Pociąg nr 13 - Renata Wasilewska

Kup ebooka

35.00 zł
28.70 zł (35,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dzień kończył chłodny sierpniowy wieczór. Słońce otoczone purpurą chowało się powoli za pokryte wrotyczem żółte łąki. W oddali majaczyły ciemnozielone plamy licznych w tych stronach lasów sosnowych. Wąska ścieżka, którą mieszkańcy Barchowa zwykle pieszo lub na rowerze docierali do najbliższego miasteczka, biegła równolegle do torów. Amelia i Sebastian szli wzdłuż nich dobrych kilkanaście minut. Wracali z Łochowa. Dziewczyna z rękoma wciśniętymi w kieszenie niebieskiej bluzy stąpała wolno wpatrzona w czubki swoich trampek. Chłopak spojrzał na towarzyszkę spaceru z diabolicznym uśmiechem, uniósł brwi i niespodziewanie wskoczył na pobliskie torowisko.

- Zejdź, Seba. Nie wygłupiaj się! - poprosiła.

W odpowiedzi Sebastian zaśmiał się tylko głośno. Przyspieszył kroku i kilka metrów dalej położył się w poprzek torów, przyjmując pozę greckiego boga rozpartego na złotym szezlongu.

- Zrób mi fotę! - zawołał z szerokim uśmiechem. Amelia wyjęła z tylnej kieszeni dżinsów smartfon i cyknęła chłopakowi kilka zdjęć. - Też chcesz? A może zrobimy sobie selfie. Chodź.

- Nie mam zamiaru. Tu jest straszny syf. - Skrzywiła się. - Mam nową bluzę.

- Żałosne, ale jak chcesz - mruknął pod nosem chłopak i usiadł między szynami z podkulonymi nogami. Założył ręce za głowę i wpatrywał się wyzywająco w twarz Amelii. Ta odwróciła wzrok, nieco zirytowana jego chojrakowaniem i spojrzała w stronę Łochowa. W oddali można już było dostrzec zarys pociągu zbliżającego się do tamtejszej stacji. Dziewczyna zaniepokoiła się tym widokiem. Znała swojego przyjaciela na tyle długo, że wiedziała, jak napawał się rosnącą adrenaliną, prowokując często nazbyt nerwowe i niebezpieczne sytuacje.

- Wstawaj, Seba. Będziesz miał całe ubranie uświnione - zauważyła jeszcze spokojnym tonem, apelując do rozsądku młodego człowieka. - Chodźmy już. Robi się zimno. - Widząc, że jej słowa nie odnoszą żadnego skutku, dodała już nieco groźniej: - Sebastian, zejdź już stamtąd. Nie bądź idiotą. Zaraz Hańcza ruszy z Łochowa!

Tak nazywał się bezpośredni pociąć Intercity, który dwa razy dziennie o stałych porach pokonywał trasę Suwałki - Warszawa. Siedemnastolatek zaśmiał się tylko raz jeszcze i ospale podniósł z ziemi. Ani myślał jednak opuszczać torowiska. Stanął w szerokim rozkroku, przodem do zbliżającego się pociągu. Potem przeskoczył na szynę znajdującą się bliżej środka, rozłożył na boki ramiona i unosząc wysoko nogi kroczył przed siebie jak linoskoczek. Skład ruszył już z Łochowa i z każdą sekundą zbliżał się w ich stronę. Chłopak szedł w jego kierunku, skupionym wzrokiem mierzył się z czołem pociągu niczym torreador z bykiem podczas korridy. Czuł, jak napinają się wszystkie jego mięśnie, jak rośnie ciśnienie w jego czaszce i charakterystycznym głuchym biciem pulsują skronie. Znajomy odgłos pędzących po szynach kół brzmiał coraz głośniej.

- Sebastian, złaź, do cholery! - wrzasnęła Amelia teraz już z całej siły.

- Nie pękaj, mała! - odkrzyknął, nie spuszczając wzroku z pociągu, którego przód był w tej chwili bardzo wyraźnie widoczny. Naraz powietrze przeciął sygnał alarmowy ostrzegający wszystkich dookoła o pędzącej z zawrotną prędkością maszynie. Seba pomachał do przyjaciółki, wyszczerzył zęby w szerokim zawadiackim uśmiechu i do samego końca wyczekiwał. Chciał w ostatniej chwili umknąć na sąsiedni tor, tuż przed rozpędzoną lokomotywą.

- Sebaaa! Ty idiotooo!!! Aaaa!!! - krzyk dziewczyny zlał się z odgłosem przemykającego obok niej pociągu. Amelia zasłoniła oczy i stała na ścieżce bez ruchu kilkanaście sekund aż cały skład minął ją ze złowrogim świstem. Pęd powietrza targał jej długimi włosami i szerokimi nogawkami spodni. Nie miała pojęcia, czy Seba zdążył uskoczyć, czy też rozpłaszczyła go na torowisku pędząca kolej. Oczami duszy widziała zmasakrowane zwłoki nastolatka, rozczłonkowane po szynach jego ciało oraz rozmazaną wszędzie krew.

Tymczasem chłopak, tuż przed czołem Hańczy, przeskoczył sprawnie na sąsiednie tory. Śmiał się z udanego uniku, kiedy rozpędzony pociąg intercity mijał go o włos, oddzielając od przyjaciółki. Sekundę później odwrócił się w przeciwną stronę. Na moment w jego oczach zagościło przerażenie i w tej samej chwili pociąg nadjeżdżający równie szybko z przeciwnej strony uderzył w niego z całym impetem. Drugi skład jadący z Warszawy w kierunku Łochowa pojawił się znikąd, wyrósł nagle jak spod ziemi, objawił się na torach nie wiadomo skąd. To była ostatnia myśl Sebastiana, nim pochłonęła go ciemność.

Kiedy pociąg Hańcza odjechał na tyle daleko, że jego pęd i odgłos wydawał się już tylko wspomnieniem, Amelia oderwała od oczu spocone ze strachu dłonie. Skład mijał właśnie most na rzece Liwiec, pędząc w kierunku stolicy. Jego charakterystyczny stukot woda niosła po okolicznych wsiach i polach. Był już za daleko, by śledzić go wzrokiem. Dziewczyna chwilę stała oniemiała. Nad torami unosiła się złowróżbna mgła. Chłód przeszył jej ciało, kiedy niepewnym wzrokiem lustrowała tory. Bardzo bała się tego, co może tam zobaczyć. Ale nie ujrzała nic ponad puste torowisko. Nie leżały na nim zwłoki jej przyjaciela, nigdzie też nie sączyła się jego krew. Odetchnęła z ulgą.

- Sebastian! - zawołała w stronę nasypu. - Chodź już. Udało ci się przyprawić mnie prawie o zawał! - Przyjaciel nie odpowiadał. - Słyszysz? Przestań się wygłupiać, kretynie! Musimy wracać, zaraz zrobi się ciemno. - Nikt się jednak nie odzywał. Tylko wrony niespodziewanie zerwały się z pobliskiego drzewa i poszybowały w kierunku lasu. Dziewczyna wdrapała się, na torowisko i stanęła pomiędzy parami szyn. Rozejrzała w lewo i w prawo. Potem przeszła na drugą stronę nasypu. Sebastiana nie było nigdzie. - Seba!! - zawołała raz jeszcze. - Seba!!!

Odpowiedziała jej głucha cisza. Wzruszyła więc ramionami i wróciła na ścieżkę biegnącą wzdłuż trasy kolejowej. Nerwowym krokiem ruszyła w stronę Barchowa. Idąc wąską dróżką, aż do drzwi swojego domu przeklinała w duchu przyjaciela, który wyciął jej głupi numer z pociągiem, i na dodatek zostawił samą na drodze. Palant! - oceniła go ostatecznie w myślach i weszła do domu, z impetem zatrzaskując za sobą drzwi.

Rozdział pierwszy

Dokładnie rok później Jakub Gaj kroczył do siedziby internetowej gazety "Na pierwszej stronie". Pracował w niej od czterech lat w charakterze reportera. Marzył o dziennikarstwie śledczym, ale na razie skazany był na nudne relacje z wypadków drogowych, bójek w obskurnych barach oraz samobójczych skoków z wysokości. I chociaż co tydzień, kiedy wkraczał do gabinetu naczelnego, łudził się, że tym razem dostanie jakiś fascynujący temat, bardzo szybko szef sprowadzał go na ziemię. Przydzielał Kubie kolejny tragiczny w skutkach wypadek. Dziennikarz miał więc na swoim koncie artykuły o karambolu na trasie E8, zamieszkach stadionowych po meczu Legia Warszawa - Śląsk Wrocław oraz samobójczym skoku w Złotych Tarasach. Czekał na temat życia, który pozwoliłby mu rozwinąć skrzydła.

- Cześć - przywitał się z obecnymi i, nie czekając na zaproszenie, rozsiadł się wygodnie w szerokim, kubełkowym fotelu stojącym naprzeciw biurka szefa.

Na siedzeniu obok spoczywał już Tomasz Zarzecki - firmowy fotograf, a prywatnie najlepszy kumpel Gaja. Kiwnął do przyjaciela głową. Prośba o przyjazd do biura późnym popołudniem mogła oznaczać tylko jedno - nagłe zdarzenie, czyli nowy temat na artykuł.

- Chłopcy - zaczął jak zwykle naczelny tonem poważnym i spokojnym. Był równym gościem, opanowanym i przewidywalnym. Mimo wieku emerytalnego angażował się w sprawy gazety całym sercem. Na przekór zasadom rynku medialnego nie zaskakiwał jednak, unikał ryzyka i niezdrowego rozgłosu, ale konsekwentnie budował od dziesięciu lat popularność portalu i odnosił na tym polu spore sukcesy. - Przepraszam za późną godzinę i to w piątek, ale sami rozumiecie, wypadki nie chodzą po ludziach od ósmej do szesnastej. Mam dla was nowy temat. Pewnie już słyszeliście, co się dzisiaj wydarzyło - spojrzał na wiszący na ścianie obok drzwi zegar - dokładnie trzy i pół godziny temu, pod Warszawą, na trasie do Małkini.

- Wykoleił się pociąg - stwierdził bez entuzjazmu Kuba. Usłyszał o tym w radiu, kiedy jechał autem do biura.

- No tak. - przyznał zwierzchnik, kiwając głową. - Pojedźcie tam, pokręćcie się po okolicy. Tomasz, zrób kilka zdjęć, a ty, Kuba, pogadaj z obsługą kolei, policją. Może znajdziesz jakichś świadków albo pasażerów. Co wam zresztą będę tłumaczył, nie od dzisiaj tu pracujecie. Wiecie, co robić - zakończył swój wywód. Oparł łokcie na blacie biurka i oczekiwał reakcji swojej ekipy.

Zarzecki westchnął, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Gaj odparł od niechcenia:

- Okej.

- Chłopcy, nie reagujcie tak entuzjastycznie, bo mi rozniesiecie gabinet - zażartował naczelny. - Wiem, że to nie jest temat waszych marzeń, ale z czegoś trzeba żyć, więc do roboty, do roboty. - Po tych słowach młodzi mężczyźni wstali z foteli i udali się wolnym krokiem w kierunku drzwi. - A! Jeszcze jedno! - Szef zatrzymał ich. - Nie zapomnijcie tym razem o wypełnieniu delegacji i bierzcie rachunki, jeśli chcecie otrzymać zwroty. Przed wyjściem zajrzyjcie do Ani i podpiszcie, co trzeba. Nazbierało się trochę papierów z ostatniego kwartału. - Chociaż tembr głosu zwierzchnika nie był groźny, to jego spojrzenie zdecydowanie miało charakter przygany. Wyjaśniło się w tym momencie, dlaczego naczelny ściągnął ich wieczorową porą do firmy, zamiast przydzielić temat telefonicznie. Chodziło o służbowe dokumenty. Z tym rzeczywiście przyjaciele byli na bakier. Nigdy nie pamiętali, jakie druki trzeba wypełnić, w jakim złożyć terminie, co wypisać lub podpisać, by ich działalność nie miała charakteru wolnej amerykanki. Nie zaprzątali sobie głów zbędną, jak uważali, papierologią. Gdy opuścili gabinet szefa, popatrzyli na siebie krótko i bez słowa pokiwali zgodnie głowami. Następnie szerokim łukiem ominęli biurko sekretarki Ani i skierowali się prosto do windy. Kiedy do niej wsiedli Tomasz, bez wprowadzającego w temat wstępu, zapytał krótko:

- Piwna Szyszka czy Beczka Chmielu?

Po czym obaj jednocześnie i niezwykle zgodnie oznajmili:

- Dzisiaj Szyszka.

Kuba zostawił więc swoje auto na służbowym parkingu przed biurowcem i pieszo udali się do metra. Gdy dotarli na miejsce, zamówili kufle ulubionego ciemnego piwa i usiedli przy stoliku w rogu sali. Tomasz zdjął z ramienia swój aparat fotograficzny, który umocowany na długim pasku nosił cały czas przy sobie. W każdej chwili był gotowy do pracy. Położył go na stoliku obok siebie. Ruch w knajpce był spory, ale nie większy niż zwykle. Należeli do stałych bywalców nie tylko tego pubu. Obaj przed trzydziestką i bez zobowiązań często spędzali czas po pracy, odwiedzając warszawskie bary, w których zazwyczaj przesiadywali do białego rana.

- Dzisiaj jest już późno. Nie ma sensu tłuc się po nocy do tego Łochowa - ocenił Jakub, szukając w oczach przyjaciela wsparcia dla swoich słów. - Pojedziemy tam z samego rana.

- To samo pomyślałem. Poza tym trzeba się dobrze nawilżyć przed podróżą. - Tomasz kontynuował pokrętnie wywód przyjaciela - zrobić jakiś plan działania, ustalić priorytety. Nie można tak na łapu-capu.

Gaj zerknął na niego swoimi zielonymi, dużymi oczami, których spojrzenie onieśmielało niemal każdą niewiastę, a w tej chwili krzyczało: Zgłupiałeś do reszty?! Wszystko można im było zarzucić, ale nie skłonności do samobójczego rozsądku, planowości, strategicznego działania czy wrodzonej przewidywalności. Należeli do lekkoduchów, działających pod wpływem emocji, lubiących wyzwania, ale i błogie lenistwo na kanapie przed telewizorem. I nigdy nie wiadomo było, co w danej chwili stanie się dla nich najważniejsze - globtroterskie wyzwania czy ciepły koc i kakao.

- Nie no, brachu, żartowałem. Nie rób takich oczu - zaśmiał się Zarzecki i wziął dwa łyki piwa. Biała pianka osiadła na jego wąskich ustach. Zlizał ją szybko i dodał: - Gdzie to w ogóle jest?

- Poczekaj. - Jakub wyjął z kieszeni kurtki telefon i zaczął przeszukiwać internet. W tym czasie Zarzecki zrobił kilka fotek kuflom piwa, w których światło kinkietu wiszącego na pobliskiej ścianie odbijało malownicze refleksy. - Wypadek miał miejsce koło Łochowa. A pociąg jechał z Warszawy, z dworca Wileńskiego do Małkini. Wykoleił się tuż za Łochowem.

- Daleko to?

- Jakaś godzina jazdy, z hakiem.

- To blisko, mamy czas - ocenił Tomek, wyciągając przed siebie swoje długie i chude nogi. Zarzecki był dryblasem. Miał dwa metry wzrostu. Nosił włosy do ramion, które często zakładał za lekko odstające uszy. Szare oczy, zadarty nieco nos i zawsze uśmiechnięte usta sprawiały, że jego twarz nieodzownie kojarzyła się z bajkowymi elfami. Wzbudzał sympatię, nie tylko u płci przeciwnej.

- Szmata czasu - zażartował Kuba, przytaczając powiedzonko swojej młodszej siostry, które w błędnej formie weszło do ich rodzinnej gwary już na stałe i cytowane bywało wielokrotnie podczas rodzinnych biesiad.

W barze przybywało gości. Nastrojowa muzyka, gwar i wesoła atmosfera sprawiały, że czas pędził jak TGV1. Nim się spostrzegli, wybiła północ.

- Godzina zero. Nowy dzień, nowe wyzwania - zażartował Jakub. - Licznik startuje od nowa. Idę po następne piwka.

Podniósł się ostrożnie, bo obaj byli już podchmieleni, i, przesadnie prostując plecy, ruszył do baru. Gaj był bardzo przystojnym facetem. Nosił krótką fryzurę z podniesioną zalotnie grzywką. Jego szczupła, ale jednocześnie silnie umięśniona, sylwetka nie uchodziła uwadze kobiet. Jedna z niewiast - wysoka, długonoga brunetka - spojrzała na niego wymownie, a kiedy dotarł do baru i stanął tuż obok, wypięła do przodu biust, oblizała słomkę, którą chwilę wcześniej wyjęła ze swojego drinka, i uśmiechnęła się do Jakuba kokieteryjnie. Chłopak odpowiedział równie zalotnym uśmieszkiem. Podrapał się po niewielkim zaroście i odwrócił w stronę dziewczyny.

- Witaj, nieznajoma - rzekł niskim głosem. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak działał na kobiety.

- Witaj, nieznajomy - odpowiedziała. Wyciągnęła rękę w stronę Gaja i dodała, trzepocząc rzęsami: - Jola jestem.

Kubie natychmiast przyszedł do głowy tekst o lojalnej Joli, ale miał już trochę w czubie i obawiał się, że ten łamaniec językowy nie przejdzie mu w tej chwili przez usta. Aby się nie zbłaźnić, odparł tylko, ściskając dłoń dziewczyny:

- Kuba.

Jola razem z piwem i drinkiem dołączyła do stolika chłopaków. Po pierwszej trzydzieści do Joli przysiadła się Ewa z burzą jasnych loków, a potem jeszcze Edzia z Martą. O trzeciej nad ranem przy stoliku Kuby i Tomka zabrakło miejsca. Pili, śmiali się, śpiewali i dowcipkowali. Tomasz zrobił sobie i swojemu przyjacielowi milion fotek z towarzyszkami zabawy. Ewa zażyczyła sobie prywatnej sesji zdjęciowej i przez kwadrans prężyła ciało w seksownych pozach, a Zarzecki pstrykał swoim magicznym aparatem raz po raz uśmiechając się szeroko. Bawili się głośno i próbowali nawet tańczyć, co nie spodobało się pozostałym gościom. Czterech barczystych i łysych panów siedzących samotnie przy barze zerkało zazdrośnie w stronę gwarnych biesiadników. Zarzecki i Gaj jawili im się w tej chwili jako natrętni rywale. Otoczeni wianuszkiem pięknych dziewczyn, które spijały z ich ust słowa i nie tylko, czuli rosnącą zawiść. Kiedy Edzia wstała, by zamówić w barze kolejnego drinka, jeden z nich chwycił dziewczynę za nadgarstek i oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu:

- Może ja ci postawię. A potem ty postawisz mi.

Te dwuznaczne słowa oburzyły młodą kobietę i, niewiele myśląc, wymierzyła łysolowi wolną ręką siarczysty policzek. Natychmiast zerwał się jeden z jego sklonowanych koleżków. Kuba i Tomek również wstali. Pozostałe dziewczyny z piskiem podbiegły do przyjaciółki i zanim barman zdążył zareagować, zaczęła się regularna bitka. Ewa wskoczyła na plecy jednemu z osiłków, a Marta zaczęła okładać go swoją torebką, a że - jak wszystkim wiadomo - kobiety w torebkach oprócz samych potrzebnych rzeczy noszą także niezbędne kamienie, toteż razy, które wymierzała były silne i bolesne. Jola wbiła różowe szpony w policzki drugiego mężczyzny, a Edzia pokrzykiwała piskliwym głosikiem, atakując tym samym bębenki swojej ofiary. Dwóch pozostałych drabów Jakub i Tomasz celnymi ciosami wkrótce powalili na podłogę. Do całej kotłowaniny ludzkich ciał dobiegli w końcu ochroniarze. Sprawnie wyprowadzili z pubu dwie tyki chmielowe unieszkodliwione chwilę wcześniej przez Gaja i Zarzeckiego. Jeden z umundurowanych mężczyzn próbował oderwać Jolę przyszpiloną do łysiny wytatuowanego byczka, przez co sam również stał się obiektem jej ataku. Dwóch pozostałych wróciło do sali, by unieruchomić kolejnych drabów i wyrzucić ich z baru. Kiedy czwarty ochroniarz spojrzał na Kubę, ten natychmiast uniósł dłonie w uspokajającym geście i oznajmił z uśmiechem na twarzy:

- My wyjdziemy sami! - Potem szybko zapłacił za drinki i, nim jeszcze cała plątanina ludzkich ciał została okiełznana, razem z Zarzeckim opuścili Piwną Szyszkę. Ruszyli w kierunku metra. Na dworze było chłodno i ciemno. Gaj spojrzał na zegarek w telefonie. Dochodziła piąta. - Co robimy z tak pięknie rozpoczętym dniem? - zapytał. Nadal czuł jeszcze cierpki smak piwa na języku i przyjemne mrowienie w głowie. Choć jego blond fryzura straciła misternie ustylizowany fason, a twarze, dłonie i ubrania ich obu nosiły wyraźne ślady stoczonej przed chwilą bitwy, przez co wyglądali jak siedem nieszczęść, nie tracili jednak rezonu.

- Obowiązki wzywają - oznajmił bez zastanowienia Zarzecki. - Dzisiaj mieliśmy jechać do Łochowa. Pamiętasz, brachu? Mamy temat do zrobienia. Jest już dzisiaj, a ja mam aparat! - Uniósł zawieszone na szyi narzędzie pracy, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Stuknął dłonią w czoło przyjaciela i dodał: - A ty masz swoją makówkę, więc możemy pracować!

- Czyli co? Kierunek Dworzec Wileński?

- Tak jest! - Tomek zasalutował. Docierali właśnie do stacji metra Młociny. O tej porze na szczęście było niewielu podróżnych, ale i ci pojedynczy, co z nimi jechali, podejrzliwym wzrokiem spoglądali na ich poszarpane koszule i poranione dłonie. Jakub założył ręce na piersi i ukrył pięści pod pachami, a Zarzecki połami kurtki zasłonił dziurę w koszulce widoczną na środku jego brzucha, tuż obok ciemnego śladu podeszwy męskiego obuwia. Po krótkiej przebieżce i przesiadce dotarli w końcu na Pragę. Przez internet kupili bilety do Łochowa i przyspieszyli kroku, bo usłyszeli w głośnikach zapowiedź ich pociągu. Wskoczyli do najbliższego wagonu i usiedli na pierwszych z brzegu miejscach.

W całym przedziale oprócz nich, jechał tylko jeden mężczyzna w granatowym prochowcu. Pasażer ten, gdy pociąg ruszył, niemal natychmiast zasnął głębokim snem.

Kuba doszedł do wniosku, że to niegłupi pomysł i sam również rozłożył się wygodnie na kanapie.

- Piąta trzydzieści dwie - zauważył. - Obudź mnie, jak dojedziemy. Albo nie. Na wszelki wypadek nastawię alarm. Za godzinę.

Decyzja była słuszna, bo pociąg turkotał miarowo, kojąc ich nerwy i czujność. Pod wpływem tej przedziwnej kolejowej kołysanki i zmęczeni niedawnymi przeżyciami pięć minut później obydwaj zasnęli jak niemowlęta.