Rozdział 1
Liyen
Jedno spojrzenie na siostrę wystarczyło, żeby strach ją sparaliżował. Oczy Gayen zaszły mgłą, gdy jej wzrok błądził, jakby drżała na granicy pomiędzy życiem a śmiercią, niepewna, w którą stronę popchnie ją los.
Liyen w głowie powtarzała modlitwy do wszystkich trzech bogiń, w nadziei, że choć jedna wysłucha, choć jedna się zlituje.
Jej siostra nie mogła umrzeć.
- Przyj! - poleciła akuszerka. Gayen kiwnęła głową, a Li dostrzegła, jak siostra znowu odpływa. Wyraźnie traciła przytomność.
- Gayen, hej! - krzyknęła, ignorując ostrzegawcze spojrzenie matki. - Jesteśmy cały czas obok!
Głowa siostry opadła na poduszki, i choć Gayen ewidentnie parła, to wciąż wydawała się... poza rzeczywistością, jakby ktoś wyssał jej esencję, zostawiając samo ciało, które bezmyślnie wykonywało polecenia.
- Gayen, nie umieraj - wykrztusiła Liyen, łapiąc siostrę za dłoń. Skóra Gayen była śliska i lepka jednocześnie, i przerażająco zimna. - Błagam!
To najwyraźniej przebrało miarkę rodzicielskiej wyrozumiałości, bo zaraz Li znalazła się na korytarzu, wyrzucona z pokoju rodzącej.
- Co ty sobie wyobrażasz? - syknęła matka. Jej grube, czarne brwi zmarszczyły się gniewnie, chociaż Gali z rodu Tygrysa nie musiała robić niczego, aby wyglądać groźniej. Li przełknęła ślinę, na co matka fuknęła z oburzenia. - Twoja tchórzliwość jest ujmą na honorze naszego rodu. Gayen nie potrzebuje twoich jęków. Zostaniesz tu, aż pojawi się dziecko.
Po czym wróciła do pokoju, zostawiając Liyen samą na korytarzu.
Dziewczyna westchnęła cicho i oparła się o ścianę. Pomyślała, już nieco mniej wzburzona, o siostrze - o tym, jak z jednej strony drażniła ją konieczność zawieszenia pracy z powodu dziecka, z drugiej jednak cieszyła się, że będzie mieć córkę. Oczywiście, w teorii mógł też trafić się chłopiec, ale cały ród Tygrysa długo modlił się do bogiń o córkę. Matka i siostra miały pewność, że nie odrzucą ich próśb. W końcu Gayen była dziedziczką z rodu Tygrysa, rodu wielkich wojowniczek oraz dyplomatek. Chłopcy rzadko się zdarzali w dziejach ich rodziny, z czego też, jak sądziła Liyen, po części powstało wyobrażenie o jego wyjątkowości.
Rozmyślała o tym, jak to będzie mieć siostrzenicę, jak dumne będą Gali i Gayen, gdy dziewczynka pójdzie w ślady jednej z nich. Kimkolwiek by nie została - wojowniczką czy dyplomatką - przyniesie Tygrysowi cześć i chwałę.
Coś, czego Liyen ani nie chciała, ani nie zamierzała robić.
- Przyj! - Wrzask przedarł się przez drzwi i Li zesztywniała, myślami wracając do siostry walczącej o życie.
Jeśli akuszerka kazała jej przeć, to Gayen nie mogła jeszcze umrzeć. Poza tym, była wielokrotnie nagradzaną wojowniczką, odważną, nieustraszoną wręcz. A czym się poród różnił, tak naprawdę, od wygranej walki? Ból, pot, znój, ryzyko śmierci... Wszystko się zgadzało.
- Widzę główkę! - Rozległ się krzyk akuszerki. Li przywarła do drzwi, próbując uspokoić drżenie dłoni.
Kolejny bolesny wrzask, a potem cisza, nic, jakby świat się zatrzymał - aż do czasu, gdy Li usłyszała płacz dziecka. Ulga niemal zmiotła ją z nóg, więc usiadła pod drzwiami, obejmując rękoma trzęsące się kolana.
Akuszerka odchrząknęła głośno za drzwiami, więc Li przystawiła ucho do drewnianych desek.
- To chłopiec. Ma twoje usta.
Zamarła, trawiąc tę informację, wmuszając ją w siebie. Najłatwiej byłoby ją odrzucić, udawać, że tego nie usłyszała, ale zaklinanie rzeczywistości nie miało sensu.
Gayen przeżyła. I urodziła chłopca.
Serce tłukło o jej pierś tak bardzo, że lekka, jedwabna bluzka falowała delikatnie na jej biuście. Dlaczego boginie pokarały jej ród? Czy to kara za to, że Liyen, dopuszcza się czynów niedozwolonych?
Twarz zapiekła ją, gdy ta myśl przemknęła jej przez głowę. Nie, przecież nie mogło o to chodzić. Gayen nie była winna jej grzechów.
Drzwi się uchyliły ze skrzypnięciem i Li poderwała się na nogi. Wcisnęła się w szczelinę, natychmiast kierując spojrzenie na świeżo upieczoną matkę.
- Powinnaś go trochę potrzymać. - Akuszerka wcisnęła Gayen w ramiona wrzeszczącego niemowlaka. Przez chwilę było w domu słychać tylko szloch dziecka, aż w końcu Gayen się odezwała.
- Oto Garan z rodu Tygrysa - mruknęła cicho, ale na tyle głośno, że pozostałe trzy kobiety w pomieszczeniu dosłyszały ją i kiwnęły głowami.
- Niech Jaus oświeci mu drogę - powiedziała stanowczo matka.
- Niech Prytwi zapewni mu zdrowie i dobrobyt. - Głos Liyen był ledwie słyszalny, jak zwykle. Jak Gayen i matka to robiły, że zawsze brzmiały na tak pewne siebie?
- Aby zawsze służył Rycie, a Ryta jemu - dodała akuszerka. - Nakarm go, Gayen, potem zaniosę go do Ransila. Żebyś mogła odpocząć.
Gayen kiwnęła głową i powoli przystawiła niemowlaka do lewej piersi. Skrzywiła się, gdy Garan zaczął ssać. Liyen miała ochotę zapytać, czy to boli, ale siostra na pewno by ją wyśmiała, a matka wściekłaby się, że córka śmie choćby zasugerować, że kobiety Tygrysa mają jakiekolwiek słabości.
Gayen wyraźnie odetchnęła z ulgą, gdy skończyło się karmienie. Akuszerka zawinęła dziecko w jedwabną chustę i zabrała. W pokoju zapadła cisza, która napierała Li na bębenki.
- Jesteś bardzo blada - oceniła matka, podnosząc się z krzesła. Podeszła do Gayen. - Przyniosę ci herbatę, żeby służba się tu nie kręciła.
- Nie trzeba... - jęknęła Gayen ochrypłym głosem.
Ale Gali z rodu Tygrysa nigdy nie słuchała swoich córek ani nikogo innego - nie licząc cesarzowej. Podeszwy jej butów zaskrzypiały o podłogę i już jej nie było.
Gayen wbiła spojrzenie w ścianę. Baldachim szerokiego łóżka z ciemnego drewna, na którym leżała, rzucał na nią cień, a czerwone ptaki na tapecie za nią wydawały się dziwnie zniekształcone - podobnie jak rysy twarzy siostry, uświadomiła sobie Liyen. Po raz pierwszy w życiu widziała ją tak bliską płaczu.
- Wydajesz się... niezbyt szczęśliwa - wymamrotała Li.
Gayen przewróciła oczami.
- A czego się spodziewałaś? Urodziłam syna. Co za plugastwo! - Spojrzała jej prosto w oczy, przelewając na nią cały jad, całą złość i żal, jakie zgromadziła w sobie w ciągu nocy. - Powinnam teraz się pozbyć Ransila, ale jestem do niego przywiązana. Muszę to przemyśleć.
Li aż się cofnęła. Spodziewała się gniewu i rozczarowania, ale... nie tak ogromnego. Nie tej nienawiści, którą usłyszała w jej głosie.
- Nie przesadzasz trochę? Urodziłaś chłopca, a nie potwora.
Gayen zacisnęła szczęki.
- To zaskakujące - warknęła - że starcza ci rezonu na wypowiadanie niewłaściwych uwag, ale nigdy na powiedzenie kilku zdań z sensem.
Liyen spurpurowiała. Gayen zawsze stała bardziej po stronie matki, ale nie miała prawa mówić tak o innej córce Tygrysa. Riposta zazgrzytała Li między zębami, ale zabrakło jej odwagi, żeby ją ubrać w słowa.
Wbiła spojrzenie w swoje dłonie. Nie chciała dokładać siostrze, która była już wystarczająco zdruzgotana. Jednak gdy Gayen spostrzegła, że Li skubie rękaw qipao, trzasnęła ręką w tacę, na której akuszerka położyła czyste pieluszki.
- Och, na litość boską! Jak zaczniesz płakać, to cię uderzę! Zbierz się do kupy!
Li podniosła na nią oczy. Nie było w nich łez - tylko lodowata furia, która wykrzywiała jej twarz.
- Przykro mi, że dziecko spełniło twoich oczekiwań - wycedziła. Przełknęła ślinę i dodała: - Ale pamiętaj, że ja też nie muszę ich spełniać.
- Wiem, że nie musisz. - Gayen opadła z powrotem na poduszki. - Ale musisz spełniać oczekiwania matki. A pod tym względem akurat się z nią zgadzam.
- O mnie mowa?
Matka stanęła w drzwiach z porcelanowym czajnikiem do herbaty i czterema czarkami.
- Tak. Przypominałam tylko Liyen, kim jest i co to oznacza - westchnęła Gayen. - Dziękuję.
- Pij - mruknęła matka. Liyen wyraźnie zobaczyła, że zmrużyła oczy w ten charakterystyczny, zatroskany sposób. - Zastraszanie Li nic nie daje. Nie psuj sobie nerwów w tak ważnym dniu.
- Cały czas tu jestem - warknęła Li, po czym wstała i bez słowa wyszła z pokoju.
Drzwi nie zamknęły się za nią do końca i choć kusiło ją, żeby pójść do własnej sypialni, to ciekawość wzięła górę. Chciała wiedzieć, co takiego powie Gayen matce.
- Jak się czujesz? - Głos matki był oschły, a beznamiętny ton przeczył słowom, które sugerowały, że dbała o stan swojego dziecka. - Jesteś chłodna.
- Noce w henańskich górach nawet latem są zimne - skwitowała, ale widocznie matka musiała posłać jej jedno z tych swoich spojrzeń, bo dodała: - Jestem rozgoryczona.
- Wiem. Jak sobie z tym radzisz?
Znowu cisza i, po chwili - pociągniecie nosem. Gayen chyba się rozpłakała. Liyen nigdy nie widziała, jak siostra płacze, ale wiedziała, że czasem to robi.
- Kiepsko - przyznała cicho. - Tyle nadziei i takie rozczarowanie.
- To dopiero pierwsze dziecko. Problem będzie, jeśli drugie też będzie chłopcem. Chyba że na specjalną prośbę cesarzowa wyda zgodę na trzecie dziecko... podobno w bardzo rzadkich przypadkach...
- Ja już więcej nie chcę, mamo. Jedno wystarczy. Muszę wracać do wojska. Jestem tam potrzebna - powiedziała Gayen. - Nie chcę już więcej.
Jej głos się złamał, łamiąc też serce Liyen.
- Powinność nad wolę, córko. Pamiętaj o tym. - Głos matki zadawał ciosy celnie. - Mam już jedną córkę, która się do niczego nie nadaje. Li jest i będzie bezużyteczna. Któraś z was musi być godna swojego rodu. To zaszczyt być wojowniczką, ale o wiele większą chwałę przyniesie ci córka, która także nią zostanie.
Li jest i będzie bezużyteczna.
Te słowa nie powinny były jej zaboleć. Mogła się ich spodziewać. A jednak... zadały ranę, która krwawiła, topiąc Li w oceanie cierpienia.
Od dawna wiedziała, że matka tak o niej myśli, ale nie sądziła, że dzieli się tą opinią z kimkolwiek. Może - może jakaś mała, niemalże niewidzialna część niej wierzyła, że matka darzy ją jakimikolwiek ciepłymi uczuciami. Że jest zła i sfrustrowana nijakością młodszej córki, ale gdzieś w głębi jednak kocha ją mimo tego.
Teraz nie rozumiała, jak mogła mieć nadzieję na choćby cień matczynej miłości. Gala z rodu Tygrysa uważała zawsze, że ciepłe uczucia rozmiękczają ludzi, że czynią ich słabymi. Dlaczego Li sądziła, że matka zgodziłaby się na jakąkolwiek szczelinę w litej skale swojego charakteru, na choćby najmniejszą słabość?
Dotychczas była naiwna i głupia. Nadszedł czas, żeby z tym skończyć.
?
Bogna
Zmierzch ledwie zdążył zapaść, gdy ktoś zapukał do drzwi Bogny.
Podniosła oczy znad grubej księgi, którą od przeszło godziny studiowała. Przetarła twarz. Musiała się zagapić, chyba znowu zapomniała zjeść podwieczorek. Zmrużyła powieki. Teraz przypomniało jej się, że jeszcze niedawno w całym domu pachniało plackiem z wiśniami, już pewnie ostatnim w tym roku. Miko krzyczał, żeby sobie wzięła kawałek, jak wystygnie.
Uśmiechnęła się lekko. Cokolwiek czekało ją z drugiej strony drzwi, zawsze będzie mogła pocieszyć się potem kawałkiem domowego ciasta z owocami.
Nacisnęła klamkę.
- Słucham? - Wyjrzała za drzwi.
Krok przed progiem stała pobladła kobieta koło czterdziestki. Deszcz spływał strumieniami po jej głowie, sklejając rzęsy w ciasne kępki, a włosy przylepiając do twarzy. Kiedy zaczęło padać? To też Bogna musiała przegapić.
- Nazywam się... Wyszeniega.
- Wiem, kim jesteś, chyba. Jesteś żoną cieśli, tego bez dwóch palców u dłoni - mruknęła Bogna. Tamta tylko skinęła.
Przepuściła kobietę w drzwiach, po czym zatrzasnęła je za nią. Usiadła pospieszenie na swoim krześle przy biurku, jednak jej klientka wciąż stała, najwyraźniej nie chcąc siadać po jego drugiej stronie.
Kobieta kiwnęła głową, a potem zwiesiła ją. Wstrząsnęły nią dreszcze, ale dopiero po chwili Bogna zrozumiała, że to przez szloch. Kobieta zanosiła się płaczem.
- Jesteś tu bezpieczna. Moje zaklęcia to gwarantują - skłamała.
- Potrzebuję pomocy - wykrztusiła.
One wszystkie potrzebowały. Większość klientów przybywała do Bogny po zmroku, jakby się spodziewali, że ich grzeszki i przewiny w ciemnościach mniej plamią ich sumienia.
- Słucham - powtórzyła.
Wyszeniega wreszcie zdecydowała się usiąść. Natychmiast skuliła się w kłębek.
- Jestem w ciąży.
Bogna odetchnęła lekko.
- Cóż, to żaden problem, usuwanie ciąży to nic takiego. Zaraz będzie po krzyku, niczego nie poczujesz - odparła, uspokojona, ale kobieta drgnęła z obłędem błyskającym w oku.
- Nie! - Poderwała się, ale zaraz znowu opadła na krzesło.
Bogna cofnęła się lekko, muskając miękkie, obite lnem oparcie. Z każdą kolejną chwilą w towarzystwie Wyszeniegi narastał w niej niepokój.
Przełknęła ślinę.
- W porządku, to jak mogę ci pomóc?
- Ja... to nie jest dziecko mojego męża - wykrztusiła wreszcie Wyszeniega. Spojrzała na Bognę, najwyraźniej oczekując jakiejś reakcji, ale ona milczała.
Bogna nie miała w zwyczaju oceniać swoich klientów. Teoretycznie mogłaby to robić. Może nawet robiła to w pierwszych latach swojej działalności, gdy była jeszcze młoda i przepełniona wiarą w najróżniejsze bzdury. Z czasem jednak nauczyła się kilku cennych rzeczy o ludziach. Pierwszą i najważniejszą lekcją była ta, że każdy człowiek uważał się za kogoś specjalnego, innego, dla kogo powinno się robić wyjątki. Dlatego właśnie, jeśli chodziło o ludzi, nie było reguł. Bogna wolała nie szufladkować zbyt kategorycznie, mając świadomość, że ona sama nigdy nie trafiłaby do szuflady z tymi "dobrymi".
- Rozumiem, ale skoro nie chcesz go usuwać...
- Chcę, żeby mój mąż myślał, że to jego. To czwarty księżyc, więc już za późno, żebym mogła cokolwiek zrobić sama w tej kwestii, jeśli rozumiesz - wymamrotała, zwieszając głowę. Przetarła twarz dłońmi. - Ktoś mi powiedział, że umiesz załatwić coś takiego.
Bogna pokiwała głową.
- Umiem załatwić wiele rzeczy - mruknęła. - Cóż. To nie jest tania usługa i nie jest łatwo czegoś takiego dokonać. Muszę zaszczepić w twoim mężu wspomnienie poczęcia tego dziecka. A to jest skomplikowane. Będę potrzebować czegoś, co jest jego, najlepiej włosa. Twój włos też mi się przyda.
- Ale... to możliwe?
Bogna posłała jej pocieszający uśmiech.
- Tak, ale musisz dać mi czas do jutra. Muszę się do tego przygotować, zaszczepianie wspomnień to ryzykowna sprawa. Zrobię wywar - wytłumaczyła. - I go zaczaruję. Podasz to mężowi. I to wystarczy. Będzie uważał, że dziecko jest jego. Będzie, hmm, pamiętał jak je spłodził. Tylko uważaj, żeby nikt inny się tego nie napił.
Wyszeniega poderwała się na nogi i uścisnęła Bognę tak mocno, że zrobiło się jej trochę niedobrze. Głód zaczynał ssać ją w żołądku.
- Moment, jeszcze musimy ustalić cenę - wydusiła Bogna, wyrywając się z objęć kobiety.
Ta natychmiast zmarkotniała. Bogna powstrzymała się przed uniesieniem brwi. Wszyscy tacy byli, chętnie korzystali z jej usług, ale o wiele mniejszy entuzjazm wykazywali, gdy przychodził moment zapłaty.
- No dobrze. Ile to będzie kosztować?
- Dwie sztuki złota. - Wyszeniega zrobiła się jeszcze bledsza. Bogna wiedziała, że ją na to stać, ale domyślała się, że będzie musiała te pieniądze ukraść ze wspólnego majątku. Może będzie musiała wymyślić jakieś kłamstwo, żeby wytłumaczyć mężowi zniknięcie tych dwóch sztuk złota. Prawda była jednak taka, że każde kłamstwo pociągało za sobą kolejne. Nie można było zdradzić kogoś i liczyć, że uda się to zatuszować bez dalszych kosztów.
- Wyżywienie mojej rodziny przez tydzień tyle kosztuje - syknęła Wyszeniega. Nagle nie była już taka zrozpaczona, nie, teraz w jej oczach tlił się gniew. - Na co samotnej wiedźmie tyle pieniędzy?
- Potrzebujesz mojej pomocy czy nie? - odparła Bogna spokojnie. - Od razu ci powiem, że Ludosława ci nie pomoże. Ona się nie para czarną magią.
- Wiem - wycedziła Wyszeniega przez zęby. - To do niej poszłam w pierwszej kolejności.
- To się zastanów. Chcesz pomocy, to wróć tu rano z włosem męża i swoim, i dwoma sztukami złota. A jak nie chcesz, to drzwi są tam. Jestem głodna, więc nie każ mi czekać na swoją decyzję - fuknęła Bogna.
Wyszeniega zacisnęła szczęki, po czym zamiotła podłogę lnianym fartuchem w kolorze rdzy i wyszła, trzaskając wymownie drzwiami.
Bogna westchnęła pod nosem. Nie potrzebowała teraz pieniędzy, ale nie mogła pozwolić na to, żeby po wsi rozeszła się plotka, jakoby pracowała za darmo. Oznaczałoby to tylko dwie rzeczy: jeszcze więcej roszczeniowych klientów i ogólnie, jeszcze więcej klientów.
Poza tym, była pewna, że żona cieśli wróci tu z dwoma sztukami złota, a gdyby Bogna poprosiła ją o cztery, to przyniosłaby cztery. Ludzie byli gotowi zapłacić każdą cenę za ukrycie swoich grzeszków.
Dziwiło ją to, że mieszkańcy jej wioski bez mrugnięcia okiem płacili Ludce, która specjalizowała się w uzdrawianiu zwierząt i ludzi. Najwyraźniej nie uważali, że Ludka ma obowiązek im pomagać. Myśleli tak natomiast o Bognie - że, skoro już zdecydowała się wyciągać ludzi z bardzo trudnych sytuacji, powinna to robić za darmo. Tak, jakby praca Ludki była bardziej godna wynagrodzenia.
A może to po prostu uprzedzenia wobec czarnej magii sprawiały, że ludzie nie chcieli za nią płacić. Albo nawet uprzedzenia wobec samej Bogny, bo przecież wróciła do rodzinnych stron po tylu latach tułaczki po całej Sławii, co zrodziło na jej temat najpikantniejsze, najokrutniejsze plotki.
Jednak prawdę mówiąc, gdzie nie poszła, napotykała tę samą niechęć do płacenia za swoje usługi.
Ludzi szokowało, że Bogna oczekuje wynagrodzenia za ukrywanie ich grzechów - prawdopodobnie dlatego, że, skoro dzielili się z nią swoją tajemnicą, to liczyli na rabat w kwestii finansowej. Do tego wniosku doszła po chwili namysłu.
- Zjesz coś? - Inne drzwi, te prowadzące w głąb domu, otworzyły się i stanęła w nich Dobrusia, jej bratanica. - Przyniosłam ci kawałek pieczeni, szare kluski i ciasto. To z wiśniami, co tatuś upiekł.
- Dziękuję. - Bogna posłała jej uśmiech pełen wdzięczności. Miko miał talent kulinarny, o jakim ona sama mogła co najwyżej pomarzyć.
Dobrusia podała jej talerz i zamknęła za sobą drzwi, po czym usiadła koło Bogny przy jej biurku.
- Ciociu - zaczęła, a Bogna przeczuła już, o co poprosi. - Czy mogłabym dostać... No wiesz...
- Kryształ ochronny?
Dobrusia najpierw szeroko otworzyła oczy, ale zaraz kiwnęła głową. Jej policzki pociemniały, ale nie opuściła wzroku. Bogna poczuła ukłucie satysfakcji. Miała nadzieję, że Miko nie wychowa jej na płochliwą osobę, i faktycznie, wyrosła na pewną siebie, dziarską młodą kobietę.
Bogna spodziewała się już od dłuższego czasu, że Dobrusia przyjdzie po kryształ. Ojca raczej nie poprosiłaby o coś takiego - było to jednak odrobinę krępujące. Niemniej jednak Miko musiał się spodziewać, że ten czas nadejdzie. Dobrusia zbliżała się do osiemnastego cyklu. Musiała się w końcu zainteresować tym tematem.
Bogna otworzyła górną szufladę biurka i wyciągnęła drewnianą szkatułkę, w której trzymała różne kamienie i kryształy. Wyciągnęła z niej sferyczny, nieduży mleczny kamyk.
- To kamień księżycowy. Nie musisz go nosić, wystarczy, że położysz go w pobliżu. Oczywiście, im bliżej będzie ciebie, tym lepsza skuteczność, ale odłożenie go na szafkę koło łóżka raczej nie zmieni dużo - uśmiechnęła się ciepło, wciskając jej go w dłoń. - Uważaj na siebie.
Dobrusia tylko skinęła głową, ale na jej ustach czaił się cień uśmiechu.
- Dziękuję - bąknęła, po czym odsunęła krzesło i już jej nie było.
Bogna westchnęła cicho i zabrała się za placek z wiśniami. Zawsze zaczynała od deseru, nie lubiła czekać na najlepsze do samego końca. Zerknęła też do kubka, z którego ulatywała para. Dobrusia nie zaparzyła jej ziół, przyniosła sam wrzątek.
Uśmiechnęła się do siebie, po czym przekręciła klucz w jednej z szufladek i otworzyła ją. Wyciągnęła z niej herbatę, coś, co stanowiło istny rarytas w Sławii. Roślina ta nie rosła tu naturalnie - uprawiana była na dużą skalę tylko w Henanie, z którym Sławia nie prowadziła w zasadzie żadnej wymiany handlowej, oraz w Serirze, ale tam było jej mało, dlatego też miała wysoką cenę. Bogna zarabiała jednak wystarczająco, żeby pozwolić sobie na luksus jednej szklanki herbaty co kilka dni, przyrządzając napar z tych samych liści przynajmniej dwa razy, żeby oszczędzać drogocenny składnik. Czasami gryzły ją wyrzuty sumienia, że nie dzieliła się tym z bratem i bratanicą - ale wiedziała, że nie chcieliby niczego od niej. Dokładała się do wydatków na życie tyle, ile zażądał Miko. Dodatkowo, odkąd zamieszkała tu na początku zimy ponad pół cyklu temu, jej brat uwolnił się od kobiet z wioski polujących na jego pieniądze i ziemię. Bogaty wdowiec, który nie miał jeszcze czterdziestu cykli, za to miał już dorosłą córkę i żadnych innych zobowiązań, zawsze interesował mieszkańców wsi. Bogna jednak odstraszała inne kobiety. Zresztą nie tylko kobiety. Jak każda nie parająca się uzdrawianiem wiedźma odstraszała w zasadzie wszystkich.
Przewróciła oczami, wbijając widelec w jedzenie. Dlatego właśnie wolała miasta. Umysłowa ciasnota społeczności z jej wioski, ale także z każdej innej, w jakiej zdążyła mieszkać przez trzydzieści sześć cykli swojego życia, irytowała ją i ograniczała. Poza tym, w miastach można było udać się do bibliotek, do miejsc, gdzie można było upajać się wiedzą jak najlepszym narkotykiem. I być może to właśnie wiedza była najlepszym narkotykiem. W końcu można było się od niej uzależnić. O tym Bogna zdążyła się już przekonać na własnej skórze.
?
Liyen
Liyen odetchnęła dopiero, gdy zamknęła drzwi do swojego pokoju. Czuła na sobie wzrok tygrysa namalowanego na suficie. Jego oczy i cała postawa zdawały się mówić: bądź godna, bądź drapieżna. Zadrżała, gdy pomyślała o porodzie Gayen, o jej wrzaskach i krwi. To nie wymagało godności ani drapieżności, tylko odwagi, a Li nie należała do odważnych.
Jeśli miałaby być ze sobą szczera, to drapieżności i godności również w sobie nie miała. Po niemal dziewiętnastu cyklach nawet jej to już nie przeszkadzało. Tylko matka i Gayen wściekały się z tego powodu. Wiedziała, że nigdy nie będzie dla nich wystarczająca. Nawet starsza siostra była nie dość dobra dla matki, więc jak Liyen mogłaby startować w tej konkurencji? Gali z rodu Tygrysa chciała, żeby córki były jeszcze lepsze niż ona, ale miała tak wysokie mniemanie o sobie, że dorośnięcie do jej wymagań zdawało się niemożliwe.
Gałąź skrobnęła w nasączone olejem okno z grubego papieru. Liyen odwróciła głowę, przeczesując spojrzeniem te kilka porządnych, bukowych mebli, które stały w pokoju. Poza łóżkiem, sekretarzykiem, kilkoma półkami na książki i dużą komodą niczego tu nie było - Henanki ceniły sobie surowość także w kwestii wystroju wnętrz. Jej oczy na chwilę spoczęły na komodzie, na której przyszykowała tradycyjny upominek dla świeżo upieczonej matki - drewniany grzebyk, który sama wyrzeźbiła w rodowe wzory, ale Gayen urodziła syna, więc dawanie jej prezentu byłoby teraz nietaktem. W końcu zerknęła na okno, gdy gałąź jeszcze raz o nie uderzyła. Dwa razy to za dużo jak na przypadek.
Po chwili wahania podeszła do okna powoli, ostrożnie, jakby się bała, że skrzypiące deski zdradzą jej zamiary. W oddali, za warstwą papieru, świt otulał swoim delikatnym dotykiem mglisty kontur stromych zboczy henańskich gór.
Przełknęła ślinę. "Nikt nie wie, więc nikt nie może się domyślić" - powtarzała sobie. To nie było rozsądne, bać się odkrycia czegoś, na co nikt by nawet nie wpadł, ale tak to już było z sekretami. Zawsze widzimy nasze tajemnice w oczach innych jak w lustrze.
Liyen przekręciła klamkę okna. Świeże, nocne powietrze poczuła na twarzy chwilę przed tym, jak do jej ust przycisnęły się inne. Pogłębiła pocałunek. Na chwilę zapomniała o przykrościach, ale gdy w końcu się wyprostowała, wspomnienia poranka uderzyły w nią z siłą młota wydobywającego dźwięk z gongu.
- Cześć Ratri. - Ratri, bogini nocy, chroniła w ciemnościach wszystkie ludzkie tajemnice.
- Cześć jej na wieki. - odparła Liyen, zgodnie z henańskim zwyczajem. - Skąd nagle tak oficjalnie? - Ich powitania rzadko były tak pompatyczne, zwykle w ogóle nie zawierały słów.
- Podobno twoja siostra urodziła? Niech boginie błogosławią.
- Tak, urodziła - westchnęła Liyen - chłopca, niestety. Nie wiem, co teraz zrobię z tym grzebykiem, nad którym się mozoliłam przez kilkanaście ostatnich dni... Może podaruję go matce na urodziny.
- Chłopcy też są potrzebni, Li. - Ogna wyprostowała się, przesuwając pośladek kawałek dalej. Teraz częściowo siedziała już na wewnętrznym parapecie okna, przyciskając się do Li.
- Potrzebni czy nie, ich narodziny świadczą o pogardzie Prytwi dla rodziny! Matka nie była zadowolona, nie mówiąc nawet o Gayen...
- To straszna głupota. - Ogna przewróciła oczami. - Przecież nie decydujemy, czy urodzi się chłopiec czy dziewczynka. I wiem, że łatwo mi mówić, ale to nie ma najmniejszego sensu, żeby kobietom tyle było wolno, a mężczyznom nic.
- To kobiety rodzą dzieci. Ich nadrzędność jest dość oczywista. - Liyen zmarszczyła brwi, ale Ogna tylko pokręciła głową.
- A mężczyźni są w stanie rozwinąć większe mięśnie od kobiet. Są silniejsi. Mogliby chociaż być traktowani na równi z kobietami.
- Może i są silniejsi, ale przecież prawdziwej potęgi imperium nie buduje się mięśniami, tylko głową, a dobry wojownik stawia przede wszystkim na umiejętności. Poza tym obie dobrze wiemy, że kobieta jest bardziej wytrzymała na ból. No i mężczyzn jest łatwo rozproszyć, wystarczy kobieta w otoczeniu, żeby myśleli mniej trzeźwo. W drugą stronę nie ma tego problemu.
Ogna przez chwilę milczała, wpatrując się w gwiazdy i w ośnieżone szczyty skalistych gór, aż w końcu mruknęła:
- Nie ma sensu znowu się o to kłócić, co?
Li uśmiechnęła się gorzko.
- Nie. Mam gorsze problemy na głowie. Ciągle myślę o Gayen i o tym, że teraz nadzieje na przedłużenie naszego rodu wszyscy będą pokładać we mnie.
- Gayen na pewno będzie mieć drugie dziecko i wtedy może...
- Przestań - prychnęła Liyen, połykając łzy. - I tak będę musiała wyjść za mąż.
Li uwielbiała dzieci i bardzo pragnęła je mieć, ale konieczność jednoczesnego związania się z jakimś mężczyzną kompletnie ją odrzucała. Lepiej byłoby już żyć z Ogną bez dzieci, niż zostać żoną, ale takiego wyboru nie mogła dokonać. Jedyną sensowną opcją było kapłaństwo, które umożliwiało uniknięcie zamążpójścia. Innej ścieżki, która bezwzględnie sankcjonowała bezdzietność i panieństwo do śmierci, nie było.
Li miała jednak niejasne przeczucie, że to nie miało większego znaczenia, jaką ścieżkę wybierze. Od lat wiedziała o czymś, o czym nigdy nikomu nie powiedziała. Czasem myślała, że jej się to przyśniło, tamten dzień, tamta kobieta i jej dziwne słowa bez sensu. Miała jednak nadzieję, że to była prawda... Czasami myśl o tym, że przyszłość wciąż miała dla niej w zanadrzu coś wyjątkowego była jedyną, jaka trzymała ją przy życiu.
- Jesteś Tygrysicą. Będą się o ciebie zabijać. - Ogna posłała jej uśmiech, który nie sięgnął oczu. - Gdybym mogła, walczyłabym razem z nimi. I wygrałabym. A potem, cóż, zrobiłabym dużo rzeczy, dzięki którym nigdy nie chciałabyś wychodzić z domu.
Liyen mimowolnie parsknęła śmiechem.
- Ciekawe, jaką ścieżkę musiałabym wybrać, żeby to było możliwe.
- Ścieżkę kochanki, oczywiście - zaśmiała się Ogna, ale po chwili ucichła.
"To miejsce zabija każdy uśmiech" - pomyślała Liyen. Przypomniała jej się siostra. Widziała na jej twarzy uśmiech tylko raz - jeden raz - gdy wróciła z bitwy o Śnieżną Przełaj i powiedziała, że wygrała.
- Masz wielkie szczęście, że nie spoczywa na tobie takie brzemię - burknęła Liyen. - Nie musisz wybierać ścieżki. Nie musisz rodzić dzieci. Mąż daje ci ochronę przed podejrzeniami.
Oczy Ogny zwęziły się, a z jej spojrzenia wyparował cały entuzjazm.
- Możemy uciec. Wiesz, że możemy - powiedziała cicho Ogna. - W Sławii jest miejsce dla takich jak my.
- Mój ród nigdy nie podniósłby się po takiej hańbie. Poza tym, skąd ta pewność, że będziemy tam bezpieczne? Sławia to naród bez żadnej kultury, żyją tam jak dzikusy. Praktykują magię i nie mają królowej ani nawet króla, za nic mają smoki, uważają je za równe ludziom. To barbarzyńcy, pozbawieni wiary i brutalni do tego, bo przecież wszystkie Henanki, które trafiają do Sławii, składane są w ofierze.
- To tylko pogłoski. Naprawdę uważasz, że Sławianie, którzy tak szanują naturę, mogliby składać kogokolwiek w ofierze?
- Matka by mnie nigdy nie okłamała - syknęła cicho Liyen. - Skoro tak mówi, to tak jest.
- A ja sądzę, że chroniłaby cię przed prawdą, jeśli uznałaby ją za szkodliwą. Na pewno czuje, że tu nie pasujesz. To bije po oczach, że nie do końca jesteś jak inne kobiety Tygrysa. No i wiesz, twoja mama może się też mylić, tak po prostu.
Dłoń Li zacisnęła się mocniej na framudze okna. Matka się nie myliła. Może nie do końca we wszystkim Li się z nią zgadzała, ale matka była tradycjonalistką i jej młodsza córka także nią była - wyłączając związek z Ogną. Tak naprawdę Li nie czuła, żeby znowu aż tak sprzeciwiała się tradycji, spędzając z czas z przyjaciółką. Dopóki nie ucieknie z domu, dopóki postąpi, jak należy, wybierając za pół cyklu ścieżkę i męża, dopóty tradycji stanie się zadość. A jednak Li czuła, że chociaż nie chciała rozczarować matki i siostry, robiła to ciągle. To były drobiazgi, czasem uwagi, którymi się dzieliła, dobór słów, a czasem izolowanie się od reszty rodziny, gdy nie dawała już rady z nimi przebywać. To były nawet spojrzenia albo wyraz twarzy. W Henanie bezpośredniość nie była w cenie. Wszystko, co ważne, zawsze trzeba było wyczytywać spomiędzy wierszy, wyławiać z oceanu słów i gestów. Liyen była mistrzynią w tej sztuce. Umiała zrozumieć cudze emocje i myśli po drgnięciu brwi albo zaciśniętych ustach.
- Nie opuszczę rodziny - wymamrotała w końcu Li. - Wiesz o tym.
Ogna odsunęła i pokręciła głową.
- Kompletnie tego nie rozumiem. Jak może ci tak bardzo na nich zależeć? Przecież gdyby się o nas dowiedzieli... wolę nawet nie myśleć, co mogłoby się stać. To oni każą ci wyjść za mąż.
Li zacisnęła szczęki.
- Moja matka tego nie wymyśliła. Jest ofiarą tych samych obyczajów, co i ja. Trzeba się po prostu dostosować.
- Nie rozumiem cię czasami - szepnęła Ogna, przysuwając się bliżej. Przyglądała się Li z mieszaniną żalu i fascynacji, które rozjaśniały jej oczy intensywnym blaskiem. - Niby jesteś tu ze mną teraz, kochamy się, jesteśmy razem, chociaż zawisłybyśmy za to, gdyby ktoś się dowiedział. Z drugiej strony walczysz o przetrwanie tego okropnego świata, który nie pozwala nam razem zamieszkać czy wziąć ślubu.
Li wzruszyła ramionami, udając obojętność, ale te słowa ją zapiekły. To była celna uwaga. Trudno było znaleźć pomost, który stabilnie połączyłby cześć i lojalność, jakie Li czuła wobec swojego rodu, oraz zakazane uczucie do Ogny, które ten sam ród uznałby za obrzydliwość.
- Ja też siebie nie rozumiem - przyznała Li, uśmiechając się lekko. - Po prostu wiem, że ten ład, ten system, który mamy teraz, jest trwały i skuteczny. Henan budował go wiekami, odpierając ataki Sławian, wygrywając wojny w Bezkraju i opierając się wpływom z innych państw. Nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby ten system przestał funkcjonować.
- Myślę, że stałoby się to samo, co z twoją matką, gdyby się o nas dowiedziała.
Liyen zdusiła jęk. Gdyby jej matka wiedziała, załamałaby się. Li wielokrotnie wyobrażała sobie tę konfrontację. Czasami w jej wyobraźni matka dostawała zawału serca i Li do końca życia była winna jej śmierci, a czasami zabijała córkę w napadzie furii. Żadna z tych opcji nie była kusząca. Li nie zamierzała testować lojalności matki względem prawa i cesarzowej, powierzając jej sekret, za którego dotrzymanie dostałaby wyrok śmierci.
- Masz na myśli, że Henan by się rozpadł?
- Raczej by się dostosował i zmienił, bo nie miałby innego wyboru, ludziom za bardzo zależy na własnym państwie, by tak łatwo dopuścić do jego upadku. - Ogna uścisnęła jej ramię, ale szybko zsunęła dłoń niżej, w miejsce, gdzie biodro i udo łączyły się. - Muszę zaraz wracać do kuchni, Li. Jeśli tylko chcesz dziś czegoś więcej niż rozmowy, to...
Liyen nie pozwoliła jej dokończyć zdania.
?
Kal
Zbłąkany, wieczorny promyk rozbłysnął w złotym okruchu. Kal obrócił w palcach kruszec, przyglądając mu się uważnie, po czym odłożył go na stół, gdzie pozostałe odłamki złota rozrzucone były w nieładzie.
- Ige? - odchrząknął. - Przeliczyłem urobek. Cztery tysiące dziewięćset dwanaście uncji.
Ige wyłoniła się z mroku. W obszernym pomieszczeniu, które stanowiło jednocześnie gabinet i mieszkanie Kala, zawsze umiała tak się ustawić, że łatwo było zapomnieć o jej obecności. Jej ciało było jak naczynie, które wypełniał cień, gdy tylko potrzebowała zniknąć. Wszyscy jego pracownicy wiedzieli o Ige, wiedzieli o jej istnieniu, ale dla wielu była legendą, kobietą-duchem, której nigdy nie widać.
Jak tego dokonywała, tego Kal nie wiedział, ale nigdy też jej nie pytał. Niektórzy ludzie mieli po prostu taką zdolność - umieli być niewidoczni i dyskretni, gdy tylko tego potrzebowali. A przynajmniej tak mu się zdawało.
- Chcesz, żebym ci pogratulowała?
Ironia w jej głosie brzmiała niemal zwyczajnie, jak kiepska, ale dobrze znana z dzieciństwa kołysanka.
- Chcę, żebyś poinformowała delegatki z Penglaju, ile mamy na sprzedaż.
Ige przez chwilę milczała. Jasne loki, rozsypane jak aureola dookoła głowy i szczupła, ale rumiana twarz, kontrastowały z jej surowym spojrzeniem i zaciśniętymi ustami.
- Mam je okłamać? Wmówić im, że całe złoto, jakie masz na sprzedaż, pochodzi z dzisiejszego urobku? - Rumieniec na jej twarzy pociemniał.
Kal rzucił jej znużone spojrzenie.
- Wiedzą, że nie sprzedamy im wszystkiego. I nie zgadzaj się na żadne dodatkowe umowy. Tyle, ile im zaproponujemy lub nic.
- Prosisz mnie o niemożliwe - wykrztusiła, zaciskając pięści. - Przypominam ci, że Henanki, szczególnie te ze stolicy, uważają Bezkraj za własne terytorium...
- No, ale realia są inne. Serirczycy wykupili prawie cały mój towar dwa dni temu, ale z tego, co wiem, szybko nie wrócą po więcej. Zaproponowali taką cenę za uncję, że byłbym głupcem, gdybym odmówił. Wczorajszy urobek wolę zachować na wszelki wypadek, pozostaje więc już tylko dzisiejszy. Wiem, że Henanki to trudna klientela, ale nie mogę przebierać w kupcach, nie po tym, jak Sławia przestała wysyłać swoich handlarzy.
Twarz Ige z ciemnego różu gwałtownie przeszła w kolor bliski bieli.
- Nie mów mi o tym. - Jej szept był cichy jak oddech.
Kal pokiwał głową. Wiedział, że chociaż Ige lubiła udawać, że jest inaczej, to jednak wciąż zależało jej na rodzinie ze Sławii. Co jakiś czas wysyłała do jakiegoś sławskiego mężczyzny listy, na które jednak nigdy nie dostawała odpowiedzi. A teraz i tak już by jej nie odpowiedział, nawet gdyby chciał, bo komunikacja ze Sławią została wstrzymana. Od tygodnia jedyne wieści, jakie można było otrzymać z zachodniej części Wielkiego Lądu, pochodziły bezpośrednio od osób, którym udało się stamtąd uciec, a te, które przybywały drogą pocztową - były co najmniej niepokojące.
- Mówiłem ci, że mogę zapytać o twoją rodzinę - mruknął, przyglądając się z nadmierną uwagą jednej z wydobytych grudek.
Milczenie Ige mówiło więcej niż słowa, wreszcie jednak odparła:
- Ja nie mam rodziny.
Kal przewrócił oczami. Oczywiście, że miała rodzinę albo kogoś bliskiego, kimkolwiek był dla niej ten mężczyzna. Każdy miał, nawet on sam wciąż mógł mieć jakichś krewnych, chociaż też wolał udawać, że nie ma nikogo. Przypuszczał, że Ige nie było nawet jej imieniem - musiała być Sławianką, nie dało się tego ukryć, jasne, niemal białe włosy, skóra i szare oczy mówiły same za siebie. Tylko jej imię nie pasowało do całokształtu, nie kończyło się ani na "ła", ani "na" ani "wa". Kal był w rzeczywistości bardzo ciekaw jej historii, ale nigdy nie dopytywał. Dopóki wykonywała powierzone jej zadania, dopóty mogła być nawet najbardziej poszukiwanym zbiegiem.
A prawda była taka, że Ige była doskonałą szpieginią.
- W porządku. Wobec tego liczę, że przyłożysz się do negocjacji z delegacją z Henanu.
- To nie jest kwestia "przyłożenia się" - burknęła, krzyżując ramiona na piersi. - Nie wiesz, jakie one są. Bezlitosne, jadowite jak te okropne żmije, które wykańczają podróżników w Bezkraju...
- Połowa moich pracowników to uchodźcy z Henanu, więc rozumiem twój niepokój. Wiem, że to trudny naród o surowych obyczajach, dlatego tak rzadko prowadzę z nimi interesy. - Kal podniósł na nią spojrzenie, ale Ige wbijała wzrok w małe okno, wychodzące bezpośrednio na kopalnię.
- Mogą w ogóle nie chcieć ze mną rozmawiać, bo mam odsłonięty dekolt. Może umrą ze wstydu - prychnęła, a Kal dojrzał, jak drgają jej usta, jakby powstrzymywała uśmiech. Przeczesała palcami jasne kosmyki.
Włosy Ige to była kolejna zagadka. Kal wiedział, że w Sławii tylko związane z kimś na stałe kobiety obcinały włosy - najczęściej po urodzeniu pierwszego dziecka. Ige była na to zdecydowanie za młoda albo może tylko wyglądała, jakby jeszcze nie ukończyła dwudziestu cykli.
- Nie mają wyjścia. Mam najlepszy towar, a moja kopalnia cieszy się dobrą opinią. Jeśli wzgardzą tym złotem, to będą skończonymi głupcami i na pewno o tym wiedzą.
Ige w końcu kiwnęła głową, więc Kal spisał na kartce przeliczony urobek złota i wcisnął jej świstek do ręki. Wiedział lepiej niż dobrze, że stawia opór głównie dla zasady - po prostu nie można było się po niej spodziewać, że bez mrugnięcia okiem wykona powierzone zadanie. Gdy ją zatrudniał, powiedziała mu, że rozkazy są dobre dla służących, a nie dla wspólników. Kal nigdy nie zamierzał jej rozkazywać. Solidnie płacił jej za jej pracę, ale cenił również jej zdanie. Cień, który milczy i posłusznie go śledzi, Kal miał za darmo -słońce mu go gwarantowało. Jeśli miał więc płacić za drugi cień, chciał coś więcej na tym zyskiwać niż ślepo oddanego sługę.
- Uważaj - powiedział jeszcze, po czym wstał, ale gdy tylko Ige znów zniknęła w półmroku, do jego drzwi ktoś zapukał.
- Proszę - rzucił, siadając z powrotem.
W drzwiach stanął jeden z jego pracowników. Najwyraźniej od wyjścia z kopalni nie zdążył się jeszcze umyć, bo w brudzie na jego twarzy wciąż widać było wyżłobienia wykonane przez strumyczki potu.
Rzucił Kalowi zlęknione spojrzenie, po czym wymamrotał:
- Skończyliśmy zabezpieczać kopalnię na noc.
Kal kiwnął głową. Przez zamknięciem kopalni kilkoro pracowników robiło obchód, żeby się upewnić, że żadne narzędzia nie walają się w środku, oraz że wszyscy pracownicy na pewno wyszli na zewnątrz.
- Dziękuję - odparł Kal, przekrzywiając głowę. Miał silne przeczucie, że nie chodziło tu o zwykłe odmeldowanie, zamierzał jednak pozwolić swojemu pracownikowi dojść do tego samemu. - Możecie iść na kolację. Czy do kogoś z was potrzeba lekarza?
Pracownik obrócił w spracowanych dłoniach kapelusz przeciwsłoneczny. Kal udawał, że nie pamięta jego imienia, ale w rzeczywistości pamiętał wszystkie zatrudniane osoby. Może nie te dopiero co przyjęte w szeregi, ale pozostałe kilkaset pracujących u niego na stałe znał przynajmniej z imienia.
- Nie do końca. Jedna z kobiet chciałaby z panem porozmawiać.
Kal zmarszczył czoło. Wiedział już, o co chodziło, a przynajmniej się domyślał. Zacisnął dłoń na blacie stołu i wstał.
- Dobrze. Zawołaj ją - odparł, a pracownik skinął mu głową i wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Po chwili w drzwiach pojawiła się dziewczyna. Kal usiadł z powrotem na krześle, przytłoczony jej widokiem.
Rozpoznał ją. Nazywała się Roos, z nieznanych Kalowi przyczyn przyjechała do Bezkraju z Seriru. Miała śniadą skórę, ciemne włosy i oczy tak charakterystyczne dla tamtejszej ludności. A teraz miała także na twarzy wyraz zmartwienia, który mógł świadczyć tylko o jednym.
- Ja... - mruknęła, po czym odchrząknęła. Przez jej spojrzenie przemknęło coś, jakby hardość albo duma. Jej głos brzmiał pieprznie, gdy mówiła w bezkrajnej gwarze, stanowiącej swoistą mieszankę sławskiego i henańskiego. - Może uzna pan, że nie doceniłam pana troski. Jestem świadoma tego, jak znacznie pańska kopalnia przewyższa standardy w Bezkraju pod kątem praw pracownika, wysokości stawki dziennej, naprawdę to dostrzegam, ale...
- Ale jesteś w ciąży - stwierdził Kal, mimo wszystko z zaskoczeniem odnotowując jej elokwencję.
Roos kiwnęła głową. Jej twarz napięła się jeszcze bardziej.
- Oferuję wam za darmo ochronę - rzucił, podnosząc się gwałtownie z krzesła. Roos cofnęła się pod ścianę, ale on nawet na nią nie spojrzał, tylko zaczął okrążać stolik. - Za darmo możecie sobie dogadzać, wystarczy, że jedno z was podejdzie i weźmie kryształ ochronny z koszyka. Nie trzeba go trzymać w ręku, kładzie się go koło łóżka. To niezawodny sposób. Czemu, na wszystkich bogów, uznałaś, że nie skorzystasz z tej możliwości?
Blada twarz dziewczyny kontrastowała ze ścianą i resztą jej własnego ciała w groteskowy sposób. Jej oczy zdawało się, że nie mają wyrazu, jakby emocje ich nie sięgały.
- Wiara mi nie pozwala - wymamrotała. Odchrząknęła cicho. - Magia jest... zła. Jeśli człowiek raz się jej tknie, ta zaraza ogarnia jego ciało na zawsze.
Dokładnie taką odpowiedź Kal spodziewał się usłyszeć, ale mimo wszystko zaklął. Ile razy będzie jeszcze słyszał takie bzdury? Czy naprawdę ci wszyscy kaznodzieje od siedmiu boleści nie mogliby się odczepić od magii, raz na zawsze?
- Zabierz swoje rzeczy i zaczekaj na mnie przed waszym budynkiem - burknął, a Roos odetchnęła cicho.
Odniósł wrażenie, że zaszkliły jej się oczy, ale kiwnęła głową i uciekła z pomieszczenia. Kal miał nadzieję, że teraz zapłakana pójdzie do sypialni, którą dzieliła z innymi kobietami, i opowie im, jaki szef był wściekły, gdy się dowiedział. O to mu chodziło. Niech się boją. Niech się dobrze zastanowią, zanim wzgardzą ochronnymi kryształami.
Kal wziął kilka oddechów. Religijne dyrdymały przerastały jego rozumienie. Roos wydawała się mądra i z pewnością była utalentowana w zakresie drobnych, manualnych prac - widział, jak lepi z gliny, o którą nietrudno było w górzystym Bezkraju, najróżniejsze naczynia, figurki i ozdoby. Była zdolna, ale zamierzała to wszystko zaprzepaścić... dla bogów, którzy nie zechcieli się nad nią ulitować i sami ją ochronić przed niechcianą ciążą. Kal pokręcił głową. Takich ludzi zawsze było mu najbardziej szkoda, tego całego potencjału zmarnowanego przez wiarę.
Gdy wychodził z gabinetu, zerknął przez okno. Dzień kończył się, topiąc wieczorne słońce w złotym blasku rdzawego morza. Dzień nigdy nie zwleka, zawsze kończy się wtedy, gdy powinien.
Kal też nie zwlekał. Lubił poczucie wykonanego obowiązku, nawet jeśli był to obowiązek nieprzyjemny, dlatego zacisnął zęby i skierował się prosto do budynku, w którym sypiały jego pracownice.
?
Bogna
Dobruchna wpadła przez drzwi swojego domu, pierwszego od strony lasu w wiosce. Oparła się drżącymi dłońmi o stół w izbie jadalnej. Ciemna plama na jej ubraniu rosła z każdą chwilą, krew cieknąca z rany w podbrzuszu wsiąkała w gęsto tkany materiał.
- Co się dzieje?! - Bogna natychmiast do niej podbiegła.
- Zapytał mnie o imię i kto się mną... - wysypała - a potem ...
Dobrusia zemdlała. Bogna złapała ją w ostatniej chwili, zanim twarz dziewczyny uderzyła o stół.
Panika próbowała wtargnąć do jej serca, ale Bogna zamknęła przed nią drzwi. Przyłożyła dłoń do krwawiącego miejsca na ciele bratanicy. Rano kazała jej udać do sąsiedniej wioski po kozie mleko. Taki był układ - ich wioska hodowała krowy, a sąsiedzi kozy. Wymiana i współpraca pozwalały obu wioskom przetrwać. Dobrusi długo nie było, ale Bogny to wcale nie dziwiło. W sąsiedniej wiosce miała wielu przyjaciół i gdy już tam zaszła, potrafiła z nimi długo siedzieć, a jeśli na domiar wszystkiego poczęstowali ją winem, potrafiła nawet wrócić po zmroku. Odkąd dostała kryształ, czasami wracała nawet w środku nocy, zakradając się do pokoju po cichu w nadziei, że ojciec tego nie zauważy.
Bogna wiedziała o tym, ale przymykała na to oko, w końcu Dobrusia była jeszcze młoda i kiedy miała się bawić, jak nie teraz?
Jej myśli szybko zawirowały, gdy wyczuła, że puls dziewczyny słabnie. Len naturalnej barwy, z którego miała spódnicę, był już cały szkarłatny. Pospiesznie spróbowała leczniczego zaklęcia - pierwszego, które przyszło jej do głowy - ale na marne. Rana nie przestała krwawić.
- Na przodków! - zawyła.
- Bogusia? - Mikosław wyszedł z łaźni. Zbladł, gdy jego wzrok padł na Dobruchnę. - Co do...
Nagle jednak podniósł oczy, które po chwili zamarły w wyrazie przerażenia.
- Ogień!
Bogna spojrzała przez okno. Cały las stał w płomieniach. Musieli uciekać. Natychmiast!
Przyłożyła dłoń do twarzy Dobrusi i wyszeptała zaklęcie po raz drugi, tym razem inne, ale również nie podziałało. Było za słabe. Bez ziół i olejów zaklęcia rzadko miały właściwą moc, ale musiała spróbować. Przecież nie da rady teraz przygotować właściwej mieszaniny, ani nawet zdobyć odpowiednich ziół.
- Ja ją zabiorę, a ty weź małego - rzucił pospiesznie Miko. - Nic poza tym!
Miko podniósł z ziemi Dobrusię, a Bogna, przełykając łzy, rozejrzała się za Leszkiem. W końcu go wypatrzyła. Wcisnął się w kąt z kciukiem wetkniętym w usta, jakby próbował zlać się ze ścianą i zniknąć. Serce zakłuło ją, gdy zbliżyła się i zobaczyła, że płacze.
- Hej, nie płacz - mruknęła, biorąc go w objęcia. Leszek był sierotą od niedawna i cała wioska podejmowała wysiłki, próbując się nim na przemian zajmować, odkąd jego rodzice zginęli w pożarze. W tym tygodniu to na Miko i Bognę padła kolej opieki nad chłopcem. - Wszystko będzie dobrze, Leluszku.
- A co z Dobrusią? Czemu leci z niej krew? - wychlipał i zasłonił twarz dłońmi. - Czemu ona nic nie mówi?!
Bogna przełknęła ślinę i wzięła głęboki wdech.
- Z nią też wszystko będzie w porządku, a teraz chodź. Musimy wyjść z domu, bo w lesie jest pożar, a z ogniem nie ma żartów. Dobrze?
Leszek kiwnął głową, więc podniosła go i wybiegła na podwórze śladem Miko. Obejrzała się za siebie. Ogień był już bardzo blisko, płomienie strzelały spomiędzy szmaragdowych drzew do samego nieba - jakby wyłaniały się z gardzieli rozeźlonych smoków. Bogna drgnęła, ale pilnowała się, żeby nie było po niej wydać lęku. Była pewna, że dom spłonie. Leszek na razie nie musiał o tym wiedzieć.
- Bogna, rusz się! - zawołał Miko.
Zamrugała, otrząsając się z letargu i ruszyła biegiem, aż zdyszana zrównała się z nim, mijając resztę uciekających przed ogniem ludzi. Dobrusia była coraz bledsza, a Bogna nawet bez dotykania jej wyczuwała, jak jej dusza wymyka się z ciała. Zacisnęła usta.
- Musimy się zamienić - mruknęła.
- Nie dźwigniesz jej. - Miko pokręcił głową.
- A ty jej nie pomożesz. Dam radę.
Miko przystanął, przygryzając wargę.
- Zbierz zioła, byle szybko - powiedział, a ona kiwnęła głową i poczęła zrywać, co tylko się natrafiło. Pokrzywa zapiekła ją w dłoń, rumianek z kolei stracił część płatków, gdy go schwytała, ale nie baczyła na to. Ścisnęła w garści wszystkie zioła i przyłożyła dłoń do Dobruchny. Szeptała słowa, które znała na pamięć, słowa wyuczone i wyćwiczone latami praktyki magicznej. To było długie zaklęcie, a z tych rzadko korzystała - wymagały więcej energii i skupienia niż te krótkie, ale przy braku olejów i właściwych ziół nie miała wyboru.
Odetchnęła, gdy krew przestała sączyć się z rany na brzuchu dziewczyny. Nie było to wiele, ale nie uleczy jej w pełni bez całego zestawu magicznych przyborów.
- Na przodków - wymamrotał Miko głosem drżącym od przerażenia.
Otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie. Nigdy wcześniej tak na nią nie patrzył - jakby właśnie nastąpił koniec. Bogna dostrzegła za jego plecami otaczających zewsząd ich wioskę konnych, ubranych w ciężkie, metalowe zbroje. Było ich wielu, zdecydowanie za dużo, żeby bez wsparcia mogła ich obezwładnić zaklęciem. Ustawili się przed uciekającymi ludźmi w rzędzie, zagradzając drogę, która prowadziła przez szeroką rzekę i pola. Za rzeką i polami na pewno byliby już bezpieczni.
To nie był przypadkowy pożar. Teraz Bogna była tego pewna.
Rozejrzała się rozpaczliwie po otoczeniu. Pokrzywa i rumianek nie nadawały się do czarnej magii. Do zabijania potrzebne były konkretne zioła, a nikt w okolicy takich nie hodował. Mogła co najwyżej skorzystać z wyrastającego przy płotach ostu, ale zaklęcie na samym oście będzie bardzo słabe. Poza tym, jak miałaby ich wszystkich wymordować? Było ich zbyt wielu. Ludka, druga wiedźma, która mieszkała we wsi, zajmowała się tylko magią uzdrowicielską. Na pewno nie miała pojęcia o czarach, które odbierały życie, więc na nią też Bogna nie mogła liczyć.
- Nie pozwolimy wam przejść - odezwał się jeden z jeźdźców, gdy najliczniejsza z rodzin wystąpiła do przodu i spróbowała podejść bliżej do kordonu zbrojonych.
Wszyscy nagle zaczęli krzyczeć, protestować, a jeden z mężczyzn podbiegł i zamachnął się na jeźdźca siekierą.
Ten się uchylił i w odwecie uniósł coś w powietrze - krótką, zakrzywioną metalową rurę z drewnianą rączką - po czym wystrzelił z tego jak z małej armaty, rozrywając wystrzałem twarz mężczyzny.
Któraś z kobiet zawyła w tłumie, ale reszta zamarła.
Nigdy nikt z nich nie widział takiej broni. Broni, z której można było strzelać.
Bogna nie chciała tego słuchać, ani patrzeć na to, co się działo. Gorączkowo próbowała zerwać oset, trzymając jednocześnie wyjącego coraz głośniej Leszka. Obok niej Miko zastygł pod wpływem trwogi. Dym unosił się w powietrzu i wkradał do jej gardła. Zaraz wszyscy spłoną!
- Ogień oczyszcza, a was, grzeszników, trzeba oczyścić - obwieścił jeździec, wycierając rękawem krew ze zbroi. - Nasza broń niesie w sobie ogień. Możecie zginąć od niej albo od płomieni, które rozprzestrzeniają się za wami.
Prychnęła pod nosem. Kolejni opętańcy, tylko że ci spalili jej dom. Jeszcze tego pożałują. Przycisnęła do siebie mocniej Leszka.
Zacisnęła dłoń na zerwanym chwaście. Piekło, ale to dobrze, to znaczyło, że oset był w rozkwicie. Zamknęła oczy. Zamruczała pod nosem.
Gdy podniosła się wrzawa, Bogna otworzyła oczy. Jeden z jeźdźców padł na ziemię. Pozostali natychmiast unieśli własną broń, taką samą jak ta, która zabiła mężczyznę z jej wioski. Było ich wystarczająco, żeby okrążyć ich małą społeczność.
- Ty!
Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, trzech jeźdźców było już przy niej.
- Zostawcie! - ryknęła, gdy zaczęli wyrywać jej chłopca. Jeden z nich wyciągnął sztylet, który szybko znalazł się na szyi chłopca, podczas gdy pozostali oderwali od niego jej ręce. Płacz cisnął jej się na usta, ale przełknęła go. - Nie róbcie mu krzywdy - wymamrotała. Leszek krzyczał i płakał, ale odstawili go nietkniętego na ziemię. Pozwoliła oplątać się łańcuchami, starając się nie słuchać wrzasków swojego brata.
Zaczęła walczyć dopiero, gdy zbliżyli się do reszty konnych. Szarpała się, a z jej gardła wydobywał się zwierzęcy warkot, aż w końcu jeden z porywaczy uderzył ją w twarz odzianą w metal pięścią. Zawyła z bólu, a w głowie kręciło jej się tak bardzo, że trudem stała.
- Puśćcie ją! - To był głos Leszka, zapłakany głos przerażonego dziecka. Jeśli serce jeszcze jej nie pękło, to stało się to właśnie teraz.
Jeździec, który zastrzelił mieszkańca jej wioski, przysunął ją do siebie. Nie widziała jego twarzy zza srebrnej maski, ale z pewnością wykrzywiał się w podobnym obrzydzeniu jak ona sama.
- Jesteś wiedźmą? - zapytał z pogardą.
- Tak - odparła i splunęła mu w twarz.
Pozostali jeźdźcy zaczęli coś krzyczeć. Używali obcego języka, ale po tonie mogła się domyślić kierowanych do niej obelg.
- Ile masz cykli?
Przełknęła ślinę. Z rękoma splątanymi łańcuchami nie mogła rzucić żadnej klątwy - nie mogła zerwać żadnych ziół. Ci jeźdźcy musieli o tym wiedzieć.
- Spójrz na mnie i sam się domyśl, chłopcze - wykrzywiła usta w grymasie, który miał być parodią uśmiechu. - Zapleciny miałam tak dawno, że ktokolwiek się urodził w ich dniu, jest już dorosłym człowiekiem.
Mężczyzna nagle zniżył głos i zapytał ledwie słyszalnym szeptem:
- Bogna? Uczennica Wyszeniegi?
Bogna zamarła z szeroko otwartymi oczami. Skąd ten brutal wiedział, kim była?
Kiwnęła jednak głową. Może w końcu się doigrała. Wiedźmy zajmujące się szemranymi sprawami, takie jak ona, najwięcej zarabiały, ale też najszybciej ginęły. Zwykle padały ofiarą czyjegoś gniewu lub zemsty, nikt nie wysyłał po nie uzbrojonych oddziałów.
Jego dłoń zacisnęła się na strzelającej broni i Bogna zrozumiała, że zamierza ją zabić. Patrzyła mu w oczy, wiedząc, że w jej własnych nie było strachu. Rzucała mu wyzwanie. Nie zamierzała okazywać lęku komuś takiemu jak on.
W jego oczach coś mignęło, dłoń opadła wzdłuż boku.
- A więc nie jesteś adeptką. Doskonale się nadasz - odezwał się głośno, jakby jego poprzednie pytanie nie miało miejsca. Otaksował ją spojrzeniem, więc znowu się szarpnęła. Splunęła, ale tym razem się uchylił. Objął spojrzeniem mieszkańców wioski. - Wasza wiedźma to źródło grzechu. Splamiliście się, bratając się z nią. Jednakże znajcie nasze miłosierdzie! Uwolnimy was od tej przewiny ogniem. Cierpienie oczyszcza, poświęcenie gwarantuje miejsce u boku Kreatora. Kreator przyjmie wasze dusze w swe ramiona z radością. Jej zaś... nic nie ocali. - Rzucił Bognie jeszcze jedno spojrzenie pełne odrazy.
- Nie! - wydarło się jej z gardła.
Drżała na całym ciele, po jej twarzy spływały łzy. Rzuciła się w kierunku rodziny, ale łańcuchy ani drgnęły. Spojrzała na Leszka, Dobrusię i na Miko. Ogień był tuż za nimi. Część ludzi próbowała uciec, bo płomienie lizały ich po piętach, ale jeźdźcy uniemożliwiali to, otaczając wioskę półkręgiem. Niektórzy już wrzeszczeli, trawieni przez żar.
Spłoną. Oni spłoną.
Ostatkiem sił ruszyła przed siebie, ale jeździec pociągnął za jej łańcuch i upadła twarzą w ziemię. Zawyła. Podniósł ją szarpnięciem i przysunął bliżej końskiego boku, a następnie - choć wierzgała się, ile sił - przytrzymał w miejscu.
Stała tam, bezużytecznie bezpieczna, z dala od pożaru, od skwierczących na żywym ogniu ciał, i czuła, jak z każdym kolejnym wrzaskiem wszystkich jej bliskich umiera jej serce. Rzuciła błagalne spojrzenie jeźdźcowi. W jego oczach pojawiło się coś - cień litości.
Zamachnął się raz i celnie, odrywając ją od rzeczywistości.
?
Kal
Nie miał daleko. Między dormitorium kobiet a samą kopalnią odległość była bardzo niewielka - już on sam o to zadbał. Podobnie miała się sprawa z budynkiem, w którym mieszkali mężczyźni, choć ten był o wiele starszy. Kiedyś w nim żyły także kobiety - w tamtych czasach nie dla wszystkich zawsze trafiały się miejsca na łóżku. Dopiero gdy Kal przejął kopalnię, zaczął budowę nowego, lepszego dormitorium, w którym ulokowały się pracownice kopalni.
Był też jeszcze jeden budynek, położony ponad godzinę drogi od kopalni, ale o nim wiedzieli nieliczni.
Już z oddali Kal dojrzał Roos. Przyciskała do siebie malutką torbę, w której pewnie miała kilka ubrań, szczoteczkę do zębów, mydło i grzebień. Im był bliżej niej, tym wyraźniej widział posępny niepokój w jej oczach i posturze. Odepchnął od siebie nagły przypływ współczucia.
"Dobrze, bardzo dobrze" - pomyślał. - "Na pewno nastraszyła koleżanki".
- Idziemy - rzucił, gdy była wystarczająco blisko, by go dosłyszeć. - Szykuje się długa droga, więc polecam się uzbroić w cierpliwość.
- Dokąd idziemy? - zapytała.
Nie odpowiedział, a ona nie ponowiła pytania, tylko dreptała za nim.
Kal odbywał te wycieczki przynajmniej raz w tygodniu, ale nowa ciężarna zdarzała się stosunkowo rzadko. Roos była druga od początku cyklu. Czasami, gdy prowadził "nową", musiał odpowiadać na natarczywe pytania albo ignorować rozpaczliwe błagania. Czasami słuchał o rzekomo wielkiej miłości, jaką do danej biedaczki pałał któryś z jego pracowników. Czasami zaś szedł w takiej pełnej napięcia ciszy jak teraz, gdy lęk odbierał dziewczynie mowę.
Westchnął cicho i obrócił głowę. Roos wbijała spojrzenie w ziemię, z ustami zaciśniętymi tak mocno, że pobladły jej wargi.
- Nie bój się. Nie stanie ci się żadna krzywda - powiedział.
Kiwnęła głową i posłała mu grymas, który chyba miał być uśmiechem. Nie dziwił się, że mu nie uwierzyła. Skoro najpierw zrobił wszystko, żeby się bała, to nie mógł się teraz spodziewać, że jednym zdaniem przekona ją do spokoju.
W końcu budynek, do którego zmierzali, wyłonił się zza zakrętu. Jak wszystkie budowle w Bezkraju, ten także wyglądał, jakby ktoś go "wcisnął" w skaliste zbocze góry. Miał trzy piętra, a im piętro było wyższe, tym miało większą powierzchnię, sprawiając wrażenie, jakby rozchylał się ku górze. Budynek zbudowany był cały z lokalnej odmiany gnejsu - światło słoneczne wydobywało z kamienia złociste żyłki, przez które nazywano centralną część Bezkraju Złotym Pasmem. W tej dość nietypowej odsłonie - budynku zlewającego się ze skałami - kamień robił jeszcze większe wrażenie niż zwykle.
Oczywiście, Kal wiedział, że wykonanie takiej budowli wymagało magii. Bez magii nic podobnego nie mogłoby powstać ani się utrzymać, dlatego, gdy zaczęto stawiać pierwsze ściany lecznicy dla ciężarnych, upewnił się, że wszystko było nadzorowane przez jedną z czarownic pracujących w kopalniach.
Osoby takie jak Roos gardziły magią, nie wiedząc, że bez niej nie miałby nawet gdzie spać.
- Co to za miejsce? - zapytała dziewczyna, gdy byli już na tyle blisko, by widzieć ruch za oknami.
Znowu nie odpowiedział. Tlen w wysokich górach był dobrodziejstwem i towarem niemal luksusowym. Nie chciał go marnować na czcze gadanie, a przynajmniej tak sobie wmawiał.
Gdy podeszli pod same drzwi budynku, oddech Roos stał się znacznie cięższy, choć teren wciąż był płaski.
- Nie musisz się tak denerwować - powiedział. - Tu jest bezpiecznie.
Nagle, zanim Kal zdążył zapukać, drzwi się otwarły i wybiegł przez nie mały chłopiec.
- Wracaj! - Ciemnowłosa Henanka wypadła z budynku tuż za nim, nie zwracając uwagi na Kala i Roos.
Kal ją rozpoznał, oczywiście, ale nie miał w zwyczaju witać się z każdym pracownikiem z osobna, więc wszedł do budynku bez słowa. Roos wciąż za nim dreptała, pogrążona w milczeniu, jakby bała się o cokolwiek więcej zapytać. Korytarz, którym szli, był pełen drzwi - jedne prowadziły do jadalni, inne do bawialni, gdzie matki z dziećmi mogły wypoczywać, jeszcze inne mieściły szkółkę porodową i sypialnie ciężarnych. Na samym końcu znajdywały się schody, a na pierwszym piętrze położona była szpitalna część budynku.
Gdy weszli na piętro, trafili na ciężarną, która rozmawiała cicho z uzdrowicielem. Medyków pracujących w lecznicy było sporo, ale Aseel był pierwszym zatrudnionym przez Kala - i jego jedynym przyjacielem, chociaż może ten termin opisywał ich relację nieco na wyrost. Oboje zaczynali jako zwykli pracownicy w kopalni, więc trzymali się razem także później. Lubili się, ale łączyły ich niemal czysto biznesowe stosunki. Rzadko rozmawiali o czymś innym niż o pracy.
- Dobry wieczór! - Aseel posłał Kalowi ciepły uśmiech, którym zaraz obdarzył także chowającą się za nim kobietę. - Nowy nabytek?
- Na to wygląda. - Kal odwrócił się do Roos. - Z powodu ciąży nie możesz pracować dłużej w kopalni, więc przez najbliższy czas będziesz tutaj. No, chyba, że nie chcesz. Możesz się spakować i odejść, ja ci nie zabronię, ale nie polecam, najbliższa karczma jest dwie mile stąd. Przed zmrokiem nie dojdziesz.
Roos wciąż wpatrywała się w Kala, mrugając pospiesznie oczami, więc odchrząknął. Brak reakcji z jej strony nieco go zirytował.
- Możesz tu liczyć na odpoczynek, jedzenie, ubrania i środki higieny oraz oczywiście opiekę uzdrowicieli. Gdy twoje dziecko ukończy rok, będziesz musiała opuścić ośrodek. Na start dostajesz pieniądze i transport w wybrane miejsce w obrębie Wielkiego Lądu. Polecam Sławię, w Henanie krzywo patrzą na uchodźców. Więcej nie jestem w stanie zaoferować - wyrzucił z siebie. Miał poczucie, jakby to było za mało, chociaż wiedział przecież, że w innych kopalniach ciężarne kobiety dostawały jeden dzień wolnego - na poród - o ile ich pracodawca nie zdecydował się ich zwolnić, gdy dowiedział się o ciąży.
Roos wciąż nic nie mówiła. Kalowi nie pozostało nic innego, jak burknąć jeszcze:
- Zaczekam tu na wyniki twoich badań. Czasami potrzebne są lekarstwa, wówczas najszybciej jest, gdy to ja je bezpośrednio załatwię - dodał, czując potrzebę usprawiedliwienia swojego wścibstwa. Roos kiwnęła tylko głową i po chwili Kal został już sam z własnymi myślami, a lekarz i nowa pacjentka zniknęli w głębi korytarza.
Kal wyjrzał na zewnątrz przez coś, co trudno było nazwać oknem - przeszklona ściana, która wychodziła na strome zbocza gór, odbijała wieczorne słońce. Pamiętał, ile wysiłku włożył w zbudowanie tego budynku i jak dużo złota kosztowała ściana zrobiona w całości ze szkła. Dzięki niej nawet w najkrótsze dni roku mieszkające tu kobiety miały dużo słońca i ciepła.
Ani przez chwilę, nawet w najgorszych momentach, nie żałował tego, że zdecydował się wybudować dormitorium dla kobiet i lecznicę dla ciężarnych. Nie była to popularna praktyka w Bezkraju, gdzie nie było prawnych norm, granice między terytoriami były niejasne i sporne, a najważniejsza z obowiązujących zasad brzmiała: "umiesz liczyć, licz na siebie - umiesz myśleć, myśl o sobie". Kal też ją stosował, w pewnym sensie. Liczył tylko na siebie, może trochę na Ige, ale nie za bardzo. Myślał o sobie więcej, niż by tego pragnął. Wiedział, że uzbierał już wystarczająco dużo, żeby móc to wszystko zostawić. W końcu mógł pomyśleć o dniu, w którym opuści Bezkraj i nigdy, przenigdy do niego nie wróci.
- Kal?
Aseel pojawił się w korytarzu sam, bez Roos. Jego zmarszczone czoło i ostrożne spojrzenie sprawiły, że Kalowi przewróciło się w żołądku. Nakazywał sobie wiele razy nie przejmować się losem swoich pracowników, ale wciąż nie osiągnął nawet pierwszego stadium znieczulicy.
- Coś nie tak? - mruknął Kal, a Aseel przekrzywił głowę.
- Ze zdrowiem dziewczyny wszystko w porządku - odparł. - Ona jest z Seriru, prawda? Nie odpowiada na moje pytania, więc nie jestem pewien.
- Tak, z tego co wiem, jest z któregoś nadmorskiego miasteczka.
- To uważaj, bo znalazłem u niej tatuaż Zakonu. - Aseel ściszył głos. - Uwierz mi, nie chcesz ludzi Zakonu wśród swoich pracowników.
Kalowi nagle zacisnęło się gardło, więc przełknął ślinę. Wiedział, że nie powinna była go ta informacja zaskoczyć, a jednak nie spodziewał się, że ta zaraza tak szybko dosięgnie jego szeregów.
- Muszę z nią porozmawiać, w takim razie - powiedział wreszcie. Aseel posłał mu surowe spojrzenie, więc dodał: - Spokojnie, nie będę jej denerwować.
- Zawołam ją. Ale nie spodziewaj się dowiedzieć zbyt wiele - dorzucił na odchodnym i zniknął za drzwiami, za którymi znajdowała się jedna z medycznych izb.
Po chwili w tych samych drzwiach pojawiła się Roos. Jej sarnie oczy bez cienia przerażenia, którego tam oczekiwał, przebiły balon współczucia Kala cienką igiełką. Rozdrażnienie zadrapało go w gardło.
- Mam kilka pytań - zaczął, a Roos natychmiast zacisnęła usta i pokręciła głową. Uniósł brwi. - Posłuchaj, pozwalam tu być wszystkim ciężarnym kobietom, ale to jeszcze nie oznacza, że jestem głupi. Nie mogę się zgodzić na to, żeby ktoś prał mózgi moim pracownicom. Zasługują na spokój. Potrzebowałbym kilka odpowiedzi na temat Serirczyków, którzy...
Nagle wydarzyło się coś, czego Kal się nie spodziewał. Coś gwałtownego i ognistego pojawiło się w spojrzeniu Roos, jakby opadła z niej maska tak długo noszona, że prawdziwa twarz zaczęła wydawać się dziwna.
- Będę wierna swojemu ludowi aż do śmierci. Niczego ci nie powiem - syknęła.
Cios w brzuch nie mógłby go zaskoczyć bardziej.
Roos nie była tą bezbronną dziewczyną, którą Kal tu przyprowadził. Nie mógł uwierzyć, że dał się nabrać na tamtą farsę, ale gra aktorska była wyjątkowo przekonująca. Bolało też niespodziewane odkrycie, że sam postawił się w pozycji opiekuna i troskliwego pana. Gdyby zszedł z tego piedestału wcześniej, może zauważyłby, że Roos zachowuje się dokładnie tak, jak tego oczekiwał, a to zawsze powinno wzbudzać podejrzenia.
Zacisnął zęby. Jak mógł się dać tak nabrać?
- Na pewno? - Po jego dobrej woli i cierpliwości nie zostało nawet echo. - Nadal będziesz tak myśleć, jak zaczniesz rodzić sama w leśnej dziczy? Domyślam się, że twój poród przypadnie na okres największych śniegów, pewnie coś koło drugiej pełni przyszłego cyklu, prawda? Rozumiem, że pozwolisz, żeby twoje dziecko zamarzło na głębokim mrozie?
Roos rzuciła mu tak jadowite spojrzenie, że z trudem powstrzymał wzdrygnięcie. Nic nie odpowiedziała.
- Namyśl się - powiedział, czując, jak gniew trochę opada. Roos urodzi dziecko, które nie jest przecież winne szaleństwa własnej matki. Mógł ukarać ją, ale czy byłby zdolny objąć taką karą niewinne istnienie? - Na tę chwilę pozwolę ci tu zostać, ale niech się dowiem, że mieszasz w głowach innym kobietom... wylądujesz za drzwiami. Wrócę za kilka dni i będę chciał wtedy usłyszeć odpowiedzi na kilka pytań. Jeśli ponownie odmówisz, spakujesz swoje rzeczy i upewnisz się, żebym cię nigdy więcej nie widział na oczy.
Rozsądek musiał podpowiadać dziewczynie, że powinna mu zdradzić to, co chciał wiedzieć, ale po wyrazie determinacji na jej twarzy domyślał się już, jak trudno będzie wyciągnąć te informacje.
?