Warczenie nie dochodziło ze szklanego oka, ale skądś blisko mnie. Odwróciłam głowę. Dopiero teraz zauważyłam, że wcale nie siedzę w skrzyni ani trumnie. Siedziałam w ciasnym korytarzu, ściśnięta pomiędzy ścianą wagonu a niską i wąską klatką. A zza krat warczała na mnie głowa. Głowa z mokrą, cuchnącą szarą sierścią, dwojgiem żółtych oczu, czarnym pyskiem i wielką, otwartą paszczą z długimi, ostrymi kłami.
Wilk.
Było tu mnóstwo klatek, ustawionych jedna na drugiej wzdłuż jednej ściany, a kilka wisiało pod sufitem nad moją głową. W jednej z najmniejszych znajdował się lis tak chudy, że widać było jego żebra. W najwyższej był łoś ze złamanym rogiem, a w najszerszej - brązowy niedźwiedź. Były tu też inne zwierzęta, nieznane mi, z kępkami włosów na uszach lub długimi kłami. Wszystkie gapiły się na mnie. Miały szalone spojrzenia. W tylnym wagonie nie stłoczono słodkich, oswojonych zwierząt domowych. To były dzikie zwierzęta.
Martwe dzikie zwierzęta.
Warczenie wilka zmieniło się w wycie, które zadziałało jak sygnał, alarm, ponieważ inne stworzenia również zaczęły wydawać odgłosy: warczały i syczały w moim kierunku, stojąc nieruchomo, jakby były gotowe do ataku.
Węgielek drapał mnie pod swetrem. Nie odważyłam się nawet drgnąć. Poruszałam tylko oczami. Omiotłam nimi pomieszczenie i z przodu wagonu zobaczyłam drzwi wyjściowe. Powoli zaczęłam czołgać się wzdłuż bardzo wąskiego korytarza. Bałam się, że jeśli będę zbyt gwałtowna, zbyt szybka, zbyt głośna, zbyt obca, zwierzęta wyskoczą z klatek i rzucą się na mnie. Zauważyłam, że się uśmiecham, i przypomniałam sobie, jak kiedyś czytałam, że małpy uśmiechają się, gdy się boją. Że my, ludzie, również robimy to odruchowo, gdy się czegoś boimy, aby pokazać, że nie jesteśmy niebezpieczni. Ze sztywnym uśmiechem na twarzy przeczołgałam się obok warczącego niedźwiedzia, powtarzając w duchu: "My się go boimy, na palcach chodzimy".
Byłam teraz jakieś pół metra od drzwi. Nie oglądając się za siebie, podniosłam się na nogi, skoczyłam do nich i pociągnęłam za klamkę.
Czy były zamknięte?
Szarpnęłam mocniej, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że muszę je pchnąć.
Wypadłam przez drzwi i natychmiast je za sobą zatrzasnęłam.
Żadne dzikie zwierzę nie ruszyło za mną.
Spróbowałam uspokoić oddech. Stałam teraz w znacznie szerszym korytarzu, krótkim przejściu między dwoma wagonami.
- W-wszystko w porządku, Węgielku? - wyszeptałam.
On pisnął pod swetrem. Czy to oznaczało "tak" czy "nie"?
Przed nami były kolejne drzwi prowadzące do następnego wagonu. Zasłona po drugiej stronie małego okienka w drzwiach była zasunięta i zasłaniała to, co znajdowało się za nimi.
Ogarnęła mnie chęć wyskoczenia z pociągu. Ale nie mogłam tego zrobić. W którym wagonie dostrzegłam beztwarz? Nie mogłam sobie przypomnieć. Nie wiedziałam też, ile wagonów ma ten pociąg. Nie policzyłam ich. Wiedziałam tylko, że Rasmus wsiadł do pierwszego z nich.
Musiałam więc jechać dalej. Musiałam znaleźć Rasmusa, zanim znajdzie go beztwarz.
- Gotowy? - szepnęłam.
W odpowiedzi znów usłyszałam ciche piśnięcie i uznałam, że musi ono oznaczać "tak".
Podeszłam do drzwi przed nami. Położyłam rękę na klamce i zanim zdążyłam zmienić zdanie, szybko ją nacisnęłam.
Przed nami rozciągał się korytarz z przytłumionym oświetleniem.
Wkroczyłam ostrożnie do środka. W tym samym momencie dobiegł mnie cichy, dudniący dźwięk. Bas. Muzyka? Dudnił powoli, jakby ten wagon miał swój własny rytm serca.
Odważyłam się ruszyć naprzód. Drewniane ściany skrzypiały. Tutaj pachniało inaczej. Słodko, jakby truskawkami. Przypomniały mi się mama i jej rude loki, które zawsze pachniały tymi owocami. Zapragnęłam do niej zadzwonić, tak jak zawsze gdy sama wracałam do domu wieczorem, po zmroku, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w mieście. Wtedy dotrzymywała mi towarzystwa przez telefon, żebym się nie bała. Ale zostawiłam go w domu, w moim pokoju, w starym budynku stacji kolejowej w Helgrendzie. Co, jeśli nie wrócę, zanim mama się obudzi?
Nie chciałam o tym myśleć, chociaż wyobrażałam sobie, że mama pomyśli, że uciekłam z domu i wróciłam do miasta, tata za to, że zostałam porwana, i zadzwoni na policję. A co powiedziałby Lukas, mój dziwny, słodki, młodszy brat, który dopiero co zaczął mówić?
Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się tych myśli. Muszę po prostu znaleźć Rasmusa i razem, we dwoje, wymyślimy, co zrobić.
Po lewej stronie korytarza znajdowało się kilkoro drzwi, jak w hotelu. Przeszłam obok pierwszych, potem drugich. Na końcu korytarza wisiało coś czarnego. Gruba zasłona, która kołysała się w rytm ruchu pociągu. A raczej nie tylko kołysała. Poruszyła się w dziwny sposób, aż nagle coś z niej wystrzeliło. Nagie ramię. Potem naga stopa. Następnie na korytarz wyszedł mężczyzna z nagim torsem.
Był ubrany w luźne krótkie spodenki i szybko szedł w moim kierunku. Chciałam się odwrócić, ale było już za późno.
- Hej, ty! - krzyknął.
Słabe światło w korytarzu ujawniło kilka rzadkich kosmyków włosów na jego głowie, a kiedy podszedł bliżej, zobaczyłam, że połowa jego twarzy i połowa tułowia są pokryte bliznami i ranami. Skóra wyglądała na stopioną, przypaloną. Podobnie jak jego włosy. Mimo to się uśmiechał.
- Zgubiłaś się, panienko?
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Jego spojrzenie było tak samo ciepłe jak jego uśmiech.
- Tylko my, pracujący na scenie, mamy specjalne bilety za kulisy - powiedział i zniknął za jednymi z drzwi. Po chwili wrócił, trzymając w rękach kilka patyków, których końcówki owinięte były paskami materiału. Wydawał się zaskoczony, że nadal tu jestem, i pochylił się w moją stronę. - Panienko, powinnaś stąd zmykać, zanim ktoś cię zobaczy. Nie wszyscy tutaj są tak mili jak ja, rozumiesz.
Pospieszył korytarzem i zniknął za czarną zasłoną.