DZIEŃ TRZECI
Faktura
Odwaga nie jest po prostu tylko jedną z cnót, lecz formą każdej cnoty
w momencie wystawienia jej na próbę.
C.S. Lewis
Nie mogłem spać. Słowa tamtej kobiety nie dawały mi spokoju. Zapytałem ją, dlaczego zaangażowała się w ruch pro-life. Muszę się jeszcze nauczyć, że możliwości odpowiedzi na to pytanie jest bez liku.
Atmosfera była radosna. Wygłosiłem właśnie przemówienie na bankiecie wydanym dla centrum położniczego i gawędziłem sobie miło z kilkoma pracownikami oraz ochotnikami, podczas gdy obsługa hotelowa składała krzesła i sprzątała salę. Właśnie wtedy zadałem to pytanie jednej z pracownic ośrodka położniczego. Widoczny na jej twarzy wyraz radości przygasł. Spojrzała na mnie uważniej i łagodnym głosem udzieliła mi odpowiedzi, która uświadomiła mi, dlaczego wszyscy jesteśmy zaangażowani w ruch pro-life.
Opowiedziała mi, jak pracowała niegdyś w wielkim ośrodku aborcyjnym Planned Parenthood w pobliżu dużego miasta. Nie widziała wówczas nic złego w swojej pracy polegającej na prowadzeniu księgowości i wypełnianiu innych zadań administracyjnych, które - jak sądziła - nie miały nic wspólnego z tym, co się działo w sąsiednich salach, gdzie przeprowadzano aborcje.
- Ale pewnego dnia wszystko zmieniło się w oka mgnieniu - mówiła. - Siedziałam przy biurku. Otworzyłam pocztę elektroniczną, a w niej mail z fakturą z miejscowej kostnicy na trzysta pięćdziesiąt dolarów.
Kiedy to mówiła, na jej twarzy malowało się coraz większe wzburzenie.
W chwili, w której czytała fakturę, dotarła do niej cała rzeczywistość aborcji:
- Wypisana pogrubionym drukiem nazwa usługi była jak cios prosto w serce: "USŁUGA KREMACJI STU PIĘĆDZIESIĘCIU FUNTÓW ODPADÓW MEDYCZNYCH".
Serce mi zamarło. Kobieta spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała:
- Wiesz, Shawn, kiedy tak wpatrywałam się w tę fakturę, zadałam sobie pewne pytanie. Odpowiedź na nie była pierwszym krokiem w kierunku zaangażowania się w ruch pro-life.
Byłem pewien, że chodziło o to samo pytanie, które teraz sam sobie zadawałem, słuchając jej. Poczułem narastający ucisk w żołądku.
- Pytanie, które przeszyło moje serce, brzmiało: ile dzieci musiało zostać abortowanych, żeby ilość "odpadów medycznych" wynosiła aż sto pięćdziesiąt funtów?
Ani ona, ani ja nie znaliśmy odpowiedzi...
Pytanie to sprawiło, że kobieta ta zrezygnowała z pracy w przemyśle aborcyjnym. Zatrudniła się w miejscowym ośrodku położniczym, żeby pomagać kobietom potrzebującym pomocy i witać na świecie nowo narodzone dzieci. Całkowicie zaangażowała się w ochronę życia.
Tamtej bezsennej nocy nie mogłem przestać myśleć o pytaniu zadanym przez tę pracownicę ośrodka położniczego. Rozmyślałem o tym, w jaki sposób wiąże się ono z fundamentalną przyczyną, dla której modlimy się, organizujemy czuwania i nie ustajemy w naszej pracy: aborcja zabija dzieci, a kiedy już się to dokona, trzeba w sposób profesjonalny pozbyć się ich szczątków.
Często myślę o tamtej kobiecie, słysząc reklamy Planned Parenthood lub widząc ich świetnie zaprojektowane materiały promocyjne. Tworzą je firmy zajmujące się graficzną reklamą internetową, więc wyglądają one i brzmią bardzo profesjonalnie i pozytywnie. Jednakże pracownicy Planned Parenthood widzą od wewnątrz, co naprawdę dzieje się w ich placówkach, a rzeczywistość w klinikach aborcyjnych nie może być tak jednoznaczna i ogólnikowa, jak przedstawia ją Planned Parenthood. Na zewnątrz widać błyszczące, pełne okrągłych frazesów broszury wyliczające całą listę zalet aborcji; wewnątrz natomiast kryje się brutalna rzeczywistość makabrycznych działań, jakie musi podejmować firma świadcząca tego typu usługi. Szerokie pojęcia, takie jak "wybór", "opieka medyczna" czy "prywatność", nie figurują na fakturach takich jak tamta.
Dużo podróżuję i podczas podróży słyszę wiele historii opowiadanych przez wspaniałych ludzi starających się, by zakończył się proceder aborcji. Do kolekcji tych opowieści dołączyłem właśnie historię tamtej kobiety. Jej świadectwo przypomina, że bez względu na to, jak sprytnie propaguje się "wybór" aborcji, jak profesjonalnie formułuje się teksty w broszurach reklamowych albo jak mocno ktoś wierzy napisanym tam słowom, cała prawda o tym, czym w istocie jest aborcja, ostatecznie i tak wyjdzie na jaw. Możemy unikać tej prawdy bądź ją uznać, tak jak owa kobieta, kiedy przerażona patrzyła na trzymaną w ręce fakturę. W jej przypadku kartka papieru obnażyła prawdę.
Wiele osób popierających prawo do aborcji, w tym także wiele takich, które pracowały w przemyśle aborcyjnym, odwraca się od niego właśnie dlatego, że musiały żyć w jej plugastwie. Być może ciężko się o tym czyta, ale pomyślcie tylko o takim życiu! Wyobraźcie sobie moment, kiedy dociera do was, że macie swój udział w pozbywaniu się maleńkich szczątków ludzkich. Nasz ruch nawróconych grzeszników zmierza w jednym kierunku: odwraca od owej fasady, od ciemności ku światłu.
Ciekawe, że nikt nie czuje się niezręcznie, słysząc o działaniach ośrodka położniczego, choćby tego, w którym pracuje obecnie tamta kobieta. Któż mógłby się zdenerwować czy poczuć zaatakowany w miejscu, gdzie oferuje się darmową ultrasonografię czy pieluszki? Działalność ta ze swej natury jest czysta i taka właśnie musi być, żeby była skuteczna. Z drugiej strony natura aborcji - pomimo nieustających wysiłków agencji reklamowych usiłujących przedstawić ją jako spokojną, atrakcyjną i pełną współczucia - jest w istocie obrzydliwa, gdyż jej "sukces" opiera się na zabijaniu dzieci.
Chociaż przyjęcie postawy pro-life jest całkowicie logiczne, to jednak może się okazać bardzo trudnym w realizacji zadaniem, które spotykać się będzie z mocnym oporem i które wymaga odwagi, jako że aborcja to potężny wróg. Aborcja to nie odległe wspomnienie zapisane na kartach podręczników historii; to ogromny, dochodowy przemysł obecny tu i teraz, na całym świecie. Ale możemy odpowiedzieć temu nieprzyjacielowi w naszych wspólnotach i miejscach zamieszkania. To dlatego wiele osób porzucających przemysł aborcyjny (jak kobieta, której historię właśnie opowiedziałem) angażuje się w ruch pro-life. Podejmują się tego, ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny wiedzą, że aborcja zabija dzieci. Wiemy też, że możemy zaufać Bogu i coś w tej kwestii zrobić.
Kiedy jako nastolatek po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, na czym polega aborcja, poczułem, że muszę coś z tym zrobić. To "coś" może się jednak wiązać z byciem wyśmianym albo z chwilą krępującej ciszy, jaka zapada, kiedy zapraszasz swoich kolegów do uczestnictwa w jakiejś akcji pro-life. Twoja postawa może nawet wywołać pewne napięcie podczas rodzinnego obiadu w Święto Dziękczynienia. Co więcej, może cię wiele kosztować. Ale warto znieść zarówno owo skrępowanie, jak i napiętą sytuację. Tamta kobieta uznała, że warto taki koszt ponieść. Odrzuciła wszelkie wątpliwości, wstała zza biurka, porozmawiała ze swoim szefem i rzuciła pracę w ośrodku aborcyjnym. Wystarczyło jej tylko spojrzenie na jeden z rachunków, które miała tego dnia zapłacić. Miała odwagę podjąć wyzwanie, jakie aborcja rzuca każdemu z nas, i ująć się za tymi, którzy sami nie mogą się obronić.
Jestem przekonany, że owa faktura zmieniła życie owej kobiety, gdyż pokazała jej, do czego zdolny jest człowiek bez Boga. Kiedy sami zezwalamy sobie na decydowanie o prawach innych, wówczas nie ma granic zła, jakie możemy popełnić. Społeczeństwa, które odmawiają praw jednostkom, zazwyczaj robią to w imię dobra. Problem polega na tym, że bez Boga korzystają ze swojej autonomii, by zdefiniować, co jest "dobre" dla innych, i uciekają się do przemocy - słownej bądź fizycznej - żeby wprowadzić swoje postanowienia w życie. Jak to ujęła Flannery O'Connor, "gdy nie mamy wiary, kieruje nami czułostkowość. A czułostkowość prowadzi do komory gazowej".
Nie miewam kłopotów z zasypianiem i bez problemu wstaję wcześnie rano - nie dlatego, że jestem osobą tak zdyscyplinowaną, ale dlatego, że lubię kawę. Wczesne wstawanie powoduje, że zazwyczaj o dziewiątej trzydzieści wieczorem już zasypiam. Ale tamtego wieczoru, po rozmowie z tą kobietą, która uważnie przyjrzała się fakturze, nie mogłem zasnąć. Wciąż myślałem o tamtych "odpadach medycznych". Były to szokujące słowa, które rozdarły mi serce i kazały pomyśleć o mojej żonie i dzieciach. Sprawiły, że postanowiłem być lepszym mężem i ojcem. Zmotywowały mnie też do poświęcenia więcej czasu na modlitwę.
Naszej kulturze potrzebne jest uzdrowienie i miłość, które biorą początek w naszych rodzinach. Nie możemy pozwolić, żeby drastyczna natura aborcji odwracała naszą uwagę od rodziny; przeciwnie - powinna nas ona kierować ku rodzinie i skłaniać do poświęcania się dla jej dobra. Dopiero mając tak ustawione priorytety, musimy zmierzyć się z rzeczywistością aborcji i coś w tej kwestii zrobić.
Każdego roku na całym świecie przeprowadza się prawie pięćdziesiąt sześć milionów aborcji[4] i można odnieść wrażenie, że wszelkie wysiłki pro-life ani trochę nie przyczyniają się do osłabienia tego procederu. Ale, jak sami przekonacie się, czytając zamieszczone w niniejszej książce opowieści, za każdym razem ratuje się jedno konkretne życie. Możecie modlić się, przybliżać swoje rodziny do Boga i trwać w gotowości, by publicznie, z wiarą wystąpić, jeżeli On powoła was do podjęcia jakichś działań w ruchu pro-life, tak jak tamta kobieta.
Proceder aborcji zakończy się, jeśli wytrwamy - w modlitwie, w harcie ducha oraz w pamiętaniu o tym, jak wielkim jest ona złem. Musimy wiedzieć, kim jest nasz nieprzyjaciel, i nie zapominać, że walczymy ze złem. Wyraźna świadomość mroku powinna przybliżać nas do Światła, do Stwórcy życia. Tak właśnie stało się w przypadku tamtej pracownicy ośrodka aborcyjnego, a także setek innych, którzy zdecydowali się porzucić przemysł aborcyjny.
Faktura wystawiona za pozbycie się "odpadów medycznych" nie jest znakiem rozpaczy, lecz ukazuje zwycięską moc Chrystusa. To niespodziewane spotkanie przypomniało mi, o co - i o kogo - walczymy.
Zatem dzisiaj zadaję wam to samo pytanie: co sprawiło, że zaangażowaliście się w ruch pro-life? A jeśli jeszcze nie zrobiliście tego kroku, to jakie pytanie pomogłoby wam pokonać ostatnią barierę? Rozważcie to podczas cichej modlitwy i odpowiedzcie w obecności Boga.
(...) to jedno [czynię]:
zapominając o tym, co za mną,
a wytężając siły ku temu, co przede mną,
pędzę ku wyznaczonej mecie,
ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę, w Chrystusie Jezusie.
(Flp 3,13-14)
Boże, Ty potrafisz przemawiać do nas na tyle sposobów, których się nawet nie spodziewamy. Proszę, abyś przemawiał do mnie na każdy sposób, jaki tylko wybierzesz, aby pomóc mi pokonać wszelkie bariery oddzielające mnie od służby Tobie i życiu nienarodzonych. Dopomóż mi, abym się nie bał porzucić tego, co bezpieczne i wygodne, by służyć Tobie. Nie pozwól, aby zakłopotanie czy zdenerwowanie przeszkadzały mi w obronie tego, co słuszne. Amen.
DZIEŃ CZWARTY
Ruch nawróconych
Ciągle organizują te swoje czterdziestodniowe
dokuczliwe protesty. Trochę to głupie.
Abby Johnson,
była dyrektorka kliniki Planned Parenthood
Nasza kultura ma obsesję na punkcie etykietek. Mamy istną etykietową gorączkę. Kiedy wspierasz jakąś sprawę, twoi oponenci albo media natychmiast przyklejają ci etykietkę. Być może nawet mówią rzeczy, które zdumiewają samego ciebie, na przykład, że nienawidzisz jakiejś grupy ludzi, więc trzeba cię powstrzymać. Takie ostrożne podejście do życia jednych uciszyło, innych zaś zmęczyło. Ale o wiele gorzej, że ograniczyło również serce i umysł człowieka do zwykłej oskarżycielskiej pyskówki. Wyklucza ono także możliwość przeżycia innego wspaniałego ludzkiego doświadczenia: bycia w błędzie. Jest to doświadczenie absolutnie niedoceniane w dzisiejszych czasach, a przecież wszyscy błądzimy, gdyż jesteśmy grzesznikami. Bóg jednak potrafi uporać się z błędem. On zmienia świat, posługując się właśnie tymi, którzy uznają, że są w błędzie. Jeśli nie wolno nam przyznać, że się mylimy, ani postrzegać samych siebie jako grzeszników, którymi wszak jesteśmy, to żaden poziom poprawności politycznej ani żadna etykietka nie będą w stanie nas zadowolić i niestety nasze tkwienie w błędzie będzie zawsze "winą kogoś innego".
Zdarzyło mi się kiedyś w San Francisco rozmawiać z pewną kobietą popierającą aborcję (jest takich dość sporo). Powiedziała, że nie mam prawa sprzeciwiać się aborcji, ponieważ jestem mężczyzną i to w dodatku białym! Cóż, niewiele mogłem w obu tych kwestiach zrobić... Zapytałem ją, co dokładnie powinienem w takim razie sądzić o aborcji.
- Nic - odpowiedziała. - Jesteś supremacjonistą płciowym. Twoje wypowiedzi czy opinie nie mają żadnego znaczenia.
- Jestem płciowym... kim?
- Supremacjonistą - powtórzyła spokojnie.
Pokonany spuściłem głowę i potwierdziłem:
- Wiesz, masz rację. Rzeczywiście jestem supremacjonistą płciowym. Taki tytuł mam wypisany na wizytówce. Chcesz zobaczyć?
Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, po czym oboje parsknęliśmy śmiechem. Dostrzegła, że próbuję rozluźnić atmosferę.
"Supremacjonista płciowy" to w końcu tylko kolejna etykietka. Wszystkie te etykietki bardzo dzielą ludzi. W rezultacie nie prowadzimy sensownych rozmów, w których wymienialibyśmy argumenty "za" i "przeciw" oraz dyskutowali o istocie sprawy; przeciwnie - sprowadzamy wszystko do wymiaru osobistego, wymieniamy obelgi i etykietki.
Stereotyp osoby pro-life zakłada, że jest to przekonany o swej nieomylności chrześcijanin, który usiłuje narzucić innym swoje poglądy religijne i mówi im, jak mają żyć. Ale moi znajomi proliferzy zupełnie nie pasują do tego opisu. Nie jesteśmy grupą złożoną ze świętych, lecz z grzeszników. Stosunek naszego ruchu do aborcji nie jest świętoszkowaty, nie może wyobrażać go wyniosła wieża z kości słoniowej. Wprost przeciwnie. Najgłośniej orędują za życiem kobiety, które poddały się aborcji, a także mężczyźni, którzy wywierali naciski i przekonywali swoje partnerki oraz płacili za aborcję. Mocno rozbrzmiewa również głos pracowników ośrodków aborcyjnych, którzy doradzali, popierali i sprzedawali usługi aborcyjne, a nawet lekarzy, którzy je wykonywali.
To właśnie są głosy ruchu pro-life. Nie należą one do chrześcijan przekonanych o własnej nieomylności, ale do jawnych grzeszników. Jesteśmy ruchem nawróconych grzeszników, a taka organizacja może być tylko ruchem nadziei. Nauczyłem się tego z pierwszej ręki jako uczeń pierwszej klasy liceum. W mojej szkole pracowali wspaniali irlandzcy księża, którzy zachęcili mnie do wzięcia udziału w wydarzeniach pro-life organizowanych przez największy kościół baptystów, Green Acres Baptist w Tyler w Texasie, niewielkim mieście, gdzie chodziłem do szkoły. Nigdy wcześniej nie byłem w kościele baptystów. Będąc katolikiem, po raz pierwszy zetknąłem się tam z potężnym zjednoczeniem chrześcijan w ruchu pro-life.
W kościele tym uważnie przysłuchiwałem się wystąpieniu zaproszonej prelegentki - Carol Everett. Przed nawróceniem Carol prowadziła cztery ośrodki aborcyjne w okolicy Dallas. Uderzyła mnie, wówczas nastolatka, szczerość, z jaką opisywała swoją pracę. Otwarcie mówiła o okłamywaniu kobiet, zarabianiu pieniędzy i ukrywaniu każdej kobiety, która wybrała życie, przed osobami modlącymi się przed kliniką. Chciała złamać morale modlących się proliferów.
Gdy tak słuchałem nawróconej dla sprawy pro-life Carol, nie miałem pojęcia, że pewnego dnia zobaczę, jak inna dyrektorka kliniki aborcyjnej Planned Parenthood wchodzi do mojego biura z odmienionym sercem. To właśnie Abby Johnson wypowiedziała słowa zamieszczone w motto tego rozdziału: Abby - zwolenniczka aborcji, Abby - sprzed swojego nawrócenia. Przez sześć lat obserwowałem, jak wchodzi do swojej kliniki i wychodzi z niej, aż wreszcie pewnego dnia niespodziewanie przyszła do naszego biura mającego siedzibę po sąsiedzku. Usiadła i z płaczem wyznała, że w końcu uświadomiła sobie całą prawdę o dziele, którego częścią była przez tak wiele lat, a następnego dnia zrezygnowała z pracy. Dzisiaj Abby Johnson jest jedną z najgłośniejszych obrończyń życia nienarodzonych (więcej o Abby Johnson w dalszych rozdziałach książki).
Będąc w liceum, widziałem film o nawróceniu Normy McCorvey, która zanim została obrończynią życia, reprezentowała prawo kobiet do aborcji jako "Roe" w słynnym procesie Roe przeciw Wade. Studiując na teksańskim Uniwersytecie Rolniczo-Mechanicznym, bałem się zaangażować w rozmowy z potencjalnymi pacjentkami przed kliniką aborcyjną, dopóki nie usłyszałem wypowiedzi pięciu kobiet po aborcji, które dzieliły się swoimi wstrząsającymi świadectwami. To właśnie ich historie dodały mi odwagi do posługi przed kliniką.
Doktor Bernard Nathanson, założyciel NARAL Pro-Choice America - najstarszej w Stanach Zjednoczonych organizacji popierającej aborcję - był jednym z pierwszych lekarzy aborterów, którzy przeżyli nawrócenie. Bezpośrednim powodem jego decyzji stał się film przedstawiający aborcję, który sam nakręcił za pomocą aparatu USG.
Sue Thayer, Jewels Green, Ramona Trevino... - lista nawróconych jest naprawdę długa!
Ruch pro-life jest ruchem nadziei, ponieważ tworzą go nawróceni. I dlatego pomimo tego, że aborcja jest zalegalizowana w Stanach Zjednoczonych już od kilku dekad, więcej w nim teraz rozmachu niż kiedykolwiek wcześniej - od kobiet, które poddały się aborcji, po mężczyzn, którzy do tego zachęcali, lekarzy, którzy przeprowadzali zabiegi, i ludzi, którzy w którymś momencie swojego życia opowiadali się za prawami aborcyjnymi. Jak się wydaje, brama nawrócenia otwiera się tylko w jedną stronę. Nie słyszałem o kobietach, które wychodzą za mąż, rodzą dzieci, działają w grupach pro-life, a następnie dochodzą do wniosku, że powinny zająć się kierowaniem placówką Planned Parenthood. Nie znam lekarzy, którzy żałowaliby, że nie zajęli się przeprowadzaniem aborcji zamiast pracować na polu onkologii, radiologii czy w innej dziedzinie medycyny. "Żałuję, że poddałam się aborcji" - to jeden z najczęstszych transparentów, jakie można zobaczyć podczas czuwań organizowanych przez "40 dnia dla życia". Byłem w ponad czterystu pięćdziesięciu naszych siedzibach na całym świecie i jeszcze nigdzie nie zdarzyło mi się usłyszeć: "Żałuję, że nie poddałam się aborcji".
Ta przemiana serc i umysłów dokonuje się tylko w jedną stronę, ponieważ to sam Bóg otwiera nas, żebyśmy mogli zmienić siebie i stać się nowymi ludźmi. Jezus mówił po prostu: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!" (Mk 1,15). Ruch pro-life odzwierciedla tę wspaniałą rzeczywistość, jak żaden inny w naszej kulturze. Powinno to napawać nas wielką nadzieją.
Około jednej czwartej lokalnych liderów kampanii "40 dni dla życia" stanowią kobiety, które poddały się aborcji. Niekiedy prowadzą one czuwania przed budynkiem tej samej kliniki, w której kilka lat wcześniej miały zabieg. To, że teraz są liderkami naszego ruchu, ukazuje łaskę Bożą, jak również powody, dla których wychodzimy z modlitwą przed ośrodki aborcyjne. Ich obecność przypomina nam, dlaczego tak ważne jest, żebyśmy tam byli, kiedy jakaś kobieta wychodzi po zabiegu - żeby ofiarować jej pociechę i radę. To jest nadzieja, jaką znaleźć można wyłącznie w ruchu konwertytów.
Nasza obecność na chodniku przed kliniką aborcyjną to ostatni znak nadziei dla dziecka i pierwszy znak miłosierdzia dla kobiety. Język ciała, pocieszające słowa, a nawet milczenie, kiedy ona spodziewa się osądu - to rzeczy, które zapamięta na zawsze. O jednej rzeczy przekonaliśmy się z całą pewnością: kobiety nigdy nie zapomną dnia swojej aborcji. Będą pamiętać aborcję, jak również naszą obecność tam. Być może nie ocali ona dziecka, ale może posłużyć jako furtka do procesu uzdrowienia kobiety w przyszłości - pięć, dziesięć, a może nawet trzydzieści lat później... Wiem o tym, ponieważ kobiety po aborcji wielokrotnie mi o tym mówiły.
Najbardziej skutecznym narzędziem, którego diabeł używa, żeby nas zaatakować, jest zniechęcenie. Przyznaję, że wielokrotnie wpadałem w ową pułapkę. Irlandzki cynik tkwiący w mojej duszy uważa, że jeśli chodzi o położenie kresu procederowi aborcji, to liczba Wielkich Piątków znacznie przewyższa liczbę Niedziel Zmartwychwstania. Ale to właśnie w Wielki Piątek dokonuje się całe dzieło - to wtedy Bóg zbawia nas, oddając samego siebie. I zawsze potem następuje Niedziela Zmartwychwstania.
Nawet w chwili największej słabości Jezus nawrócił złoczyńcę. Ledwie mógł oddychać, a mimo to otworzył bramy wieczności dla człowieka skazanego na śmierć. Daje nam nadzieję, ponieważ nie przyszedł "powołać sprawiedliwych, ale grzeszników" (Mt 9,13). Skruszony łotr na Kalwarii przypomina nam, że musi nami kierować żarliwa troska o dusze innych, bez względu na to, jak bardzo czujemy się zmęczeni czy zniechęceni. Przy czym gorliwość nie czyni z człowieka radykała czy fanatyka, ale kogoś, kto odróżnia się od tych, którzy charakteryzują się "ostrożnym" podejściem do życia. I właśnie kogoś takiego - uczciwego i życzliwego - szuka naprawdę wiele osób, które przeszły aborcję albo które pracują w przemyśle aborcyjnym.
Kiedy szukamy Bożego miłosierdzia, nie uciekamy się do retoryki czy usprawiedliwiania, tylko patrzymy na nasze grzechy. Widzimy je takimi, jakie są, błagamy o wybaczenie i postanawiamy się zmienić. Zmiana ta przychodzi od Chrystusa i czyni nas wolnymi. Taką wolność widać u tysięcy nawróconych liderów ruchu pro-life - ruchu mającego swe źródło w nadziei.
Jak powiedział G.K. Chesterton, "nadzieja zaczyna świtać już dziesięć minut po tym, jak wydawała się nam całkowicie stracona". My dostrzegamy tę nadzieję w ruchu pro-life. Od ciebie natomiast zależy rozeznanie, na czym polega twoja rola.
(...) ci, co zaufali Panu odzyskują siły,otrzymują skrzydła jak orły:biegną bez zmęczenia,bez znużenia idą.
(Iz 40,31)
Boże nadziei, dziękuję Ci za nadzieję, którą dajesz wszystkim pokutującym i pokładającym ufność w Tobie dla naszego zbawienia. Dziękuję Ci, że w ruchu pro-life jest tylu ludzi niegdyś uwikłanych w aborcję, a dziś broniących życia. Uczyń mnie narzędziem Twojej nadziei w tym poranionym świecie. Amen.
DZIEŃ PIĄTY
Lunche z nafciarzem
Ameryki nie zbudowano na strachu. Amerykę zbudowano na odwadze,
na wyobraźni oraz na nieprzepartej determinacji,
aby robić to, co trzeba.
prezydent Harry Truman
- Dzień dobry, panie Ogden. Nazywam się Shawn Carney. Jestem studentem ostatniego roku Uniwersytetu Rolniczo-Mechanicznego w Teksasie i właśnie zacząłem pracę na część etatu w The Coalition for Life.
- No i dobrze. Czego chcesz? - zapytał Emil Ogden.
Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem na taką reakcję, chociaż on mówił całkiem serio.
- Carney to irlandzkie nazwisko - powiedział to takim tonem, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że co prawda to jeszcze nie najgorzej, ale i nic wielkiego.
- Tak, rzeczywiście. Na drugie mam Doyle. To po mamie.
- Shawn Doyle Carney - litości! Co studiujesz?
- Historię i filozofię.
- O! O tym mogę porozmawiać - odpowiedział.
- Mam zamiar po uzyskaniu licencjatu pójść do szkoły prawniczej. Mam dwadzieścia jeden lat. W tym roku ożeniłem się i oboje chcemy mieć dużo dzieci.
- No cóż - odparł. - O tym też mogę z tobą porozmawiać. W porządku. Jak na razie wydajesz się całkiem do rzeczy. Chodźmy na lunch.
Był to pierwszy z wielu moich lunchów z weteranem drugiej wojny światowej, który stał się moim mentorem i przyjacielem. Był lipiec 2004 roku.
Pan Ogden bardziej przypominał postać z jakiejś powieści niż żywego człowieka. Jego dzieci często żartowały, że jego życie przypomina życie Forresta Gumpa, tocząc się od jednej przygody do drugiej. Dorastał w okresie Wielkiego Kryzysu. Jego ojciec porzucił rodzinę, która odtąd z trudem wiązała koniec z końcem. Kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, Emil wstąpił do marynarki. Po wojnie skupił się na tym, co kochał, zapewniając byt swojej świeżo poślubionej żonie Clementine, troszcząc się o swoją młodą rodzinę i oddając się grze w baseball. Będąc świetnym sportowcem, grał w drużynach drugoligowych, co wiązało się z częstymi podróżami, ale nie było, niestety, zajęciem dobrze opłacanym. Po jednym z wyjazdowych meczów, gdy rozmawiał przez telefon ze swoją żoną, Bóg wskazał mu wyraźnie kierunek, w jakim odtąd miało podążać jego życie. Clementine pochodziła z rodziny o niemieckich korzeniach, dlatego bezpośrednie stawianie sprawy przychodziło jej w sposób naturalny: "Możesz być mężem albo bejsbolistą, Emilu. Ale musisz wybrać jedno albo drugie".
- I to był koniec mojej kariery baseballowej - ze śmiechem oznajmił pan Ogden.
Wrócił do domu, do Clementine. Z czasem urodziło im się sześcioro dzieci. Ciężko pracował, żeby odnieść sukces w przemyśle naftowym. Zdarzało mu się nawet chodzić od jednego wiejskiego domku do drugiego i próbować sprzedać dzierżawy niewielkich pól naftowych.
Pan Ogden uważał się za eksperta od porażek. Czternaście razy robił odwierty w poszukiwaniu ropy, za każdym razem bezskutecznie. Wielu przyjaciół doradzało mu znalezienie sobie innej pracy, ale on nie poddawał się. Dopiero będąc człowiekiem w średnim wieku, znalazł złoże naftowe. Był to jego piętnasty odwiert.
Wytrwałość była motywem przewodnim życia Emila. Nigdy nie przestawał wierzyć w siebie ani w innych i zawsze kierował się wiarą w Boga. Kiedy dobrze mu się wiodło, rozdawał pieniądze; kiedy zaś źle mu się powodziło, przypominał sobie, skąd pochodzi.
- Jestem nafciarzem - powiedział podczas naszego pierwszego lunchu, po czym plasnął dłonią w stół. - W biznesie naftowym to oznacza, że wiercę za ropą tam, gdzie inni by nie wiercili, w miejscu, gdzie nie odkryto jeszcze żadnego pola roponośnego.
- A co pan robi, kiedy pan wierci, a tam wcale nie ma ropy? - zapytałem.
- Tracę kupę forsy! - odparł ze śmiechem.
- Czyli jeśli natrafi pan na ropę, to ma pan co jeść, a jeśli nie, to głód zagląda panu w oczy?
- Właśnie tak. Dlatego nadal pracuję. Ja nazywam to pracą, ale inni powiedzieliby, że jestem zawodowym hazardzistą. Prawda jest taka, że w tym kraju, jeżeli ciężko pracujesz, ufasz Bogu i kochasz swoją rodzinę, to możesz zrobić wszystko. Dlatego aborcja jest takim przekleństwem dla tego wspaniałego narodu - ona zabija wszelką nadzieję i możliwości. Pęka mi serce, gdy o tym myślę. I bez względu na to, co mówią politycy, jest to kluczowy problem moralny mojego i twojego pokolenia.
* * *
Pierwszy raz poszedłem z panem Ogdenem na lunch tydzień po tym, jak zamieniłem pracę wolontariusza w miejscowej organizacji pro-life The Coalition for Life na pracę na część etatu. Zatrudniona była tam również moja dopiero co poślubiona żona Marilisa.
Po lunchu z Emilem wróciłem do biura, gdzie zastałem Marilisę przeglądającą statystyki aborcyjne. Zauważyła wzrost liczby zabiegów przerywania ciąży w miejscowym ośrodku Planned Parenthood w 2004 roku. Wiedzieliśmy, że wkrótce wrócą z przerwy wakacyjnej studenci i ilość aborcji w sposób nieunikniony wzrośnie jeszcze bardziej. David Bereit, nasz porywający lider, zwołał zebranie wszystkich pracowników, żeby przedyskutować, co moglibyśmy zrobić jesienią, aby zapobiec wzrostowi tej liczby. Podczas spotkania wspomniał, że w Biblii wielkie znaczenie ma robienie czegoś przez czterdzieści dni z rzędu. Czterdzieści dni to okres, który co chwilę pojawia się w Piśmie Świętym, i to zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie. David głośno zastanawiał się, co by było, gdybyśmy kwestię położenia kresu aborcji zawierzali Bogu przez czterdzieści dni. Pomodliliśmy się, siedząc wokół starego drewnianego stołu. Po godzinnej modlitwie David, Marilisa, ja i jeszcze jedna osoba postanowiliśmy podjąć kampanię "40 dni dla życia", polegającą na modlitwie, poście, zorganizowaniu pomocy oraz czuwaniu modlitewnym przez całą dobę każdego dnia. O tym, jak Pan Bóg działał, inspirując nas do zorganizowania pierwszej tej kampanii można przeczytać w książce zatytułowanej 40 Days for Life (40 dni dla życia).
Tamta pierwsza kampania zakończyła się ogromnym sukcesem i przyczyniła się do obniżenia liczby aborcji wykonywanych w miejscowym ośrodku o dwadzieścia osiem procent. Ale kiedy dobiegła końca, wydawało nam się, że już jest po wszystkim. Nie przyszłoby nam do głowy, że jeszcze kiedyś usłyszymy hasło "40 dni dla życia". Byliśmy absolutnie zaskoczeni, kiedy taka sama akcja ruszyła w Dallas w Teksasie oraz w Green Bay i Madison w Wisconsin. Następnie obserwowaliśmy, jak Bóg posługuje się kampanią "40 dni dla życia" w kolejnych siedmiu miastach. Marilisa skompletowała pakiety szkoleniowe, które miały pomóc odpowiedzieć na wszystkie prośby o pomoc nadchodzące do nas zewsząd. Ja sam przemawiałem podczas kilku imprez rozpoczynających takie akcje. Wykorzystywano podczas nich nasze ulotki, na których zamieniano tylko nazwę miasta i wskazywano ośrodek aborcyjny, przed którym miało się odbyć czuwanie modlitewne. Zaczynało do mnie docierać, że gdy Amerykanie wezmą sobie sprawę aborcji do serca, to natychmiast coś z nią zrobią na szczeblu lokalnym.
Potem Bóg otworzył nasze oczy na nową sposobność rozszerzenia działalności pro-life. Tym razem chodziło o rekrutację i szkolenie lokalnych liderów przez internet. Przez kilka miesięcy David i ja omawialiśmy możliwości zorganizowania kampanii "40 dni dla życia" w skali całego kraju jesienią 2007 roku, zgadzając się ze sobą nawzajem i z naszymi żonami, że uczynimy ten akt wiary i zorganizujemy jedną kampanię o zasięgu ogólnokrajowym. Nie wiedzieliśmy, ile miast się zgłosi, ale liczyliśmy na przynajmniej dwadzieścia w całych Stanach Zjednoczonych. Przygotowując się do tego, przyglądaliśmy się różnym logo, stronom internetowym i innym kwestiom technicznym. Wyprodukowałem i poprowadziłem program w EWTN [Eternal Word Television Network - amerykańska katolicka stacja telewizyjna - przyp. tłum.], by pomóc wypromować naszą kampanię. Ponieważ nie spodziewaliśmy się, że "40 dni dla życia" będzie akcją kontynuowaną również później, nie mieliśmy osoby odpowiedzialnej za pozyskiwanie funduszy ani nie złożyliśmy wniosku o zwolnienie nas od podatku, ale przy pomocy prawnika udało nam się objąć kampanię ochroną prawną.
Odzew przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Zgłaszali się zainteresowani ze wszystkich krańców kraju. The Coalition for Life zgodziła się pokryć wiele wydatków związanych z akcją, inne pokryliśmy z własnej kieszeni, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to dopiero początek - sprawa będzie droga. Jednym z moich zadań było zdobywanie funduszy. Zacząłem od wykonania dwóch telefonów. Pierwszy z moich rozmówców zadeklarował pięć tysięcy dolarów, lecz nie mógł przekazać ich przed rozpoczęciem kampanii. Była to bardzo szczodra oferta, ale nie mogła pomóc nam w pokryciu kosztów, których spodziewaliśmy się jeszcze przed rozpoczęciem akcji.
Drugą rozmowę przeprowadziłem z Emilem Ogdenem.
- Musimy pójść na lunch i będę cię prosił o pieniądze - powiedziałem.
Roześmiał się i odpowiedział:
- Umówmy się na jutro.
- Dobrze. Sprawy toczą się bardzo szybko i najwyższa pora, żebym cię z nimi zaznajomił.
Przyszedłem na lunch o wiele za wcześnie i byłem bardzo zdenerwowany. Znaliśmy się już dobrze z Emilem, ale prawie nigdy nie rozmawialiśmy o pieniądzach, gdyż nie było takiej potrzeby. Zawsze hojnie wspierał The Coalition for Life, a ja absolutnie nigdy nie prosiłem go o tak wielką kwotę, jaka potrzebna była na pokrycie szacunkowych kosztów kampanii. Podczas jednego z naszych wcześniejszych lunchów pan Ogden powiedział mi, żebym przemógł swoją niechęć do proszenia go o pieniądze.
- Te dzieci umierają. Musimy zrobić dla nich, co tylko się da. Nie możecie kiepsko prowadzić kampanii i z całą pewnością nie można kiepsko kierować The Coalition for Life. Mam pieniądze i spodziewam się, że ludzie będą mnie o nie prosić. Moim obowiązkiem wobec Boga jest ich rozdawanie. Jeśli akurat nie będę mógł dać, to tego nie zrobię, ale ich zadaniem jest poprosić, a moim odpowiedzieć "tak" lub "nie". Nie wstydź się więc prosić.
Przypomniałem sobie tamtą zachętę, kiedy patrzyłem, jak uśmiechnięty Emil wchodzi do restauracji ubrany jak zawsze w płaszcz, krawat i kowbojski kapelusz. Powiedziałem sobie, że to, czy da mi pieniądze czy nie, leży w Bożych rękach. Kiedy poprosiłem go o pięćdziesiąt siedem tysięcy dolarów, odparł:
- Przykro mi, ale nie mogę ci dać aż tyle, Shawn. Trochę teraz krucho z kasą. Ale mogę pomóc ci ruszyć z miejsca.
Powiedział, ile jest w stanie mi dać, i dodał:
- Jestem teraz w trudnej sytuacji. Nie mogę więcej. Gdybym mógł, zrobiłbym to, wierz mi. Potrzebujesz tych pieniędzy natychmiast, prawda? Okej, podrzucę ci dzisiaj czek.
Zgodnie z obietnicą pan Ogden przyszedł jeszcze tego samego lipcowego, skwarnego popołudnia i dokonał pierwszej darowizny na rzecz ogólnokrajowej kampanii "40 dni dla życia". Czek opiewał na kwotę o pięć tysięcy dolarów wyższą niż ta, którą zadeklarował. Podobnie było trzy lata wcześniej, kiedy podarował nam dziesięć tysięcy dolarów na rozpoczęcie kampanii w College Station, spojrzał na nas, uśmiechnął się, uniósł brwi i życzył powodzenia.
Odmówiliśmy modlitwy i zabraliśmy się do roboty.
Jesienią 2007 roku zobaczyliśmy, jak Bóg przenosi "40 dni dla życia" do osiemdziesięciu dziewięciu miast w trzydziestu trzech stanach, a stamtąd (korzystając z podarowanych pieniędzy) - do miejsc, o jakich nawet nam się nie śniło. Teraz, jedenaście lat później, czuwania modlitewne odbywają się w ponad siedmiuset pięćdziesięciu miastach w ponad pięćdziesięciu krajach i uczestniczy w nich ponad siedemset pięćdziesiąt tysięcy ludzi na całym świecie. A wszystko to po części dzięki temu, że pewien wierzący nafciarz zaryzykował i ofiarował swoje pieniądze.
W ciągu tych lat Emil i ja spotykaliśmy się na lunchach i dyskutowaliśmy o religii, polityce, filozofii, wychowaniu dzieci, historii i sporcie. Dzieliliśmy się wspomnieniami, opowieściami i planami. Zawsze pytał mnie o Marilisę i dzieciaki, a ja często mówiłem mu, że spodziewamy się kolejnego dziecka.
- A niech cię, Carney! - mówił. - Przegonicie mnie i Clementine! To dobrze! Dzisiaj potrzeba większych rodzin.
Nie chciał przestać pracować nawet kiedy był już pod dziewięćdziesiątkę. Towarzyszyła mu jego wierna asystentka Liz, która go pilnowała i troszczyła się o niego.
Kiedy w lipcu 2017 roku dowiedziałem się, że z Emilem nie jest najlepiej, prędko wróciłem z wycieczki do Kalifornii, żeby osobiście się z nim pożegnać. Ale kiedy zatelefonowałem do Clementine, powiedziała, że jest zbyt słaby. Wyznałem jej wówczas, jak wiele znaczy on dla mnie i dla Marilisy. Tak wiele nauczył mnie o wierze, rodzinie i poświęceniu. Był moim przyjacielem. Bardzo go kochałem. Zmarł następnego dnia w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat, prawie co do dnia dziesięć lat po tym, jak wręczył mi pierwszy czek dla "40 dni dla życia".
Marilisa i ja zapakowaliśmy dzieci do samochodu i pojechaliśmy do College Station na pogrzeb. W czasie drogi z Houston, gdzie mieszkaliśmy, opowiadałem dzieciom o panu Ogdenie - o tym uśmiechniętym weteranie drugiej wojny światowej, który dorastał w czasie Wielkiego Kryzysu, zawodowo grał w baseball, w wieku pięćdziesięciu kilku lat odkrył złoże roponośne po czternastu odwiertach zakończonych porażką, poznał sześciu amerykańskich prezydentów podczas swego długiego życia, przez sześćdziesiąt dziewięć lat był kochającym mężem, doczekał się dwadzieściorga trojga wnucząt i dwanaściorga prawnucząt. Wspomniałem, jak zawsze starał się otaczających go ludzi prowadzić do Chrystusa. Obserwując go w wielu sytuacjach towarzyskich i zawodowych, widziałem, że z każdym, kogo spotkał, poruszał temat godności życia ludzkiego.
Podczas pogrzebu zobaczyłem wielu ludzi, na których życie Emil miał wpływ - od bezdomnych do Rycerzy Kolumba, porzuconych dzieci, którym pomagał skończyć college, i osoby, które spotykał w biurze szeryfa, gdzie pełnił funkcję ochotniczego zastępcy. Darzył wielką miłością chrześcijan żyjących w Ziemi Świętej, co wyrażał poprzez dzieła, które spełniał jako członek Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego.
Pan Ogden angażował się w wiele dzieł, ale sercem zawsze był przy nienarodzonych. Cieszył się za każdym razem, gdy słyszał o uratowanym dziecku bądź o matce, której udało się ponownie stanąć na nogi. Chociaż jego działalność pro-life przebiegała za kulisami głównych wydarzeń, przyczynił się do zachowania przy życiu każdego dziecka uratowanego podczas czuwań modlitewnych w trakcie kampanii "40 dni dla życia". "To najlepsza inwestycja, jaką w życiu zrobiłem!" - mówił mi ze śmiechem.
Pan Ogden reprezentował jakże wielu wspaniałych ludzi, którzy modlą się i pracują, by położyć kres aborcji tam, gdzie mieszkają. Jest on dla nas wszystkich przykładem, że powinniśmy zabierać głos w obronie życia tych, którzy sami przemówić nie mogą. Dużym błędem byłoby stwierdzenie, że dzisiejszy świat to nie czasy dla takich jak on. Zarówno w Ameryce, jak i na całym świecie wciąż wiele jest bezinteresownych sług, którzy na pierwszym miejscu stawiają Boga. Nie mówią o nich media, ale oni istnieją, a ich ufność Bogu to początek końca aborcji.
Jako że akcja "40 dni dla życia" skupia się na działaniach na szczeblu lokalnym, to i ty możesz zrobić coś, aby położyć kres aborcji tam, gdzie żyjesz. Możesz zaufać, że Bóg pomoże twojej lokalnej społeczności, a czyniąc to, uzdrowi cały kraj.
W czynieniu dobra nie ustawajmy,bo gdy pora nadejdzie, będziemy zbierać plony,o ile w pracy nie ustaniemy.
(Gal 6,9)
Boże, chcę Ci podziękować za życie Emila Ogdena i wielu innych jemu podobnych, których nazwisk nie znam. Są to ludzie, którzy z oddaniem służyli sprawie ratowania nienarodzonych. Dziękuję Ci za przykład, jaki Emil dawał nam wszystkim. Proszę, spraw, żebym ufał Ci i poświęcał się ratowaniu życia, ponieważ każde życie jest cenne w Twoich oczach. Amen.
DZIEŃ SZÓSTY
Ludzie honoru
Wszyscy ludzie odważni są kręgowcami:
miękcy na zewnątrz, twardzi w środku.
G.C. Chesterton
Przerwałem rozmowę telefoniczną z Jimem Freundem z Green Bay w stanie Wisconsin, żeby wystawić głowę przez drzwi mojego biura i wrzasnąć z radością do ludzi z The Coalition for Life (choć było ich wtedy tylko dwoje):
- Super! W Green Bay w Wisconsin zamierzają zorganizować "40 dni dla życia"!
Było to wiosną 2006 roku. Udało nam się już pomóc zorganizować kampanie za życiem w Dallas i Houston, ale Green Bay jak dla mnie równie dobrze mogłoby znajdować się gdzieś na biegunie północnym - nie miałem zielonego pojęcia o jego istnieniu.
Jim Freund - z wyznania żyd - całym sercem był zaangażowany w obronę życia. Aborcję postrzegał jako największy w dzisiejszych czasach atak na człowieka. I chociaż - jeśli byłoby to konieczne - gotów był zorganizować kampanię "40 dni dla życia" samodzielnie, to jednak znalazł wielu chrześcijan, którzy chcieli z nim współpracować.
Nie mogłem się doczekać, kiedy wrócę do domu i opowiem Marilisie, że kolejne miasto nie tylko pytało o naszą akcję, ale i gorliwie przygotowywało się do przeprowadzenia jej u siebie. Poprosili mnie, żebym przyleciał do nich na imprezę rozpoczynającą całą kampanię. Miał to być mój pierwszy wyjazd z domu od czasu narodzin naszego pierwszego dziecka - Bridget - osiem tygodni wcześniej.
Wszedłem do pokoju, żeby podzielić się z Marilisą nowinami. Zaskoczył mnie widok jej uśmiechniętej twarzy i oczu szeroko otwartych z przejęcia.
- Co się stało?
Otworzyła usta, żeby mi odpowiedzieć, ale zamiast tego zaczęła się śmiać, i to tak bardzo, że nie mogła wykrztusić ani słowa. Miałem wrażenie, że nie dowierza temu, co chce mi wyznać, a jednocześnie jest niezmiernie uradowana. Jej śmiech był zaraźliwy, więc zacząłem się śmiać razem z nią, nie wiedząc, z czego właściwie tak się cieszymy. Próbowałem ją uspokoić, żeby mogła wreszcie coś powiedzieć, ale dosyć trudno tego dokonać, kiedy człowiek sam pęka ze śmiechu. Wreszcie udało nam się opanować.
- O co chodzi? - zapytałem.
Wyciągnęła w moją stronę rękę, w której trzymała test ciążowy z pozytywnym wynikiem.
- Fantastycznie! - wykrzyknąłem. Odwróciłem się do ośmiotygodniowej Bridget i powiedziałem: - Moje gratulacje, słoneczko! Jesteś teraz starszą siostrą!
Bridges popatrzyła na nas szeroko otwartymi oczami, co wywołało kolejny atak śmiechu u Marilisy.
- Może to będzie kolejna dziewczynka? - zapytałem. - Mogłyby kiedyś chodzić do tej samej klasy. A nawet wyjść za mąż tego samego dnia! Pomyśl tylko, ile pieniędzy zaoszczędzilibyśmy!
Marilisa wciąż się śmiała.
Byłem dopiero rok po studiach, miałem dwadzieścia trzy lata, żonę i drugie dziecko w drodze. Wspaniałe życie. Nie zdążyłem nawet powiedzieć Marilisie o kampanii w Green Bay.
* * *
Kilka tygodni później wylądowałem na lotnisku w Green Bay. W hali przylotów czekał na mnie Jim Freund, trzymając w rękach kartkę z moim imieniem i nazwiskiem.
- Witaj, Jim! Jestem Shawn, miło cię poznać.
Przez chwilę milczał, po czym zapytał:
- Shawn, to ty?
- Tak jest! Zimno tutaj!
W milczeniu poprowadził mnie do samochodu. Widziałem, że coś go nurtuje, ale postanowiłem dać mu czas, żeby sam tę kwestię poruszył. Kiedy czekaliśmy na czerwonym świetle, a on stukał w kierownicę, patrząc w milczeniu prosto przed siebie, zapytałem go o szpital, w którym przeprowadza się aborcje w Green Bay. Nie odpowiedział. Wreszcie spojrzał na mnie i odezwał się:
- Shawn, muszę cię o coś zapytać. Nie chciałbym jednak, żebyś poczuł się urażony.
No cóż - tak właśnie mówimy do kogoś tuż przed tym, zanim go urazimy...
- Ile masz lat? - zapytał.
No jasne! Do tej pory komunikowaliśmy się wyłącznie przez telefon i mail; było to nasze pierwsze spotkanie twarzą w twarz.
- Nie ma sprawy, Jim. Ludzie często mnie o to pytają. Być może wyglądam bardzo młodo jak na swój wiek, ale w tym roku kończę liceum.
Widziałem, że prawie dostał zawału.
- Żartuję! Mam dwadzieścia trzy lata i razem z żoną spodziewamy się drugiego dziecka.
Roześmiał się i pogratulował mi.
Jim zabrał mnie na spotkanie, podczas którego wyjaśniałem czterdziestu duchownym, czym jest, a czym nie jest akcja "40 dni dla życia". Opowiadałem o naszej kampanii w College Station, Dallas, Kitsap County, Waszyngtonie i Houston. Nie mówiłem o przyszłości, ponieważ w tamtym czasie "40 dni dla życia" było niewielkim przedsięwzięciem i nie wiązaliśmy z nim dalekosiężnych planów, a i Bóg jeszcze nie okazał, jakie ma zamiary względem niego.
W pewnym momencie wstał i zabrał głos Mark, pastor jednego z miejscowych kościołów ewangelickich. Ten słusznej postawy mężczyzna głębokim głosem z mocą wezwał zebranych do działania:
- Słuchajcie, jesteśmy w Green Bay. To nasz dom. Tutaj polujemy, mrozimy ryby, prowadzimy dzieci do kościoła, a jesienią oglądamy mecze "Packersów". Troszczymy się o siebie nawzajem, a aborcja to zagrożenie dla naszego stylu życia. Musicie wejść do gry! Ja jestem całkowicie za tą sprawą! Niektórzy z nas to katolicy, inni to protestanci. Nie obchodzi mnie, do jakiego kościoła należycie; w niebie i w piekle pełno jest jednych i drugich. Liczy się tylko to, żebyśmy obronili te dzieci. Proszę więc was, zróbmy to!
Słowa Marka tak mnie podkręciły, że byłem gotów natychmiast ruszyć na chodnik przed szpitalem.
Nie była to jedyna rzecz, która sprawiła, że impreza inauguracyjna okazała się czymś naprawdę fantastycznym. Po końcowej modlitwie, gdy kościół powoli pustoszał, gdyż ludzie wychodzili z niego z zamiarem udania się do szpitala, gdzie dokonywano aborcji, podszedł do mnie miejscowy biskup, biskup Zubik, złapał mnie za rękę i powiedział:
- Niech Bóg błogosławi wasz apostolat!
"Nie mam żadnego apostolatu..." - pomyślałem tylko.
Popatrzył na mnie i powiedział:
- Trzeba to kontynuować. To dzieło musi się rozrastać. Bezpiecznych powrotów do Teksasu!
Rozmowa była krótka, lecz wywarła wpływ na późniejsze wydarzenia.
Kiedy, lecąc do domu, patrzyłem przez okno samolotu na coraz mniejsze ulice i zabudowania Green Bay, z niedowierzaniem myślałem o tym, że "40 dni dla życia" dotarło aż tutaj. Zacząłem też wyobrażać sobie, co będzie dalej z naszym małym marzeniem. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, dokąd Bóg zaprowadzi naszą kampanię, ale tamta podróż była dla mnie punktem zwrotnym, a zarazem początkiem długotrwałego związku naszej kampanii z Green Bay w Wisconsin.
Tego samego roku Marilisa urodziła śliczną dziewczynkę. Dziecko przyszło na świat o trzy tygodnie za wcześnie. To oznacza, że między moimi dwiema najstarszymi córkami - Bridget i Bailey - jest dziesięć i pół miesiąca różnicy. Dziewczynki są dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.
Rok 2006 był dobrym rokiem. Wiele rzeczy właśnie wtedy się zaczęło: szybko rozrastająca się rodzina i rozpęd, jakiego nabrała kampania "40 dni dla życia".
* * *
"Nie rozumiem, co się tu dzieje?" - pomyślał Jim Ball, przejeżdżając obok kompleksu szpitalnego w Green Bay. Jakiś mężczyzna chodził tam i z powrotem przed budynkiem szpitala, usiłując przy tym utrzymać prosto jakiś znak, co nie było łatwe w porywistym wietrze i rzęsistym deszczu. Jim często jeździł tamtędy, wykonując swoje obowiązki zawodowe. Wreszcie pewnego dnia zatrzymał się, podszedł do owego mężczyzny i w bardzo dla niego charakterystyczny, szalenie bezpośredni sposób zapytał:
- Co tu się, do cholery, dzieje?!
- "40 dni dla życia" - odpowiedział Jim Freund, gdyż to właśnie on był owym mężczyzną. - Modlimy się o zaprzestanie wykonywania aborcji.
Tak wyglądało pierwsze spotkanie Jima Balla z naszą kampanią. Był to kiepski dzień dla przemysłu aborcyjnego w Green Bay.
Kiedy rok później ruszaliśmy z akcją "40 dni dla życia" w całym kraju, zgłosiła się do nas pewna odważna kobieta, Lori Koschnick, żeby poprowadzić kampanię w Green Bay, a Jim Ball szybko zaoferował swoją pomoc. Skłoniło go do tego zdanie, które usłyszał podczas kampanii w 2006 roku. Jakaś kobieta zatrzymała wówczas samochód tuż obok niego i odsunąwszy szybę w oknie, powiedziała: "Chciałam tyko powiedzieć panu, że to wspaniałe, że w modlitwie na chodniku przed kliniką uczestniczą także mężczyźni".
Jej uwaga sprawiła, że Jim zaczął myśleć o kwestii aborcji jako mężczyzna i to zmobilizowało go do działania. "To my jesteśmy przyczyną tego wszystkiego - pomyślał. - Przespaliśmy całą tę historię z aborcją. Za naszą sprawą kobiety zachodzą w ciążę, a my potem zrzekamy się całej odpowiedzialności. To nasza wina. Zwycięstwa naszej drużyny sportowej potrafimy uczcić - z pomalowanymi twarzami chodzimy do barów, żeby się nimi cieszyć - a kobiety, które przez nas zaszły w ciążę, zostawiamy z tym problemem same. Ja na przykład mam tego dosyć!".
Od 2007 roku Jim Ball miał tylko jedną misję: sprawić, żeby więcej mężczyzn wzięło odpowiedzialność za aborcję, broniło kobiet i modliło się na chodnikach przed klinikami aborcyjnymi. Jesienią 2008 roku jego pragnienie wielkich wyzwań i jego wielkie serce znalazły szczęśliwe połączenie: Jim został liderem kampanii w Green Bay i to na następne dziesięć lat.
Jim rzucił wyzwanie skierowane do mężczyzn, które zatytułował: "Obudź się!". Polegało ono na przyjściu na całonocne czuwanie modlitewne. Z czasem zyskało ono wielką popularność.
- Nie pokonasz ciemnej strony, siedząc w wygodnym fotelu - powiedział Jim. - Jeśli ktoś potrafi przez dwanaście godzin siedzieć na ambonie strzelniczej, to niech nie opowiada, że nie jest w stanie postać przed kliniką. Jeżeli potrafi iść na mecz "Packersów" i, popijając piwo, przez cztery godziny siedzieć na Lambeau Field przy temperaturze poniżej zera, to niech mi nie mówi, że nie może się modlić na chodniku.
Jim nie twierdzi, że jest to łatwe, ale ma swoje sposoby, żeby się do tego zmobilizować:
- Za każdym razem, kiedy użalam się nad sobą, bo budzik dzwoni o wpół do dwunastej w nocy i muszę się ubrać, a za oknem wiatr i plucha, myślę o Deaconie Dave'ie. On ma piątkę dzieci i mnóstwo obowiązków w pracy, a jednak od poniedziałku do piątku pojawia się na dwie godziny przed szpitalem.
Wyzwanie, jakie Jim stawia przed mężczyznami, zawsze najpierw odnosi do siebie. Oto przykład:
Pewnego wieczoru na dworze rozpętała się paskudna śnieżyca. Nie muszę chyba mówić, że w Green Bay potrafi zrobić się naprawdę zimno! Czuwanie Jima wypadało pomiędzy północą a drugą nad ranem. Był już w drodze, kiedy zadzwonił do niego człowiek, który miał czuwać zaraz po nim:
- Jim, nie odśnieżyli drogi, przy której mieszkam. Nie mogę wyjechać!
- W porządku, ja zostanę na twoją zmianę.
Po kilku telefonach udało mu się znaleźć kogoś, z kim podzielił się czuwaniem od drugiej do czwartej. Pomimo przenikliwego chłodu, śniegu i przeszywającego wiatru Jim Ball przedłużył czas swojego czuwania przed szpitalem. Kilka tygodni później przyszła wiadomość od kobiety, która miała na ten wieczór wyznaczony zabieg przerwania ciąży. Zobaczyła mężczyznę, z którego kapelusza zwisały sople lodu. W rękach trzymał tabliczkę, na której napisano po prostu: "Módl się o zaprzestanie wykonywania aborcji". Tamtej niespokojnej, śnieżnej nocy kobieta podjęła decyzję: "Urodzę to dziecko".
* * *
Ochotnicy czuwający i modlący się przed kliniką nie mogli wiedzieć, jaka walka odbywa się wewnątrz. Pracowali tam lekarze, którzy nie chcieli przeprowadzać aborcji. Przedstawiciele "40 dni dla życia" wielokrotnie usiłowali doprowadzić do spotkania z którymkolwiek z dyrektorów szpitala, ale nigdy im się to nie udało. Aż pewnego razu jeden z lekarzy poprosił o kontakt do Jima Balla.
- Przyszedłem do szpitala o czwartej po południu w pewien szary, lutowy dzień - opowiada Jim. - Kiedy usiadłem w jego gabinecie, widziałem przez okno ochotników z zaangażowaniem modlących się na chodniku.
Dyrektor usadowił się wygodnie w swoim drogim fotelu i spojrzał na Jima.
- Myślę, że to będzie wasze ostatnie czuwanie przed szpitalem - powiedział. - Nie będzie więcej aborcji na oddziale położniczo-ginekologicznym.
Jim o niczym innym nie marzył.
- Co dokładnie ma pan na myśli? - zapytał.
Lekarz wyjaśnił, że oddział ginekologiczno-położniczy jest zadłużony i praktycznie upadł. Jedyny aborter, jaki pozostał, również był w finansowych tarapatach. Szpital zaproponował mu umowę, zgodnie z którą miał nadal pracować, ale całkowicie zakazano mu wykonywania zabiegów przerywania ciąży, nawet poza godzinami pracy. Oddział ginekologiczno-położniczy miał zostać zamknięty, a z powodu braku aborterów także zabiegi w sąsiadującym ze szpitalem budynku miały dobiec końca. Oficjalnie stało się to 31 lipca 2013 roku.
Kiedy Jim usłyszał te piękne słowa, spojrzał na ochotników za oknem, którzy nie mieli pojęcia, że ich modlitwy właśnie zostały wysłuchane. Po chwili zwrócił się do lekarza:
- Muszę o coś zapytać. Czy nasza obecność i modlitwy miały jakikolwiek wpływ na zamknięcie oddziału?
Pytanie to sprawiło, że w lekarzu zaszła przemiana. Mówiący cichym głosem człowiek, wykończony do ostatka po długim dniu pracy, poderwał się gwałtownie z krzesła. Jak to później opisywał Jim, doktor zerwał się, "jak gdyby właśnie wstrzyknięto mu prosto w serce trzy filiżanki kawy".
- Jeszcze jak! - wykrzyknął. - Powiedz tym ludziom, że gdyby was tam nie było, to nie rozmawialibyśmy teraz!
Green Bay na zawsze pozostanie miejscem szczególnym ze względu na wiarę, zaangażowanie i poczucie obowiązku, jakie widziałem tu w ludziach - zwłaszcza tych pod przewodnictwem dwóch Jimów.
Jim Ball zawsze opowiadał się za życiem, ale tak naprawdę nie podjął żadnych działań w tej sprawie, dopóki nie spotkał innego zaangażowanego człowieka, drugiego Jima, który stał w pewien wietrzny dzień przed szpitalem, trzymając tabliczkę z napisem. Zbyt mało mężczyzn odpowiada na wezwanie do ochrony życia tak jak tych dwóch Jimów. Oni wiedzieli, że jako mężczyźni muszą stanąć w obronie kobiet i życia i coś w tej kwestii zrobili.
Jim Freund i Jim Ball pozwolili, by ich serca pokierowały ich dłońmi i stopami. Włączyli się w dzieło, jego owoce z ufnością powierzając Panu Bogu, a On je zapewnił poprzez ręce, stopy i hart ducha tych kilku wyjątkowych ludzi honoru.
Gdy byłem dzieckiem,mówiłem jak dziecko,czułem jak dziecko,myślałem jak dziecko.Kiedy zaś stałem się mężem,wyzbyłem się tego, co dziecinne.
(1 Kor 13,11)
Jezu Chryste, mamy być tacy jak Ty, a Ty byłeś obrońcą kobiet. Proszę, spraw, abyśmy my, którzy Ciebie kochamy, byli silni i stawali się kobietami i mężczyznami niewahającymi się przedłożyć życia ponad własną wygodę. Obyśmy potrafili wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i innych do tego motywowali. I oby takie decyzje pozwoliły uratować więcej istnień ludzkich. Amen.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej