Początek - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Kup ebooka

41.99 zł

-
Proszę czekać
.

Chłod­nym wzro­kiem pa­trzy­łem na jego obitą gębę. Pluł krwią i spo­glą­dał na mnie z nie­na­wi­ścią, ale i stra­chem. Ide­alne po­łą­cze­nie, wła­śnie tak miało być. Mieli mnie nie­na­wi­dzić, ale i się bać. Opar­łem plecy o ce­glany mur nie­czyn­nego klubu, któ­rego wła­ści­ciel za­dłu­żył się u nas, bo nie umiał po­wstrzy­mać swo­ich ha­zar­do­wych za­pę­dów. Nie po­tra­fił utrzy­mać fiuta w spodniach i sporo kasy za­in­we­sto­wał w prze­mysł porno i do­słow­nie zo­stał wy­ru­chany, a poza tym był chu­jo­wym biz­nes­me­nem. Nada­wał się ewen­tu­al­nie do za­rzą­dza­nia sku­pem bu­te­lek, je­śliby taki wciąż ist­niał, ale po­dej­rze­wam, że i to po­tra­fiłby spier­do­lić.

Znu­dzony zer­k­ną­łem na Ka­tana, który w mil­cze­niu ba­wił się swo­imi no­żami. Pako sie­dział na drew­nia­nym stole, opie­ra­jąc nogi obute w ele­ganc­kie skó­rzane szty­blety o ławkę, i zie­wał. Jego cień sto­jący obok, czyli Mię­tus, zaj­mo­wał się wy­da­wa­niem po­le­ceń na­szym chło­pa­kom od brud­nej ro­boty. Prze­trzą­sali klub i wer­to­wali pa­pie­rzy­ska w po­rdze­wia­łych me­ta­lo­wych sza­fach w po­szu­ki­wa­niu prawa wła­sno­ści. A krwa­wiący Sko­bliń­ski, znany jako Sko­bel - wła­ści­ciel tego upa­dłego przy­bytku - wciąż uda­wał, że ma nad tym wszyst­kim ja­ką­kol­wiek kon­trolę.

To był mój pierw­szy klub, który wła­śnie przej­mo­wa­łem za długi - i wie­dzia­łem, że mu­szę zro­bić z tego gów­nia­nego miej­sca coś na­prawdę gru­bego. Znaj­do­wało się w po­bliżu placu Sol­nego, w sercu mia­sta. Bo moim głów­nym ma­rze­niem było mieć kie­dyś modny lo­kal w cen­trum, czyli w rynku, i nie­ba­wem to ma­rze­nie miało się speł­nić. Skoń­czy­łem wła­śnie dwa­dzie­ścia trzy lata, ofi­cjal­nie za­rzą­dza­łem firmą de­we­lo­per­ską, ale mia­łem także kilka in­nych dzia­łal­no­ści, je­śli można tak na­zwać udziały w paru noc­nych klu­bach, pro­cent od za­kła­dów, od han­dlu trawą, a także od ka­syn. By­łem też na ostat­nim roku stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Eko­no­micz­nym.

- Słu­chaj, Ki­bel - po­wie­dzia­łem ci­cho, pa­trząc na wi­ją­cego się u mo­ich nóg go­ścia. - Po­wiedz mi, czy są­dzi­łeś, że bę­dziesz tak mógł od nas po­ży­czać w nie­skoń­czo­ność bez kon­se­kwen­cji?

- Ja od­dam, przy­się­gam na Boga!

- Prze­cież ty nie je­steś wie­rzący, kiedy ostat­nio by­łeś w ko­ściele? - ode­zwał się Pako uprzej­mym to­nem.

- Co? - Ko­leś pa­trzył na nas roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

- Niby dzie­więć­dzie­siąt pro­cent Po­la­ków to ka­to­licy, a tak na­prawdę po­łowa z nich od lat nie była w ko­ściele - stwier­dził Ka­tan mo­no­ton­nym, ci­chym gło­sem. Sko­bel spoj­rzał na niego i za­częła mu drżeć broda. Ka­tan raz po raz pod­rzu­cał nóż i ła­pał go w lo­cie. Wszy­scy wie­dzieli, jak ge­nial­nie umie się po­słu­gi­wać tą białą bro­nią. - Ge­ne­ral­nie sta­ty­styki są za­kła­mane.

- Jak cała ta in­sty­tu­cja - pod­su­mo­wał Pako, po czym ze­sko­czył z ławy i sta­nął obok Sko­bla. - Gdzie masz pa­pier, ty rów­nie za­kła­mana gnido? - spy­tał zim­nym to­nem, od któ­rego prze­cięt­nemu chło­pa­kowi ścier­płaby skóra. Klę­czący przed nami ko­leś ni­czym się nie wy­róż­niał. Za­czął drżeć.

- Ja... Nie wiem...

- Nie­wie­dza to błąd, nie­zna­jo­mość za­sad szko­dzi, pa­ra­fra­zu­jąc stare po­wie­dze­nie. - Pako wes­tchnął.

- Co? - Fa­cet go­rącz­kowo prze­no­sił wzrok ze mnie na Piotrka, a po­tem na Ka­tana, uni­ka­jąc jed­nak na­wią­za­nia z nim kon­taktu wzro­ko­wego. - Co?

- Nie mam cier­pli­wo­ści. - Kiw­ną­łem głową do kum­pla, a ten wy­ko­nał ruch i nóż wy­rzu­cony z jego pra­wej ręki z rów­nie wielką szyb­ko­ścią co pre­cy­zją wbił się w ścianę po­mię­dzy żu­chwą a ra­mie­niem klę­czą­cego na ziemi Sko­bla.

- Je­śli są­dzisz, że chy­bił, to się my­lisz - po­in­for­mo­wał uprzej­mym i jed­no­cze­śnie znu­dzo­nym to­nem Pako.

- Od­dam wszystko...

- Pa­pier. Tylko to chcemy.

- Ale oni mnie za­biją.

- W prze­ciw­nym wy­padku za­bi­jemy cię my. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

Fa­cet po­chy­lił głowę, uniósł dło­nie w ge­ście pod­da­nia, się­gnął do biurka i od­krę­cił spód jed­nej z szu­flad. Drżącą ręką po­dał nam akt wła­sno­ści. Spoj­rza­łem na Pako, ski­nął głową bez słów.

- U nas je­steś czy­sty. Nasz praw­nik wszystko przy­go­tuje. I mo­żesz już or­ga­ni­zo­wać so­bie ucieczkę, skoro tak się mar­twisz, że ktoś może zro­bić ci kuku.

- Go­ście z Po­mo­rza... - jęk­nął Sko­bel.

- Kto się z tą pa­tel­nią za­daje! - par­sk­nął Pako.

- Ja... daj­cie mi ochronę, będę dla was bie­gał.

- Z tobą nie chciał­bym ubić mu­chy w ki­blu. - Wska­za­łem jed­nego z żoł­nie­rzy. Wraz z dru­gim chło­pa­kiem za­wi­nął skom­lą­cego Sko­bla. Zo­sta­łem sam z mo­imi ludźmi. Ka­tan scho­wał noże i stał nie­ru­chomo, jakby był eks­po­na­tem w ga­bi­ne­cie fi­gur wo­sko­wych. Pako z po­wro­tem sie­dział na ła­wie i pa­trzył na mnie. Zer­k­ną­łem na niego.

- Dasz radę zro­bić z tego klub, a nie gów­no­spe­lunę? - Unio­słem brew.

- Dam radę zro­bić z tego za­je­bi­stą miej­scówkę, w któ­rej ba­wić się bę­dzie pół mia­sta.

- Mu­simy po­my­śleć nad na­zwą. - Za­sta­no­wi­łem się.

- Pro­zac - ode­zwał się mil­czący do­tąd Ka­tan.

- Stary, je­dziesz na pro­chach? - Pako klep­nął go w ra­mię. Ję­drzej spoj­rzał chłodno na przy­ja­ciela i po­krę­cił głową.

- Pro­zac. Do­bre. Daje lu­dziom odro­binę ulot­nego szczę­ścia. I wy­tchnie­nia. Tym wła­śnie bę­dzie ten klub.

- No tak, ucieczka. - Unio­słem brwi i kiw­ną­łem głową w ge­ście apro­baty. - Niech bę­dzie Pro­zac.

*

Wra­ca­łem do swo­jego apar­ta­mentu na Krzy­kach, miesz­czą­cego się na pię­trze po­nie­miec­kiej willi. Wy­naj­mo­wa­łem go od roku, przede wszyst­kim dla­tego, że był prze­stronny - po­nad stu­me­trowy - no­wo­cze­sny i znaj­do­wał się w ele­ganc­kiej czę­ści dziel­nicy, gdzie miesz­kały wie­lo­po­ko­le­niowe ro­dziny z dziećmi. To do­sko­nały ka­mu­flaż, a ja tego bar­dzo mocno pil­no­wa­łem. Całe moje ży­cie skła­dało się z po­zo­rów. Oj­ciec na­le­żał do bra­twy, czyli ro­syj­skiej ma­fii, matka była Po­lką, zmarła dawno temu. Tata wpoił mi, że naj­waż­niej­sze jest za­dba­nie o le­galny biz­nes, stwo­rze­nie wła­snej le­gendy i wra­że­nia, że jest się uczci­wym, pła­cą­cym po­datki oby­wa­te­lem. Ro­bi­łem to bar­dzo umie­jęt­nie, bo, jak po­wie­dział oj­ciec, by­łem uro­dzo­nym stra­te­giem i tro­chę też ak­to­rem.

W miesz­ka­niu wy­ką­pa­łem się, przy­go­to­wa­łem so­bie drinka, włą­czy­łem stare ka­wałki z lat dzie­więć­dzie­sią­tych i od­cią­łem się cał­ko­wi­cie od świata. Chcia­łem wol­no­ści, nie­za­leż­no­ści, kasy i wła­dzy. To mnie krę­ciło. W tej chwili nie my­śla­łem o ni­czym in­nym.

Nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że w ciągu naj­bliż­szego mie­siąca spo­tkam ko­bietę, która cał­ko­wi­cie zmieni kie­ru­nek, w ja­kim po­dą­żało moje ży­cie.

*

To był zwy­kły lu­towy dzień, zimny, nieco po­nury i cho­ler­nie desz­czowy. Już bym wo­lał, jakby pa­dał śnieg. Za dwa dni z mo­jego no­wego klubu wy­cho­dziła ekipa re­mon­towa. Oczy­wi­ście za­ła­twiał to Pako, a był za­wsze bar­dzo szybki i nie­ustę­pliwy w swo­ich dzia­ła­niach. Dzi­siaj wie­czo­rem spo­ty­ka­li­śmy się wszy­scy. Ka­tan i Pako to moi naj­lepsi lu­dzie, a także przy­ja­ciele. Nie ufa­łem ni­komu, ale im w stu pro­cen­tach. Zna­łem całą prawdę o ich prze­szło­ści, wie­dzia­łem o nich wszystko, o tym, co obaj daw­niej prze­żyli. I wciąż trwali, da­wali radę. Za­wsze by­łem zda­nia, że stare przy­sło­wie mó­wiące o tym, że co nas nie za­bije, to nas wzmocni, nie jest ja­kimś ba­na­łem, tylko szczerą prawdą. Każdy cios, kop­niak w dupę, su­fit wa­lący się na głowę to po­wód do jesz­cze szyb­szego po­wsta­nia, wzię­cia się w cu­gle i walki o sie­bie. Nie można się za­ła­my­wać. Każdy upa­dek spra­wia, że mu­simy pod­nieść się jesz­cze prę­dzej.

Przy­je­cha­łem na ry­nek około dwu­dzie­stej, wo­kół było ciemno, po­nuro i zimno. Pako oczy­wi­ście był już w klu­bie, Ka­tan do­jeż­dżał, bo dzi­siaj wy­brał się do Ra­dwa­nic do swo­jej matki, któ­rej nie­na­wi­dził, ale i tak o nią dbał. Za­par­ko­wa­łem na wy­so­ko­ści bu­dynku sta­rej giełdy, za­mkną­łem be­emkę i już za­mie­rza­łem szybko prze­do­stać się na drugą stronę placu Sol­nego, gdy na­gle wpa­dła na mnie ja­kaś drobna, zmar­z­nięta nieco dziew­czyna.

- Och... - Chwy­ciła mnie za klapy płasz­cza i za­to­czyła się lekko. - Czy mo­żesz... - Spoj­rzała mi w oczy. Jej były prze­stra­szone i bar­dzo nie­bie­skie. - Czy może pan udać, że cze­kał na mnie? - spy­tała bła­gal­nym to­nem.

- Słu­cham?

W tym mo­men­cie zza rogu wy­to­czyło się dwóch pod­pi­tych dre­sia­rzy.

- Ej, lalka, gdzie ucie­kasz? - ode­zwał się je­den z nich. Miał na so­bie skó­rzaną kurtkę i wy­so­kie białe ko­szy­kar­skie adi­dasy.

- Zo­staw tego ele­gan­cika, chodź do nas, mamy nie­da­leko metę z nie­złą im­prezką. - Drugi, ogo­lony na zero, uśmie­chał się ob­le­śnie.

- Szli za mną od przy­stanku. - Nie­zna­joma trzę­sła się albo z zimna, albo ze stra­chu.

Zła­pa­łem ją za rękę i scho­wa­łem za sie­bie.

- Bądź­cie uprzejmi zo­sta­wić moją dziew­czynę - po­wie­dzia­łem spo­koj­nym to­nem.

- Od­jeb się, fiu­cie. - Ten w skó­rza­nej kurtce chyba był nieco na­spi­do­wany.

Za­wsze mó­wi­łem, że piksy to zło. Co in­nego stara, do­bra czy­sta biel. Nie że­bym uży­wał, ni­gdy nie ko­rzy­sta­łem. Ale mia­łem pewne za­miary co do bia­łej damy.

Jed­nakże w tej chwili mu­sia­łem po­ra­dzić so­bie z dwoma na­krę­co­nymi wa­ria­tami, któ­rzy nie wie­dzieli, kiedy po­wie­dzieć stop.

- Nie­stety mie­li­ście tego pe­cha, że za­cze­pi­li­ście nie tę dziew­czynę, co trzeba - po­in­for­mo­wa­łem uprzej­mie na­pa­leń­ców.

- Co ty pier­do­lisz? Chcesz w ryj? - Łysy wy­ko­nał w moim kie­runku gwał­towny ruch, jakby chciał przy­wa­lić mi z tej swo­jej pu­stej dyni.

- Spier­da­laj, ko­leś, bo bę­dziesz po­tem pła­kał. - Jego ko­lega był rów­nie bo­jowo na­sta­wiony.

Wes­tchną­łem i po­krę­ci­łem głową. Zła­pa­łem za połę okry­cia i od­su­ną­łem ją.

- Wy na pewno pła­kać nie bę­dzie­cie, bo mar­twi nie pła­czą. - Spoj­rza­łem na nich zwy­cza­jo­wym zim­nym wzro­kiem, który za­cho­wy­wa­łem na spo­tka­nia ze swo­imi żoł­nie­rzami.

Pod płasz­czem mia­łem ele­gancką ko­szulę i ka­mi­zelkę, na któ­rej znaj­do­wał się pas z bro­nią. Czarny sig sauer za­wsze ro­bił do­bre wra­że­nie. Ko­le­sie wy­trzesz­czyli gały i cof­nęli się, uno­sząc ręce.

Po­chy­li­łem się i szep­ną­łem:

- Wy­pier­da­lać stąd!

Wi­dzia­łem tylko, jak ude­rza­jąc sto­pami o po­śladki, od­da­lali się w iście sprin­ter­skim tem­pie. Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem na dziew­czynę. Była na­prawdę prze­ra­żona, lecz te­raz i na mnie pa­trzyła prze­stra­szo­nym wzro­kiem.

- Ja... dzię­kuję i... prze­pra­szam... - Chyba chciała uciec, ale moc­niej przy­trzy­ma­łem ją za rękę. Przyj­rza­łem się bli­żej nie­do­szłej ofie­rze tych skur­wieli. Miała ciem­no­brą­zowe włosy, błę­kitne oczy, była drobna, ładna i wy­da­wała się bar­dzo zde­ner­wo­wana.

- Nie mu­sisz się mnie bać - po­wie­dzia­łem spo­koj­nym to­nem. - Zna­łaś tych dup­ków?

- Nie... - Po­trzą­snęła gwał­tow­nie głową. - Przy­cze­pili się w tram­waju. Je­cha­łam do domu, wy­naj­muję po­kój na Po­mor­skiej, wy­sia­dłam, aby przejść przez ry­nek, my­śla­łam, że po­jadą da­lej. Ale po­szli za mną. Nikt w tram­waju nie za­re­ago­wał. - Za­gry­zła wargę. Była w rów­nym stop­niu wku­rzona, co prze­stra­szona.

- Mam tu­taj klub. - Kiw­ną­łem głową w stronę dru­giej pie­rzei placu Sol­nego. - Po­sta­wię ci drinka, a po­tem od­wiozę do miesz­ka­nia.

- Nie, dzię­kuję...

- Po­słu­chaj. - Zła­pa­łem ją za ra­miona. - Przy­rze­kam, że nic ci nie grozi. To moja wi­zy­tówka. - Po­da­łem kar­to­nik. - Na­zy­wam się Leon Gola. I nie ro­bię krzywdy dziew­czy­nom. - Tu aku­rat mó­wi­łem prawdę. - Za­pra­szam na drinka. Na koszt firmy. Do­piero się re­mon­tu­jemy, ale lada dzień otwar­cie.

- Okej... - Po­pa­trzyła na wi­zy­tówkę i w końcu scho­wała ją do kie­szeni. Unio­sła twarz i spoj­rzała na mnie z lek­kim uśmie­chem. A mnie do­tknął on w ja­kiś dziw­nie fi­zyczny spo­sób. - Je­den drink.

- Ile bę­dziesz chciała. - Także pod­nio­słem ką­ciki ust.

Dziew­czyna wy­cią­gnęła drobną dłoń w moim kie­runku. Szybko ją ują­łem, a wtedy po­wie­działa już cał­kiem swo­bod­nie:

- Be­nita. Na­zy­wam się Be­nita Kar­czew­ska.

Kiedy za­bra­łem ją do wy­re­mon­to­wa­nego Pro­zaca, wi­dzia­łem za­sko­cze­nie w jej oczach, gdy zo­ba­czyła, jak duży jest klub i jak ele­gancki bę­dzie. Do­strze­głem też głupi uśmie­szek na twa­rzy Pako oraz bez­na­miętną fa­cjatę Ka­tana, który jed­nak na chwilę za­wie­sił wzrok na nie­zna­jo­mej. No tak, moi przy­ja­ciele i wspól­nicy ni­gdy mnie nie wi­dzieli z taką dziew­czyną. Jaką? Taką na­tu­ralną, nie­winną i... nor­malną. Spo­ty­ka­łem się z la­skami na szyb­kie nu­merki, nie mia­łem na nic wię­cej czasu ani chęci. By­łem cho­ler­nie za­pra­co­wany. Stu­dia, firma, klub, ciemna strona mia­sta. To wszystko za­je­bi­ście mnie wcią­gało, więc na ży­cie oso­bi­ste ja­koś nie było już miej­sca. A te­raz sie­dzia­łem w jed­nej z ele­ganc­kich lóż z Be­nitą, która piła ko­lo­ro­wego drinka i roz­glą­dała się z za­cie­ka­wie­niem.

- Duży ten klub, kiedy otwie­ra­cie?

- Pla­nu­jemy za ty­dzień. Je­śli nie bę­dzie żad­nych opóź­nień, po­win­ni­śmy się wy­ro­bić - po­wie­dzia­łem, wpa­tru­jąc się w nią. Zo­rien­to­wa­łem się, że za­czyna mi się co­raz bar­dziej po­do­bać.

- Sze­fie, nie ma opcji, że­by­śmy się nie wy­ro­bili. Już ja tego do­pil­nuję. - Pako po­ja­wił się jak pie­przony duch. Po­chy­lił się nad moją to­wa­rzyszką i skło­nił ni­czym bła­zen. - Piotr Pa­ko­sław­ski, ale mo­żesz mó­wić do mnie Pako. - Uśmiech­nął się sze­roko.

- Be­nita. Mo­żesz mó­wić do mnie Be­nita. - Dziew­czyna par­sk­nęła.

- W ogóle nie bę­dziesz do niej mó­wił - mruk­ną­łem, pio­ru­nu­jąc tego idiotę wzro­kiem. - Idź le­piej roz­licz do­staw­ców.

- Ja­sne, boss. Twoje ży­cze­nie jest dla mnie roz­ka­zem.

Mi­nął nas też Ka­tan i od razu od­wró­cił od nas oczy. Kiedy moi lu­dzie znik­nęli na za­ple­czu, spoj­rza­łem na Be­nitę. Wy­glą­dała na za­cie­ka­wioną.

- Boss? Je­steś ich sze­fem? Pra­cują w klu­bie?

- Nie tylko - od­par­łem wy­mi­ja­jąco. - A ty czym się zaj­mu­jesz?

- Stu­diuję ro­ma­ni­stykę. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Je­stem na trze­cim roku.

- Ile masz lat?

- Dwa­dzie­ścia dwa.

- Miesz­kasz na Po­mor­skiej? Sama? - son­do­wa­łem.

Po­krę­ciła głową.

- Z ko­le­żanką, wy­naj­mu­jemy dwa po­koje w sta­rym bu­dow­nic­twie. Po­cho­dzę z Pro­cho­wic. Prze­słu­chu­jesz mnie? - Zer­k­nęła na mnie roz­ba­wiona.

- Po pro­stu... lu­bię wie­dzieć, z kim roz­ma­wiam.

- Ja też. Za­tem mam py­ta­nie. - Ob­ser­wo­wała mnie uważ­nie.

- To je za­daj. - Wpa­try­wa­łem się w nią na­tręt­nie. Wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem, ale nie mo­głem nic na to po­ra­dzić. Pierw­szy raz zda­rzyło mi się coś ta­kiego.

- No­sisz broń?

Oczy­wi­ście za­raz po tym, jak we­szli­śmy do klubu, po­sze­dłem do swo­jego ga­bi­netu, tam zdją­łem płaszcz i się roz­bro­iłem. Ale dziew­czyna nie była ga­po­wata, od razu sku­mała, co ta­kiego zo­ba­czyli tamci dwaj fra­je­rzy.

Te­raz opar­łem się o ściankę loży, ob­ją­łem ra­mio­nami i uśmiech­ną­łem.

- Tylko wtedy, kiedy mu­szę ra­to­wać na­pa­sto­wane dziew­czyny.

- A czę­sto to ci się zda­rza? - Be­nita unio­sła brew. Także wpa­try­wała się we mnie z za­in­te­re­so­wa­niem.

Po­czu­łem mro­wie­nie w ca­łym ciele.

- Nie­czę­sto. Na szczę­ście.

- Więc dzi­siej­sze zaj­ście... nie było przy­jemne.

- Dla cie­bie pew­nie nie. Ale skoń­czyło się cał­kiem okej. Nie są­dzisz?

Po­ki­wała głową, upiła łyk wódki z so­kiem po­ma­rań­czo­wym i unio­sła głowę. Była ładna. Była piękna. Nie­do­brze!

- Cał­kiem nie­źle - od­parła i uśmiech­nęła się pod no­sem.

- Po­win­naś no­sić gaz. - Po­pa­trzy­łem na nią po­waż­nie.

- Nie lu­bię broni. - Skrzy­wiła się.

- Gaz to aku­rat mało in­wa­zyjna broń i uwa­żam, że le­piej, aby sa­motne dziew­czyny miały go przy so­bie.

- Za­sta­no­wię się. - Do­piła drinka i spoj­rzała na ze­ga­rek. - Oj, późno już.

- Od­wiozę cię. - Wsta­łem.

- Nie trzeba... - za­częła, ale gdy za­uwa­żyła moją minę, prze­wró­ciła de­li­kat­nie oczami i wes­tchnęła. - Okej.

- Mó­wi­łem ci, że mo­żesz czuć się bez­piecz­nie. A ja będę spo­koj­niej­szy, gdy od­sta­wię cię przed dom.

- Do­brze. - Na jej po­licz­kach wy­kwi­tły ru­mieńce. Przez chwilę za­sta­na­wia­łem się, czy to od al­ko­holu, czy może... moja obec­ność tak na nią wpły­wała. To także uzna­łem za swo­iste no­vum, bo w ży­ciu nie ana­li­zo­wa­łem tak żad­nej ko­biety.

- Po­cze­kaj na mnie, pójdę po swoje rze­czy - po­wie­dzia­łem, gdy wy­szli­śmy z loży. Obok nas od razu po­ja­wił się Pako. - Za­cho­wuj się.

- Ja­sne, boss. - Kum­pel się wy­szcze­rzył. - Przy­pil­nuję pięk­nej pani ni­czym cer­ber.

Po­krę­ci­łem głową, ale Be­nita się ro­ze­śmiała. Pako wie­dział, jak roz­ba­wiać dziew­czyny, o tak, do­sko­nale so­bie z tym ra­dził. Cie­ka­wiło mnie, czy kie­dyś znaj­dzie taką, która roz­bawi i za­cie­kawi jego.

W ga­bi­ne­cie za­ło­ży­łem szelki z bro­nią, na­kry­łem je płasz­czem i wy­sze­dłem. Be­nita śmiała się z ja­kichś żar­tów Piotrka, a obok stał Ka­tan z tym swoim gro­bo­wym wy­ra­zem twa­rzy. Moi dwaj naj­bar­dziej za­ufani lu­dzie byli jak ogień i woda. Ale zna­łem ich do­sko­nale i wie­dzia­łem, że są je­dy­nymi oso­bami na tym cho­rym świe­cie, któ­rym mo­głem ufać bez naj­mniej­szych za­strze­żeń.

- Go­towa? - Spoj­rza­łem na dziew­czynę.

- Oczy­wi­ście.

Kiedy wy­cho­dzi­li­śmy, Pako po­ma­chał mi, jak­bym wy­jeż­dżał na da­leką wy­prawę. Spoj­rza­łem na niego z po­li­to­wa­niem. Znaj­du­jący się obok Ka­tan wy­glą­dał jak fi­gura w ga­bi­ne­cie ma­dame Tus­saud.

Auto za­par­ko­wane było po dru­giej stro­nie placu Sol­nego. Otwo­rzy­łem przed Be­nitą drzwi mo­jej spor­to­wej be­emki. Wie­dzia­łem, że mogę tym za­szpa­no­wać, a na­wet może i tro­chę chcia­łem. Ale wy­da­wało mi się, że na niej nie zro­biło to więk­szego wra­że­nia. Usia­dłem za kie­row­nicą, w sa­mo­cho­dzie pach­niało skórą i mo­imi per­fu­mami. Za­raz też włą­czy­łem mu­zykę - na­gło­śnie­nie Har­man Kar­don ro­biło swoje. Roz­legł się stary ka­wa­łek Gang­sta Pa­ra­dise, a dziew­czyna ryt­micz­nie za­częła po­ru­szać dło­nią opartą o ko­lano.

- Lu­bię ten film.

- Mło­dzi gniewni? - Spy­ta­łem i od­pa­li­łem sil­nik.

- Tak, wi­dzia­łam go kilka razy. Za­wsze żal mi tego Emi­lio. Chciał być gang­ste­rem, ale wia­domo, że oni źle koń­czą.

- Tak są­dzisz?

- No po­patrz na po­sta­cie z hi­sto­rii, Al Ca­pone, Pa­blo Esco­bar. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Za­sta­na­wiam się, czym kie­rują się lu­dzie, któ­rzy han­dlują nar­ko­ty­kami.

- Chę­cią za­robku - od­par­łem spo­koj­nie.

- Ale prze­cież to nie­mo­ralne. Sprze­dają śmierć.

- Wiesz, że każdy ma swój ro­zum. Po­wiedz, jak­bym ci te­raz dał kre­skę, wcią­gnę­ła­byś?

- Ależ skąd! - Unio­sła się.

- No wi­dzisz, a dla­czego? - Zer­k­ną­łem na nią. Wy­glą­dała na wzbu­rzoną.

- Bo... bo to złe. Po­wo­duje utratę kon­troli. Od­da­jesz sie­bie we wła­da­nie cze­muś, nad czym nie mo­żesz za­pa­no­wać.

Mil­cza­łem przez chwilę.

- Stra­ci­łaś ko­goś? Przez pro­chy? - spy­ta­łem ci­cho.

Wi­dzia­łem, że się spięła.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Po pro­stu uwa­żam, że to jest złe - do­po­wie­działa ci­cho.

Do­my­śla­łem się, że coś jest na rze­czy, ale nie chcia­łem na­ci­skać. W końcu by­li­śmy so­bie obcy, a to dość oso­bi­sty te­mat. Poza tym... skoro miała ta­kie po­dej­ście do tego... no cóż... By­łem ostat­nią osobą, z jaką chcia­łaby mieć do czy­nie­nia.

Wje­cha­łem na ulicę Po­mor­ską, Be­nita po­kie­ro­wała mnie, jak do­je­chać do jej ka­mie­nicy. Za­par­ko­wa­łem na chod­niku i spoj­rza­łem na dziew­czynę.

- Dasz mi swój nu­mer? - spy­ta­łem, cho­ciaż wie­dzia­łem, że to nie jest do­bry po­mysł. Po­wi­nie­nem zo­sta­wić ją w spo­koju. Ale ja­koś nie mo­głem i nie chcia­łem.

- A nie je­steś nie­bez­pieczny?

- Co byś pra­gnęła usły­szeć? - Unio­słem brew.

- To, co masz ochotę na­prawdę po­wie­dzieć. - Pa­trzyła mi pro­sto w oczy. Wi­dzia­łem w nich za­in­te­re­so­wa­nie, ale i obawę.

- Tego po­wie­dzieć nie mogę. Okej. - Opar­łem się o skó­rzane sie­dze­nie be­emki. - Za ty­dzień w moim klu­bie jest za­mknięta im­preza dla go­ści VIP. Przy­jedź na dwu­dzie­stą. Wej­dziesz bez pro­blemu, przy bramce po­wiedz, że je­steś umó­wiona z Reno.

- Reno? - Spoj­rzała na mnie za­sko­czona.

- Pseu­do­nim sce­niczny. - Skrzy­wi­łem się. - Masz ty­dzień na za­sta­no­wie­nie się, czy chcesz wpaść. Bez na­pinki.

Uśmiech­nęła się.

- Okej. Za­tem... dzię­kuję ci, Reno.

Dla­czego gdy wy­po­wie­działa moją ksywkę, po­czu­łem nie­od­partą chęć, aby zmiaż­dżyć jej usta swo­imi? Prze­łkną­łem ślinę i za­ci­sną­łem dło­nie na kie­row­nicy.

- Do zna­cze­nia, Be­nito.

Wy­sia­dła, po­chy­liła się i jesz­cze na mnie spoj­rzała.

- To się okaże.

Pa­trzy­łem, jak wcho­dzi do bu­dynku, ob­ser­wo­wa­łem ją, gdy prze­miesz­czała się po scho­dach, aż w końcu znik­nęła mi z oczu gdzieś w oko­li­cach dru­giego pię­tra. Wów­czas za­wró­ci­łem i wy­bra­łem nu­mer Pako. Ode­brał nie­mal na­tych­miast.

- Tak, sze­fie?

- Be­nita Kar­czew­ska. Po­cho­dzi z Pro­cho­wic, stu­diuje ro­ma­ni­stykę. Wszystko, co masz. - Nie mu­sia­łem nic wię­cej wy­ja­śniać. Moi lu­dzie do­sko­nale wie­dzieli, że nie lu­bię strzę­pić ję­zyka na darmo. Krótki prze­kaz, ja­sne po­le­ce­nie. I wszystko oczy­wi­ste.

- Na wczo­raj? - Pio­trek do­sko­nale znał za­sady.

- Może być. Wra­cam do domu.

- Ja­sne, sze­fie. Do ju­tra.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki