzić z nim resztę życia. Conor kocha Grega, ale nie wytrzymałby z nim dłużej niż kolejną dobę.

Przez większość niedzieli Saffy oglądała na laptopie Chirurgów i udawała, że nie płacze, podczas gdy Jess i Luke chodzili na palcach i grali po cichu w Piotrusia, co polegało na machaniu rękami i triumfalnym tańcu, gdy znalazło się parę.

Koło siedemnastej Conor zadzwonił do Jess z prośbą, by spakowała torbę dla Grega. Gdy Jess powiedziała Saffy, co robi, ta zamknęła się w łazience. Nie mogła na to patrzeć. Odkręciła prysznic i wszystkie krany, ale nadal słyszała, jak Jess krząta się w garderobie za drzwiami.

Przysiadła na wannie, gdy łazienka wypełniała się parą. Czterdzieści osiem godzin temu planowała walentynkowy wieczór z Gregiem. Jeszcze przed paroma minutami sądziła, że wszystko się ułoży. Że Greg wróci, porozmawiają i wszystko sobie wyjaśnią. Gdy powiedziała mu, żeby nie wracał do domu, nie miała na myśli nigdy.

Czy tego właśnie chciał? Wyprowadzić się na dobre? Czy tak ma się zakończyć sześć lat jej życia? Nie z hukiem, ale z odgłosem otwieranych i zamykanych szuflad i sześciolatka wyśpiewującego:

- Oooo, kto ananasowy pod wodą ma dom? Spongebob Kanciastoporty!

Spis treści

Okładka

W serii

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Wydawca poleca

Kobiety Orientu

Opowieść prawdziwa