Dawno, dawno temu...
W początkach PRL mafia jako taka praktycznie nie istniała. W latach 40. i 50. przeważały zabójstwa, rozboje, fałszerstwa, oszustwa lub nierząd. Jednak o gangach w stylu Al Capone'a nikt nie słyszał.
Począwszy od 1951 roku statystyki przestępczości w Polsce oscylowały w granicach stu tysięcy czynów przestępczych. Najbardziej piętnowane w owym czasie były tzw. "przestępstwa urzędnicze", w których poprzez niedopełnienie przez urzędnika obowiązków szkodę ponosił interes publiczny lub prywatny. Ten ostatni, w pierwszym dwudziestoleciu PRL, niezbyt interesował ówczesne władze i był jedynie odnotowywany ze względów statystycznych.
Z czasem, gdy Polska rosła w siłę, a ludziom (czasami) żyło się (trochę) dostatniej, pojawili się przestępcy, o których mówiło się w całym kraju.
W latach 60. głośno było o Jerzym Paramonowie, którego przestępcza kariera rozpoczęła się od zdobycia pistoletu wzór TT i morderstwa przypadkowo zatrzymującego go milicjanta. Zabójca stał się legendą, rozmawiano o nim szeptem w sklepach, pracy i na ulicy. I chociaż bandytę schwytano już po dziesięciu dniach, na praskich podwórkach uliczni grajkowie wyśpiewywali:
Rabują sklepy, więc forsę mają
Nocami dziwki na nich czekają
Gorzałka leje się kolorowa
Bawi się banda Paramonowa
20 sierpnia 1962 roku cała Polska mówiła tylko o jednym: o skoku na bank w Wołowie. Skradziono wówczas niewyobrażalnie wielką jak na tamte czasy kwotę dwunastu i pół miliona złotych. Przypomnijmy, że średnia płaca oscylowała wówczas w granicach siedmiuset pięćdziesięciu złotych, a samochód marki Warszawa kosztował tylko dwadzieścia trzy tysiące osiemset złotych.
To były najgłośniejsze sprawy lat 60. Kolejne dziesięciolecie zaowocowało już bardziej znanymi nazwiskami - wszyscy słyszeli o Zdzisławie Najmrodzkim, dwudziestodziewięciokrotnym uciekinierze z więzień i aresztów.
Wtedy też pojawili się w Polsce pierwsi gangsterzy. Najgroźniejszym z nich był Jerzy Maliszewski. Popełnił on ponad dwieście przestępstw, od włamań poczynając, a na próbie zabójstwa milicjanta kończąc. Z więzień uciekał dwadzieścia siedem razy, z czego szesnaście z powodzeniem. Jego mir w świecie przestępczym rósł z miesiąca na miesiąc i nie bez przyczyny nadano mu pseudonim Kaskader. W życiu codziennym uważany był za miłego człowieka. Ja rownież odniosłem takie wrażenie po kilku rozmowach, które odbyłem z nim w więzieniu we Wronkach. Dostałem nawet od niego list, w którym odniósł się do artykułu opublikowanym przeze mnie w 1988 roku na temat jego kryminalnej przeszłości.
Szanowny Panie
Rozmawiał Pan ze mną w więzieniu i tę całą rozmowę opisał zgodnie z prawdą. Uważam Pana za człowieka sprawiedliwego, bo zgadzam się z tym, co Pan o mnie napisał...
Po warunkowym zwolnieniu z więzienia Jerzy Maliszewski zginął w pierwszej wojnie gangów, 13 marca 1995 roku, w podwarszawskich Markach, gdy naciskał klamkę drzwi wejściowych willi Czesława K., ps. "Cerber", na której założono ładunki wybuchowe z trotylu. W tym czasie polscy przestępcy byli już dobrze zorganizowani w kilkudziesięcioosobowe grupy, których przywódcy nie wahali się wydawać na konkurencje wyroków śmierci.
Żeby jednak mogli zgromadzić ogromny majątek i realną władzę, wcześniej musiały przyjść lata gierkowskiej małej stabilizacji, kiedy to ludzie zaczęli zdobywać (początkowo) małe fortuny. Wówczas to najbezpieczniej i najszybciej można się było dorobić na handlu zachodnią walutą, która, w przeciwieństwie do złotówki, w oczach niepewnych jutra rodaków nigdy nie traciła na wartości.
A zaczęło się to mniej więcej tak...
Boom gospodarczy lat 70., możliwość wyjazdu na Zachód, pozbycie się sztywnego gorsetu gomułkowskich zasad wychowywania społeczeństwa stworzyły szansę wzbogacenia się w nielegalnym wówczas, choć powszechnie uprawianym, handlu zachodnimi walutami, z których najwyżej w Polsce ceniono: dolary, funty, szwajcarskie franki i zachodnioniemieckie marki.
To właśnie wówczas słynny - może lepiej: osławiony - przedsiębiorca Lech Grobelny zrobił (nie mylić z zarobił) pierwszy tysiąc dolarów. Zresztą nie był jedynym człowiekiem, który dostrzegł szansę szybkiego dorobienia się na handlu walutą małej fortuny, którą - jak liczyli najostrożniejsi - będzie można następnie przejadać w cichości czterech ścian, żyjąc na posadzie urzędnika. "Sałaciarzy", jak wówczas nazywano handlujących walutą, czyli "sałatą", były setki.
Pierwszy raczkujący okres podziemnego (przestępczego) cudu gospodarczego z połowy lat 70. miał lokalny zakres. Rodzimi "przedsiębiorcy" prowadzili interesy głównie w kraju. Dolar i uzyskane z jego obrotu złotówki krążyły między Warszawą, Krakowem, Katowicami, Gdańskiem i Wrocławiem. Z jednych pęczniejących kieszeni przepływały do drugich. Na jednym dolarze pośrednik zarabiał dziesiątą część wartości - trzy, cztery złote. Dopiero od końca lat 70. na tym samym dolarze zarabiano trzy-, czterokrotnie więcej.
Dla wielu późniejszych bossów polskiego podziemia przestępczego tamte lata były błogosławione. Izolacja państw komunistycznych sprawiała, że nie mieli prawdziwej konkurencji świata przestępczego kwitnącego po drugiej stronie Muru Berlińskiego. W przeciwieństwie do gospodarki narodowej lat 90., czekającej na wykupienie przez zachodni kapitał (bo nasz raczkujący biznes nie miał wystarczających środków na rozwój i unowocześnienie przemysłu), polskie podziemie przestępcze było tak silne finansowo i organizacyjnie, że nie musiało się obawiać, że jego interesy przejmie pierwszy lepszy geszefciarz zza Łaby. Dlatego lata 70. można traktować jako błogi okres przyuczania się do zawodu. Wówczas w pełni też potwierdziła się i sprawdziła w praktyce zasada, że pieniądz robi pieniądz. Najsilniejsi waluciarze Wrocławia, Katowic czy Gdańska ustalali kursy kupna-sprzedaży, których drobni handlarze rygorystycznie przestrzegali. A jeśli ktoś się wyłamał, dostawał tęgie baty, które na kilka tygodni zmieniały jego fizjonomię, wypielęgnowaną kosmetykami z Pewexu lub Baltony. Czarnorynkowy kurs dolara mógł być wówczas ustalany niezależnie od zasad rządzących prawdziwym rynkiem. Zaniżając bądź podwyższając kurs waszyngtonów, grano na panikarskich nastrojach zwykłych ciułaczy, drenując ich kieszenie.
Jak to działało, możemy zobaczyć na przykładzie "Grubego", największego waluciarza grodu Kraka lat 70. Spędził on kiedyś jedną noc na wesołej zabawie w hotelu Cracovia w towarzystwie wesołych panienek. W restauracji wypito morze szampana (podawanego paniom) i koniaków (serwowanych panom). O trzeciej nad ranem cinkciarz wylądował z dwiema figlarkami w wynajętym apartamencie. Ponieważ zmorzył go sen, panienki uznały, że klient jest nie do użytku i każda zainkasowała za fatygę z jego portfela po sto "papierów". Po przebudzeniu koło południa dnia następnego "Gruby" przeliczył gotówkę i wpadł we wściekłość. Uznał, że damy zbyt daleko posunęły się w swojej zachłanności, pobierając zapłatę, która im się nie należała. Jeszcze tego samego dnia w Krakowie, a następnie w przylegającym do miasta regionie, kurs dolara z siedemdziesięciu złotych spadł do niebywale niskiego poziomu sześćdziesięciu dwóch złotych i twardo stał tak przez trzy dni. Nikt nie ośmielił się podbić "zielonego" do góry.
W ten sposób główny macher Krakowa postanowił ukarać nierzetelnie panienki, które zamiast siedmiu tysięcy złotych zarobiły na sprzedaży dolarów tylko sześć tysięcy dwieście...
Najistotniejsze jest jednak to, że lata 70. były okresem powstawania wielkich fortun. Pan Ireneusz - jeden z głównych warszawskich macherów handlu złotem i brylantami - zgromadził wówczas niebagatelne zasoby finansowe, które pozwoliły mu pod koniec 1990 roku tylko w jedną noc w hotelu Marriott przegrać w ruletkę sto tysięcy dolarów, co w przeliczeniu na złotówki (przed denominacją) dawało ponad miliard sto siedemdziesiąt milionów złotych. Po grze pan Ireneusz podziękował krupierowi, wręczył mu odpowiedni napiwek i spokojnie wyszedł z kasyna, by następnego dnia ponownie zasiąść przy zielonym stoliku. Rzecz jasna owe fortuny nie powstawały z dnia na dzień. No i nie każdy miał farta. Można było dorobić się majątku, by go potem stracić. A miejsce pechowca już zajmowali kolejni cwaniacy.
Dawni wrocławscy waluciarze wciąż wspominają Ryśka ze Śródmieścia. Ten niepozornie wyglądający pan, wiecznie drepczący ze skajową torbą na zakupy, stroniący od kolegów, którzy zaczepiając przechodniów, szeptali sakramentalne: "kupię dolary", dorobił się majątku szacowanego wówczas na około pół miliona dolarów. Inny duży cwaniak tamtych lat na początku nowego tysiąclecia został szanowanym właścicielem kilkunastu warszawskich kantorów wymiany walut. Jak bardzo musiał być bogaty, skoro po napadzie na jeden z jego punktów, z którego zrabowano ponad sto milionów złotych (przed denominacją), pan B., średnio przejęty, powiedział policjantowi Komendy Głównej Policji: "Stało się. Za pięć miesięcy odrobię wszystko".
I tak doszliśmy do wyjątkowo ważnego elementu budowy przestępczego podziemia, nie tylko w gierkowskiej Polsce - do selekcji naturalnej. W cinkciarskim biznesie poczęli dominować najsprytniejsi i najobrotniejsi. Podział środowiska cinkciarzy stawał się coraz wyraźniejszy w latach 1977-80. Najmniej przewidujący i obrotni, których bawił jedynie szpan, powoli stawali się klientami najbogatszych macherów. Inaczej mówiąc, ze współpartnerów w grze w "zielone" stali się pośrednikami w interesach wielkich bądź wykonawcami ich zamierzeń finansowych. A strofowanie nieuczciwych współpartnerów bądź konkurentów do zysku, kończące się kiedyś na zmianie fizjonomii, z czasem zaczęło mieć swój finał w szpitalu, a potem kostnicy. Coraz częściej prasa donosiła o napadach jednych bandytów na drugich lub też krwawych porachunkach w przestępczym świecie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.