Pociągi wciąż jeżdżą. Za twoją melodią - Anna Purowska

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Kiedy tęsknię

Nadia

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

To nie może być koniec. Nie może. Powta­rzam w myślach, prze­bie­ga­jąc przez ulicę. Prze­ska­kuję kałuże, omi­jam prze­chod­niów. To nie może być prawda. Nie może.

Trzy mie­siące od dnia, w któ­rym nastą­pił koniec świata, wciąż się budzę, pra­cuję, jem. Oddy­cham, choć cza­sem muszę się upew­nić. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Uff, wciąż tu jestem. Wciąż trwam.

Czy on choć tro­chę cierpi? Czy tęskni? Wyszu­kuję na Face­bo­oku jego nazwi­sko. A to co? Nowe zdję­cie pro­fi­lowe dodane kilka godzin temu. Mój uko­chany uśmie­cha się, a jego oczy poły­skują w pro­mie­niach słońca. A może udaje? Może wcale nie jest mu do śmie­chu? Zaci­ska mi się żołą­dek. A jeśli... a jeśli to zdję­cie zro­bił ktoś... nowy? Jakaś... kobieta?

- Nadia... - Męski głos tuż obok spra­wia, że wyga­szam tele­fon i gwał­tow­nie się odwra­cam. Szef szybko prze­nosi spoj­rze­nie z moich oczu na trzy­maną w dło­niach kartkę. - Naj­now­sze zle­ce­nia. Do pięt­na­stej. - Biała lista wyzwań ląduje na biurku. Roz­lega się dźwięk odda­la­ją­cych się kro­ków i moje gło­śne wes­tchnie­nie nie­za­do­wo­le­nia. Może nie usły­szał.

- Sły­sza­łem. - Filip wychyla się zza moni­tora. - Co dziś cie­ka­wego w naszym regio­nie? - Opiera brodę na rękach i czeka na odpo­wiedź.

Jego brą­zo­wym oczom mia­łam oka­zję przyj­rzeć się już kilka tygo­dni temu, kiedy zapro­sił mnie na kawę, ale dziś ich odcień wydaje mi się jaśniej­szy... jakby... orze­chowy... Orze­chy!

On. Jadał je jako prze­ką­skę. Wło­skie, ner­kowca, ziemne... róż­nego rodzaju mie­szanki.

- Jakoś tu duszno. - Wstaję i czuję, że Filip mnie obser­wuje.

- Może... - Roz­gląda się nie­pew­nie. - Może mogli­by­śmy znów gdzieś razem wyjść? Kino?

Kino?! Szar­pię za klamkę i uchy­lam stare drew­niane okno.

- Jestem ostat­nio bar­dzo zajęta.

Wra­cam na miej­sce i udaję, że nie widzę, jak odpro­wa­dza mnie wzro­kiem. Jesz­cze przez chwilę mi się przy­gląda, ale jestem już w innym świe­cie.

Poli­cyjne pod­su­mo­wa­nie tygo­dnia. Tur­niej drwali pod­czas Święta Chleba. Moder­ni­za­cja sta­dionu miej­skiego. Ostrze­że­nie o burzach z gra­dem i sil­nym wie­trze. Potrą­ce­nie pie­szego. Budowa nowego tar­go­wi­ska... Lista jest spora. Część arty­ku­łów, które napi­szę, trafi na stronę inter­ne­tową, wybrane do biu­le­tynu wyda­wa­nego dla miesz­kań­ców Delecka co dwa tygo­dnie.

Ponow­nie wzdy­cham. Wiem, sły­szał, ale nawet nie zer­kam w jego kie­runku.

W pią­tek ratuje mnie tylko jedno. Myśl, że kiedy wyjdę z naszej cia­snej redak­cji miesz­czą­cej się w piw­niczce kamie­nicy, od razu ruszę na dwo­rzec.

Dłu­go­pisy rów­niutko uło­żone, moni­tor wyga­szony, kar­teczki z odno­to­wa­nymi kwe­stiami "pil­nymi" cze­kają, aż wrzucę je do kosza, ponie­waż wszystko, co pilne i ważne, mam już zała­twione. Zer­kam na Filipa. Teraz mnie nie widzi... tylko w tych momen­tach mogę mu się tak naprawdę przyj­rzeć. Ciemne, gęste włosy, zarost, po któ­rym czę­sto się gła­dzi, gdy myśli. O! Tak, jak teraz. Dło­nie... duże, zadbane, męskie...

I nagle, tak po pro­stu, przy­po­mi­nam sobie, jak on mnie obej­mo­wał, jak gła­dził po wło­sach... jak dobrze mi było przy nim, spo­koj­nie, bez kłótni, w dwu­let­nim zauro­cze­niu. Zauro­cze­niu, bo on... on...

Zaczy­nam drżeć. Jego słowa roz­brzmie­wają w mojej gło­wie.

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Pozna­łam jego rodzi­ców. Wyda­wali się opie­kuń­czy, może nawet bar­dziej niż on... a może chcieli mi wyna­gro­dzić to, że ja swo­ich nie mam. Obiady u mamy, damy zawsze ele­ganc­kiej, pew­nej sie­bie i dum­nej z syna. Opo­wie­ści taty, byłego mary­na­rza, który zwie­dzał świat i chęt­nie o nim opo­wia­dał. Wyobra­ża­łam sobie nie­raz, że tak do nich mówię: mamo, tato. Że mój uko­chany nakłada mi na palec obrączkę, że prze­pro­wa­dzam się do domu jego rodzi­ców, bo jest duży, prze­stronny, bo jego mama pomaga nam przy dzie­ciach... bo...

Czy ja oddy­cham? Czy żyję?

- Nadia...

O Boże... Czuję łzy kapiące na dło­nie.

- Prze­pra­szam. - Zasła­niam twarz.

- Mam dla cie­bie chu­s­teczkę.

Filip mówi cicho i jakoś tak deli­kat­nie, jakby się bał mojej reak­cji. Nie mogę spoj­rzeć mu w oczy, ale przyj­muję chu­s­teczkę. Przy­kła­dam ją do policz­ków i czuję, jak staje się mokra. Jak wsią­kają w nią moje wyobra­że­nia, któ­rych ni­gdy już nie wpro­wa­dzę w życie. Ale on... prze­cież on... może żałuje tego, co powie­dział, może miał na myśli coś innego? Może... jesz­cze nie wszystko stra­cone.

- Gdy­bym mógł ci jakoś pomóc, daj znać.

Głos kolegi brzmi kojąco, ale ja wcale nie potrze­buję pocie­sze­nia. Kilka spo­tkań nie może być lekiem na moją miłość. Na tęsk­notę. Na ten żal, który wciąż się przeze mnie prze­lewa.

- Dzię­kuję. - Na tyle mnie stać, gdy widzę, że zegar wybija szes­na­stą. Spo­glą­dam na chwilę w kie­runku Filipa, żeby nie czuł się ura­żony, że wycho­dzę wła­ści­wie bez słowa.

A teraz szybko, na dwo­rzec. Wciąż jestem roze­dr­gana. Upalne sierp­niowe powie­trze dostaje się do płuc i nie­przy­jem­nie uci­ska. Jest tylko jedna osoba, która może mi pomóc. On. Jeśli się do mnie ode­zwie, jeśli tylko napi­sze choć jedną wia­do­mość, pozwolę mu wró­cić. Cho­ciaż... powin­nam wcze­śniej powie­dzieć mu, że się zasta­no­wię. Tak! Powiem, że bar­dzo mnie zra­nił swo­imi sło­wami, zosta­wił na dłu­gie i trudne tygo­dnie, więc teraz muszę to prze­my­śleć. Mądre. Bar­dzo mądre. Uśmie­cham się i ruszam dalej. Kiedy tylko sły­szę dźwięk tele­fonu, już mam ochotę wykrzy­czeć, że nic się nie stało, ale to nie on. To Tomek.

- Sio­strzyczko... - zaczyna.

- Uprze­dzam, że jest po szes­na­stej, a ja pędzę na pociąg.

- Zaję­ła­byś się bliź­nia­kami? Pro­szę...

- Oczy­wi­ście, że tak. Powiedz tylko kiedy.

- Teraz. - W jego przy­ci­szo­nym gło­sie wybrzmiewa nuta nie­pew­no­ści.

- Czy stało się coś poważ­nego? Wiesz, że ja...

- Oj, Nadia, tra­fił mi się pilny wyjazd do klienta. Marta ma wizytę u leka­rza, na którą czeka od dawna. - Pod­bu­rza się z każ­dym kolej­nym sło­wem. - A ty...

Też mam swoje życie. Ale jak mu odmó­wić, skoro nie ma kto się zająć Kac­prem i Miko­ła­jem?

- Dobrze - mówię przy­ga­szona.

- Świet­nie. W końcu na cie­bie nikt nie czeka.

Nim zdążę cokol­wiek odpo­wie­dzieć, mój brat się roz­łą­cza. Twarz mi tężeje. Mam ochotę pójść dalej w stronę dworca, tam, dokąd zmie­rza­łam, nim popro­sił o pomoc.

Ale prze­cież ja zawsze mogłam na niego liczyć. Zmie­niam kie­ru­nek, sta­ram się uspo­koić, by Marta, która już na mnie czeka, nie wyczuła, że mam do nich żal.

Kiedy docie­ram na miej­sce, stoję chwilę przy drzwiach. Pró­buję wyci­szyć przy­śpie­szony oddech i odgo­nić wyobra­że­nie o pociągu, o książce, która czeka w torebce. Trudno, dziś się nie udało. Tomek to moja jedyna rodzina, a więc ukła­dam usta w uśmiech i pukam.

- Widzę, że nie jest ci to na rękę - mówi Marta, gdy tylko prze­kra­czam próg miesz­ka­nia. - Mia­łaś swoje plany.

- To nie było nic zna­czą­cego. - Wzru­szam ramio­nami i pod­no­szę peł­za­ją­cego po pod­ło­dze chłopca.

- Będę się zbie­rać, a ty zer­k­nij na chłop­ców, pro­szę, i opo­wia­daj...

Marta zaczyna się krzą­tać w poszu­ki­wa­niu ubrań i kosme­ty­ków, a ja sia­dam na kolo­ro­wej macie, wybie­ram ksią­żeczkę z półki i zaczy­nam ją prze­glą­dać.

- Opo­wiesz mi? - Wychyla się zza sto­ją­cego na stole lusterka.

- Nie wiem o czym...

- Oj, Nadia, przy­jaź­nimy się od lat. Dotąd nie mia­łaś przede mną tajem­nic. A jed­nak spo­tka­łaś się z Fili­pem... sie­dem razy. - Spusz­cza wzrok, jakby się zawsty­dziła.

- Sie­dem? Nawet nie przy­pusz­cza­łam...

- Że aż tyle? - Zaczyna chi­cho­tać.

- Nie. Że Filip jest tak dobry z mate­ma­tyki.

Jed­no­cze­śnie wybu­chamy śmie­chem. Dopiero teraz czuję, że mój brzuch się roz­luź­nia. Marta ucina temat. Całe szczę­ście. To dla mnie o sie­dem spo­tkań za dużo. Sie­dem spo­tkań, po któ­rych wra­ca­łam do domu i zaczy­na­łam pła­kać. Co tam płacz, ja wyłam! Oglą­da­łam zdję­cia uko­cha­nego i nie mogłam uwie­rzyć, że to nie z nim byłam w kinie, że to nie on przy­niósł do sto­lika tacę z kawą...

- Tomek zna go wiele lat... - Marta prze­rywa moje wspo­mnie­nia.

- To bez zna­cze­nia. Może jesz­cze wróci...

- Naprawdę w to wie­rzysz?! - Z dez­apro­batą odsuwa lusterko i uważ­nie mi się przy­gląda.

Spusz­czam wzrok. To taki wstyd wie­rzyć? Takie złe mieć nadzieję? Tak bar­dzo nie­do­pusz­czalne wyobra­żać sobie, że wciąż jest gdzieś obok albo że czeka... Czeka na dworcu w Pozna­niu, dokład­nie tak, jak to robił wiele razy.

Tak, to był zwią­zek na odle­głość. I co z tego, skoro bywały całe tygo­dnie, pod­czas któ­rych pomiesz­ki­wa­li­śmy razem. On mógł pra­co­wać zdal­nie, mnie szef rza­dziej na to pozwa­lał, ale zgry­wa­li­śmy się w cza­sie. Nawet jeżeli ja byłam w redak­cji, a on spę­dzał dzień przy lap­to­pie w moim miesz­ka­niu, posiłki jada­li­śmy wspól­nie. Uwiel­biał goto­wać i czę­sto cze­kał na mnie z pysz­nym obia­dem, a jeśli nie miał na to czasu, wycho­dzi­li­śmy zjeść do mia­sta. Wie­czo­rami on oglą­dał ulu­bione seriale, ja czy­ta­łam książki, trzy­ma­jąc stopy na jego kola­nach. Kiedy zasy­pia­li­śmy, przy­tu­lał, jakby mnie całą chciał objąć, pochło­nąć. Jak twier­dził, sam rów­nież tego potrze­bo­wał. I co się z tym stało? Co tak nagle spra­wiło, że wszyst­kie nasze wspólne chwile spro­wa­dził do kilku słów wypo­wie­dzia­nych na szybko?

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Ni­gdy nie wyznał, że kocha, a ja, choć cze­ka­łam na te słowa, wola­łam wie­rzyć, że może nie potrafi ich wypo­wie­dzieć, ale swoją miłość wyraża w tym uści­sku, naj­sil­niej­szym, jaki kie­dy­kol­wiek czu­łam. W obie­dzie, który przy­go­to­wuje, wie­dząc, że wrócę głodna. W łagod­nym spoj­rze­niu, które zawsze nio­sło mi spo­kój.

Po wyj­ściu Marty nie ma już moż­li­wo­ści, bym przed oczami wciąż miała jego twarz. Zaj­mo­wa­nie się dwójką dwu­let­nich chłop­ców to wyzwa­nie, któ­remu sta­ram się spro­stać, choć to chyba naj­trud­niej­sze zada­nie, jakie dotąd musia­łam wyko­ny­wać.

Tak, mają słod­kie buziaczki, ale nie mam kiedy się nad nimi roz­tkli­wiać. O, już Miko­łaj wdra­puje się na kanapę, a Kac­per ściąga ze stołu szklankę z wodą, którą zosta­wiła Marta. "Mama!" - odzywa się Miko­łaj. "Mama?" - Kac­per zaczyna się nie­pew­nie roz­glą­dać. Jego oczka stają się coraz więk­sze, buźka coraz moc­niej napięta. O nie, nie. Nie mogę do tego dopu­ścić. Jak tylko jeden zacznie pła­kać, dołą­czy do niego drugi, a uspo­koić ich nie będzie łatwo. O! Zauwa­żam kolo­rowy tele­fon, niby smart­fon. Bez namy­słu przy­kła­dam go do ucha.

- Halo? Hall­looo?! - Prze­cią­gam, robiąc przy tym naj­bar­dziej zdzi­wione miny, jakie tylko potra­fię. Kac­prowi zaczyna drżeć pod­bró­dek, choć nie spusz­cza ze mnie wzroku. Za to Miko­łaj wygląda, jakby chciał się popu­kać w głowę. Nie­pew­nie się wykrzy­wia. W porządku, rozu­miem, to nie było tra­fione. - W gęstym lesie miesz­kał troll. - Roz­kła­dam ręce i zaczy­nam into­no­wać, jak­bym miała przed sobą publicz­ność. - Miał wielką, kudłatą czu­prynę. - Wycią­gam ręce od głowy w kie­runku sufitu, naj­wy­żej jak potra­fię. Dzieci podą­żają wzro­kiem za moimi dłońmi. Choć pod­bró­dek Kac­pra wciąż drży, Miko­łaj już deli­kat­nie się uśmie­cha. - Do tego miał duuuży nos. - Wycią­gam ręce przed sie­bie. - Bladą twarz. - Prze­cią­gam dłońmi po twa­rzy. - I spi­cza­ste uszy. - Ze środ­ko­wych i wska­zu­ją­cych pal­ców two­rzę niby-uszka i zgi­na­jąc je, macham nimi do chłop­ców. Obaj zaczy­nają się śmiać. Uff, co za ulga. W pokoju zapada cisza. Dwie rumiane twa­rzyczki patrzą na mnie zauro­czone. Ani drgną. - Chce­cie jesz­cze? - pytam nie­pew­nie. Miko­łaj zaczyna bić brawo, a ja... O Boże, nie wiem, co dalej... Ale nie mam wyj­ścia. Wpa­trzone we mnie oczka nie pozo­sta­wiają mi wyboru. - Troll nie był sam. Miał ogro­oomną rodzinę i choć miesz­kał w lesie, w któ­rym ludzie uzna­wani byli za wro­gów, on wymy­kał się ze swo­jej chatki o świ­cie i biegł tam, gdzie wie­dział, że potrzebna jest jego pomoc. - Sta­ram się zobra­zo­wać wszystko, o czym mówię. - Biegł do mia­steczka poło­żo­nego na wzgó­rzu i choć był maleńki niczym kciuk - obo­wiąz­kowo kciuk do przodu - wie­dział dosko­nale, że jego wspar­cie wielu oso­bom będzie bar­dzo potrzebne.

Miko­łaj otwiera usta i osten­ta­cyj­nie ziewa, Kac­per kiwa głową, jakby pró­bo­wał dodać mi otu­chy.

- Wiem, to pew­nie zbyt skom­pli­ko­wane, ale może kie­dyś opo­wiem wam wię­cej - koń­czę.

Do swo­jego miesz­ka­nia mam pięt­na­sto­mi­nu­towy spa­cer. Otwie­ram drzwi i czuję, jak ugi­nają się pode mną nogi. Nawet nie mam sił na kąpiel, na jedze­nie, na czy­ta­nie. Zrzu­cam ubra­nie, szybko szo­ruję zęby i wśli­zguję się pod koł­drę.

Gdzie on jest? Czuję, że zaczy­nam dygo­tać. Nie­przy­jemna fala dresz­czy prze­biega mi po ciele. Gdzie? Dla­czego nie tu? Nie ze mną? W płu­cach zaczyna bra­ko­wać powie­trza, oddech przy­śpie­sza. Zaci­skam palce u stóp, dło­nie... całe ciało pod­daje się bole­snemu napię­ciu. W końcu uwal­nia się ze mnie szloch. Jakby ula­ty­wał przez klatkę pier­siową, pró­bu­jąc roz­szar­pać ją na kawałki. Jakby każda część mnie chciała się wyrwać i pobiec do niego. Jakby ten ból, który dotąd czu­łam jedy­nie pomię­dzy żebrami, spa­ra­li­żo­wał mnie całą.

Choć przez otwarte okno do sypialni wdziera się upalne powie­trze, drżę z zimna. Czy to moż­liwe tak bar­dzo czuć miłość? Nawet jeśli usły­szało się, że była jed­no­stronna?

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

To nie może być koniec. Wciąż czuję go bli­sko sie­bie. Mam wra­że­nie, że zaraz wyj­dzie z łazienki, położy się obok i mnie otuli. A wokół cisza... pustka. Tylko ja. Tylko ja! Nie wytrzy­mam. Dłu­żej nie wytrzy­mam. Łzy wzbie­rają, jesz­cze chwila napię­cia i czuję, jak spły­wają po policz­kach i szyi. Toczą się coraz niżej, w kie­runku dekoltu, a ich cie­pło pali chłodną skórę. Zasy­piam roz­grzana spły­wającym po mnie poto­kiem. Wspo­mnie­niem i nadzieją.

Długa noc. Kilka łyków wody. Nie­spo­kojny sen i cią­głe prze­szu­ki­wa­nie łóżka... Gdzie jest to naj­chłod­niej­sze miej­sce? Z boku na bok, z gorą­cego w zimne, i tak w kółko. Niby zasy­piam, jakiś obraz poja­wia się i po chwili roz­mywa. Nie ma szans, by go zapa­mię­tać. Otwie­ram oczy. Ciemno i pusto. Bez niego, bez jego pochra­py­wa­nia i spo­koju. Ucisk w dole brzu­cha i gło­śne bul­go­ta­nie, jakby coś się w nim prze­le­wało. Tele­fon razi mnie ostrym świa­tłem. Mrużę oczy, by dostrzec godzinę. Trze­cia. Nie­ba­wem zacznie świ­tać.

Na oślep idę do kuchni, włą­czam czaj­nik i otwie­ram szafkę. Zaraz z przodu stoi jego ulu­biona zie­lona fili­żanka. Dotąd nie odwa­ży­łam się z niej pić, a nawet na nią spoj­rzeć. Fili­żanka wygląda, jakby cze­kała. Jakby nawet ona cze­kała.

Wybie­ram kubek ze swoim imie­niem, pre­zent od... od niego! Jesz­cze wtedy, dwa lata temu, paso­wał mu do mnie ten napis: "Miła, uczynna, pra­co­wita". Dla­czego porzu­cił miłą dziew­czynę? Uczynną, pra­co­witą? Drży mi ręka, kiedy zale­wam rumia­nek wrząt­kiem. Szy­kuję kilka kana­pek i sia­dam w salo­nie. Na komo­dzie nasze zdję­cie ze ślubu Marty i Tomka. Na ścia­nie cała wielka ramka wypeł­niona wspo­mnie­niami ze wspól­nych wyjaz­dów. Wstaję i pod­cho­dzę bli­żej. Pró­buję zaj­rzeć mu w oczy. Hej, ty! Do cie­bie mówię. Co ja ci zro­bi­łam? Co takiego, że nagle znik­ną­łeś? Bez słowa!

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Pra­wie bez słowa! Tak się nie robi!

Zer­kam na swoje śnia­da­nie i gryzę kawa­łek chleba. Mam wra­że­nie, że nie­wielki kęs rośnie mi w ustach. Odkła­dam resztę i kładę się na sofie. Jesz­cze ni­gdy nie wsta­łam o trze­ciej. O trze­ciej rano... albo w nocy! Trze­cia to jakiś śro­dek, prze­łom, nawet nie wia­domo, gdzie go bar­dziej ulo­ko­wać, przy dniu czy przy nocy...

Z kim podzielę się tą myślą? Tym, że nie mogłam spać? Komu opo­wiem, jak prze­cha­dzam się po miesz­ka­niu, za oknami zupeł­nie ciemno, a cisza aż boli?

Nie wiem, jak żyć bez niego. Bez tej myśli, że zaraz zadzwoni lub napi­sze. Że będzie cze­kał na koń­co­wej sta­cji pociągu, jak dotąd.

- Nadia... nowe tematy. - Szef prze­ka­zuje mi kartkę. Mógłby wysy­łać tę listę mailem, ale on woli ją wydru­ko­wać, przej­rzeć, nanieść pisem­nie swoje poprawki. A mnie pozo­staje ich odczy­ty­wa­nie. Widząc sporo znacz­ków nakre­ślo­nych nie­bie­skim dłu­go­pi­sem, gło­śno wzdy­cham. Tym razem sły­szał, i to wyraź­nie. - No wiesz, już kiedy cię przyj­mo­wa­łem, zazna­czy­łem, że to zaszczyt mieć cię w swo­jej redak­cji. Jesteś magi­strem filo­lo­gii fran­cu­skiej, pro­wa­dzi­łaś bloga z pięk­nymi tek­stami na temat Fran­cji i two­jego pobytu na wymia­nie stu­denc­kiej, a teraz tylko wzdy­chasz... Cóż, sama zde­cy­do­wa­łaś o powro­cie z Pozna­nia do Delecka po zakoń­cze­niu stu­diów.

Jestem tak zasko­czona jego wypo­wie­dzią, że przez chwilę nie mam poję­cia, jak ująć w słowa to, co czuję. Tak, to była moja decy­zja i nie myślę o tym, by ją zmie­niać. Nie narze­kam. Ani tro­chę... ni­gdy!

- A więc mil­czysz... Piszesz wciąż bar­dzo dobre arty­kuły, ale jeśli zechcesz zmie­nić pracę, poin­for­muj mnie, pro­szę, wcze­śniej.

Odcho­dzi.

Nie chcę zmie­niać pracy. Nie wiem, czy był choć jeden moment, w któ­rym o tym myśla­łam.

- Nadia.... - Filip wychyla się zza moni­tora. - On ma rację, tro­chę się mar­nu­jesz - szep­cze i zerka w kie­runku gabi­netu szefa. - Co z tym blo­giem? Ni­gdy się nie chwa­li­łaś, Tomek też mi nie wspo­mi­nał.

- Nie było czym się chwa­lić - odpie­ram, zasko­czona jego zain­te­re­so­wa­niem.

Filip patrzy wycze­ku­jąco. Chyba wyraź­nie posta­wi­łam kropkę po swo­jej wypo­wie­dzi? Wra­cam do listy tema­tów, choć wiem, że on wciąż mi się przy­gląda.

Poli­cyjne pod­su­mo­wa­nie tygo­dnia. Zakoń­cze­nie prac remon­to­wych przy ulicy Nowo­grodz­kiej. Gwał­towna zmiana pogody. Waka­cje w mie­ście na spor­towo. Waka­cje w biblio­tece. Zbiórka żyw­no­ści dla potrze­bu­ją­cych. Wywóz odpa­dów wiel­ko­ga­ba­ry­to­wych. Uwaga na barszcz Sosnow­skiego...

- A co pla­nu­jesz na urlop? - dopy­tuje.

- Nie mam pla­nów. - Nie uno­szę głowy znad kartki. Od czego dziś zacząć?

- To już za dwa tygo­dnie.

O Boże... on myśli o moim urlo­pie. On. Nie ja...

Odwra­cam się w jego kie­runku i już chcę powie­dzieć, że to moja sprawa, czy mam plany, czy nie. W jego wzroku jest jed­nak sygnał, żebym przy­sto­po­wała. Ćśśś... Pró­buję się opa­no­wać, choć coraz trud­niej mi się oddy­cha.

Znów go widzę. "Może dokądś się wybie­rzemy? Zapla­nujmy to razem" - pro­po­no­wa­łam jakiś czas temu. "Pew­nie" - odpo­wie­dział, a nie­długo póź­niej już go nie było. Już się roz­mył, roz­pły­nął.

Czło­wiek tak po pro­stu znika, a ja muszę oswoić tę pustkę, upo­rczywą nie­obec­ność. To uczu­cie, któ­rym chcia­ła­bym go objąć. Jak mam dalej żyć?

Jak żyć bez miło­ści? Bez jego miło­ści?!

Tylko się nie roz­płacz, nie tu, w pracy, nie przy Fili­pie. Znów czuję, że cała się zaci­skam, ale muszę wytrzy­mać... muszę. Dziś pią­tek, a w piątki...

Wsia­dam do pociągu, zaj­muję miej­sce przy oknie i czuję ulgę. Chwi­lową. Do tego wra­że­nia jestem przy­zwy­cza­jona, moje ciało się z nim obyło. Zawsze było mi błogo, gdy jeź­dzi­łam do niego. Dla­tego to powta­rzam. Przez dwie i pół godziny. W dwie strony. Zawsze mam jakieś dwa­dzie­ścia minut do odjazdu pociągu powrot­nego, więc wstę­puję do star­bucksa, kupuję kawę, kanapkę i wra­cam w poczu­ciu zasko­cze­nia. Że jego tam nie było. Nie cze­kał.

Dziś wyjąt­kowo długo sto­imy mię­dzy roz­ło­ży­stymi zło­tymi polami, na któ­rych wyle­gują się bele siana. Słońce coraz niżej, ale palące pro­mie­nie się­gają przez szybę moich dłoni. Zacią­gam roletę. Na tekst książki pada wiązka świa­tła. Pró­buję jej dotknąć. Znika. Wszystko jest takie nie­uchwytne. Nie zdążę się z tym obyć, nacie­szyć, a już mi umyka.

- Dziś będzie opóź­nie­nie. - Kon­duk­tor siada obok mnie i roz­kłada ręce.

- Nawet do roz­kładu pocią­gów nie można się przy­wią­zać.

Męż­czy­zna zaczyna się śmiać i bez skrę­po­wa­nia uka­zuje brak przed­niego zęba. Widuje mnie tutaj w każdy pią­tek. Wie dosko­nale, że wra­cam nie­mal zaraz po tym, jak wysiądę.

- Ta kawka ze star­bu­nia rze­czy­wi­ście taka wyjąt­kowa? - Zawa­diacko mruży oczy. - Jeź­dzisz z Delecka, tam chyba mają dobrą kawę.

Nie ma sensu tłu­ma­czyć. Kto zro­zu­mie chęć samot­nych podróży do celu, który już dawno prze­stał ist­nieć? Tylko ten pociąg, dwo­rzec i ta kawa są jak jakiś łącz­nik... choć nie mam pew­no­ści, czy i one ist­nieją, czy tylko sobie wymy­ślam... połą­cze­nia, jakieś nici, które trwają w moim wyobra­że­niu, mimo że już dawno zostały prze­rwane.

- O któ­rej doje­dziemy? - pytam.

- Nad­ro­bimy, będziemy na czas, ale pociąg z Pozna­nia już teraz ma pół­to­rej godziny opóź­nie­nia. - Wzdy­cha. - I może wzro­snąć do dwóch. No nic, muszę lecieć. Pomy­śla­łem, że tobie zrobi to róż­nicę. Może wró­cisz auto­bu­sem albo pój­dziesz pozwie­dzać. - Macha do mnie i odcho­dzi.

Pozwie­dzać? Pociąg powoli rusza, a ja wycią­gam tele­fon, by spraw­dzić roz­kład auto­bu­sów. Brak wol­nych miejsc. Pod­pie­ram się łok­ciami o sto­lik przy­mo­co­wany do sie­dze­nia przede mną. Pozwie­dzać mia­sto... to mia­sto... a jeśli naprawdę go spo­tkam?

Pewne jest jedno. Nie­długo trzeba wysiąść, a póź­niej coś ze sobą zro­bić. Coś. Cokol­wiek. W Pozna­niu... bez niego.

Tłum śpie­szy do wyj­ścia. Ude­rzają o mnie walizki, star­sza pani wci­ska mi się głową w ramię. Im bli­żej drzwi, tym gorę­cej, w końcu gdy tylko staję na pero­nie, ata­kuje mnie upalna fala. Wśród gna­ją­cych obcych mi twa­rzy pró­buję dostrzec tę jedyną, tak dobrze mi znaną, tak bli­ską. Co chwilę ktoś mnie potrąca. Czy tylko ja stoję? Ja pośrodku urwa­nych w poło­wie słów, spoj­rzeń i gestów. Ja, znu­dzona i nie­za­in­te­re­so­wana niczym, co nie jest nim, co się z nim nie wiąże. Jak wmu­ro­wana w to miej­sce cze­kam.

A jego wciąż nie ma.

Odzywa się do mnie jedy­nie głos z sema­fora. Opóź­nie­nie. Sto dwa­dzie­ścia minut.

Nie mogę tu zostać.

Teraz to ja pędzę, jak­bym ucie­kała. Bo ucie­kam. Bo może uda mi się zwiać przed wizją rado­snego uści­sku, uśmie­chu, który zawsze mnie tu witał. Opusz­czam budy­nek dworca i sunę przed sie­bie. Na pamięć znam drogę na przy­sta­nek, a póź­niej do jego miesz­ka­nia. Może wsiądę w tram­waj? Może zro­bię nie­spo­dziankę i tak nagle poja­wię się u niego?

Staję pod wiatą i zer­kam na roz­kład. Tram­waj z nume­rem pięć zatrzy­muje się tuż przy mnie. To ten! Doje­cha­ła­bym nim. Drzwi otwie­rają się przede mną, jakby pojazd poja­wił się tu spe­cjal­nie dla mnie. Robię krok do przodu i czuję ugi­na­jące się kolana. Nie mogę. Nie mogę tego zro­bić.

Odwra­cam się i ruszam w kie­runku rynku. Wśród bru­ko­wa­nych uli­czek i kamie­nic udaje mi się zaznać odro­biny chłodu. Idę na oślep, bez celu i oto staję przy ogrom­nych oknach kawiarni, w któ­rej spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy. Prze­cież nie przy­szłam tu spe­cjal­nie! Dokład­nie przy naszym sto­liku, tuż za szybą, dwie dziew­czyny zaja­dają cia­sto i roz­ma­wiają. Zaci­skam pię­ści i czuję, jak w oczach zbie­rają mi się łzy.

Chcia­ła­bym wejść do środka, zamó­wić kawę i przy­po­mnieć sobie tam­ten dzień dwa lata temu. Tamto lato. Tamte słowa, które ani tro­chę nie zapo­wia­dały, że usły­szę... że on kie­dy­kol­wiek powie coś tak zaska­ku­ją­cego. Tak dziw­nego... tak bar­dzo... ranią­cego.

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Odwra­cam twarz od witryny. Naprze­ciwko zauwa­żam szyld z napi­sem "Anty­kwa­riat". Książki! Tylko to może mnie teraz ura­to­wać. Prze­bie­gam przez uliczkę, prze­stę­puję kilka schod­ków i chwy­tam za klamkę. Stare, drew­niane drzwi skrzy­pią gło­śno. Oba­wiam się, że naro­bię hałasu, ale nikt z obec­nych nie zwraca na mnie uwagi. Ogromne regały oka­lają wnę­trze. Kilka osób prze­gląda egzem­pla­rze w ciszy i sku­pie­niu. Pani przy biurku wer­tuje cza­so­pi­smo. Zapach sta­rych ksią­żek i kurzu jest tu wszech­obecny, a chłód wręcz kojący. Nie­pew­nie robię kilka kro­ków do przodu i zauwa­żam przej­ście do dru­giej sali. Nikogo w niej nie ma. Tylko ogrom ksią­żek wypeł­nia­ją­cych ściany, sto­jący na środku sto­lik i fotel obity beżową tka­niną w brą­zowe liście i kwiaty. Brak okien. Z lampy na sufi­cie sączy się poma­rań­czowe świa­tło.

Pod­cho­dzę do regału z napi­sem "Lite­ra­tura obco­ję­zyczna". Boję się wyko­nać jaki­kol­wiek ruch. To miej­sce jest tak ciche, spo­kojne, owiane tajem­nicą, jakby czas się tu zatrzy­mał, a życie toczyło jedy­nie wśród histo­rii, które pro­szą, by zostały opo­wie­dziane. Anty­kwa­riat... Czy nie tutaj tra­fiają książki, które ktoś oddaje? Powody mogą być różne. Nie­pew­nie wycią­gam dłoń i doty­kam grzbie­tów ksią­żek. Więk­szość z nich ma już swoje lata. Zatrzy­muję się na fran­cu­skim tytule i czuję, że serce zaczyna mi bić szyb­ciej. Pociągi wciąż jeż­dżą... Wycią­gam książkę i gła­dzę matową okładkę.

Na murku butelka wina, kie­li­szek wypeł­niony bor­do­wym pły­nem, kiść zie­lo­nych i fio­le­to­wych wino­gron, dwa kawałki sera. A tuż za nimi, w dół zbo­cza, roz­ciąga się win­nica poły­sku­jąca złoto-poma­rań­czo­wymi reflek­sami zacho­dzą­cego słońca. Susanne Ver­dier? Nazwi­sko autorki brzmi dla mnie obco... ale jak pięk­nie. Wyma­wiam je w myślach, sta­wia­jąc akcenty na ostat­nich syla­bach. Susanne. Ver­dier. To takie fran­cu­skie. Egzem­plarz ma tro­chę zagięte rogi okładki. Poza tym wygląda cał­kiem dobrze. Czy­tam nagłó­wek notki: "Choć ode­brano mi ostat­nie gwiazdy, pociągi wciąż jeż­dżą..." i czuję, że muszę usiąść. Otwie­ram książkę. Widzę, jak drżą mi dło­nie. Bo dosko­nale wiem, że jeśli wcią­gnie mnie pierw­sza strona, to książka musi być moja. Obym się nie zawio­dła. Pro­szę... niech to nie będzie zwy­czajny romans. Tra­fiam na dedy­ka­cję od autorki: "Każ­demu, kto kie­dy­kol­wiek czuł, że tęsk­nota to ból całego ciała".

Zamy­kam książkę i biorę głę­boki wdech. Przy­tu­lam ją do sie­bie. Po chwili wiem, że nie mogę dłu­żej cze­kać. Odnaj­duję pierw­szą stronę...

- Za pięć minut zamy­kam. - Sły­szę głos i uno­szę głowę zasko­czona, jak­bym zapo­mniała, że nie jestem tu zupeł­nie sama.

- Prze­pra­szam, ja - zry­wam się z miej­sca - chcia­ła­bym ją kupić.

- Zapra­szam do kasy. - Kobieta odcho­dzi.

Czuję, że to nie jest łatwa histo­ria... A jeśli poła­mie mi serce i ból sta­nie się jesz­cze więk­szy? Jeśli ona spo­tę­guje to... to, o czym autorka pisze już na samym początku - ból ciała? Tęsk­notę?

Odsta­wiam książkę na półkę i prze­cho­dzę do pierw­szej sali.

- Ma nie­wiele opi­nii, wydana małym nakła­dem. Niby ist­nieje, ale w rze­czy­wi­sto­ści... jakby jej nie było... - Kobieta spraw­dza coś w kom­pu­te­rze, nawet na mnie nie patrząc. Nie mam pew­no­ści, czy mówi do mnie, choć sala zupeł­nie opu­sto­szała.

- To nie jest dla mnie dobry czas...

- Ma pani rację. Książka znaj­duje nas wtedy, gdy nad­cho­dzi na nią odpo­wiedni moment. - Sprze­daw­czyni odwraca głowę od kom­pu­tera i zdej­muje oku­lary. - Pro­szę się nie mar­twić, jeśli to nie ten czas, nie prze­brnie pani nawet przez pierw­sze strony. Zamy­kam dzień, to ostat­nia szansa. A więc?

- Dzię­kuję, to jed­nak nie jest mój kli­mat.

Nie mój kli­mat. Nie mój! Powta­rzam, pędząc w kie­runku dworca. Ledwo dobie­gam na peron i wsia­dam do pociągu zdez­o­rien­to­wana. Tym razem bez kawy i kanapki, a co naj­gor­sze... bez książki. Bez TEJ książki!

Pociąg rusza, przy­my­kam oczy. Pró­buję uspo­koić zdy­szany oddech, ale nie mogę. Czuję nie­po­kój, jakby bra­ko­wało mi powie­trza. Uczu­cie wier­ce­nia w żołądku nie daje spo­koju. Głód... a może coś jesz­cze... Prze­cież to tylko książka! Nawet nie wiem, o czym dokład­nie jest. Zasu­ge­ro­wa­łam się dedy­ka­cją, być może nie­po­trzeb­nie. Pew­nie zaraz wyj­dzie mi z głowy. W kolejce do prze­czy­ta­nia mam kilka tytu­łów. Pró­buję sobie przy­po­mnieć, którą powieść, poza trzy­maną wła­śnie w torebce, mia­łam czy­tać jako następną, ale nie mam poję­cia. Jak mogłam zapo­mnieć? Zale­żało mi na... na czymś!

Odtwa­rzam w gło­wie słowa sprze­daw­czyni. Odpo­wiedni moment. Książka nas znaj­duje...

Zna­la­zła mnie, a ja ucie­kłam.

Kto napi­sał tak wyjąt­kową dedy­ka­cję? Jej zna­cze­nie jest mi tak bli­skie, jakby zostało skie­ro­wane wła­śnie do mnie. W wyszu­ki­warkę wpi­suję imię i nazwi­sko autorki. Susanne Ver­dier. Przy­gry­zam dolną wargę w ocze­ki­wa­niu... Inter­net nie współ­pra­cuje, daje znaki, że wyje­cha­li­śmy już poza mia­sto, a kiedy otwiera się strona z wyni­kami, od razu kli­kam w okienko z napi­sem "Gra­fika". Wyświe­tla się kilka zdjęć książki Pociągi wciąż jeż­dżą. Kim jest autorka? Wra­cam do strony głów­nej i dopiero zaczy­nam rozu­mieć. Susanne Ver­dier to pseu­do­nim. "Debiut wydany w 2005 roku, jak dotąd jest jedyną powie­ścią wydaną pod tym nazwi­skiem".

Muszę ją zamó­wić. I wła­śnie do mnie dociera, że to tytuł zagra­niczny, wydany małym nakła­dem, że nie ma prze­kładu na język pol­ski i że dotar­cie do niego może nie być takie pro­ste. Zer­kam za okno. Sko­szone pola się­gają kra­wę­dzi lasu, ponad nimi pro­mie­nie słońca padają zza bia­łego obłoku.

Dla­czego jej nie kupi­łam? Czy naprawdę aż tak boję się wła­snych uczuć? Emo­cji, które mogłyby mną zawład­nąć pod­czas lek­tury?

Że też nie mogę zawró­cić, cof­nąć czasu, przy­cią­gnąć do sie­bie tego, co jesz­cze chwilę wcze­śniej było w moich dło­niach. Przy­my­kam oczy, sły­szę swój ciężki oddech i każde ude­rze­nie serca. Pozwa­lam, by koły­sał mnie rytm pociągu gna­ją­cego po szy­nach.

Ból tęsk­noty...

Odpo­wiedni moment...

Książki nas znaj­dują...

To ostat­nia szansa, zaraz zamy­kam...

Zgu­bi­łaś coś w tym Pozna­niu?

Zry­wam się i roz­glą­dam. Minęła połowa drogi, nawet nie wiem kiedy. Zer­kam w tele­fon. Nikt nie pyta, czy wrócę na czas. Nikogo to nie obcho­dzi. Nikt się nie prze­jął dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niem.

Susanne Ver­dier - brzmi jakby wokół mnie. Su-sanne Ver-dier. Kobieta mi nie odpusz­cza. Wpi­suję w prze­glą­darkę tytuł i szu­kam opisu. O czym jest ta książka?!

"Choć ode­brano mi ostat­nie gwiazdy, pociągi wciąż jeż­dżą...

Rok 2000. Upalne lato na połu­dniu Fran­cji. Marie, stu­dentka lite­ra­tury przy­jeż­dża do śre­dnio­wiecz­nego mia­steczka poło­żo­nego na wzgó­rzu, by odbyć kurs pisar­ski spre­zen­to­wany przez rodzi­ców. Nie w gło­wie jej jed­nak pisa­nie, wolny czas woli spę­dzać, słu­cha­jąc prze­bo­jów Roxette. Lau­rent stoi przed ogromną zmianą w życiu. Ćwi­czy grę na skrzyp­cach, by za kilka mie­sięcy uzy­skać dyplom jed­nego z naj­lep­szych kon­ser­wa­to­riów w Euro­pie".

Kolejna bez­senna noc. Z boku na bok. Łyk chłod­nej wody. Tak bar­dzo chcia­ła­bym spać. Co to za nie­zwy­kły przy­wi­lej zamknąć oczy wie­czo­rem i otwo­rzyć je rano. Uchy­lam okno, sia­dam na łóżku i cho­wam twarz w dło­niach. Susanne Ver­dier. Su-sanne Ver-dier! Kim jest ta autorka? Napi­sała dedy­ka­cję, o któ­rej nie mogę zapo­mnieć. Co takiego musi być w tej książce?

Nie dziwi mnie już, że jest trze­cia, a ja włą­czam czaj­nik i wrzu­cam torebkę her­baty do kubka. Trze­cia w nocy czy nad ranem, co za róż­nica. Za oknem ciemno, jedy­nie świa­tło pada­jące z latarni oświe­tla traw­nik i par­king pełen aut. W budynku naprze­ciwko totalna ciem­ność, wszy­scy śpią, tylko ja snuję się bez celu. Z nim przy boku budzi­łam się jedy­nie na moment. Pamię­tam taką noc, kiedy mia­łam paskudny sen. Zerwa­łam się prze­stra­szona, ale już po chwili chwy­ci­łam jego dłoń i strach minął. Choć on spał i nawet nie drgnął, ja czu­łam się bez­pieczna.

Ucisk w brzu­chu spra­wia, że wymie­niam torebkę czar­nej her­baty na rumia­nek i zale­wam wrząt­kiem. Tak będzie lepiej.

Zapa­lam lampkę w salo­nie, sia­dam na sofie i obser­wuję, jak nad kub­kiem unosi się para. Ula­tuje jak sytu­acje, ludzie... momenty. Dla­czego nie potra­fię niczego przy sobie zatrzy­mać? Jak mam żyć, spać? Jak robić wszystko sama? Bez niego? Kładę dło­nie na brzu­chu i czuję, jak unosi się z każ­dym odde­chem. Kłuje, uci­ska, na chwilę odpusz­cza i znów zaczyna boleć.

Gdyby on tu był, z pew­no­ścią przy­niósłby mi kubek z napa­rem do łóżka.

Gdyby tu był, być może wcale nie byłoby takiej potrzeby...

To naprawdę może boleć? Tęsk­nota? Czy w książce Susanne Ver­dier któ­ryś z boha­te­rów rów­nież tęskni tak mocno? Skoro autorka napi­sała taką dedy­ka­cję, te słowa muszą mieć dla niej szcze­gólne zna­cze­nie. Pró­buję przy­po­mnieć sobie opis... brzmiał dość zwy­czaj­nie... a jed­nak znów wyszu­kuję Pociągi wciąż jeż­dżą.

Ponow­nie patrzę na okładkę. Może zachwy­cić. Zachód słońca w ogni­stych bar­wach, win­nica i prze­ką­ski. Widok owo­ców, serów i wina zawsze przy­wo­dzi wspo­mnie­nia fran­cu­skiego apéro, ale to spo­tka­nie bar­dziej intymne i choć chcia­łoby się powie­dzieć, że okładka jest piękna, wręcz opty­mi­styczna, poje­dyn­czy kie­li­szek zde­cy­do­wa­nie dodaje jej aury smutku, a nawet i poczu­cia samot­no­ści.

Tego boję się naj­bar­dziej...

Że cisza, ból i roz­dar­cie przy czy­ta­niu takiej książki nasilą się i mnie przy­gniotą. Mogłaby być piękna, ale może nie teraz?

Włą­czam radio. Nocne audy­cje zawsze są pełne spo­koju. Sto­no­wany, niski głos spi­kera spra­wia, że przy­my­kam oczy. Nie prze­szka­dza mi nawet, że temat ani tro­chę mnie nie inte­re­suje. Chłod­niki w róż­nych wyda­niach. A może... Ukła­dam się na poduszce i czuję, jak moje ciało się roz­luź­nia. Moż­liwe, że zaraz odpłynę. A może chłod­nik to dobry pomysł na arty­kuł? Wpraw­dzie lato już po pół­metku, ale... ale... robi się błogo...

Zie­lone win­nice opa­dają w dół zbo­cza. Sie­dzę na murku, obser­wuję różo­wo­fio­le­towe chmury tuż nad hory­zon­tem i prze­bi­ja­jące się przez nie wiązki świa­tła. Dłu­gie, iskrzące pasma wyglą­dają, jakby chciałby rzu­cić ostat­nie pro­mie­nie na oko­liczne trawy i drzewa.

Spen­ding my time,

Wat­ching the days go by...

Ude­rze­nia per­ku­sji i melan­cho­lijny głos woka­listki spra­wiają, że powoli otwie­ram oczy. Salon? Sofa? Za oknami zupeł­nie jasno, a nade mną roz­brzmiewa pio­senka. Wsłu­chuję się w tekst i przy­sła­niam twarz dłońmi. Tak, to o mnie. Każde słowo pasuje do mojej histo­rii, odzwier­cie­dla to, jak się teraz czuję. Po pro­stu trwam. Pró­buję prze­żyć i obser­wuję, jak mijają dni.

To nie jest ide­alny pora­nek. Dopi­jam zimny napar z rumianku i z ulgą stwier­dzam, że falę upa­łów mamy już chyba za sobą. W tele­fo­nie zauwa­żam zdję­cie książki i opis, który czy­ta­łam, nim zasnę­łam. Prze­biega mnie dreszcz. Pod­cho­dzę do okna i je zamy­kam. To pew­nie przez te chłodne podmu­chy, bo chyba nie z powodu... Roxette?! Zer­kam w kie­runku radia i znów powoli czy­tam opis. "Wolny czas woli spę­dzać, słu­cha­jąc prze­bo­jów Roxette". Dla odmiany teraz robi mi się gorąco. Głos w radiu pomaga mi prze­pro­wa­dzić szybką kal­ku­la­cję: "Jest pięć minut po godzi­nie ósmej. W naszym regio­nie zanosi się na deszcz...".

Trzę­sącą ręką kli­kam w tele­fon i spraw­dzam godziny otwar­cia anty­kwa­riatu, następ­nie roz­kład pocią­gów. Nie muszę się dłu­żej zasta­na­wiać. Po pro­stu zrzu­cam piżamę, wska­kuję w prze­tarte dżinsy i biały T-shirt. Nakła­dam krem z lek­kim pod­kła­dem i pocią­gam rzęsy mascarą. Jasne, pro­ste włosy opa­dają mi na ramiona. Prze­cze­suję je, myję zęby, wkła­dam trampki i wybie­gam z domu.

Na dworcu kupuję kawę i droż­dżówkę. Wsia­dam do pociągu z uczu­ciem ulgi. Następny byłby dopiero za dwie godziny.

- O, pro­szę! - Sły­szę nad sobą zna­jomy głos. - A jed­nak mają w Delecku kawę i bułki! Coś takiego! - Kon­duk­tor śmieje się gło­śno. Widząc brak mojego entu­zja­zmu, dodaje: - Ale mamy sobotę, to też jest jakaś zmiana.

Oby na lep­sze, myślę, obda­rza­jąc go wymu­szo­nym uśmie­chem. Choć czuję się osła­biona i głodna, każdy kęs droż­dżówki jest trudny do prze­gry­zie­nia. Piję kawę małymi łycz­kami i myślę o tym, co powie­dział kon­duk­tor: jest jakaś zmiana. Czyżby? Nie cho­dzi o dzień... a raczej... o cel. Może i osza­la­łam, nie wiem, czy kto­kol­wiek byłby w sta­nie mnie zro­zu­mieć. Jadę do Pozna­nia. Dwie­ście kilo­me­trów. Dwie i pół godziny pocią­giem.

Po książkę.

Dotąd jeź­dzi­łam po... pustkę.

Ostat­nie skrawki błę­kitu zostają przy­sło­nięte sza­ro­gra­na­to­wymi chmu­rami. Poje­dyn­cze kro­ple poja­wiają się na szy­bie. Z każdą sekundą deszcz pada coraz inten­syw­niej. W końcu pola i lasy prze­stają ist­nieć. Jest tylko sza­rość i nawał­nica roz­bi­ja­jąca się falami o okna.

Nakła­dam słu­chawki i czuję, że ponow­nie mam ochotę usły­szeć Spen­ding my time, ale... na ile ta pio­senka mnie zasmuci? Wywoła łzy szklące się w oczach albo i całe potoki? Aura za oknem zde­cy­do­wa­nie sprzyja roz­pła­ka­niu się na całego. Usły­sze­nie pio­senki rano wygnało mnie z domu. Było jak znak. Ale teraz lepiej nie... prze­glą­dam play­li­stę i stwier­dzam, że każdy utwór przy­po­mina mi albo czas spę­dzony z nim, albo ten, w któ­rym tęsk­ni­łam.

Sto­jąc tuż przy wyj­ściu z dworca, zasta­na­wiam się, czy wszystko ze mną w porządku. Całe niebo zasnute jest sza­ro­ścią i nie zanosi się na to, by ulewa miała ustać. Pociąg do Delecka odjeż­dża za dzie­sięć minut. Wyco­fuję się i stwier­dzam, że muszę odna­leźć pierw­szy lep­szy sklep, w któ­rym kupię para­solkę. Przy­je­cha­łam tu po coś i bez tego nie wrócę.

Kiedy mam już ochronę przed zmok­nię­ciem i prze­bie­gam przez pełne kałuż ulice, ude­rza mnie myśl. Znów go nie było.

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Dresz­cze bie­gną po ciele, więc przy­śpie­szam kroku. Oby tam była. Ona musi tam być!

Wcho­dzę w znaną mi uliczkę. Odru­chowo zer­kam w kie­runku kawiarni. Jesz­cze zamknięta, ale za szybą już ktoś się krząta. Nasz sto­lik pusty, okryty białą ser­wetką, czeka, by przy­jąć kogoś nowego, być może kolejną parę, która będzie się mocno trzy­mać ze ręce. I patrzeć sobie w oczy tak inten­syw­nie, że żadne z nich nie zauważy wiszą­cego naprze­ciwko bla­sza­nego szyldu anty­kwa­riatu.

Odwra­cam wzrok. Skła­dam para­solkę i naci­skam klamkę. Naj­chęt­niej pobie­gła­bym od razu po książkę, ale wiem, że tak nie można. Serce bije mi szybko. Cicho przy­my­kam skrzy­piące drzwi. Oczy­wi­ście nikt nie zwraca na mnie uwagi. Kilka osób krząta się w pierw­szej sali. Powoli kie­ruję się tam, gdzie powinna być moja powieść. W dru­gim pomiesz­cze­niu tym razem są dwie osoby. Męż­czy­zna sie­dzi w fotelu, zaczy­tany, nawet mnie nie zauważa. Przy regale z lite­ra­turą obco­ję­zyczną stoi kobieta. Naj­chęt­niej wci­snę­ła­bym się tuż koło niej i chwy­ciła to, po co przy­szłam, ale wiem, że tak postą­pić nie mogę. Pod­cho­dzę do regału obok. Udaję, że cze­goś szu­kam. Pró­buję zer­k­nąć na tytuł, który prze­gląda, i tra­fiam na jej spoj­rze­nie. Kobieta uśmie­cha się poczci­wie i choć zaczyna się we mnie goto­wać, odpo­wia­dam jej tym samym. Ręka mi drży, kiedy biorę przy­pad­kową książkę i pró­buję ode­grać zain­te­re­so­wa­nie. Nie dociera do mnie nic, co pró­buję prze­czy­tać. Znów zer­kam w stronę kobiety. Co za nie­zde­cy­do­wana osoba! Niech już coś weź­mie i sobie idzie. Otóż bie­rze... Od razu roz­po­znaję tę okładkę. Boże! Że też wczo­raj byłam tak roz­mem­łana, tak nie­zde­cy­do­wana. Trzeba było brać! Brać i nie myśleć, skoro poczu­łam. Prze­cież poczu­łam już wtedy to ukłu­cie, tę radość. O nie, ona czyta opis! Czy otwo­rzy tom? Zaj­rzy do środka? Co ona robi? Odkłada egzem­plarz na sto­lik.

Może nie zauważy... jak podejdę... jak z nim czmychnę? Prze­cież nie ukradnę, zapłacę. Pró­buję uda­wać pozorną obo­jęt­ność, ale chyba słabo mi idzie, bo czuję, że całe ciało zaczyna mi drżeć. Pró­buję sta­wiać nie­sły­szalne kroki, jeden za dru­gim. Sto­lik już tak bli­sko. Nagłe gło­śne chrząk­nię­cie wypeł­nia pomiesz­cze­nie, a mnie gorąco ude­rza do głowy. Męż­czy­zna zerka na mnie prze­pra­sza­jąco, a ja zawie­szona w dro­dze pomię­dzy rega­łami a sto­li­kiem dostrze­gam, że kobieta zajęła się czymś innym. Jestem coraz bli­żej, wycią­gam dłoń, która teraz drży, tuż nad okładką przed­sta­wia­jącą win­nicę, kie­li­szek, wino... i przy­po­mi­nam sobie mój sen dziś nad ranem... ten widok. Biorę książkę do rąk i odru­chowo przy­tu­lam. Jak­bym się z nią witała albo chciała prze­pro­sić. Łzy napły­wają mi do oczu. Pró­buję je powstrzy­mać, ale szybko spły­wają po policz­kach. Wciąż brzmi we mnie treść dedy­ka­cji od autorki. Nawet nie muszę jej czy­tać... "Każ­demu, kto kie­dy­kol­wiek czuł, że tęsk­nota to ból całego ciała".

- Czyta pani po fran­cu­sku? - Sły­szę szept. To ona. Być może będę musiała oddać jej egzem­plarz. A może popro­szę...

- Tak, czy­tam. - Odkła­dam książkę na sto­lik, choć naj­chęt­niej nie wypusz­cza­ła­bym jej z rąk.

- Pla­no­wa­łam kupić dla córki, ale napi­sała mi, że jej nie chce. - Nie­zna­joma wzru­sza ramio­nami. - Ona jest dla pani, widzę to. - Pod­nosi książkę ze sto­lika, jesz­cze raz zerka na okładkę i prze­ka­zuje ją mnie. Oso­bie, która miała nie­cny plan wyszar­pa­nia sobie tej histo­rii.

- Dzię­kuję. Ja też jestem tego pewna. - Sta­wiam na szcze­rość.

- Książki potra­fią nas prze­nieść w inne światy. I to nie jest jedy­nie meta­fora... Dobrego dnia.

Kobieta nie czeka, aż jej odpo­wiem. Wycho­dzi. Jesz­cze przez chwilę wpa­truję się w ota­cza­jące mnie regały i czuję ulgę. Jakby wła­śnie odpu­ściło napię­cie, które kumu­lo­wało się we mnie od wczo­raj.

- Jed­nak pani wró­ciła. Po nią! - Anty­kwa­riuszka wbija kwotę na kasę fiskalną.

- Pani ją czy­tała?

- Nie, ale wiem, o czym jest. Jakie lubi pani zakoń­cze­nia? - pyta, gdy mam już odcho­dzić.

Patrzę na nią zasko­czona, bo słowo "zakoń­cze­nia" koja­rzy mi się w chwili obec­nej jedy­nie z zakoń­cze­niem związku.

- No, zakoń­cze­nia... - Patrzy na mnie wymow­nie. - Szczę­śliwe? Tra­giczne? Otwarte? Zamknięte?

- Nie lubię zakoń­czeń - odpo­wia­dam bez chwili namy­słu.

- No masz! - Przy­kla­skuje i wybu­cha śmie­chem. Przy­sła­nia usta i roz­gląda się, czy aby nikomu nie prze­szko­dziła. - Będzie pani zachwy­cona!

Zachwy­cona... myślę o tym, gdy prze­cho­dzę przez bru­ko­waną uliczkę i zauwa­żam, że drzwi kawiarni naprze­ciwko są już otwarte. Chcę uczcić mój suk­ces. Jestem już na progu... zer­kam na nasz sto­lik i dopada mnie ta sama tęsk­nota, która przez ostat­nie mie­siące odbie­rała mi siłę do życia. Tam, w anty­kwa­ria­cie, czu­łam żal, nawet pła­ka­łam, ale... to nie doty­czyło jego. Nie tak... bez­po­śred­nio. A tutaj wszystko wiąże się z nim.

Wyco­fuję się, bo nie mogę tego poczuć. Nie chcę!

Wra­cam na dwo­rzec. I choć chcia­ła­bym sobie obie­cać, że to mój ostatni pobyt w tym mie­ście, nie wiem, jak zniosę kolejny piąt­kowy wie­czór bez podróży pocią­giem. Bez tej nadziei.

W star­buck­sie kupuję kanapkę i latte. Książkę cho­wam do torebki. Nie mogę jej prze­cież zgu­bić ani pobru­dzić, a już zaraz, jak tylko usiądę, zacznę...

- Nadia?! - Sły­szę zna­jomy głos i zauwa­żam kole­żankę z Delecka.

Nie mogę uwie­rzyć.

- Hej! Co jest? Słów ci zabra­kło?! Jedziesz do domu?! - wykrzy­kuje eufo­rycz­nie i przy­tula mnie mocno.

- Tak. - Uśmie­cham się i zaglą­dam do torebki, jak­bym chciała prze­pro­sić cze­ka­jącą na mnie histo­rię.

Ta podróż jest wyjąt­kowa. Dawno już takiej nie mia­łam. Pyta­nia o "tego przy­stoj­niaka", wymi­ja­jące odpo­wie­dzi, bo prze­cież nie mogę powie­dzieć ot tak, w pociągu, w jaki spo­sób się roz­sta­li­śmy.

Ni­gdy cię nie kocha­łem.

Kole­żanka od wspo­mnień, z daw­nych lat, więc to, co we mnie trudne, prze­plata się z rado­snymi szkol­nymi opo­wie­ściami.

- A niech mnie! - Głos kon­duk­tora roz­brzmiewa tuż nad nami. - Jest kawa, są kanapki i nawet uśmiech się zna­lazł.

Nie wiem, czy potra­fi­ła­bym to wszystko znieść, czy nie wybu­chła­bym pła­czem, sły­sząc pyta­nia doty­czące jego, gdyby nie jedna mała iskra.

Wsu­wam dłoń do torebki, jak­bym chciała spraw­dzić, że moja zdo­bycz tam jest, że rze­czy­wi­ście po nią wró­ci­łam i zawal­czy­łam. I że zmie­rzę się z emo­cjami, jakie wraz z nią otrzy­mam. A przy­naj­mniej spró­buję.

Docie­ram do miesz­ka­nia. Szybko prze­krę­cam klucz w zamku, zrzu­cam trampki, dżinsy i wkła­dam wygodne szorty. Zama­wiam pizzę, bo nie chcę tra­cić czasu na goto­wa­nie. Ukła­dam książkę na sto­liku, przy sofie. Już mam odcho­dzić, ale zawra­cam, by jesz­cze raz przyj­rzeć się okładce. Jest w niej coś, co mnie pociąga, wręcz zasysa do tego świata. Czuję w sobie drże­nie. Chcę zacząć czy­tać, a jed­no­cze­śnie mogła­bym ten moment prze­cią­gać, odsu­wać od sie­bie. Jeśli książka zade­dy­ko­wana została tym, któ­rzy czuli tęsk­notę jako ból, autorka musiała go doświad­czyć. Czuła go i wyle­wała z sie­bie na karty powie­ści. Biorę książkę do rąk, gła­dzę okładkę, jak­bym doty­kała kule­czek wino­gron, zbo­cza gór, pło­ną­cego nieba, pól. Zaci­skam powieki i przy­tu­lam cały obraz sta­no­wiący część jakiejś histo­rii.

Tęsk­nię.

Nie wytrzy­mam dłu­żej tego napię­cia. Jesz­cze raz czy­tam dedy­ka­cję. Kart­kuję książkę, by poczuć jej zapach. Wdy­cham aro­mat, jak­bym chciała, by oprócz cha­rak­te­ry­stycz­nego zapa­chu papieru przy­niósł mi powiew powie­trza z połu­dnio­wej Fran­cji, ze zbo­cza wysa­dza­nego krze­wami pną­cych wino­ro­śli. Kiedy zatrzy­muję się na końcu, odgi­nam skrzy­dełko okładki. Została za nie wetknięta ostat­nia strona. Wycią­gam ją, a tuż za nią...

Pocz­tówka. Serce wali mi tak szybko, że muszę usiąść. Mia­steczko poło­żone na wzgó­rzu. Kamienne, szare domki wśród zie­leni drzew, a u pod­nóża gęsta mgła, jakby mia­steczko uno­siło się w chmu­rach.

Odwra­cam wido­kówkę i czuję prze­pływ gorąca. Czyżby był na niej jakiś tekst? Przy­my­kam oczy, a kiedy je otwie­ram, widzę, że druga strona została zapi­sana drob­nymi liter­kami. Nie­wy­raź­nie, po fran­cu­sku. Powoli odczy­tuję każde słowo...

Ta książka przy­po­mina mi o Tobie. Choć ode­brano mi ostat­nie gwiazdy, każ­dego dnia wyobra­żam sobie, że jesteś tuż obok. Czuję Twoją obec­ność, sły­szę każde słowo. Pociągi wciąż jeż­dżą, więc cze­kam...

2. Pociągi wciąż jeżdżą. Cordes-sur-Ciel, lipiec 2000

Marie

Do zoba­cze­nia, maman. Trzy­maj się, papa! Marie z uśmie­chem obser­wo­wała odda­la­jące się auto rodzi­ców. Kiedy tylko znik­nęło jej z pola widze­nia wśród zie­lo­nych, zala­nych słoń­cem traw, prze­bie­gła przez kamienną bramę, sta­no­wiącą wąski prze­smyk w zabyt­ko­wych śre­dnio­wiecz­nych murach oka­la­ją­cych mia­steczko. Gnała pod górę. Nie­wy­godne czó­łenka utrud­niały poru­sza­nie się po śli­skiej, bru­ko­wa­nej dro­dze, nogi chwiały się przy każ­dym kroku, oddech sta­wał się ciężki, serce biło coraz szyb­ciej, a opięta spód­nica krę­po­wała ruchy. Jesz­cze chwila, jesz­cze tylko chwila!

Laurent

Przy­glą­dał się uważ­nie czar­nemu fute­ra­łowi. Oddy­chał głę­boko, jakby chciał prze­cią­gnąć ten moment. Otwo­rzył na oścież małe, drew­niane okno i poczuł cie­płe powie­trze. Przez chwilę delek­to­wał się ciszą i wia­trem, który deli­kat­nie poru­szał liśćmi blusz­czu na murach kamie­nicy naprze­ciwko. Była tak bli­sko... cza­sem miał wra­że­nie, że gdyby porząd­nie wycią­gnął rękę, mógłby otwie­rać zie­lone okien­nice sąsiadki.

Dobrze, dłu­żej nie powi­nien tego odwle­kać. Odpiął meta­lowe sprzączki, usły­szał cha­rak­te­ry­styczny dźwięk i poczuł ucisk w gar­dle. Popra­wił nuty na pul­pi­cie, chwy­cił gryf skrzy­piec i uło­żył instru­ment pod brodą. Od razu prze­szył go chłód cią­gnący się wzdłuż szyi i lewego policzka. W prawą dłoń ujął smy­czek. Przy­mknął oczy i zoba­czył salę wypeł­nioną publicz­no­ścią. Serce zaczęło bić coraz szyb­ciej, w gło­wie poja­wił się szum, więc posta­no­wił, że pod­czas tego wyko­na­nia woli być sam. Jakby ock­nięty ze snu, wypro­sto­wał się, wziął głę­boki wdech, uło­żył palce na odpo­wied­nich stru­nach, pocią­gnął smycz­kiem, wyda­jąc pierw­szy dźwięk, i...

Prze­raź­liwy stu­kot dobie­ga­jący z podwórka spra­wił, że opa­dły mu ręce. Dosłow­nie. I choć czuł się w tym momen­cie pozba­wiony sił, w dło­niach wciąż mocno ści­skał cenne przed­mioty. W lewej skrzypce, w pra­wej smy­czek. Oddy­chał głę­boko. Pró­bo­wał zigno­ro­wać zbli­ża­jący się, coraz bar­dziej dud­niący pogłos.

Koła­ta­nie odbi­jało się od ścian śre­dnio­wiecz­nych kamie­nic, zle­wało z echem w tęt­niącą melo­dię i nio­sło ponad nimi. Lau­rent czuł, że nara­sta w nim napię­cie, chęć wykrzy­cze­nia, że oto prze­rwano mu ciężką pracę, lecz zdał sobie sprawę, że odgłos ten brzmi niczym muzyka... że two­rzy dźwięki, różne wyso­ko­ści, jakby nuty same ukła­dały się na pię­cio­li­nii.

To muzyka duszy, pasji, prze­sy­cona nie­po­ko­jem.

Uło­żył palce na stru­nach, pró­bu­jąc zapa­mię­tać układ nut.

Ni­gdy dotąd nie widział, by jakaś kobieta bie­gała po bruku Cor­des w szpil­kach, więc z zacie­ka­wie­niem wychy­lił się przez okno. Dopiero zmie­rzała w jego kie­runku. Gnała wręcz, pra­wie łamiąc przy tym obcasy i... nogi. Na gło­wie pod­ska­ki­wał jej jasny kok. Ele­gancka, ubrana w czarną spód­nicę i białą koszulę, wyglą­dała tak, jakby zaraz miała zda­wać ważny egza­min. Turystki... co roku przy­jeż­dżają cie­kaw­sze, ale... takiego porywu jesz­cze tu nie widział. Co za zawzię­cie, zde­cy­do­wa­nie! Co za pasja i deter­mi­na­cja w oczach! Nie widział... Nie­wiele myśląc, zerwał się i zbiegł po scho­dach z pierw­szego pię­tra, by podą­żyć śla­dem nie­zna­jo­mej. Pchnął drew­niane drzwi i ruszył pod górę, pozwa­la­jąc, by brama sama się za nim zatrza­snęła.

- Lau­rent, na litość boską! Co to za hałasy od rana! - Usły­szał głos sąsiadki wychy­la­ją­cej się z okna.

- Prze­pra­szam, madame Blanc! - Zło­żył ręce, posłał jej jeden ze swo­ich słod­kich uśmie­chów i biegł dalej, nie zwa­ża­jąc, że ma na nogach klapki, w któ­rych cho­dził jedy­nie po domu. Teraz i on poru­szał się nie­udol­nie, kie­ro­wany odgło­sem zani­ka­ją­cego stu­kotu szpi­lek.

Dokąd ona bie­gnie? Skąd się tu wzięła? Dla­czego jest tak odświęt­nie ubrana? Tar­gały nim myśli, a koła­ta­nie cichło, zani­kało, aż w końcu ustało zupeł­nie. Lau­rent biegł jesz­cze przez chwilę, roz­glą­dał się, lecz zro­zu­miał, że szanse na dogo­nie­nie dziew­czyny ule­ciały... jak i ona. Zre­zy­gno­wany pod­parł się pod boki i uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo mar­nieje jego kon­dy­cja fizyczna, skoro on, dwu­dzie­sto­trzy­letni męż­czy­zna, nie jest w sta­nie dogo­nić dziew­czyny. I to w butach na obca­sach. Oby nikt się o tym nie dowie­dział. Kon­sjerżka, madame Blanc, z pew­no­ścią nie odpu­ści­łaby takiej rewe­la­cji. A on? Co z nim? Jak niby, w tak fatal­nym sta­nie, miałby zna­leźć żonę? Musia­łaby chyba stać pod jego oknami.

- Lau­rent! - Madame Blanc zacze­piła go, gdy tylko wcho­dził do kamie­nicy. Sta­nęła tuż przy nim w szla­froku, wał­kach na gło­wie i kla­pecz­kach na nie­wy­so­kim obca­sie. Przy­glą­dała mu się z bli­ska. Lau­rent nie­mal par­sk­nął śmie­chem, lecz z grzecz­no­ści zdo­łał powstrzy­mać wybuch. - Dokąd tak bie­głeś? - Zmru­żyła oczy. - A może... za kim? - Pod­parła się pod boki w ocze­ki­wa­niu odpo­wie­dzi.

- Za smycz­kiem, madame Blanc. - Zro­bił ase­ku­ra­cyjny krok w tył, gdyż poczuł odu­rza­jący zapach alko­holu. - Pro­szę mi wyba­czyć. Wyle­ciał przez okno, tak zama­szy­ście ćwi­czy­łem... - Lau­rent z roz­ba­wie­niem obser­wo­wał, jak oczy kon­sjerżki powięk­szają się z każdą sekundą. Być może była po wczo­raj­szym apéritif. Moż­liwe też, że cha­rak­te­ry­styczny zapach wska­zy­wał na dzi­siej­sze poranne upo­je­nie drin­kiem. Wyko­rzy­stu­jąc jej zmie­sza­nie, wyco­fał się i skie­ro­wał na schody. - Dobrego dnia, au revoir, madame Blanc.

- Au revoir - odpo­wie­działa, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. - Twoi rodzice pro­sili, bym miała cię na uwa­dze, a mnie nic nie umknie.

Lau­rent był już pię­tro wyżej i choć miał ochotę zatrza­snąć za sobą drzwi, wie­dział dosko­nale, że nie może tego zro­bić. Rodzice kon­cer­to­wali we Wło­szech, nie­po­trzebne im były tele­fony z Cor­des, zawia­da­mia­jące o nie­grzecz­nym zacho­wa­niu ich syna. Doro­słego syna!

Marie

Pchnęła małe drew­niane drzwi. Przez chwilę stała zdy­szana, poły­ka­jąc łap­czy­wie chłodne powie­trze wnę­trza kamie­nicy. W Paryżu, gdzie miesz­kała, lato nie było aż tak upalne, a lipiec na połu­dniu Fran­cji zapo­wia­dał się wręcz gorącz­kowo. Będzie musiała spę­dzić tu cały mie­siąc. Jak to wytrzyma? Wbie­gła do pokoju, otwo­rzyła butelkę wody i wzięła kilka zachłan­nych łyków. Przej­rzała się w lustrze z odrazą i bez zasta­no­wie­nia zaczęła roz­pi­nać guziki bia­łej, sztyw­nej bluzki. Zrzu­ciła ją z sie­bie, jakby się pozby­wała cią­żą­cego bala­stu. Następ­nie się­gnęła zamka spód­nicy i pocią­gnęła go jed­nym zama­szy­stym ruchem. Mate­riał opi­na­jący dotąd jej bio­dra z gra­cją osu­nął się na pod­łogę. Przez chwilę patrzyła, jak jej biust unosi się i opada z każ­dym wde­chem. Piersi zamknięte w twar­dym biu­sto­no­szu zda­wały się bła­gać o uwol­nie­nie, więc dotarła do zapię­cia, wykrzy­wia­jąc się przy tym, i już po chwili poczuła się tak swo­bod­nie, jak w swo­jej pary­skiej kawa­lerce.

Ostatni tydzień spę­dzony z rodzi­cami w rodzin­nym domu był tak sztywny jak te mate­riały. Zwi­nęła znie­na­wi­dzone ubra­nia i wci­snęła w naj­głęb­szą część szafy. Z roz­ża­le­niem wspo­mi­nała pyta­nia mamy o to, czy zabrała odpo­wied­nią liczbę sukie­nek, blu­zek, spód­nic i raj­stop. Oczy­wi­ście wszystko w sto­no­wa­nych sza­ro­ciem­nych odcie­niach, zasła­nia­jące, budu­jące mur mię­dzy nią a świa­tem, nią a męż­czy­znami. Nią a jej narze­czo­nym.

Stu­dentka lite­ra­tury, jeśli dobrze pój­dzie - dok­to­rantka, musi się nie­na­gan­nie pre­zen­to­wać. Zawsze.

Prze­cież pre­zen­tuję się wspa­niale, myślała, oglą­da­jąc się w lustrze. Z dumą spoj­rzała na walizki pozo­sta­wione przez rodzi­ców. Całe szczę­ście nie mieli poję­cia, co skry­wały. Wie­dząc, że czeka ją lato na upal­nym połu­dniu, zro­biła zakupy w jed­nej z pary­skich gale­rii. Buszo­wała w skle­pach, któ­rych mama ni­gdy nie uzna­łaby za godne tego, by choćby przejść obok nich. Z eks­cy­ta­cją mie­rzyła podarte na kola­nach dżinsy i obci­słe T-shirty odsła­nia­jące brzuch. Wydała mnó­stwo pie­nię­dzy, prze­ko­nu­jąc rodzi­ców, że skoro już wysy­łają ją na tak ważny kurs, musi pre­zen­to­wać się odpo­wied­nio. Odpo­wied­nio, prze­cież nie kła­mała. Wie­działa dosko­nale, że z rodzi­cami nawet nie ma co zaczy­nać tego tematu. W życiu nie pochwa­li­liby pomy­słu, by na poważ­nym kur­sie pisar­skim, pro­wa­dzo­nym przez słynną autorkę Ritę Simon, ich córka poja­wiła się w... szma­tach. Tak, dokład­nie tak mama nazy­wała ubra­nia, które pocho­dziły spoza buti­ków.

Otwo­rzyła walizkę i aż zapisz­czała na widok ubrań, które dla sie­bie przy­go­to­wała. Na począ­tek wybrała dżin­sowe szorty postrzę­pione przy nogaw­kach i czer­woną koszulkę na ramiącz­kach. Co by powie­dział Robert? Zer­k­nęła na pier­ścio­nek zarę­czy­nowy i przez chwilę się zawa­hała. Może, choćby ze względu na niego, nie powinna tego robić, ubie­rać się tak... wygod­nie... a może i... wyzy­wa­jąco? Ale! Prze­cież nie to miała na myśli. Jak niby w upały się­ga­jące czter­dzie­stu stopni ma cho­dzić w czar­nych i sza­rych ubra­niach, raj­sto­pach i butach na obca­sach? Poza tym prze­cież jest młoda, ma dwa­dzie­ścia lat.

Wło­żyła czer­wony pod­ko­szu­lek, a osu­wa­jąc go w dół, zer­k­nęła na swój nowy naby­tek, kol­czyk w pępku. Dotknęła sre­brzą­cego się dia­men­cika. Od razu przy­po­mniały jej się chwile, gdy cier­piała z bólu, zale­wa­jąc zaczer­wie­nione miej­sce wodą utle­nioną. Zago­jone wyglą­dało tak, jak sobie wyma­rzyła.

Przez chwilę stała, wpa­tru­jąc się w lustro, i nie mogła uwie­rzyć. To była ona, Marie. Od dawna chciała mieć takie spodnie, taką bluzkę. Kilka razy pró­bo­wała prze­ko­nać mamę, że jej kole­żanki na roku ubie­rają się ina­czej. Ow­szem, noszą sukienki, spód­nice, ale ubra­nia te nie są aż tak sta­ro­modne jak jej. Gdyby cho­ciaż Robert mógł ją poprzeć, nie­stety, miał na ten temat bar­dzo podobne zda­nie, a kurs pisar­ski trak­to­wał jak wiel­kie wyda­rze­nie, które wpły­nie pozy­tyw­nie na jej roz­wój. Szkoda, że ona sama nie cie­szyła się aż tak z pre­zentu. Zgo­dziła się jed­nak wziąć udział w kur­sie, bo zdała sobie sprawę z wol­no­ści, jakiej pozwo­lono jej zaznać przez jeden mie­siąc.

Zer­k­nęła na zega­rek i stwier­dziła z ulgą, że do roz­po­czę­cia zajęć ma jesz­cze pół godziny. Znała już drogę, więc mogła w spo­koju poświę­cić dwa­dzie­ścia minut na to, na co od dawna cze­kała. Z walizki wyjęła disc­mana, upew­niła się, że w środku znaj­duje się płyta Roxette, wło­żyła słu­chawki i rzu­ciła się na łóżko. Pościel unio­sła się i opa­dła, spra­wia­jąc, że wokół roz­to­czył się świeży zapach lawen­do­wego płynu do płu­ka­nia.

Już pierw­sze dźwięki gitary elek­trycz­nej spra­wiły, że na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech, a całe ciało zaczęło podry­gi­wać do rytmu.

Hold on tight,

You know she's a lit­tle bit dan­ge­rous...

Otwo­rzyła oczy. Wie­działa już, że jest w innym świe­cie. W mia­steczku odda­lo­nym od bacz­nego spoj­rze­nia rodzi­ców, od ich uwag i wymo­gów. W śre­dnio­wiecz­nym Cor­des-sur-Ciel na połu­dniu Fran­cji, któ­remu jesz­cze nie zdą­żyła się przyj­rzeć, ale w oko­licy serca już czuła dreszcz...

Disc­mana wło­żyła do torebki. Szła drogą w dół, delek­tu­jąc się świe­żymi powie­wami wia­tru i dźwię­kami pio­senki, która spra­wiała, że jej serce zda­wało się koły­sać, a każda nie­wy­godna myśl ukła­dać do snu wraz z nim.

Listen to your heart, nuciła cicho, pozwa­la­jąc sobie, by gdzieś na skraju myśli przy­sia­dło wyobra­że­nie, że kie­dyś posłu­cha swo­jego serca. Że to nie będzie jedy­nie zryw w postaci sza­lo­nych zaku­pów, a coś wię­cej. Praw­dziwa wol­ność, nie taka uda­wana, na chwilę. Ale. Córka mera Paryża, głowy sto­licy Fran­cji, nie może pozwo­lić sobie na wszystko. Nie przy ludziach. Jedy­nie w zaci­szu kawa­lerki spre­zen­to­wa­nej jej przez rodzi­ców z oka­zji roz­po­czę­cia stu­diów. Jedy­nie wtedy, gdy wybrzmiewa jej ulu­biona muzyka, a ona może się w niej zatra­cić, zapo­mnieć, kim naprawdę jest, i wyobra­zić sobie, że oto unosi się na rękach tłumu, a ze sceny wybrzmie­wają dźwięki jej ulu­bio­nych utwo­rów. I być może tutaj, w Cor­des-sur-Ciel.

Z każ­dym kro­kiem czuła, że drży coraz bar­dziej. Nio­sła ją muzyka, ota­czał powiew świe­żo­ści nowego, zupeł­nie obcego mia­steczka, ale prze­cież na kur­sie będą... ludzie. Może nikt jej nie roz­po­zna? Oby. Z pew­no­ścią bar­dziej rzu­ca­łaby się w oczy w swoim codzien­nym mun­durku niż w czer­wo­nej blu­zeczce i dżin­so­wych szor­tach. To zabawne, z jed­nej strony czuła się swo­bod­nie, z dru­giej miała świa­do­mość, że strój, który miała na sobie, był jedy­nie prze­bra­niem. Maską, która przez jeden mie­siąc będzie niczym wyba­wie­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki