Od samego początku starsi jaskiniowcy byli tej koncepcji absolutnie przeciwni.
- To wbrew naturze - powtarzali. - A poza tym, do czego to doprowadzi?
Ale młodzi jaskiniowcy odpowiadali:
- Na tym polega postęp, dziadku. Podaj nam następne polano.
Przedmiot sporu nazywał się "ogień" i został przyniesiony do jaskini przez Oga-wynalazcę, który mówił, że znalazł go pożerającego drzewo. Trzeba go trzymać w małej jaskini z kamieni, tłumaczył. I daje "ciepło", co jest przeciwieństwem tego, co się czuje, kiedy nocą deszcz cieknie do jaskini.
Hal-wódz był tym trochę zaintrygowany i trochę zaniepokojony.
- Jesteś pewien, że tym razem nie zdarzy się nic niedobrego? - zapytał. - Wystarczy już, że trafił mnie jeden z tych twoich kijów do rzucania.
- Oszczepów - poprawił go Og. - Wystąpił błąd w projekcie, nic więcej. Ale to jest całkiem odporne na błędy. Jeśli przestaniemy karmić to drewnem, samo umrze.
- Zadziwiające - uznał Hal.
Tej nocy jaskiniowcy siedzieli wokół nowego ognia i jedli zimnego mamuta, a olbrzymie stworzenia tupały i parskały wśród ciemnej nocy na zewnątrz. Og rozwodził się nad niezwykłymi możliwościami, jakie daje jego wynalazek. Hal tylko przeżuwał swoją porcję mamuta i wpatrywał się w płomienie.
Ogień go ukąsił.
- Auć!
- Nie wolno go dotykać - ostrzegł pospiesznie Og. - Jest złośliwy.
- Idę spać - burknął ponuro Hal i poczłapał na bok, ssąc palec.
Jedna z kobiet otrzymała zadanie pilnowania ognia i dokarmiania go, kiedy mężczyźni polowali. Wkrótce stało się to ważnym elementem życia jaskini.
Później, któregoś dnia, Og przypadkiem upuścił do ognia kawał dzikiej świni i wynalazł sztukę kulinarną. Gotowanie... Nawet Hal musiał się na to zgodzić!
Przede wszystkim istniało dwadzieścia siedem sposobów przyrządzania mamuta. Pojawiły się omlety z jaj dodo z wężowym sosem. Były wielkie płaty pieczonego dzika w sosie miodowym. I oczywiście były też muchomorowe zapiekanki i zabójcza zupa z wilczej jagody, co stanowiło nieszczęśliwy zbieg okoliczności.
- Nie można przyrządzić omletu, nie rozbijając jajek - stwierdził pogodnie Og. - Wszyscy popełniamy błędy.
Potem nie dawał się już powstrzymać. Przypalonym drewnem zaczął rysować po ścianach jaskini i wynalazł Sztukę. Udało mu się oswoić wilczego szczeniaka i wynalazł psy. Ale prawdziwe problemy zaczęły się później.
Og wynalazł... Nie, raczej przypadkiem zostawił trochę winogron w naczyniu z wodą, a kiedy sobie o nich przypomniał, zdążyły sfermentować. Wino smakowało wspaniale. Kiedy wszyscy wrócili z polowania, także go spróbowali.
Wszyscy oprócz Hala. Hal wciąż był na równinach, gdzie ścigał wyjątkowo szybką żyrafę.
Wracając, zatrzymał się, kiedy wyczuł dym. Zapach dochodził od strony jaskini.
!, pomyślał. Ogień się uwolnił!
Rzucił swoją żyrafę i pobiegł. Trawa i drzewa wokół jaskini stały w płomieniach, a Hal stękał i przeklinał, biegnąc po gorącym popiele. Wewnątrz całe plemię spokojnie odsypiało efekty ostatniego wynalazku Oga.
- Budźcie się! - wrzasnął Hal. - Pozwoliliście ogniowi uciec!
A ogień rósł szybko. Płomienie trzaskały w trawie na całe mile wokół. Zwierzęta uciekały. Ptaki z krzykiem wylatywały z kłębów dymu.
Na wpół oślepione tym dymem, dusząc się gorącym powietrzem, plemię dało się Halowi sprowadzić w dół, do rzeki. Weszli między trzciny i zalali się łzami.
Hal był aż biały z wściekłości, kiedy stanął przed załamanym Ogiem.
- No tak! - warknął. - Tego już za wiele! Mam tego dosyć! Jestem małpoludem cierpliwym, ale tym razem posunąłeś się za daleko! Wypędzam cię z plemienia!
Nie spoglądając za siebie, Og powlókł się przez trzciny.
- Czy to rozsądne? - zapytał Ug, jeden z najstarszych małpoludów. - Nie przetrwa tam samotnie.
Hal parsknął.
- No a on jakie nam zostawił możliwości? W okolicy nie mamy na co polować. Może w dole rzeki ogień nie sięgnął aż tak daleko. Chodźcie. Jeśli nie wyruszymy stąd, będziemy głodowali.
Przez cały następny dzień wlekli się przez błota. Tu i tam ogień ciągle płonął, a gdzie nie było płomieni, pozostał tylko szary, gorący popiół.
Wieczorem spadł deszcz. Plemię spało niespokojnie w konarach spalonego drzewa, gdy w dole, warcząc, krążyły szablozębne tygrysy.
Deszcz nie ustawał także nazajutrz. Większą część dnia plemię spędziło, kuląc się razem w niewielkim zagłębieniu w skale.
Po jakimś czasie ktoś się odezwał:
- Ogień był ciepły.
A ktoś inny dodał:
- Pieczona zebra to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie mi się przydarzyły.
A kiedy słońce zsunęło się w masę czarnych chmur, nawet Ug stwierdził smętnie:
- Nie był tak zły, na swój sposób.
Hal aż się zatrząsł.
- Najpewniej cały świat by podpalił, gdybyśmy mu pozwolili - burknął.
W oddali zawył wilk. Odpowiedział mu inny, o wiele bliższy. I nagle Hal dostrzegł ciemny kształt sunący wokół brzegów zagłębienia. Włosy stanęły mu dęba na całym ciele.
- Kobiety i dzieci do środka! - zawołał, sięgając po kamień.
Wilki się zbliżały. Jaskiniowcy rzucali w nie kamieniami i kijami, ale zwierzęta były zdesperowane, bo wygłodniały wskutek pożaru. I zdawało się, że wciąż przybywają nowe.
I wtedy do zagłębienia wskoczył Og, trzymający w ręku płonącą jasno gałąź. Cisnął nią w wilki i zaczął coś majstrować przy dziwnie ukształtowanym kawałku drewna. To był łuk. Na skomlące stado posypały się strzały.
Nie powiedział ani słowa. Kiedy uciekł ostatni wilk, machnął tylko na plemię, by poszło za nim, i poprowadził ich na niedużą polanę, gdzie nad ogniem piekło się już kilka zebr. Pod drzewami zbudował taką jakby dziwaczną jaskinię z gałęzi i mchu. Wyglądała zachęcająco i ciepło.
No cóż, Hal nie mógł się sprzeciwić ponownemu przyjęciu Oga do plemienia. Nie wtedy, kiedy większość małpoludów wgryzała się już w plastry zebry.
- Szedłem za wami - wyjaśnił Og. - Pomyślałem, że prędzej czy później będziecie mnie potrzebować.
Nie tłumaczył nic więcej.
Wkrótce powstała nieduża wioska.
Og odkrył, że z ziaren wyrastają rośliny, i wynalazł Rolnictwo. Wynalazł pułapki na zwierzęta, które były o wiele lepszym od polowania sposobem łapania mięsa. Potem wynalazł skrzydła i nieszczęśliwie postanowił wypróbować je ze szczytu urwiska.
Jednak kilku młodych i obiecujących małpoludów pojęło, o co w tym chodzi, i wynaleźli Cywilizację - w końcu.
Wioska rosła. Część otwartych równin zmieniła się w pola uprawne. I wkrótce łowcy tacy jak Hal zaczęli wyglądać trochę głupio.
Tak to się zaczęło.
Hal siedział przed swoją chatą, wyglądał na zamyślonego i czuł się nieswojo.
- Zastanawiam się - mruczał - do czego to wszystko doprowadzi...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI