Pochwyceni - Henry Green

Kup ebooka

33.00 zł
27.06 zł (27,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Se­ria Z Kraju i ze Świata
Re­dak­tor pro­wa­dzący Anna Krzy­wa­nia
Re­dak­cja An­drzej So­snow­ski
Ko­rekta Ali­cja Stęp­niak, Iza­bela Po­ręba
Re­dak­cja tech­niczna Re­nata Łu­ka­szew­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych Woj­tek Ja­ni­kow­ski na pod­sta­wie kon­cep­cji Prze­mka Dę­bow­skiego
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce ? Reu­ben Sa­id­man / Pop­per­foto via Getty Ima­ges
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie wer­sji pa­pie­ro­wej ma­nu­fak­tura
Przy­go­to­wa­nie wy­da­nia elek­tro­nicz­nego eLi­tera s.c.
Co­py­ri­ght ? Henry Green, 1978 First pu­bli­shed as Cau­ght by Chatto & Win­dus, an im­print of Vin­tage. Vin­tage is a part of the Pen­guin Ran­dom Ho­use group of com­pa­nies. This edi­tion is pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Vin­tage, UK and Book/lab Li­te­rary Agency, Po­land.
Co­py­ri­ght ? for this edi­tion by Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich, 2020
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Mar­cin Szu­ster
Po­sło­wie: Co­py­ri­ght ? by Mar­cin Szu­ster
Nie­upo­waż­nione po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sty­wa­nie utworu sta­nowi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich.
Wy­da­nie pierw­sze elek­tro­niczne
Wro­cław 2023
ISBN 978-83-66257-50-4
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury
Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich Wy­daw­nic­two Osso­li­neum
ul. Szew­ska 37
50-139 Wro­cław
wy­daw­nic­two@osso­li­neum.pl
www.wy­daw­nic­two.osso­li­neum.pl

Kiedy we wrze­śniu wy­bu­chła wojna, po­wie­dziano nam, że trzeba się spo­dzie­wać na­lo­tów. Chri­sto­pher, który miał pięć lat, był u dziad­ków na wsi. Oj­ciec i matka uznali, że po­wi­nien tam zo­stać ze swoją ciotką i nie wra­cać do Lon­dynu przed za­koń­cze­niem wojny. Matka, Dy, wkrótce do niego do­łą­czyła.

Oj­ciec, Ri­chard Roe, do­łą­czył wcze­śniej jako ochot­nik do straży ognio­wej. Co trzeci dzień mógł brać wolne. To zna­czy przez czter­dzie­ści osiem go­dzin stał w po­go­to­wiu na wy­pa­dek po­żaru, po czym miał dwa­dzie­ścia cztery go­dziny, które mógł spę­dzić, jak chciał. Nie było wol­nych week­en­dów. Świąt pań­stwo­wych nie ob­cho­dzono. Po­ciągi zro­biły się na­gle tak śla­ma­zarne, że nie spo­sób było od­wie­dzić Chri­sto­phera i wró­cić w ciągu jed­nego dnia.

Chri­sto­pher był taki, jak wszyst­kie dzieci w jego wieku - nie za bar­dzo za­in­te­re­so­wany czym­kol­wiek i nie­zbyt in­te­re­su­jący, za to nie­przy­zwo­icie zdrowy. Lu­bił się dro­czyć i dbał o to, żeby nikt nie wie­dział, co czuje.

Na­tu­ral­nie, był pew­nym ob­cią­że­niem, nie­zbyt wiel­kim, do­póki rze­czy wy­glą­dały tak, jak w pierw­szych mie­sią­cach, choć z dy­stansu co­kol­wiek iry­tu­ją­cym. Ale wojna sta­wia lu­dzi w sy­tu­acji, w któ­rej tracą de­cy­du­jący wpływ na swoje sprawy, nie mają per­spek­tyw, ich do­chody pod­le­gają gwał­tow­nym wa­ha­niom i za­wsze ist­nieje groźba wyż­szych po­dat­ków. Kiedy Roe po­czuł, że nie może zro­bić dla chłopca nic po­nad to, co już zro­bił, i co wciąż ro­bił, wpa­da­jąc w wolne dni do biura, Chri­sto­pher stał mu się o wiele bliż­szy.

Po pew­nym cza­sie, gdy ustą­pił chaos pierw­szych ty­go­dni wojny, wa­runki pracy w straży unor­mo­wały się i można było wziąć dzie­więć­dzie­się­cio­sze­ścio­go­dzinny dy­żur, żeby do­stać czter­dzie­ści osiem go­dzin wol­nego. W ten spo­sób, po trzech mie­sią­cach wojny bez żad­nego na­lotu, czyli po trzy­mie­sięcz­nym okre­sie ja­ło­wego ocze­ki­wa­nia, Roe pra­co­wał cztery doby, żeby przez ko­lejne dwie być na prze­pu­stce.

Wsiadł do po­ciągu. Pa­dało. Wa­gony były pełne mło­dych umun­du­ro­wa­nych męż­czyzn. Wkrótce za­pa­dła ciem­ność. Kiedy, tro­chę póź­niej, pe­łen obaw wy­szedł nocą w prze­ni­kliwy deszcz z po­wro­tem w swoje dawne ży­cie, na pe­ron lśniący jak atra­ment, jak ciemny ry­su­nek na szkle ujęty w ramę, by od­bi­jać świa­tło elek­tryczne, po­my­ślał, że nie­po­trzeb­nie obie­cy­wał so­bie po tym spo­tka­niu tak wiele.

Dy przy­szła na sta­cję z Chri­sto­phe­rem i jego ku­zynką Ro­se­mary. Dziew­czynka była tylko o trzy lata star­sza od Chri­sto­phera, który w tam­tym cza­sie nie od­stę­po­wał jej na krok, ale do­sta­tecz­nie duża, by przy po­wi­ta­niu wy­po­wie­dzieć parę kon­wen­cjo­nal­nych uprzej­mo­ści. Roe ża­ło­wał, że nie zo­sta­wili jej w domu. Było bar­dzo ciemno, pa­ro­wóz ro­bił dużo ha­łasu, a oni mu­sieli uwa­żać, żeby ktoś Chri­sto­phera nie prze­wró­cił albo on sam nie zszedł na tory w pod­nie­ce­niu, które po czę­ści było po­pi­sem przed ku­zynką. Ro­dzi­ców to zmę­czyło, a chło­piec na­krę­cał się co­raz bar­dziej. Wo­kół ciem­ność i syk. Kiedy na­resz­cie wsie­dli do sa­mo­chodu, Chri­sto­pher za­czął szcze­bio­tać do Ro­se­mary o ja­kiejś wspól­nej za­ba­wie czy mi­sty­fi­ka­cji. Wszystko to dało się im trojgu we znaki. Kiedy do­tarli do domu, nia­nia po­ło­żyła chłopca do łóżka.

Na­stęp­nego ranka Roe po­szedł ode­brać Chri­sto­phera ze szkoły. Byli sobą onie­śmie­leni. Chciał mu ku­pić coś słod­kiego, ale nie do­sły­szał, który sklep jest we­dług chłopca naj­lep­szy, Chri­sto­pher nie­wiele wy­sta­wał nad zie­mię, a on był przy­głu­chy. Być może przez grzecz­ność syn po­zwo­lił mu przejść obok trzech, które były zu­peł­nie do­bre, aż w końcu do­tarli nie­mal do ostat­niego sklepu w uliczce, do pa­pier­nika. We­szli do środka, żeby mógł się ro­zej­rzeć. Sło­dy­czy nie było, ale Roe ku­pił ga­zetkę wy­pa­trzoną przez Chri­sto­phera, a po­tem za­wró­cili do sklepu, który, wie­dział o tym, lu­biła Dy, i gdzie ku­po­wała so­bie cze­ko­ladę. Być może onie­śmie­le­nie syna wo­bec in­nych dzieci w szkole, albo onie­śmie­le­nie, że jest sam na sam z oj­cem, za­częło ustę­po­wać, dość że kiedy cof­nęli się do sklepu, Chri­sto­pher po­wie­dział wy­raź­nie, że to jest ten naj­lep­szy w mie­ście. Była to pierw­sza rzecz, którą Roe na­prawdę usły­szał tego ranka z jego ust, co było nie­ty­powe, bo dziecko z re­guły ko­mu­ni­ko­wało swoje nie­liczne za­chcianki krzy­kiem.

Ku­pili dużo sło­dy­czy, tak dużo, że Roe za­czął się oba­wiać, czy syn za­pa­mięta jego wi­zytę tylko dla­tego, że się po­cho­ruje. Star­szy męż­czy­zna, który ich ob­słu­gi­wał, był na­tar­czywy. Chri­sto­pher mó­wił "tak" na wszystko, co mu ofe­ro­wano. Roe od­niósł wra­że­nie, że chło­piec ulega pre­sji. Ni­czego nie po­tra­fił wy­brać sam. Moż­liwe, że miał mę­tlik w gło­wie od nad­miaru dóbr. Wy­da­wał się za­do­wo­lony, choć za­cho­wy­wał re­zerwę. Mil­czał, aż po­ko­nali ka­wa­łek drogi, jaki dzie­lił ich od domu, a wtedy pu­ścił się bie­giem, żeby po­ka­zać nie­które sło­dy­cze ku­zynce. Resztę Roe za­niósł do po­koju dzie­cię­cego. Chri­sto­pher za­py­tał, czy mógłby zjeść lunch na dole. Roe zu­peł­nie się tego nie spo­dzie­wał. Dom był pe­łen lu­dzi. Po­czuł ulgę, kiedy nia­nia wy­to­czyła mocny kontr­ar­gu­ment.

Po lun­chu oj­ciec i syn mieli pójść na spa­cer. Kiedy Chri­sto­pher, go­towy do wyj­ścia, zo­stał punk­tu­al­nie spro­wa­dzony na dół, Roe uświa­do­mił so­bie, że sam jest onie­śmie­lony. Dziecko wy­dało mu się na­gle tak nie­przy­stęp­nie małe. Pra­wie wszystko, co mo­żemy zro­bić na tym świe­cie, to być dla sie­bie zwy­czajni i na­tu­ralni, i wła­śnie to, po­my­ślał, jest ta­kie trudne.

Jak do­tąd do żad­nych na­lo­tów na Lon­dyn nie do­szło. Po­nie­waż była to jego pierw­sza prze­pustka, Roe po­czuł, że może być ona rów­nież ostat­nia, że kiedy wróci do jed­nostki, znaj­dzie się w ogniu walki, po dłuż­szym okre­sie da­rem­nego wy­cze­ki­wa­nia.

Poza tym miał to być ich pierw­szy spa­cer tylko we dwóch. Choć daw­niej mo­gli wy­brać się na sa­motną prze­chadzkę każ­dego po­po­łu­dnia. Te­raz czuł, i nie mógł tego po­wie­dzieć Chri­sto­phe­rowi, że być może już ni­gdy nie pójdą ra­zem na spa­cer.

Za­nim ru­szyli, prze­stało pa­dać. Dy wło­żyła chłopcu kasz­kiet do kie­szeni i Roe ze ści­śnię­tym ser­cem słu­chał, jak Chri­sto­pher krzy­czy, że go nie chce. Przed wyj­ściem było mnó­stwo za­mie­sza­nia.

Chło­piec po­pro­wa­dził ojca w głąb ogrodu dróżką na ty­łach domu. Roe nie ko­rzy­stał z niej ni­gdy wcze­śniej i żeby prze­ła­mać lody, pró­bo­wał ja­koś na­wią­zać do pa­nu­ją­cych tam ciem­no­ści, bo po jed­nej stro­nie stał wy­soki mur, a po dru­giej ro­sły gę­ste krzaki. Ale Chri­sto­pher miał w tej spra­wie wy­ro­bione zda­nie. Gło­śno od­po­wie­dział ojcu, że cho­dzi o to, żeby nie trzeba było oglą­dać z traw­nika lu­dzi pra­cu­ją­cych w ogro­dzie, kiedy cho­dzą tam i z po­wro­tem mię­dzy kuch­nią a ogród­kiem ku­chen­nym. Od­tąd mó­wił peł­nym gło­sem.

Od­dzie­lony li­gu­strem od wi­doku swoj­skich traw­ni­ków i ra­ba­tek, Roe dał się za­cią­gnąć pod zna­jomy mur z czer­wo­nej ce­gły, wzdłuż któ­rego ro­sły gru­sze szpa­le­rowe, i pod drzwi, któ­rych ni­gdy przed­tem nie wi­dział, nie do tej ozdob­nej furtki z ku­tego że­laza, jaka wy­cho­dziła na żuż­lową ścieżkę mię­dzy za­go­nami ka­pu­sty wio­dącą ku brzo­skwi­niom, ale pod drzwi, przez które - mo­siężną klamkę na­ci­snął Chri­sto­pher - we­szli do szklarni, par­nej, od­da­nej we wła­da­nie pal­mom o dłu­gich, ciem­nych, opa­da­ją­cych li­ściach, wiecz­nie zie­lo­nych. Chri­sto­pher odłą­czył się od ojca. Po­biegł przo­dem, by otwo­rzyć drzwi do ogrodu za­mknięte na mo­siężną za­suwkę. Kiedy wy­szli na ze­wnątrz, Roe roz­po­znał miej­sce, gdzie w ubie­głym roku była grządka mar­chwi, i za­py­tał syna, czy pa­mięta, jak la­tem wszy­scy po­szli szu­kać cze­goś dla jego kró­lika, a on wy­cią­gnął z ziemi mar­chewkę i zjadł ją na su­rowo. Chri­sto­pher od­parł, że nie wie, po czym do­dał chłodno, że jego kró­lik zo­stał od­dany.

Za­czął pa­dać deszcz, ale bar­dzo de­li­katny, w po­staci mżawki. Roe za­po­mniał po­wie­dzieć chłopcu, żeby wło­żył kasz­kiet.

Kiedy do­tarli do trzech ogrod­ni­ków w fi­go­wym domku, któ­rzy z prze­no­śnego ka­ni­stra opry­ski­wali li­ście w kształ­cie serc, Chri­sto­pher był cał­kiem mo­kry. Uparł się, że bę­dzie ob­słu­gi­wał pompkę, a Roe mu po­ma­gał. Po­tem chciał to ro­bić sam. Po­tem wszedł do środka. Chwy­cił roz­py­lacz i pry­skał roz­two­rem, gdzie po­pad­nie. Roe po­my­ślał, że pre­pa­rat może do­stać się dziecku do oczu, ale nie chciał mu ni­czego za­bra­niać.

Chri­sto­pher po­cią­gnął ojca da­lej. Po­szli do al­tany. Zna­leźli mar­twą mysz.

Szli pod górkę ścieżką wio­dącą z ogro­dów do parku. Po­dej­ście miej­scami było strome. Roe po­śli­zgnął się i ru­nął jak długi. Chri­sto­phera bar­dzo to uba­wiło. Śmiali się obaj. Chło­piec w kółko mó­wił, że oj­ciec tak śmiesz­nie wy­gląda, po­wta­rzał to zbyt czę­sto. Roe za­uwa­żył, że wil­goć po­skrę­cała dziecku włosy, które w jego wy­obraźni za­wsze były pro­ste.

Prze­szli górą przez bramę do parku. Z po­lnej drogi, którą szli te­raz, roz­cią­gał się zwy­kle kra­jo­braz się­ga­jący pierw­szych wzgórz Wa­lii. Ale tego dnia upo­rczywy deszcz roz­mył kon­tury tego, co bli­skie, i na poły skrył, chwy­ta­jąc roz­myte świa­tło, wszystko, co da­le­kie, jak mu­ślin prze­sła­nia a za­ra­zem pod­kre­śla piękno do­brze za­pa­mię­ta­nej twa­rzy, a gdy okrywa na­gie ciało, wy­ostrza jego za­rys. W po­dobny spo­sób po­łać kraju, którą znał tak do­brze, stała się dla niego jesz­cze bliż­sza za sprawą desz­czu.

Ci­skali mo­kre pa­tyki, żeby zo­ba­czyć, kto do­rzuci do stada je­leni, które od­da­lało się od nich szyb­ciej, niż oni szli w jego stronę, aż her­bowe by­dło zlało się w jedną plamę i uto­nęło we mgle, nie­wi­doczne w desz­czu. Chri­sto­pher był w bez­tro­skim na­stroju. Jego oj­ciec czuł przy­gnę­bie­nie. Wo­lałby, żeby to wszystko było mniej doj­mu­jące, bo tak, jak męż­czy­zna może szu­kać nie wia­domo czego za lśniącą skórą spo­witą tiu­lem, w głębi za­wo­alo­wa­nych oczu, tak też może iść na spa­cer z sy­nem, od­dzie­lony od niego przez róż­nicę lat, od niej przez mi­ło­sną sieć, a od za­pa­mię­ta­nego kra­jo­brazu przez aurę, przy­bity da­rem­no­ścią po­szu­ki­wań.

Byli te­raz na szczy­cie nie­zbyt dłu­giego wznie­sie­nia. Do­szli do miej­sca, gdzie wy­ko­pano dół. Po­środku, na po­zio­mie mu­rawy, zo­ba­czyli wpusz­czony w zie­mię duży, skle­piony be­to­nowy trój­kąt. Znaj­do­wały się tam że­la­zne drzwi za­mknięte na kłódkę. Mo­gło to być jedno z tych po­miesz­czeń piw­nicz­nych, w któ­rych daw­niej, kiedy mie­li­śmy sro­gie zimy, la­tem prze­cho­wy­wano lód. Te­raz słu­żyło ra­czej jako zbior­nik do za­opa­try­wa­nia w wodę po­bli­skiego dworu, ale Roe, scho­dząc, jak mu się zda­wało, na od­po­wiedni po­ziom wy­obraźni, po­wie­dział, w okrężny spo­sób, że to se­kret, któ­rego ni­gdy ni­komu nie wy­ja­wił, że miesz­kają tu go­bliny i nikt oprócz niego o tym miej­scu nie wie. Chri­sto­pher od­parł: "Prze­cież nia­nia wie, Ro­se­mary wie, wszy­scy wie­dzą". Roe po­wie­dział, że nie miał po­ję­cia. Chri­sto­pher stwier­dził, że bar­dzo mu przy­kro, ale tak jest, i że on nie są­dzi, by miesz­kały tam skrzaty. Za­py­tany, skąd to wie, od­po­wie­dział tylko, że wie, że nie są­dzi, by tam miesz­kały.

Chri­sto­pher wziął ojca za rękę. Po­szli da­lej pod bez­list­nymi dę­bami, z któ­rych ka­pała woda, ob­ser­wo­wani przez je­le­nie: od­wró­cone łby i sto­jące uszy. Po chwili mil­cze­nia Roe usły­szał za­ska­ku­jące py­ta­nie, czy na­prawdę my­śli, że skrzaty to lu­dzie. Od­rzekł, że nie jest tego pe­wien. Wtedy do­wie­dział się, że jego syn jest pe­wien, że skrzaty to lu­dzie. Za­py­tał dla­czego. Oka­zało się, że nia­nia spo­tkała kie­dyś sta­rego Wa­lij­czyka, który wi­dział skrzata. Roe po­wie­dział, że je­śli sam ja­kie­goś zo­ba­czy, od razu da Chri­sto­phe­rowi znać. Wtedy pa­dło py­ta­nie, czy naj­pierw po­wie Chri­sto­phe­rowi, czy jego matce. Za­pew­nił chłopca, że do­wie się jako pierw­szy. Dla­czego? Od­parł, że chyba dla­tego, że nie jest prze­ko­nany, czy Dy by­łaby za­in­te­re­so­wana, zresztą roz­ma­wiał o skrza­tach tylko z Chri­sto­phe­rem, więc by­łoby rze­czą na­tu­ralną, gdyby naj­pierw po­wie­dział o tym wła­śnie jemu.

- Tak - rzekł Chri­sto­pher.

Do­szli do sto­ją­cej w ką­cie parku ży­wo­łapki na gaw­rony, pro­sto­pa­dło­ścianu o bo­kach z dru­cia­nej siatki, te­raz prze­rdze­wia­łej. Chri­sto­pher pa­mię­tał, po­wie­dział to z sa­tys­fak­cją, jak kra­kały, mio­ta­jąc się z kąta w kąt, tłu­kąc o siatkę, aż przy­szedł do­zorca ze strzelbą.

Kiedy, za­wró­ciw­szy, zbo­czyli z drogi, by przejść po pniu zwa­lo­nego drzewa, inne stado je­leni od­da­liło się z unie­sio­nymi łbami za za­słonę z mgły, je­den z nich kasz­lał. Chri­sto­pher chciał wie­dzieć, czy zwie­rzę umrze. Za­da­jąc to py­ta­nie, tak bar­dzo zbli­żył się do tonu, jaki ów smutny dzień bez końca ewo­ko­wał za sprawą dżdży­stej po­gody, ci­szy za­kłó­co­nej przez prze­la­tu­jący tuż nad drze­wami woj­skowy sa­mo­lot, na który, po­dob­nie jak je­le­nie, na­wet nie spoj­rzał, i do upo­rczy­wego mo­tywu roz­sta­nia, ja­kim wojna na­zna­czyła ich ży­cie, że wszystko za­brzmiało jak osta­teczny sy­gnał do od­jazdu i Roe po­wie­dział, że je­leń umrze, na pewno.

Roe mu­siał wra­cać tego sa­mego wie­czoru. Że­gnali się w holu, przy fron­to­wych drzwiach otwar­tych na ciem­ność i cze­ka­jącą go po­dróż. Sto­jąc tam, nie­zdar­nie ści­ska­jąc rękę Chri­sto­phera, po­ża­ło­wał, i po­ża­ło­wał za późno, że po­sta­no­wił go nie ca­ło­wać. Czuł się roz­darty, w tam­tej chwili ża­den kon­takt z sy­nem nie byłby zbyt bli­ski. Ale nie zdo­był się na od­wagę; bał się, że je­śli przy­tuli Chri­sto­phera, to się roz­pła­cze, a wtedy chło­piec mógłby się wy­stra­szyć.

Od­jeż­dża­jąc, po­czuł, że stra­cił wszystko, syna w szcze­gól­no­ści. Mu­siał jed­nak przy­znać, że kilka mie­sięcy wcze­śniej czuł za­le­d­wie iry­ta­cję, kiedy Chri­sto­pher, jak się wkrótce okaże, na­prawdę za­gi­nął w Lon­dy­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki