Pochodzenie magii - Aleksandra Sadura

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Liyen

Jedno spoj­rze­nie na sio­strę wy­star­czyło, żeby strach ją spa­ra­li­żo­wał. Oczy Gayen za­szły mgłą, gdy jej wzrok błą­dził, jakby drżała na gra­nicy po­mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, nie­pewna, w którą stronę po­pchnie ją los.

Liyen w gło­wie po­wta­rzała mo­dli­twy do wszyst­kich trzech bo­giń, w na­dziei, że choć jedna wy­słu­cha, choć jedna się zli­tuje.

Jej sio­stra nie mo­gła umrzeć.

- Przyj! - po­le­ciła aku­szerka. Gayen kiw­nęła głową, a Li do­strze­gła, jak sio­stra znowu od­pływa. Wy­raź­nie tra­ciła przy­tom­ność.

- Gayen, hej! - krzyk­nęła, igno­ru­jąc ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie matki. - Je­ste­śmy cały czas obok!

Głowa sio­stry opa­dła na po­duszki, i choć Gayen ewi­dent­nie parła, to wciąż wy­da­wała się... poza rze­czy­wi­sto­ścią, jakby ktoś wy­ssał jej esen­cję, zo­sta­wia­jąc samo ciało, które bez­myśl­nie wy­ko­ny­wało po­le­ce­nia.

- Gayen, nie umie­raj - wy­krztu­siła Liyen, ła­piąc sio­strę za dłoń. Skóra Gayen była śli­ska i lepka jed­no­cze­śnie, i prze­ra­ża­jąco zimna. - Bła­gam!

To naj­wy­raź­niej prze­brało miarkę ro­dzi­ciel­skiej wy­ro­zu­mia­ło­ści, bo za­raz Li zna­la­zła się na ko­ry­ta­rzu, wy­rzu­cona z po­koju ro­dzą­cej.

- Co ty so­bie wy­obra­żasz? - syk­nęła matka. Jej grube, czarne brwi zmarsz­czyły się gniew­nie, cho­ciaż Gali z rodu Ty­grysa nie mu­siała ro­bić ni­czego, aby wy­glą­dać groź­niej. Li prze­łknęła ślinę, na co matka fuk­nęła z obu­rze­nia. - Twoja tchórz­li­wość jest ujmą na ho­no­rze na­szego rodu. Gayen nie po­trze­buje two­ich ję­ków. Zo­sta­niesz tu, aż po­jawi się dziecko.

Po czym wró­ciła do po­koju, zo­sta­wia­jąc Liyen samą na ko­ry­ta­rzu.

Dziew­czyna wes­tchnęła ci­cho i oparła się o ścianę. Po­my­ślała, już nieco mniej wzbu­rzona, o sio­strze - o tym, jak z jed­nej strony draż­niła ją ko­niecz­ność za­wie­sze­nia pracy z po­wodu dziecka, z dru­giej jed­nak cie­szyła się, że bę­dzie mieć córkę. Oczy­wi­ście, w teo­rii mógł też tra­fić się chło­piec, ale cały ród Ty­grysa długo mo­dlił się do bo­giń o córkę. Matka i sio­stra miały pew­ność, że nie od­rzucą ich próśb. W końcu Gayen była dzie­dziczką z rodu Ty­grysa, rodu wiel­kich wo­jow­ni­czek oraz dy­plo­ma­tek. Chłopcy rzadko się zda­rzali w dzie­jach ich ro­dziny, z czego też, jak są­dziła Liyen, po czę­ści po­wstało wy­obra­że­nie o jego wy­jąt­ko­wo­ści.

Roz­my­ślała o tym, jak to bę­dzie mieć sio­strze­nicę, jak dumne będą Gali i Gayen, gdy dziew­czynka pój­dzie w ślady jed­nej z nich. Kim­kol­wiek by nie zo­stała - wo­jow­niczką czy dy­plo­matką - przy­nie­sie Ty­gry­sowi cześć i chwałę.

Coś, czego Liyen ani nie chciała, ani nie za­mie­rzała ro­bić.

- Przyj! - Wrzask przedarł się przez drzwi i Li ze­sztyw­niała, my­ślami wra­ca­jąc do sio­stry wal­czą­cej o ży­cie.

Je­śli aku­szerka ka­zała jej przeć, to Gayen nie mo­gła jesz­cze umrzeć. Poza tym, była wie­lo­krot­nie na­gra­dzaną wo­jow­niczką, od­ważną, nie­ustra­szoną wręcz. A czym się po­ród róż­nił, tak na­prawdę, od wy­gra­nej walki? Ból, pot, znój, ry­zyko śmierci... Wszystko się zga­dzało.

- Wi­dzę główkę! - Roz­legł się krzyk aku­szerki. Li przy­warła do drzwi, pró­bu­jąc uspo­koić drże­nie dłoni.

Ko­lejny bo­le­sny wrzask, a po­tem ci­sza, nic, jakby świat się za­trzy­mał - aż do czasu, gdy Li usły­szała płacz dziecka. Ulga nie­mal zmio­tła ją z nóg, więc usia­dła pod drzwiami, obej­mu­jąc rę­koma trzę­sące się ko­lana.

Aku­szerka od­chrząk­nęła gło­śno za drzwiami, więc Li przy­sta­wiła ucho do drew­nia­nych de­sek.

- To chło­piec. Ma twoje usta.

Za­marła, tra­wiąc tę in­for­ma­cję, wmu­sza­jąc ją w sie­bie. Naj­ła­twiej by­łoby ją od­rzu­cić, uda­wać, że tego nie usły­szała, ale za­kli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści nie miało sensu.

Gayen prze­żyła. I uro­dziła chłopca.

Serce tłu­kło o jej pierś tak bar­dzo, że lekka, je­dwabna bluzka fa­lo­wała de­li­kat­nie na jej biu­ście. Dla­czego bo­gi­nie po­ka­rały jej ród? Czy to kara za to, że Liyen, do­pusz­cza się czy­nów nie­do­zwo­lo­nych?

Twarz za­pie­kła ją, gdy ta myśl prze­mknęła jej przez głowę. Nie, prze­cież nie mo­gło o to cho­dzić. Gayen nie była winna jej grze­chów.

Drzwi się uchy­liły ze skrzyp­nię­ciem i Li po­de­rwała się na nogi. Wci­snęła się w szcze­linę, na­tych­miast kie­ru­jąc spoj­rze­nie na świeżo upie­czoną matkę.

- Po­win­naś go tro­chę po­trzy­mać. - Aku­szerka wci­snęła Gayen w ra­miona wrzesz­czą­cego nie­mow­laka. Przez chwilę było w domu sły­chać tylko szloch dziecka, aż w końcu Gayen się ode­zwała.

- Oto Ga­ran z rodu Ty­grysa - mruk­nęła ci­cho, ale na tyle gło­śno, że po­zo­stałe trzy ko­biety w po­miesz­cze­niu do­sły­szały ją i kiw­nęły gło­wami.

- Niech Jaus oświeci mu drogę - po­wie­działa sta­now­czo matka.

- Niech Pry­twi za­pewni mu zdro­wie i do­bro­byt. - Głos Liyen był le­d­wie sły­szalny, jak zwy­kle. Jak Gayen i matka to ro­biły, że za­wsze brzmiały na tak pewne sie­bie?

- Aby za­wsze słu­żył Ry­cie, a Ryta jemu - do­dała aku­szerka. - Na­karm go, Gayen, po­tem za­niosę go do Ran­sila. Że­byś mo­gła od­po­cząć.

Gayen kiw­nęła głową i po­woli przy­sta­wiła nie­mow­laka do le­wej piersi. Skrzy­wiła się, gdy Ga­ran za­czął ssać. Liyen miała ochotę za­py­tać, czy to boli, ale sio­stra na pewno by ją wy­śmiała, a matka wście­kłaby się, że córka śmie choćby za­su­ge­ro­wać, że ko­biety Ty­grysa mają ja­kie­kol­wiek sła­bo­ści.

Gayen wy­raź­nie ode­tchnęła z ulgą, gdy skoń­czyło się kar­mie­nie. Aku­szerka za­wi­nęła dziecko w je­dwabną chu­stę i za­brała. W po­koju za­pa­dła ci­sza, która na­pie­rała Li na bę­benki.

- Je­steś bar­dzo blada - oce­niła matka, pod­no­sząc się z krze­sła. Po­de­szła do Gayen. - Przy­niosę ci her­batę, żeby służba się tu nie krę­ciła.

- Nie trzeba... - jęk­nęła Gayen ochry­płym gło­sem.

Ale Gali z rodu Ty­grysa ni­gdy nie słu­chała swo­ich có­rek ani ni­kogo in­nego - nie li­cząc ce­sa­rzo­wej. Po­de­szwy jej bu­tów za­skrzy­piały o pod­łogę i już jej nie było.

Gayen wbiła spoj­rze­nie w ścianę. Bal­da­chim sze­ro­kiego łóżka z ciem­nego drewna, na któ­rym le­żała, rzu­cał na nią cień, a czer­wone ptaki na ta­pe­cie za nią wy­da­wały się dziw­nie znie­kształ­cone - po­dob­nie jak rysy twa­rzy sio­stry, uświa­do­miła so­bie Liyen. Po raz pierw­szy w ży­ciu wi­działa ją tak bli­ską pła­czu.

- Wy­da­jesz się... nie­zbyt szczę­śliwa - wy­mam­ro­tała Li.

Gayen prze­wró­ciła oczami.

- A czego się spo­dzie­wa­łaś? Uro­dzi­łam syna. Co za plu­ga­stwo! - Spoj­rzała jej pro­sto w oczy, prze­le­wa­jąc na nią cały jad, całą złość i żal, ja­kie zgro­ma­dziła w so­bie w ciągu nocy. - Po­win­nam te­raz się po­zbyć Ran­sila, ale je­stem do niego przy­wią­zana. Mu­szę to prze­my­śleć.

Li aż się cof­nęła. Spo­dzie­wała się gniewu i roz­cza­ro­wa­nia, ale... nie tak ogrom­nego. Nie tej nie­na­wi­ści, którą usły­szała w jej gło­sie.

- Nie prze­sa­dzasz tro­chę? Uro­dzi­łaś chłopca, a nie po­twora.

Gayen za­ci­snęła szczęki.

- To za­ska­ku­jące - wark­nęła - że star­cza ci re­zonu na wy­po­wia­da­nie nie­wła­ści­wych uwag, ale ni­gdy na po­wie­dze­nie kilku zdań z sen­sem.

Liyen spur­pu­ro­wiała. Gayen za­wsze stała bar­dziej po stro­nie matki, ale nie miała prawa mó­wić tak o in­nej córce Ty­grysa. Ri­po­sta za­zgrzy­tała Li mię­dzy zę­bami, ale za­bra­kło jej od­wagi, żeby ją ubrać w słowa.

Wbiła spoj­rze­nie w swoje dło­nie. Nie chciała do­kła­dać sio­strze, która była już wy­star­cza­jąco zdru­zgo­tana. Jed­nak gdy Gayen spo­strze­gła, że Li sku­bie rę­kaw qi­pao, trza­snęła ręką w tacę, na któ­rej aku­szerka po­ło­żyła czy­ste pie­luszki.

- Och, na li­tość bo­ską! Jak za­czniesz pła­kać, to cię ude­rzę! Zbierz się do kupy!

Li pod­nio­sła na nią oczy. Nie było w nich łez - tylko lo­do­wata fu­ria, która wy­krzy­wiała jej twarz.

- Przy­kro mi, że dziecko speł­niło two­ich ocze­ki­wań - wy­ce­dziła. Prze­łknęła ślinę i do­dała: - Ale pa­mię­taj, że ja też nie mu­szę ich speł­niać.

- Wiem, że nie mu­sisz. - Gayen opa­dła z po­wro­tem na po­duszki. - Ale mu­sisz speł­niać ocze­ki­wa­nia matki. A pod tym wzglę­dem aku­rat się z nią zga­dzam.

- O mnie mowa?

Matka sta­nęła w drzwiach z por­ce­la­no­wym czaj­ni­kiem do her­baty i czte­rema czar­kami.

- Tak. Przy­po­mi­na­łam tylko Liyen, kim jest i co to ozna­cza - wes­tchnęła Gayen. - Dzię­kuję.

- Pij - mruk­nęła matka. Liyen wy­raź­nie zo­ba­czyła, że zmru­żyła oczy w ten cha­rak­te­ry­styczny, za­tro­skany spo­sób. - Za­stra­sza­nie Li nic nie daje. Nie psuj so­bie ner­wów w tak waż­nym dniu.

- Cały czas tu je­stem - wark­nęła Li, po czym wstała i bez słowa wy­szła z po­koju.

Drzwi nie za­mknęły się za nią do końca i choć ku­siło ją, żeby pójść do wła­snej sy­pialni, to cie­ka­wość wzięła górę. Chciała wie­dzieć, co ta­kiego po­wie Gayen matce.

- Jak się czu­jesz? - Głos matki był oschły, a bez­na­miętny ton prze­czył sło­wom, które su­ge­ro­wały, że dbała o stan swo­jego dziecka. - Je­steś chłodna.

- Noce w he­nań­skich gó­rach na­wet la­tem są zimne - skwi­to­wała, ale wi­docz­nie matka mu­siała po­słać jej jedno z tych swo­ich spoj­rzeń, bo do­dała: - Je­stem roz­go­ry­czona.

- Wiem. Jak so­bie z tym ra­dzisz?

Znowu ci­sza i, po chwili - po­cią­gnie­cie no­sem. Gayen chyba się roz­pła­kała. Liyen ni­gdy nie wi­działa, jak sio­stra pła­cze, ale wie­działa, że cza­sem to robi.

- Kiep­sko - przy­znała ci­cho. - Tyle na­dziei i ta­kie roz­cza­ro­wa­nie.

- To do­piero pierw­sze dziecko. Pro­blem bę­dzie, je­śli dru­gie też bę­dzie chłop­cem. Chyba że na spe­cjalną prośbę ce­sa­rzowa wyda zgodę na trze­cie dziecko... po­dobno w bar­dzo rzad­kich przy­pad­kach...

- Ja już wię­cej nie chcę, mamo. Jedno wy­star­czy. Mu­szę wra­cać do woj­ska. Je­stem tam po­trzebna - po­wie­działa Gayen. - Nie chcę już wię­cej.

Jej głos się zła­mał, ła­miąc też serce Liyen.

- Po­win­ność nad wolę, córko. Pa­mię­taj o tym. - Głos matki za­da­wał ciosy cel­nie. - Mam już jedną córkę, która się do ni­czego nie na­daje. Li jest i bę­dzie bez­u­ży­teczna. Któ­raś z was musi być godna swo­jego rodu. To za­szczyt być wo­jow­niczką, ale o wiele więk­szą chwałę przy­nie­sie ci córka, która także nią zo­sta­nie.

Li jest i bę­dzie bez­u­ży­teczna.

Te słowa nie po­winny były jej za­bo­leć. Mo­gła się ich spo­dzie­wać. A jed­nak... za­dały ranę, która krwa­wiła, to­piąc Li w oce­anie cier­pie­nia.

Od dawna wie­działa, że matka tak o niej my­śli, ale nie są­dziła, że dzieli się tą opi­nią z kim­kol­wiek. Może - może ja­kaś mała, nie­malże nie­wi­dzialna część niej wie­rzyła, że matka da­rzy ją ja­ki­mi­kol­wiek cie­płymi uczu­ciami. Że jest zła i sfru­stro­wana ni­ja­ko­ścią młod­szej córki, ale gdzieś w głębi jed­nak ko­cha ją mimo tego.

Te­raz nie ro­zu­miała, jak mo­gła mieć na­dzieję na choćby cień mat­czy­nej mi­ło­ści. Gala z rodu Ty­grysa uwa­żała za­wsze, że cie­płe uczu­cia roz­mięk­czają lu­dzi, że czy­nią ich sła­bymi. Dla­czego Li są­dziła, że matka zgo­dzi­łaby się na ja­ką­kol­wiek szcze­linę w li­tej skale swo­jego cha­rak­teru, na choćby naj­mniej­szą sła­bość?

Do­tych­czas była na­iwna i głu­pia. Nad­szedł czas, żeby z tym skoń­czyć.

?

Bo­gna

Zmierzch le­d­wie zdą­żył za­paść, gdy ktoś za­pu­kał do drzwi Bo­gny.

Pod­nio­sła oczy znad gru­bej księgi, którą od prze­szło go­dziny stu­dio­wała. Prze­tarła twarz. Mu­siała się za­ga­pić, chyba znowu za­po­mniała zjeść pod­wie­czo­rek. Zmru­żyła po­wieki. Te­raz przy­po­mniało jej się, że jesz­cze nie­dawno w ca­łym domu pach­niało plac­kiem z wi­śniami, już pew­nie ostat­nim w tym roku. Miko krzy­czał, żeby so­bie wzięła ka­wa­łek, jak wy­sty­gnie.

Uśmiech­nęła się lekko. Co­kol­wiek cze­kało ją z dru­giej strony drzwi, za­wsze bę­dzie mo­gła po­cie­szyć się po­tem ka­wał­kiem do­mo­wego cia­sta z owo­cami.

Na­ci­snęła klamkę.

- Słu­cham? - Wyj­rzała za drzwi.

Krok przed pro­giem stała po­bla­dła ko­bieta koło czter­dziestki. Deszcz spły­wał stru­mie­niami po jej gło­wie, skle­ja­jąc rzęsy w cia­sne kępki, a włosy przy­le­pia­jąc do twa­rzy. Kiedy za­częło pa­dać? To też Bo­gna mu­siała prze­ga­pić.

- Na­zy­wam się... Wy­sze­niega.

- Wiem, kim je­steś, chyba. Je­steś żoną cie­śli, tego bez dwóch pal­ców u dłoni - mruk­nęła Bo­gna. Tamta tylko ski­nęła.

Prze­pu­ściła ko­bietę w drzwiach, po czym za­trza­snęła je za nią. Usia­dła po­spie­sze­nie na swoim krze­śle przy biurku, jed­nak jej klientka wciąż stała, naj­wy­raź­niej nie chcąc sia­dać po jego dru­giej stro­nie.

Ko­bieta kiw­nęła głową, a po­tem zwie­siła ją. Wstrzą­snęły nią dresz­cze, ale do­piero po chwili Bo­gna zro­zu­miała, że to przez szloch. Ko­bieta za­no­siła się pła­czem.

- Je­steś tu bez­pieczna. Moje za­klę­cia to gwa­ran­tują - skła­mała.

- Po­trze­buję po­mocy - wy­krztu­siła.

One wszyst­kie po­trze­bo­wały. Więk­szość klien­tów przy­by­wała do Bo­gny po zmroku, jakby się spo­dzie­wali, że ich grzeszki i prze­winy w ciem­no­ściach mniej pla­mią ich su­mie­nia.

- Słu­cham - po­wtó­rzyła.

Wy­sze­niega wresz­cie zde­cy­do­wała się usiąść. Na­tych­miast sku­liła się w kłę­bek.

- Je­stem w ciąży.

Bo­gna ode­tchnęła lekko.

- Cóż, to ża­den pro­blem, usu­wa­nie ciąży to nic ta­kiego. Za­raz bę­dzie po krzyku, ni­czego nie po­czu­jesz - od­parła, uspo­ko­jona, ale ko­bieta drgnęła z obłę­dem bły­ska­ją­cym w oku.

- Nie! - Po­de­rwała się, ale za­raz znowu opa­dła na krze­sło.

Bo­gna cof­nęła się lekko, mu­ska­jąc mięk­kie, obite lnem opar­cie. Z każdą ko­lejną chwilą w to­wa­rzy­stwie Wy­sze­niegi na­ra­stał w niej nie­po­kój.

Prze­łknęła ślinę.

- W po­rządku, to jak mogę ci po­móc?

- Ja... to nie jest dziecko mo­jego męża - wy­krztu­siła wresz­cie Wy­sze­niega. Spoj­rzała na Bo­gnę, naj­wy­raź­niej ocze­ku­jąc ja­kiejś re­ak­cji, ale ona mil­czała.

Bo­gna nie miała w zwy­czaju oce­niać swo­ich klien­tów. Teo­re­tycz­nie mo­głaby to ro­bić. Może na­wet ro­biła to w pierw­szych la­tach swo­jej dzia­łal­no­ści, gdy była jesz­cze młoda i prze­peł­niona wiarą w naj­róż­niej­sze bzdury. Z cza­sem jed­nak na­uczyła się kilku cen­nych rze­czy o lu­dziach. Pierw­szą i naj­waż­niej­szą lek­cją była ta, że każdy czło­wiek uwa­żał się za ko­goś spe­cjal­nego, in­nego, dla kogo po­winno się ro­bić wy­jątki. Dla­tego wła­śnie, je­śli cho­dziło o lu­dzi, nie było re­guł. Bo­gna wo­lała nie szu­flad­ko­wać zbyt ka­te­go­rycz­nie, ma­jąc świa­do­mość, że ona sama ni­gdy nie tra­fi­łaby do szu­flady z tymi "do­brymi".

- Ro­zu­miem, ale skoro nie chcesz go usu­wać...

- Chcę, żeby mój mąż my­ślał, że to jego. To czwarty księ­życ, więc już za późno, że­bym mo­gła co­kol­wiek zro­bić sama w tej kwe­stii, je­śli ro­zu­miesz - wy­mam­ro­tała, zwie­sza­jąc głowę. Prze­tarła twarz dłońmi. - Ktoś mi po­wie­dział, że umiesz za­ła­twić coś ta­kiego.

Bo­gna po­ki­wała głową.

- Umiem za­ła­twić wiele rze­czy - mruk­nęła. - Cóż. To nie jest ta­nia usługa i nie jest ła­two cze­goś ta­kiego do­ko­nać. Mu­szę za­szcze­pić w twoim mężu wspo­mnie­nie po­czę­cia tego dziecka. A to jest skom­pli­ko­wane. Będę po­trze­bo­wać cze­goś, co jest jego, naj­le­piej włosa. Twój włos też mi się przyda.

- Ale... to moż­liwe?

Bo­gna po­słała jej po­cie­sza­jący uśmiech.

- Tak, ale mu­sisz dać mi czas do ju­tra. Mu­szę się do tego przy­go­to­wać, za­szcze­pia­nie wspo­mnień to ry­zy­kowna sprawa. Zro­bię wy­war - wy­tłu­ma­czyła. - I go za­cza­ruję. Po­dasz to mę­żowi. I to wy­star­czy. Bę­dzie uwa­żał, że dziecko jest jego. Bę­dzie, hmm, pa­mię­tał jak je spło­dził. Tylko uwa­żaj, żeby nikt inny się tego nie na­pił.

Wy­sze­niega po­de­rwała się na nogi i uści­snęła Bo­gnę tak mocno, że zro­biło się jej tro­chę nie­do­brze. Głód za­czy­nał ssać ją w żo­łądku.

- Mo­ment, jesz­cze mu­simy usta­lić cenę - wy­du­siła Bo­gna, wy­ry­wa­jąc się z ob­jęć ko­biety.

Ta na­tych­miast zmar­kot­niała. Bo­gna po­wstrzy­mała się przed unie­sie­niem brwi. Wszy­scy tacy byli, chęt­nie ko­rzy­stali z jej usług, ale o wiele mniej­szy en­tu­zjazm wy­ka­zy­wali, gdy przy­cho­dził mo­ment za­płaty.

- No do­brze. Ile to bę­dzie kosz­to­wać?

- Dwie sztuki złota. - Wy­sze­niega zro­biła się jesz­cze bled­sza. Bo­gna wie­działa, że ją na to stać, ale do­my­ślała się, że bę­dzie mu­siała te pie­nią­dze ukraść ze wspól­nego ma­jątku. Może bę­dzie mu­siała wy­my­ślić ja­kieś kłam­stwo, żeby wy­tłu­ma­czyć mę­żowi znik­nię­cie tych dwóch sztuk złota. Prawda była jed­nak taka, że każde kłam­stwo po­cią­gało za sobą ko­lejne. Nie można było zdra­dzić ko­goś i li­czyć, że uda się to za­tu­szo­wać bez dal­szych kosz­tów.

- Wy­ży­wie­nie mo­jej ro­dziny przez ty­dzień tyle kosz­tuje - syk­nęła Wy­sze­niega. Na­gle nie była już taka zroz­pa­czona, nie, te­raz w jej oczach tlił się gniew. - Na co sa­mot­nej wiedź­mie tyle pie­nię­dzy?

- Po­trze­bu­jesz mo­jej po­mocy czy nie? - od­parła Bo­gna spo­koj­nie. - Od razu ci po­wiem, że Lu­do­sława ci nie po­może. Ona się nie para czarną ma­gią.

- Wiem - wy­ce­dziła Wy­sze­niega przez zęby. - To do niej po­szłam w pierw­szej ko­lej­no­ści.

- To się za­sta­nów. Chcesz po­mocy, to wróć tu rano z wło­sem męża i swoim, i dwoma sztu­kami złota. A jak nie chcesz, to drzwi są tam. Je­stem głodna, więc nie każ mi cze­kać na swoją de­cy­zję - fuk­nęła Bo­gna.

Wy­sze­niega za­ci­snęła szczęki, po czym za­mio­tła pod­łogę lnia­nym far­tu­chem w ko­lo­rze rdzy i wy­szła, trza­ska­jąc wy­mow­nie drzwiami.

Bo­gna wes­tchnęła pod no­sem. Nie po­trze­bo­wała te­raz pie­nię­dzy, ale nie mo­gła po­zwo­lić na to, żeby po wsi ro­ze­szła się plotka, ja­koby pra­co­wała za darmo. Ozna­cza­łoby to tylko dwie rze­czy: jesz­cze wię­cej rosz­cze­nio­wych klien­tów i ogól­nie, jesz­cze wię­cej klien­tów.

Poza tym, była pewna, że żona cie­śli wróci tu z dwoma sztu­kami złota, a gdyby Bo­gna po­pro­siła ją o cztery, to przy­nio­słaby cztery. Lu­dzie byli go­towi za­pła­cić każdą cenę za ukry­cie swo­ich grzesz­ków.

Dzi­wiło ją to, że miesz­kańcy jej wio­ski bez mru­gnię­cia okiem pła­cili Ludce, która spe­cja­li­zo­wała się w uzdra­wia­niu zwie­rząt i lu­dzi. Naj­wy­raź­niej nie uwa­żali, że Ludka ma obo­wią­zek im po­ma­gać. My­śleli tak na­to­miast o Bo­gnie - że, skoro już zde­cy­do­wała się wy­cią­gać lu­dzi z bar­dzo trud­nych sy­tu­acji, po­winna to ro­bić za darmo. Tak, jakby praca Ludki była bar­dziej godna wy­na­gro­dze­nia.

A może to po pro­stu uprze­dze­nia wo­bec czar­nej ma­gii spra­wiały, że lu­dzie nie chcieli za nią pła­cić. Albo na­wet uprze­dze­nia wo­bec sa­mej Bo­gny, bo prze­cież wró­ciła do ro­dzin­nych stron po tylu la­tach tu­łaczki po ca­łej Sła­wii, co zro­dziło na jej te­mat naj­pi­kant­niej­sze, naj­okrut­niej­sze plotki.

Jed­nak prawdę mó­wiąc, gdzie nie po­szła, na­po­ty­kała tę samą nie­chęć do pła­ce­nia za swoje usługi.

Lu­dzi szo­ko­wało, że Bo­gna ocze­kuje wy­na­gro­dze­nia za ukry­wa­nie ich grze­chów - praw­do­po­dob­nie dla­tego, że, skoro dzie­lili się z nią swoją ta­jem­nicą, to li­czyli na ra­bat w kwe­stii fi­nan­so­wej. Do tego wnio­sku do­szła po chwili na­my­słu.

- Zjesz coś? - Inne drzwi, te pro­wa­dzące w głąb domu, otwo­rzyły się i sta­nęła w nich Do­bru­sia, jej bra­ta­nica. - Przy­nio­słam ci ka­wa­łek pie­czeni, szare klu­ski i cia­sto. To z wi­śniami, co ta­tuś upiekł.

- Dzię­kuję. - Bo­gna po­słała jej uśmiech pe­łen wdzięcz­no­ści. Miko miał ta­lent ku­li­narny, o ja­kim ona sama mo­gła co naj­wy­żej po­ma­rzyć.

Do­bru­sia po­dała jej ta­lerz i za­mknęła za sobą drzwi, po czym usia­dła koło Bo­gny przy jej biurku.

- Cio­ciu - za­częła, a Bo­gna prze­czuła już, o co po­prosi. - Czy mo­gła­bym do­stać... No wiesz...

- Krysz­tał ochronny?

Do­bru­sia naj­pierw sze­roko otwo­rzyła oczy, ale za­raz kiw­nęła głową. Jej po­liczki po­ciem­niały, ale nie opu­ściła wzroku. Bo­gna po­czuła ukłu­cie sa­tys­fak­cji. Miała na­dzieję, że Miko nie wy­chowa jej na pło­chliwą osobę, i fak­tycz­nie, wy­ro­sła na pewną sie­bie, dziar­ską młodą ko­bietę.

Bo­gna spo­dzie­wała się już od dłuż­szego czasu, że Do­bru­sia przyj­dzie po krysz­tał. Ojca ra­czej nie po­pro­si­łaby o coś ta­kiego - było to jed­nak odro­binę krę­pu­jące. Nie­mniej jed­nak Miko mu­siał się spo­dzie­wać, że ten czas na­dej­dzie. Do­bru­sia zbli­żała się do osiem­na­stego cy­klu. Mu­siała się w końcu za­in­te­re­so­wać tym te­ma­tem.

Bo­gna otwo­rzyła górną szu­fladę biurka i wy­cią­gnęła drew­nianą szka­tułkę, w któ­rej trzy­mała różne ka­mie­nie i krysz­tały. Wy­cią­gnęła z niej sfe­ryczny, nie­duży mleczny ka­myk.

- To ka­mień księ­ży­cowy. Nie mu­sisz go no­sić, wy­star­czy, że po­ło­żysz go w po­bliżu. Oczy­wi­ście, im bli­żej bę­dzie cie­bie, tym lep­sza sku­tecz­ność, ale odło­że­nie go na szafkę koło łóżka ra­czej nie zmieni dużo - uśmiech­nęła się cie­pło, wci­ska­jąc jej go w dłoń. - Uwa­żaj na sie­bie.

Do­bru­sia tylko ski­nęła głową, ale na jej ustach czaił się cień uśmie­chu.

- Dzię­kuję - bąk­nęła, po czym od­su­nęła krze­sło i już jej nie było.

Bo­gna wes­tchnęła ci­cho i za­brała się za pla­cek z wi­śniami. Za­wsze za­czy­nała od de­seru, nie lu­biła cze­kać na naj­lep­sze do sa­mego końca. Zer­k­nęła też do kubka, z któ­rego ula­ty­wała para. Do­bru­sia nie za­pa­rzyła jej ziół, przy­nio­sła sam wrzą­tek.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, po czym prze­krę­ciła klucz w jed­nej z szu­fla­dek i otwo­rzyła ją. Wy­cią­gnęła z niej her­batę, coś, co sta­no­wiło istny ra­ry­tas w Sła­wii. Ro­ślina ta nie ro­sła tu na­tu­ral­nie - upra­wiana była na dużą skalę tylko w He­na­nie, z któ­rym Sła­wia nie pro­wa­dziła w za­sa­dzie żad­nej wy­miany han­dlo­wej, oraz w Se­ri­rze, ale tam było jej mało, dla­tego też miała wy­soką cenę. Bo­gna za­ra­biała jed­nak wy­star­cza­jąco, żeby po­zwo­lić so­bie na luk­sus jed­nej szklanki her­baty co kilka dni, przy­rzą­dza­jąc na­par z tych sa­mych li­ści przy­naj­mniej dwa razy, żeby oszczę­dzać dro­go­cenny skład­nik. Cza­sami gry­zły ją wy­rzuty su­mie­nia, że nie dzie­liła się tym z bra­tem i bra­ta­nicą - ale wie­działa, że nie chcie­liby ni­czego od niej. Do­kła­dała się do wy­dat­ków na ży­cie tyle, ile za­żą­dał Miko. Do­dat­kowo, od­kąd za­miesz­kała tu na po­czątku zimy po­nad pół cy­klu temu, jej brat uwol­nił się od ko­biet z wio­ski po­lu­ją­cych na jego pie­nią­dze i zie­mię. Bo­gaty wdo­wiec, który nie miał jesz­cze czter­dzie­stu cy­kli, za to miał już do­ro­słą córkę i żad­nych in­nych zo­bo­wią­zań, za­wsze in­te­re­so­wał miesz­kań­ców wsi. Bo­gna jed­nak od­stra­szała inne ko­biety. Zresztą nie tylko ko­biety. Jak każda nie pa­ra­jąca się uzdra­wia­niem wiedźma od­stra­szała w za­sa­dzie wszyst­kich.

Prze­wró­ciła oczami, wbi­ja­jąc wi­de­lec w je­dze­nie. Dla­tego wła­śnie wo­lała mia­sta. Umy­słowa cia­snota spo­łecz­no­ści z jej wio­ski, ale także z każ­dej in­nej, w ja­kiej zdą­żyła miesz­kać przez trzy­dzie­ści sześć cy­kli swo­jego ży­cia, iry­to­wała ją i ogra­ni­czała. Poza tym, w mia­stach można było udać się do bi­blio­tek, do miejsc, gdzie można było upa­jać się wie­dzą jak naj­lep­szym nar­ko­ty­kiem. I być może to wła­śnie wie­dza była naj­lep­szym nar­ko­ty­kiem. W końcu można było się od niej uza­leż­nić. O tym Bo­gna zdą­żyła się już prze­ko­nać na wła­snej skó­rze.

?

Liyen

Liyen ode­tchnęła do­piero, gdy za­mknęła drzwi do swo­jego po­koju. Czuła na so­bie wzrok ty­grysa na­ma­lo­wa­nego na su­fi­cie. Jego oczy i cała po­stawa zda­wały się mó­wić: bądź godna, bądź dra­pieżna. Za­drżała, gdy po­my­ślała o po­ro­dzie Gayen, o jej wrza­skach i krwi. To nie wy­ma­gało god­no­ści ani dra­pież­no­ści, tylko od­wagi, a Li nie na­le­żała do od­waż­nych.

Je­śli mia­łaby być ze sobą szczera, to dra­pież­no­ści i god­no­ści rów­nież w so­bie nie miała. Po nie­mal dzie­więt­na­stu cy­klach na­wet jej to już nie prze­szka­dzało. Tylko matka i Gayen wście­kały się z tego po­wodu. Wie­działa, że ni­gdy nie bę­dzie dla nich wy­star­cza­jąca. Na­wet star­sza sio­stra była nie dość do­bra dla matki, więc jak Liyen mo­głaby star­to­wać w tej kon­ku­ren­cji? Gali z rodu Ty­grysa chciała, żeby córki były jesz­cze lep­sze niż ona, ale miała tak wy­so­kie mnie­ma­nie o so­bie, że do­ro­śnię­cie do jej wy­ma­gań zda­wało się nie­moż­liwe.

Ga­łąź skrob­nęła w na­są­czone ole­jem okno z gru­bego pa­pieru. Liyen od­wró­ciła głowę, prze­cze­su­jąc spoj­rze­niem te kilka po­rząd­nych, bu­ko­wych me­bli, które stały w po­koju. Poza łóż­kiem, se­kre­ta­rzy­kiem, kil­koma pół­kami na książki i dużą ko­modą ni­czego tu nie było - He­nanki ce­niły so­bie su­ro­wość także w kwe­stii wy­stroju wnętrz. Jej oczy na chwilę spo­częły na ko­mo­dzie, na któ­rej przy­szy­ko­wała tra­dy­cyjny upo­mi­nek dla świeżo upie­czo­nej matki - drew­niany grze­byk, który sama wy­rzeź­biła w ro­dowe wzory, ale Gayen uro­dziła syna, więc da­wa­nie jej pre­zentu by­łoby te­raz nie­tak­tem. W końcu zer­k­nęła na okno, gdy ga­łąź jesz­cze raz o nie ude­rzyła. Dwa razy to za dużo jak na przy­pa­dek.

Po chwili wa­ha­nia po­de­szła do okna po­woli, ostroż­nie, jakby się bała, że skrzy­piące de­ski zdra­dzą jej za­miary. W od­dali, za war­stwą pa­pieru, świt otu­lał swoim de­li­kat­nym do­ty­kiem mgli­sty kon­tur stro­mych zbo­czy he­nań­skich gór.

Prze­łknęła ślinę. "Nikt nie wie, więc nikt nie może się do­my­ślić" - po­wta­rzała so­bie. To nie było roz­sądne, bać się od­kry­cia cze­goś, na co nikt by na­wet nie wpadł, ale tak to już było z se­kre­tami. Za­wsze wi­dzimy na­sze ta­jem­nice w oczach in­nych jak w lu­strze.

Liyen prze­krę­ciła klamkę okna. Świeże, nocne po­wie­trze po­czuła na twa­rzy chwilę przed tym, jak do jej ust przy­ci­snęły się inne. Po­głę­biła po­ca­łu­nek. Na chwilę za­po­mniała o przy­kro­ściach, ale gdy w końcu się wy­pro­sto­wała, wspo­mnie­nia po­ranka ude­rzyły w nią z siłą młota wy­do­by­wa­ją­cego dźwięk z gongu.

- Cześć Ra­tri. - Ra­tri, bo­gini nocy, chro­niła w ciem­no­ściach wszyst­kie ludz­kie ta­jem­nice.

- Cześć jej na wieki. - od­parła Liyen, zgod­nie z he­nań­skim zwy­cza­jem. - Skąd na­gle tak ofi­cjal­nie? - Ich po­wi­ta­nia rzadko były tak pom­pa­tyczne, zwy­kle w ogóle nie za­wie­rały słów.

- Po­dobno twoja sio­stra uro­dziła? Niech bo­gi­nie bło­go­sła­wią.

- Tak, uro­dziła - wes­tchnęła Liyen - chłopca, nie­stety. Nie wiem, co te­raz zro­bię z tym grze­by­kiem, nad któ­rym się mo­zo­li­łam przez kil­ka­na­ście ostat­nich dni... Może po­da­ruję go matce na uro­dziny.

- Chłopcy też są po­trzebni, Li. - Ogna wy­pro­sto­wała się, prze­su­wa­jąc po­śla­dek ka­wa­łek da­lej. Te­raz czę­ściowo sie­działa już na we­wnętrz­nym pa­ra­pe­cie okna, przy­ci­ska­jąc się do Li.

- Po­trzebni czy nie, ich na­ro­dziny świad­czą o po­gar­dzie Pry­twi dla ro­dziny! Matka nie była za­do­wo­lona, nie mó­wiąc na­wet o Gayen...

- To straszna głu­pota. - Ogna prze­wró­ciła oczami. - Prze­cież nie de­cy­du­jemy, czy uro­dzi się chło­piec czy dziew­czynka. I wiem, że ła­two mi mó­wić, ale to nie ma naj­mniej­szego sensu, żeby ko­bie­tom tyle było wolno, a męż­czy­znom nic.

- To ko­biety ro­dzą dzieci. Ich nad­rzęd­ność jest dość oczy­wi­sta. - Liyen zmarsz­czyła brwi, ale Ogna tylko po­krę­ciła głową.

- A męż­czyźni są w sta­nie roz­wi­nąć więk­sze mię­śnie od ko­biet. Są sil­niejsi. Mo­gliby cho­ciaż być trak­to­wani na równi z ko­bie­tami.

- Może i są sil­niejsi, ale prze­cież praw­dzi­wej po­tęgi im­pe­rium nie bu­duje się mię­śniami, tylko głową, a do­bry wo­jow­nik sta­wia przede wszyst­kim na umie­jęt­no­ści. Poza tym obie do­brze wiemy, że ko­bieta jest bar­dziej wy­trzy­mała na ból. No i męż­czyzn jest ła­two roz­pro­szyć, wy­star­czy ko­bieta w oto­cze­niu, żeby my­śleli mniej trzeźwo. W drugą stronę nie ma tego pro­blemu.

Ogna przez chwilę mil­czała, wpa­tru­jąc się w gwiazdy i w ośnie­żone szczyty ska­li­stych gór, aż w końcu mruk­nęła:

- Nie ma sensu znowu się o to kłó­cić, co?

Li uśmiech­nęła się gorzko.

- Nie. Mam gor­sze pro­blemy na gło­wie. Cią­gle my­ślę o Gayen i o tym, że te­raz na­dzieje na prze­dłu­że­nie na­szego rodu wszy­scy będą po­kła­dać we mnie.

- Gayen na pewno bę­dzie mieć dru­gie dziecko i wtedy może...

- Prze­stań - prych­nęła Liyen, po­ły­ka­jąc łzy. - I tak będę mu­siała wyjść za mąż.

Li uwiel­biała dzieci i bar­dzo pra­gnęła je mieć, ale ko­niecz­ność jed­no­cze­snego zwią­za­nia się z ja­kimś męż­czy­zną kom­plet­nie ją od­rzu­cała. Le­piej by­łoby już żyć z Ogną bez dzieci, niż zo­stać żoną, ale ta­kiego wy­boru nie mo­gła do­ko­nać. Je­dyną sen­sowną opcją było ka­płań­stwo, które umoż­li­wiało unik­nię­cie za­mąż­pój­ścia. In­nej ścieżki, która bez­względ­nie sank­cjo­no­wała bez­dziet­ność i pa­nień­stwo do śmierci, nie było.

Li miała jed­nak nie­ja­sne prze­czu­cie, że to nie miało więk­szego zna­cze­nia, jaką ścieżkę wy­bie­rze. Od lat wie­działa o czymś, o czym ni­gdy ni­komu nie po­wie­działa. Cza­sem my­ślała, że jej się to przy­śniło, tam­ten dzień, tamta ko­bieta i jej dziwne słowa bez sensu. Miała jed­nak na­dzieję, że to była prawda... Cza­sami myśl o tym, że przy­szłość wciąż miała dla niej w za­na­drzu coś wy­jąt­ko­wego była je­dyną, jaka trzy­mała ją przy ży­ciu.

- Je­steś Ty­gry­sicą. Będą się o cie­bie za­bi­jać. - Ogna po­słała jej uśmiech, który nie się­gnął oczu. - Gdy­bym mo­gła, wal­czy­ła­bym ra­zem z nimi. I wy­gra­ła­bym. A po­tem, cóż, zro­bi­ła­bym dużo rze­czy, dzięki któ­rym ni­gdy nie chcia­ła­byś wy­cho­dzić z domu.

Liyen mi­mo­wol­nie par­sk­nęła śmie­chem.

- Cie­kawe, jaką ścieżkę mu­sia­ła­bym wy­brać, żeby to było moż­liwe.

- Ścieżkę ko­chanki, oczy­wi­ście - za­śmiała się Ogna, ale po chwili uci­chła.

"To miej­sce za­bija każdy uśmiech" - po­my­ślała Liyen. Przy­po­mniała jej się sio­stra. Wi­działa na jej twa­rzy uśmiech tylko raz - je­den raz - gdy wró­ciła z bi­twy o Śnieżną Prze­łaj i po­wie­działa, że wy­grała.

- Masz wiel­kie szczę­ście, że nie spo­czywa na to­bie ta­kie brze­mię - burk­nęła Liyen. - Nie mu­sisz wy­bie­rać ścieżki. Nie mu­sisz ro­dzić dzieci. Mąż daje ci ochronę przed po­dej­rze­niami.

Oczy Ogny zwę­ziły się, a z jej spoj­rze­nia wy­pa­ro­wał cały en­tu­zjazm.

- Mo­żemy uciec. Wiesz, że mo­żemy - po­wie­działa ci­cho Ogna. - W Sła­wii jest miej­sce dla ta­kich jak my.

- Mój ród ni­gdy nie pod­niósłby się po ta­kiej hań­bie. Poza tym, skąd ta pew­ność, że bę­dziemy tam bez­pieczne? Sła­wia to na­ród bez żad­nej kul­tury, żyją tam jak dzi­kusy. Prak­ty­kują ma­gię i nie mają kró­lo­wej ani na­wet króla, za nic mają smoki, uwa­żają je za równe lu­dziom. To bar­ba­rzyńcy, po­zba­wieni wiary i bru­talni do tego, bo prze­cież wszyst­kie He­nanki, które tra­fiają do Sła­wii, skła­dane są w ofie­rze.

- To tylko po­gło­ski. Na­prawdę uwa­żasz, że Sła­wia­nie, któ­rzy tak sza­nują na­turę, mo­gliby skła­dać ko­go­kol­wiek w ofie­rze?

- Matka by mnie ni­gdy nie okła­mała - syk­nęła ci­cho Liyen. - Skoro tak mówi, to tak jest.

- A ja są­dzę, że chro­ni­łaby cię przed prawdą, je­śli uzna­łaby ją za szko­dliwą. Na pewno czuje, że tu nie pa­su­jesz. To bije po oczach, że nie do końca je­steś jak inne ko­biety Ty­grysa. No i wiesz, twoja mama może się też my­lić, tak po pro­stu.

Dłoń Li za­ci­snęła się moc­niej na fra­mu­dze okna. Matka się nie my­liła. Może nie do końca we wszyst­kim Li się z nią zga­dzała, ale matka była tra­dy­cjo­na­listką i jej młod­sza córka także nią była - wy­łą­cza­jąc zwią­zek z Ogną. Tak na­prawdę Li nie czuła, żeby znowu aż tak sprze­ci­wiała się tra­dy­cji, spę­dza­jąc z czas z przy­ja­ciółką. Do­póki nie uciek­nie z domu, do­póki po­stąpi, jak na­leży, wy­bie­ra­jąc za pół cy­klu ścieżkę i męża, do­póty tra­dy­cji sta­nie się za­dość. A jed­nak Li czuła, że cho­ciaż nie chciała roz­cza­ro­wać matki i sio­stry, ro­biła to cią­gle. To były dro­bia­zgi, cza­sem uwagi, któ­rymi się dzie­liła, do­bór słów, a cza­sem izo­lo­wa­nie się od reszty ro­dziny, gdy nie da­wała już rady z nimi prze­by­wać. To były na­wet spoj­rze­nia albo wy­raz twa­rzy. W He­na­nie bez­po­śred­niość nie była w ce­nie. Wszystko, co ważne, za­wsze trzeba było wy­czy­ty­wać spo­mię­dzy wier­szy, wy­ła­wiać z oce­anu słów i ge­stów. Liyen była mi­strzy­nią w tej sztuce. Umiała zro­zu­mieć cu­dze emo­cje i my­śli po drgnię­ciu brwi albo za­ci­śnię­tych ustach.

- Nie opusz­czę ro­dziny - wy­mam­ro­tała w końcu Li. - Wiesz o tym.

Ogna od­su­nęła i po­krę­ciła głową.

- Kom­plet­nie tego nie ro­zu­miem. Jak może ci tak bar­dzo na nich za­le­żeć? Prze­cież gdyby się o nas do­wie­dzieli... wolę na­wet nie my­śleć, co mo­głoby się stać. To oni każą ci wyjść za mąż.

Li za­ci­snęła szczęki.

- Moja matka tego nie wy­my­śliła. Jest ofiarą tych sa­mych oby­cza­jów, co i ja. Trzeba się po pro­stu do­sto­so­wać.

- Nie ro­zu­miem cię cza­sami - szep­nęła Ogna, przy­su­wa­jąc się bli­żej. Przy­glą­dała się Li z mie­sza­niną żalu i fa­scy­na­cji, które roz­ja­śniały jej oczy in­ten­syw­nym bla­skiem. - Niby je­steś tu ze mną te­raz, ko­chamy się, je­ste­śmy ra­zem, cho­ciaż za­wi­sły­by­śmy za to, gdyby ktoś się do­wie­dział. Z dru­giej strony wal­czysz o prze­trwa­nie tego okrop­nego świata, który nie po­zwala nam ra­zem za­miesz­kać czy wziąć ślubu.

Li wzru­szyła ra­mio­nami, uda­jąc obo­jęt­ność, ale te słowa ją za­pie­kły. To była celna uwaga. Trudno było zna­leźć po­most, który sta­bil­nie po­łą­czyłby cześć i lo­jal­ność, ja­kie Li czuła wo­bec swo­jego rodu, oraz za­ka­zane uczu­cie do Ogny, które ten sam ród uznałby za obrzy­dli­wość.

- Ja też sie­bie nie ro­zu­miem - przy­znała Li, uśmie­cha­jąc się lekko. - Po pro­stu wiem, że ten ład, ten sys­tem, który mamy te­raz, jest trwały i sku­teczny. He­nan bu­do­wał go wie­kami, od­pie­ra­jąc ataki Sła­wian, wy­gry­wa­jąc wojny w Bez­kraju i opie­ra­jąc się wpły­wom z in­nych państw. Nie wiem, co by się wy­da­rzyło, gdyby ten sys­tem prze­stał funk­cjo­no­wać.

- My­ślę, że sta­łoby się to samo, co z twoją matką, gdyby się o nas do­wie­działa.

Liyen zdu­siła jęk. Gdyby jej matka wie­działa, za­ła­ma­łaby się. Li wie­lo­krot­nie wy­obra­żała so­bie tę kon­fron­ta­cję. Cza­sami w jej wy­obraźni matka do­sta­wała za­wału serca i Li do końca ży­cia była winna jej śmierci, a cza­sami za­bi­jała córkę w na­pa­dzie fu­rii. Żadna z tych opcji nie była ku­sząca. Li nie za­mie­rzała te­sto­wać lo­jal­no­ści matki wzglę­dem prawa i ce­sa­rzo­wej, po­wie­rza­jąc jej se­kret, za któ­rego do­trzy­ma­nie do­sta­łaby wy­rok śmierci.

- Masz na my­śli, że He­nan by się roz­padł?

- Ra­czej by się do­sto­so­wał i zmie­nił, bo nie miałby in­nego wy­boru, lu­dziom za bar­dzo za­leży na wła­snym pań­stwie, by tak ła­two do­pu­ścić do jego upadku. - Ogna uści­snęła jej ra­mię, ale szybko zsu­nęła dłoń ni­żej, w miej­sce, gdzie bio­dro i udo łą­czyły się. - Mu­szę za­raz wra­cać do kuchni, Li. Je­śli tylko chcesz dziś cze­goś wię­cej niż roz­mowy, to...

Liyen nie po­zwo­liła jej do­koń­czyć zda­nia.

?

Kal

Zbłą­kany, wie­czorny pro­myk roz­bły­snął w zło­tym okru­chu. Kal ob­ró­cił w pal­cach kru­szec, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie, po czym odło­żył go na stół, gdzie po­zo­stałe odłamki złota roz­rzu­cone były w nie­ła­dzie.

- Ige? - od­chrząk­nął. - Prze­li­czy­łem uro­bek. Cztery ty­siące dzie­więć­set dwa­na­ście un­cji.

Ige wy­ło­niła się z mroku. W ob­szer­nym po­miesz­cze­niu, które sta­no­wiło jed­no­cze­śnie ga­bi­net i miesz­ka­nie Kala, za­wsze umiała tak się usta­wić, że ła­two było za­po­mnieć o jej obec­no­ści. Jej ciało było jak na­czy­nie, które wy­peł­niał cień, gdy tylko po­trze­bo­wała znik­nąć. Wszy­scy jego pra­cow­nicy wie­dzieli o Ige, wie­dzieli o jej ist­nie­niu, ale dla wielu była le­gendą, ko­bietą-du­chem, któ­rej ni­gdy nie wi­dać.

Jak tego do­ko­ny­wała, tego Kal nie wie­dział, ale ni­gdy też jej nie py­tał. Nie­któ­rzy lu­dzie mieli po pro­stu taką zdol­ność - umieli być nie­wi­doczni i dys­kretni, gdy tylko tego po­trze­bo­wali. A przy­naj­mniej tak mu się zda­wało.

- Chcesz, że­bym ci po­gra­tu­lo­wała?

Iro­nia w jej gło­sie brzmiała nie­mal zwy­czaj­nie, jak kiep­ska, ale do­brze znana z dzie­ciń­stwa ko­ły­sanka.

- Chcę, że­byś po­in­for­mo­wała de­le­gatki z Pen­glaju, ile mamy na sprze­daż.

Ige przez chwilę mil­czała. Ja­sne loki, roz­sy­pane jak au­re­ola do­okoła głowy i szczu­pła, ale ru­miana twarz, kon­tra­sto­wały z jej su­ro­wym spoj­rze­niem i za­ci­śnię­tymi ustami.

- Mam je okła­mać? Wmó­wić im, że całe złoto, ja­kie masz na sprze­daż, po­cho­dzi z dzi­siej­szego urobku? - Ru­mie­niec na jej twa­rzy po­ciem­niał.

Kal rzu­cił jej znu­żone spoj­rze­nie.

- Wie­dzą, że nie sprze­damy im wszyst­kiego. I nie zga­dzaj się na żadne do­dat­kowe umowy. Tyle, ile im za­pro­po­nu­jemy lub nic.

- Pro­sisz mnie o nie­moż­liwe - wy­krztu­siła, za­ci­ska­jąc pię­ści. - Przy­po­mi­nam ci, że He­nanki, szcze­gól­nie te ze sto­licy, uwa­żają Bez­kraj za wła­sne te­ry­to­rium...

- No, ale re­alia są inne. Se­rir­czycy wy­ku­pili pra­wie cały mój to­war dwa dni temu, ale z tego, co wiem, szybko nie wrócą po wię­cej. Za­pro­po­no­wali taką cenę za un­cję, że był­bym głup­cem, gdy­bym od­mó­wił. Wczo­raj­szy uro­bek wolę za­cho­wać na wszelki wy­pa­dek, po­zo­staje więc już tylko dzi­siej­szy. Wiem, że He­nanki to trudna klien­tela, ale nie mogę prze­bie­rać w kup­cach, nie po tym, jak Sła­wia prze­stała wy­sy­łać swo­ich han­dla­rzy.

Twarz Ige z ciem­nego różu gwał­tow­nie prze­szła w ko­lor bli­ski bieli.

- Nie mów mi o tym. - Jej szept był ci­chy jak od­dech.

Kal po­ki­wał głową. Wie­dział, że cho­ciaż Ige lu­biła uda­wać, że jest ina­czej, to jed­nak wciąż za­le­żało jej na ro­dzi­nie ze Sła­wii. Co ja­kiś czas wy­sy­łała do ja­kie­goś sław­skiego męż­czy­zny li­sty, na które jed­nak ni­gdy nie do­sta­wała od­po­wie­dzi. A te­raz i tak już by jej nie od­po­wie­dział, na­wet gdyby chciał, bo ko­mu­ni­ka­cja ze Sła­wią zo­stała wstrzy­mana. Od ty­go­dnia je­dyne wie­ści, ja­kie można było otrzy­mać z za­chod­niej czę­ści Wiel­kiego Lądu, po­cho­dziły bez­po­śred­nio od osób, któ­rym udało się stam­tąd uciec, a te, które przy­by­wały drogą pocz­tową - były co naj­mniej nie­po­ko­jące.

- Mó­wi­łem ci, że mogę za­py­tać o twoją ro­dzinę - mruk­nął, przy­glą­da­jąc się z nad­mierną uwagą jed­nej z wy­do­by­tych gru­dek.

Mil­cze­nie Ige mó­wiło wię­cej niż słowa, wresz­cie jed­nak od­parła:

- Ja nie mam ro­dziny.

Kal prze­wró­cił oczami. Oczy­wi­ście, że miała ro­dzinę albo ko­goś bli­skiego, kim­kol­wiek był dla niej ten męż­czy­zna. Każdy miał, na­wet on sam wciąż mógł mieć ja­kichś krew­nych, cho­ciaż też wo­lał uda­wać, że nie ma ni­kogo. Przy­pusz­czał, że Ige nie było na­wet jej imie­niem - mu­siała być Sła­wianką, nie dało się tego ukryć, ja­sne, nie­mal białe włosy, skóra i szare oczy mó­wiły same za sie­bie. Tylko jej imię nie pa­so­wało do ca­ło­kształtu, nie koń­czyło się ani na "ła", ani "na" ani "wa". Kal był w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo cie­kaw jej hi­sto­rii, ale ni­gdy nie do­py­ty­wał. Do­póki wy­ko­ny­wała po­wie­rzone jej za­da­nia, do­póty mo­gła być na­wet naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nym zbie­giem.

A prawda była taka, że Ige była do­sko­nałą szpie­gi­nią.

- W po­rządku. Wo­bec tego li­czę, że przy­ło­żysz się do ne­go­cja­cji z de­le­ga­cją z He­nanu.

- To nie jest kwe­stia "przy­ło­że­nia się" - burk­nęła, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi. - Nie wiesz, ja­kie one są. Bez­li­to­sne, ja­do­wite jak te okropne żmije, które wy­kań­czają po­dróż­ni­ków w Bez­kraju...

- Po­łowa mo­ich pra­cow­ni­ków to uchodźcy z He­nanu, więc ro­zu­miem twój nie­po­kój. Wiem, że to trudny na­ród o su­ro­wych oby­cza­jach, dla­tego tak rzadko pro­wa­dzę z nimi in­te­resy. - Kal pod­niósł na nią spoj­rze­nie, ale Ige wbi­jała wzrok w małe okno, wy­cho­dzące bez­po­śred­nio na ko­pal­nię.

- Mogą w ogóle nie chcieć ze mną roz­ma­wiać, bo mam od­sło­nięty de­kolt. Może umrą ze wstydu - prych­nęła, a Kal doj­rzał, jak drgają jej usta, jakby po­wstrzy­my­wała uśmiech. Prze­cze­sała pal­cami ja­sne ko­smyki.

Włosy Ige to była ko­lejna za­gadka. Kal wie­dział, że w Sła­wii tylko zwią­zane z kimś na stałe ko­biety ob­ci­nały włosy - naj­czę­ściej po uro­dze­niu pierw­szego dziecka. Ige była na to zde­cy­do­wa­nie za młoda albo może tylko wy­glą­dała, jakby jesz­cze nie ukoń­czyła dwu­dzie­stu cy­kli.

- Nie mają wyj­ścia. Mam naj­lep­szy to­war, a moja ko­pal­nia cie­szy się do­brą opi­nią. Je­śli wzgar­dzą tym zło­tem, to będą skoń­czo­nymi głup­cami i na pewno o tym wie­dzą.

Ige w końcu kiw­nęła głową, więc Kal spi­sał na kartce prze­li­czony uro­bek złota i wci­snął jej świ­stek do ręki. Wie­dział le­piej niż do­brze, że sta­wia opór głów­nie dla za­sady - po pro­stu nie można było się po niej spo­dzie­wać, że bez mru­gnię­cia okiem wy­kona po­wie­rzone za­da­nie. Gdy ją za­trud­niał, po­wie­działa mu, że roz­kazy są do­bre dla słu­żą­cych, a nie dla wspól­ni­ków. Kal ni­gdy nie za­mie­rzał jej roz­ka­zy­wać. So­lid­nie pła­cił jej za jej pracę, ale ce­nił rów­nież jej zda­nie. Cień, który mil­czy i po­słusz­nie go śle­dzi, Kal miał za darmo -słońce mu go gwa­ran­to­wało. Je­śli miał więc pła­cić za drugi cień, chciał coś wię­cej na tym zy­ski­wać niż ślepo od­da­nego sługę.

- Uwa­żaj - po­wie­dział jesz­cze, po czym wstał, ale gdy tylko Ige znów znik­nęła w pół­mroku, do jego drzwi ktoś za­pu­kał.

- Pro­szę - rzu­cił, sia­da­jąc z po­wro­tem.

W drzwiach sta­nął je­den z jego pra­cow­ni­ków. Naj­wy­raź­niej od wyj­ścia z ko­palni nie zdą­żył się jesz­cze umyć, bo w bru­dzie na jego twa­rzy wciąż wi­dać było wy­żło­bie­nia wy­ko­nane przez stru­myczki potu.

Rzu­cił Ka­lowi zlęk­nione spoj­rze­nie, po czym wy­mam­ro­tał:

- Skoń­czy­li­śmy za­bez­pie­czać ko­pal­nię na noc.

Kal kiw­nął głową. Przez za­mknię­ciem ko­palni kil­koro pra­cow­ni­ków ro­biło ob­chód, żeby się upew­nić, że żadne na­rzę­dzia nie wa­lają się w środku, oraz że wszy­scy pra­cow­nicy na pewno wy­szli na ze­wnątrz.

- Dzię­kuję - od­parł Kal, prze­krzy­wia­jąc głowę. Miał silne prze­czu­cie, że nie cho­dziło tu o zwy­kłe od­mel­do­wa­nie, za­mie­rzał jed­nak po­zwo­lić swo­jemu pra­cow­ni­kowi dojść do tego sa­memu. - Mo­że­cie iść na ko­la­cję. Czy do ko­goś z was po­trzeba le­ka­rza?

Pra­cow­nik ob­ró­cił w spra­co­wa­nych dło­niach ka­pe­lusz prze­ciw­sło­neczny. Kal uda­wał, że nie pa­mięta jego imie­nia, ale w rze­czy­wi­sto­ści pa­mię­tał wszyst­kie za­trud­niane osoby. Może nie te do­piero co przy­jęte w sze­regi, ale po­zo­stałe kil­ka­set pra­cu­ją­cych u niego na stałe znał przy­naj­mniej z imie­nia.

- Nie do końca. Jedna z ko­biet chcia­łaby z pa­nem po­roz­ma­wiać.

Kal zmarsz­czył czoło. Wie­dział już, o co cho­dziło, a przy­naj­mniej się do­my­ślał. Za­ci­snął dłoń na bla­cie stołu i wstał.

- Do­brze. Za­wo­łaj ją - od­parł, a pra­cow­nik ski­nął mu głową i wy­szedł, zo­sta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi.

Po chwili w drzwiach po­ja­wiła się dziew­czyna. Kal usiadł z po­wro­tem na krze­śle, przy­tło­czony jej wi­do­kiem.

Roz­po­znał ją. Na­zy­wała się Roos, z nie­zna­nych Ka­lowi przy­czyn przy­je­chała do Bez­kraju z Se­riru. Miała śniadą skórę, ciemne włosy i oczy tak cha­rak­te­ry­styczne dla tam­tej­szej lud­no­ści. A te­raz miała także na twa­rzy wy­raz zmar­twie­nia, który mógł świad­czyć tylko o jed­nym.

- Ja... - mruk­nęła, po czym od­chrząk­nęła. Przez jej spoj­rze­nie prze­mknęło coś, jakby har­dość albo duma. Jej głos brzmiał pie­prz­nie, gdy mó­wiła w bez­kraj­nej gwa­rze, sta­no­wią­cej swo­istą mie­szankę sław­skiego i he­nań­skiego. - Może uzna pan, że nie do­ce­ni­łam pana tro­ski. Je­stem świa­doma tego, jak znacz­nie pań­ska ko­pal­nia prze­wyż­sza stan­dardy w Bez­kraju pod ką­tem praw pra­cow­nika, wy­so­ko­ści stawki dzien­nej, na­prawdę to do­strze­gam, ale...

- Ale je­steś w ciąży - stwier­dził Kal, mimo wszystko z za­sko­cze­niem od­no­to­wu­jąc jej elo­kwen­cję.

Roos kiw­nęła głową. Jej twarz na­pięła się jesz­cze bar­dziej.

- Ofe­ruję wam za darmo ochronę - rzu­cił, pod­no­sząc się gwał­tow­nie z krze­sła. Roos cof­nęła się pod ścianę, ale on na­wet na nią nie spoj­rzał, tylko za­czął okrą­żać sto­lik. - Za darmo mo­że­cie so­bie do­ga­dzać, wy­star­czy, że jedno z was po­dej­dzie i weź­mie krysz­tał ochronny z ko­szyka. Nie trzeba go trzy­mać w ręku, kła­dzie się go koło łóżka. To nie­za­wodny spo­sób. Czemu, na wszyst­kich bo­gów, uzna­łaś, że nie sko­rzy­stasz z tej moż­li­wo­ści?

Blada twarz dziew­czyny kon­tra­sto­wała ze ścianą i resztą jej wła­snego ciała w gro­te­skowy spo­sób. Jej oczy zda­wało się, że nie mają wy­razu, jakby emo­cje ich nie się­gały.

- Wiara mi nie po­zwala - wy­mam­ro­tała. Od­chrząk­nęła ci­cho. - Ma­gia jest... zła. Je­śli czło­wiek raz się jej tknie, ta za­raza ogar­nia jego ciało na za­wsze.

Do­kład­nie taką od­po­wiedź Kal spo­dzie­wał się usły­szeć, ale mimo wszystko za­klął. Ile razy bę­dzie jesz­cze sły­szał ta­kie bzdury? Czy na­prawdę ci wszy­scy ka­zno­dzieje od sied­miu bo­le­ści nie mo­gliby się od­cze­pić od ma­gii, raz na za­wsze?

- Za­bierz swoje rze­czy i za­cze­kaj na mnie przed wa­szym bu­dyn­kiem - burk­nął, a Roos ode­tchnęła ci­cho.

Od­niósł wra­że­nie, że za­szkliły jej się oczy, ale kiw­nęła głową i ucie­kła z po­miesz­cze­nia. Kal miał na­dzieję, że te­raz za­pła­kana pój­dzie do sy­pialni, którą dzie­liła z in­nymi ko­bie­tami, i opo­wie im, jaki szef był wście­kły, gdy się do­wie­dział. O to mu cho­dziło. Niech się boją. Niech się do­brze za­sta­no­wią, za­nim wzgar­dzą ochron­nymi krysz­ta­łami.

Kal wziął kilka od­de­chów. Re­li­gijne dyr­dy­mały prze­ra­stały jego ro­zu­mie­nie. Roos wy­da­wała się mą­dra i z pew­no­ścią była uta­len­to­wana w za­kre­sie drob­nych, ma­nu­al­nych prac - wi­dział, jak lepi z gliny, o którą nie­trudno było w gó­rzy­stym Bez­kraju, naj­róż­niej­sze na­czy­nia, fi­gurki i ozdoby. Była zdolna, ale za­mie­rzała to wszystko za­prze­pa­ścić... dla bo­gów, któ­rzy nie ze­chcieli się nad nią uli­to­wać i sami ją ochro­nić przed nie­chcianą ciążą. Kal po­krę­cił głową. Ta­kich lu­dzi za­wsze było mu naj­bar­dziej szkoda, tego ca­łego po­ten­cjału zmar­no­wa­nego przez wiarę.

Gdy wy­cho­dził z ga­bi­netu, zer­k­nął przez okno. Dzień koń­czył się, to­piąc wie­czorne słońce w zło­tym bla­sku rdza­wego mo­rza. Dzień ni­gdy nie zwleka, za­wsze koń­czy się wtedy, gdy po­wi­nien.

Kal też nie zwle­kał. Lu­bił po­czu­cie wy­ko­na­nego obo­wiązku, na­wet je­śli był to obo­wią­zek nie­przy­jemny, dla­tego za­ci­snął zęby i skie­ro­wał się pro­sto do bu­dynku, w któ­rym sy­piały jego pra­cow­nice.

?

Bo­gna

Do­bruchna wpa­dła przez drzwi swo­jego domu, pierw­szego od strony lasu w wio­sce. Oparła się drżą­cymi dłońmi o stół w izbie ja­dal­nej. Ciemna plama na jej ubra­niu ro­sła z każdą chwilą, krew ciek­nąca z rany w pod­brzu­szu wsią­kała w gę­sto tkany ma­te­riał.

- Co się dzieje?! - Bo­gna na­tych­miast do niej pod­bie­gła.

- Za­py­tał mnie o imię i kto się mną... - wy­sy­pała - a po­tem ...

Do­bru­sia ze­mdlała. Bo­gna zła­pała ją w ostat­niej chwili, za­nim twarz dziew­czyny ude­rzyła o stół.

Pa­nika pró­bo­wała wtar­gnąć do jej serca, ale Bo­gna za­mknęła przed nią drzwi. Przy­ło­żyła dłoń do krwa­wią­cego miej­sca na ciele bra­ta­nicy. Rano ka­zała jej udać do są­sied­niej wio­ski po ko­zie mleko. Taki był układ - ich wio­ska ho­do­wała krowy, a są­sie­dzi kozy. Wy­miana i współ­praca po­zwa­lały obu wio­skom prze­trwać. Do­brusi długo nie było, ale Bo­gny to wcale nie dzi­wiło. W są­sied­niej wio­sce miała wielu przy­ja­ciół i gdy już tam za­szła, po­tra­fiła z nimi długo sie­dzieć, a je­śli na do­miar wszyst­kiego po­czę­sto­wali ją wi­nem, po­tra­fiła na­wet wró­cić po zmroku. Od­kąd do­stała krysz­tał, cza­sami wra­cała na­wet w środku nocy, za­kra­da­jąc się do po­koju po ci­chu w na­dziei, że oj­ciec tego nie za­uważy.

Bo­gna wie­działa o tym, ale przy­my­kała na to oko, w końcu Do­bru­sia była jesz­cze młoda i kiedy miała się ba­wić, jak nie te­raz?

Jej my­śli szybko za­wi­ro­wały, gdy wy­czuła, że puls dziew­czyny słab­nie. Len na­tu­ral­nej barwy, z któ­rego miała spód­nicę, był już cały szkar­łatny. Po­spiesz­nie spró­bo­wała lecz­ni­czego za­klę­cia - pierw­szego, które przy­szło jej do głowy - ale na marne. Rana nie prze­stała krwa­wić.

- Na przod­ków! - za­wyła.

- Bo­gu­sia? - Mi­ko­sław wy­szedł z łaźni. Zbladł, gdy jego wzrok padł na Do­bruchnę. - Co do...

Na­gle jed­nak pod­niósł oczy, które po chwili za­marły w wy­ra­zie prze­ra­że­nia.

- Ogień!

Bo­gna spoj­rzała przez okno. Cały las stał w pło­mie­niach. Mu­sieli ucie­kać. Na­tych­miast!

Przy­ło­żyła dłoń do twa­rzy Do­brusi i wy­szep­tała za­klę­cie po raz drugi, tym ra­zem inne, ale rów­nież nie po­dzia­łało. Było za słabe. Bez ziół i ole­jów za­klę­cia rzadko miały wła­ściwą moc, ale mu­siała spró­bo­wać. Prze­cież nie da rady te­raz przy­go­to­wać wła­ści­wej mie­sza­niny, ani na­wet zdo­być od­po­wied­nich ziół.

- Ja ją za­biorę, a ty weź ma­łego - rzu­cił po­spiesz­nie Miko. - Nic poza tym!

Miko pod­niósł z ziemi Do­bru­się, a Bo­gna, prze­ły­ka­jąc łzy, ro­zej­rzała się za Lesz­kiem. W końcu go wy­pa­trzyła. Wci­snął się w kąt z kciu­kiem we­tknię­tym w usta, jakby pró­bo­wał zlać się ze ścianą i znik­nąć. Serce za­kłuło ją, gdy zbli­żyła się i zo­ba­czyła, że pła­cze.

- Hej, nie płacz - mruk­nęła, bio­rąc go w ob­ję­cia. Le­szek był sie­rotą od nie­dawna i cała wio­ska po­dej­mo­wała wy­siłki, pró­bu­jąc się nim na prze­mian zaj­mo­wać, od­kąd jego ro­dzice zgi­nęli w po­ża­rze. W tym ty­go­dniu to na Miko i Bo­gnę pa­dła ko­lej opieki nad chłop­cem. - Wszystko bę­dzie do­brze, Le­luszku.

- A co z Do­bru­sią? Czemu leci z niej krew? - wy­chli­pał i za­sło­nił twarz dłońmi. - Czemu ona nic nie mówi?!

Bo­gna prze­łknęła ślinę i wzięła głę­boki wdech.

- Z nią też wszystko bę­dzie w po­rządku, a te­raz chodź. Mu­simy wyjść z domu, bo w le­sie jest po­żar, a z ogniem nie ma żar­tów. Do­brze?

Le­szek kiw­nął głową, więc pod­nio­sła go i wy­bie­gła na po­dwó­rze śla­dem Miko. Obej­rzała się za sie­bie. Ogień był już bar­dzo bli­sko, pło­mie­nie strze­lały spo­mię­dzy szma­rag­do­wych drzew do sa­mego nieba - jakby wy­ła­niały się z gar­dzieli ro­ze­źlo­nych smo­ków. Bo­gna drgnęła, ale pil­no­wała się, żeby nie było po niej wy­dać lęku. Była pewna, że dom spło­nie. Le­szek na ra­zie nie mu­siał o tym wie­dzieć.

- Bo­gna, rusz się! - za­wo­łał Miko.

Za­mru­gała, otrzą­sa­jąc się z le­targu i ru­szyła bie­giem, aż zdy­szana zrów­nała się z nim, mi­ja­jąc resztę ucie­ka­ją­cych przed ogniem lu­dzi. Do­bru­sia była co­raz bled­sza, a Bo­gna na­wet bez do­ty­ka­nia jej wy­czu­wała, jak jej du­sza wy­myka się z ciała. Za­ci­snęła usta.

- Mu­simy się za­mie­nić - mruk­nęła.

- Nie dźwi­gniesz jej. - Miko po­krę­cił głową.

- A ty jej nie po­mo­żesz. Dam radę.

Miko przy­sta­nął, przy­gry­za­jąc wargę.

- Zbierz zioła, byle szybko - po­wie­dział, a ona kiw­nęła głową i po­częła zry­wać, co tylko się na­tra­fiło. Po­krzywa za­pie­kła ją w dłoń, ru­mia­nek z ko­lei stra­cił część płat­ków, gdy go schwy­tała, ale nie ba­czyła na to. Ści­snęła w gar­ści wszyst­kie zioła i przy­ło­żyła dłoń do Do­bruchny. Szep­tała słowa, które znała na pa­mięć, słowa wy­uczone i wy­ćwi­czone la­tami prak­tyki ma­gicz­nej. To było dłu­gie za­klę­cie, a z tych rzadko ko­rzy­stała - wy­ma­gały wię­cej ener­gii i sku­pie­nia niż te krót­kie, ale przy braku ole­jów i wła­ści­wych ziół nie miała wy­boru.

Ode­tchnęła, gdy krew prze­stała są­czyć się z rany na brzu­chu dziew­czyny. Nie było to wiele, ale nie ule­czy jej w pełni bez ca­łego ze­stawu ma­gicz­nych przy­bo­rów.

- Na przod­ków - wy­mam­ro­tał Miko gło­sem drżą­cym od prze­ra­że­nia.

Otwo­rzyła oczy i na­po­tkała jego spoj­rze­nie. Ni­gdy wcze­śniej tak na nią nie pa­trzył - jakby wła­śnie na­stą­pił ko­niec. Bo­gna do­strze­gła za jego ple­cami ota­cza­ją­cych ze­wsząd ich wio­skę kon­nych, ubra­nych w cięż­kie, me­ta­lowe zbroje. Było ich wielu, zde­cy­do­wa­nie za dużo, żeby bez wspar­cia mo­gła ich obez­wład­nić za­klę­ciem. Usta­wili się przed ucie­ka­ją­cymi ludźmi w rzę­dzie, za­gra­dza­jąc drogę, która pro­wa­dziła przez sze­roką rzekę i pola. Za rzeką i po­lami na pewno by­liby już bez­pieczni.

To nie był przy­pad­kowy po­żar. Te­raz Bo­gna była tego pewna.

Ro­zej­rzała się roz­pacz­li­wie po oto­cze­niu. Po­krzywa i ru­mia­nek nie nada­wały się do czar­nej ma­gii. Do za­bi­ja­nia po­trzebne były kon­kretne zioła, a nikt w oko­licy ta­kich nie ho­do­wał. Mo­gła co naj­wy­żej sko­rzy­stać z wy­ra­sta­ją­cego przy pło­tach ostu, ale za­klę­cie na sa­mym oście bę­dzie bar­dzo słabe. Poza tym, jak mia­łaby ich wszyst­kich wy­mor­do­wać? Było ich zbyt wielu. Ludka, druga wiedźma, która miesz­kała we wsi, zaj­mo­wała się tylko ma­gią uzdro­wi­ciel­ską. Na pewno nie miała po­ję­cia o cza­rach, które od­bie­rały ży­cie, więc na nią też Bo­gna nie mo­gła li­czyć.

- Nie po­zwo­limy wam przejść - ode­zwał się je­den z jeźdź­ców, gdy naj­licz­niej­sza z ro­dzin wy­stą­piła do przodu i spró­bo­wała po­dejść bli­żej do kor­donu zbro­jo­nych.

Wszy­scy na­gle za­częli krzy­czeć, pro­te­sto­wać, a je­den z męż­czyzn pod­biegł i za­mach­nął się na jeźdźca sie­kierą.

Ten się uchy­lił i w od­we­cie uniósł coś w po­wie­trze - krótką, za­krzy­wioną me­ta­lową rurę z drew­nianą rączką - po czym wy­strze­lił z tego jak z ma­łej ar­maty, roz­ry­wa­jąc wy­strza­łem twarz męż­czy­zny.

Któ­raś z ko­biet za­wyła w tłu­mie, ale reszta za­marła.

Ni­gdy nikt z nich nie wi­dział ta­kiej broni. Broni, z któ­rej można było strze­lać.

Bo­gna nie chciała tego słu­chać, ani pa­trzeć na to, co się działo. Go­rącz­kowo pró­bo­wała ze­rwać oset, trzy­ma­jąc jed­no­cze­śnie wy­ją­cego co­raz gło­śniej Leszka. Obok niej Miko za­stygł pod wpły­wem trwogi. Dym uno­sił się w po­wie­trzu i wkra­dał do jej gar­dła. Za­raz wszy­scy spłoną!

- Ogień oczysz­cza, a was, grzesz­ni­ków, trzeba oczy­ścić - ob­wie­ścił jeź­dziec, wy­cie­ra­jąc rę­ka­wem krew ze zbroi. - Na­sza broń nie­sie w so­bie ogień. Mo­że­cie zgi­nąć od niej albo od pło­mieni, które roz­prze­strze­niają się za wami.

Prych­nęła pod no­sem. Ko­lejni opę­tańcy, tylko że ci spa­lili jej dom. Jesz­cze tego po­ża­łują. Przy­ci­snęła do sie­bie moc­niej Leszka.

Za­ci­snęła dłoń na ze­rwa­nym chwa­ście. Pie­kło, ale to do­brze, to zna­czyło, że oset był w roz­kwi­cie. Za­mknęła oczy. Za­mru­czała pod no­sem.

Gdy pod­nio­sła się wrzawa, Bo­gna otwo­rzyła oczy. Je­den z jeźdź­ców padł na zie­mię. Po­zo­stali na­tych­miast unie­śli wła­sną broń, taką samą jak ta, która za­biła męż­czy­znę z jej wio­ski. Było ich wy­star­cza­jąco, żeby okrą­żyć ich małą spo­łecz­ność.

- Ty!

Za­nim zdą­żyła co­kol­wiek zro­bić, trzech jeźdź­ców było już przy niej.

- Zo­staw­cie! - ryk­nęła, gdy za­częli wy­ry­wać jej chłopca. Je­den z nich wy­cią­gnął szty­let, który szybko zna­lazł się na szyi chłopca, pod­czas gdy po­zo­stali ode­rwali od niego jej ręce. Płacz ci­snął jej się na usta, ale prze­łknęła go. - Nie rób­cie mu krzywdy - wy­mam­ro­tała. Le­szek krzy­czał i pła­kał, ale od­sta­wili go nie­tknię­tego na zie­mię. Po­zwo­liła oplą­tać się łań­cu­chami, sta­ra­jąc się nie słu­chać wrza­sków swo­jego brata.

Za­częła wal­czyć do­piero, gdy zbli­żyli się do reszty kon­nych. Szar­pała się, a z jej gar­dła wy­do­by­wał się zwie­rzęcy war­kot, aż w końcu je­den z po­ry­wa­czy ude­rzył ją w twarz odzianą w me­tal pię­ścią. Za­wyła z bólu, a w gło­wie krę­ciło jej się tak bar­dzo, że tru­dem stała.

- Puść­cie ją! - To był głos Leszka, za­pła­kany głos prze­ra­żo­nego dziecka. Je­śli serce jesz­cze jej nie pę­kło, to stało się to wła­śnie te­raz.

Jeź­dziec, który za­strze­lił miesz­kańca jej wio­ski, przy­su­nął ją do sie­bie. Nie wi­działa jego twa­rzy zza srebr­nej ma­ski, ale z pew­no­ścią wy­krzy­wiał się w po­dob­nym obrzy­dze­niu jak ona sama.

- Je­steś wiedźmą? - za­py­tał z po­gardą.

- Tak - od­parła i splu­nęła mu w twarz.

Po­zo­stali jeźdźcy za­częli coś krzy­czeć. Uży­wali ob­cego ję­zyka, ale po to­nie mo­gła się do­my­ślić kie­ro­wa­nych do niej obelg.

- Ile masz cy­kli?

Prze­łknęła ślinę. Z rę­koma splą­ta­nymi łań­cu­chami nie mo­gła rzu­cić żad­nej klą­twy - nie mo­gła ze­rwać żad­nych ziół. Ci jeźdźcy mu­sieli o tym wie­dzieć.

- Spójrz na mnie i sam się do­myśl, chłop­cze - wy­krzy­wiła usta w gry­ma­sie, który miał być pa­ro­dią uśmie­chu. - Za­ple­ciny mia­łam tak dawno, że kto­kol­wiek się uro­dził w ich dniu, jest już do­ro­słym czło­wie­kiem.

Męż­czy­zna na­gle zni­żył głos i za­py­tał le­d­wie sły­szal­nym szep­tem:

- Bo­gna? Uczen­nica Wy­sze­niegi?

Bo­gna za­marła z sze­roko otwar­tymi oczami. Skąd ten bru­tal wie­dział, kim była?

Kiw­nęła jed­nak głową. Może w końcu się do­igrała. Wiedźmy zaj­mu­jące się szem­ra­nymi spra­wami, ta­kie jak ona, naj­wię­cej za­ra­biały, ale też naj­szyb­ciej gi­nęły. Zwy­kle pa­dały ofiarą czy­je­goś gniewu lub ze­msty, nikt nie wy­sy­łał po nie uzbro­jo­nych od­dzia­łów.

Jego dłoń za­ci­snęła się na strze­la­ją­cej broni i Bo­gna zro­zu­miała, że za­mie­rza ją za­bić. Pa­trzyła mu w oczy, wie­dząc, że w jej wła­snych nie było stra­chu. Rzu­cała mu wy­zwa­nie. Nie za­mie­rzała oka­zy­wać lęku ko­muś ta­kiemu jak on.

W jego oczach coś mi­gnęło, dłoń opa­dła wzdłuż boku.

- A więc nie je­steś adeptką. Do­sko­nale się nadasz - ode­zwał się gło­śno, jakby jego po­przed­nie py­ta­nie nie miało miej­sca. Otak­so­wał ją spoj­rze­niem, więc znowu się szarp­nęła. Splu­nęła, ale tym ra­zem się uchy­lił. Ob­jął spoj­rze­niem miesz­kań­ców wio­ski. - Wa­sza wiedźma to źró­dło grze­chu. Spla­mi­li­ście się, bra­ta­jąc się z nią. Jed­nakże znaj­cie na­sze mi­ło­sier­dzie! Uwol­nimy was od tej prze­winy ogniem. Cier­pie­nie oczysz­cza, po­świę­ce­nie gwa­ran­tuje miej­sce u boku Kre­atora. Kre­ator przyj­mie wa­sze du­sze w swe ra­miona z ra­do­ścią. Jej zaś... nic nie ocali. - Rzu­cił Bo­gnie jesz­cze jedno spoj­rze­nie pełne od­razy.

- Nie! - wy­darło się jej z gar­dła.

Drżała na ca­łym ciele, po jej twa­rzy spły­wały łzy. Rzu­ciła się w kie­runku ro­dziny, ale łań­cu­chy ani drgnęły. Spoj­rzała na Leszka, Do­bru­się i na Miko. Ogień był tuż za nimi. Część lu­dzi pró­bo­wała uciec, bo pło­mie­nie li­zały ich po pię­tach, ale jeźdźcy unie­moż­li­wiali to, ota­cza­jąc wio­skę pół­krę­giem. Nie­któ­rzy już wrzesz­czeli, tra­wieni przez żar.

Spłoną. Oni spłoną.

Ostat­kiem sił ru­szyła przed sie­bie, ale jeź­dziec po­cią­gnął za jej łań­cuch i upa­dła twa­rzą w zie­mię. Za­wyła. Pod­niósł ją szarp­nię­ciem i przy­su­nął bli­żej koń­skiego boku, a na­stęp­nie - choć wierz­gała się, ile sił - przy­trzy­mał w miej­scu.

Stała tam, bez­u­ży­tecz­nie bez­pieczna, z dala od po­żaru, od skwier­czą­cych na ży­wym ogniu ciał, i czuła, jak z każ­dym ko­lej­nym wrza­skiem wszyst­kich jej bli­skich umiera jej serce. Rzu­ciła bła­galne spoj­rze­nie jeźdź­cowi. W jego oczach po­ja­wiło się coś - cień li­to­ści.

Za­mach­nął się raz i cel­nie, od­ry­wa­jąc ją od rze­czy­wi­sto­ści.

?

Kal

Nie miał da­leko. Mię­dzy do­rmi­to­rium ko­biet a samą ko­pal­nią od­le­głość była bar­dzo nie­wielka - już on sam o to za­dbał. Po­dob­nie miała się sprawa z bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­kali męż­czyźni, choć ten był o wiele star­szy. Kie­dyś w nim żyły także ko­biety - w tam­tych cza­sach nie dla wszyst­kich za­wsze tra­fiały się miej­sca na łóżku. Do­piero gdy Kal prze­jął ko­pal­nię, za­czął bu­dowę no­wego, lep­szego do­rmi­to­rium, w któ­rym ulo­ko­wały się pra­cow­nice ko­palni.

Był też jesz­cze je­den bu­dy­nek, po­ło­żony po­nad go­dzinę drogi od ko­palni, ale o nim wie­dzieli nie­liczni.

Już z od­dali Kal doj­rzał Roos. Przy­ci­skała do sie­bie ma­lutką torbę, w któ­rej pew­nie miała kilka ubrań, szczo­teczkę do zę­bów, my­dło i grze­bień. Im był bli­żej niej, tym wy­raź­niej wi­dział po­sępny nie­po­kój w jej oczach i po­stu­rze. Ode­pchnął od sie­bie na­gły przy­pływ współ­czu­cia.

"Do­brze, bar­dzo do­brze" - po­my­ślał. - "Na pewno na­stra­szyła ko­le­żanki".

- Idziemy - rzu­cił, gdy była wy­star­cza­jąco bli­sko, by go do­sły­szeć. - Szy­kuje się długa droga, więc po­le­cam się uzbroić w cier­pli­wość.

- Do­kąd idziemy? - za­py­tała.

Nie od­po­wie­dział, a ona nie po­no­wiła py­ta­nia, tylko drep­tała za nim.

Kal od­by­wał te wy­cieczki przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu, ale nowa cię­żarna zda­rzała się sto­sun­kowo rzadko. Roos była druga od po­czątku cy­klu. Cza­sami, gdy pro­wa­dził "nową", mu­siał od­po­wia­dać na na­tar­czywe py­ta­nia albo igno­ro­wać roz­pacz­liwe bła­ga­nia. Cza­sami słu­chał o rze­komo wiel­kiej mi­ło­ści, jaką do da­nej bie­daczki pa­łał któ­ryś z jego pra­cow­ni­ków. Cza­sami zaś szedł w ta­kiej peł­nej na­pię­cia ci­szy jak te­raz, gdy lęk od­bie­rał dziew­czy­nie mowę.

Wes­tchnął ci­cho i ob­ró­cił głowę. Roos wbi­jała spoj­rze­nie w zie­mię, z ustami za­ci­śnię­tymi tak mocno, że po­bla­dły jej wargi.

- Nie bój się. Nie sta­nie ci się żadna krzywda - po­wie­dział.

Kiw­nęła głową i po­słała mu gry­mas, który chyba miał być uśmie­chem. Nie dzi­wił się, że mu nie uwie­rzyła. Skoro naj­pierw zro­bił wszystko, żeby się bała, to nie mógł się te­raz spo­dzie­wać, że jed­nym zda­niem prze­kona ją do spo­koju.

W końcu bu­dy­nek, do któ­rego zmie­rzali, wy­ło­nił się zza za­krętu. Jak wszyst­kie bu­dowle w Bez­kraju, ten także wy­glą­dał, jakby ktoś go "wci­snął" w ska­li­ste zbo­cze góry. Miał trzy pię­tra, a im pię­tro było wyż­sze, tym miało więk­szą po­wierzch­nię, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby roz­chy­lał się ku gó­rze. Bu­dy­nek zbu­do­wany był cały z lo­kal­nej od­miany gnejsu - świa­tło sło­neczne wy­do­by­wało z ka­mie­nia zło­ci­ste żyłki, przez które na­zy­wano cen­tralną część Bez­kraju Zło­tym Pa­smem. W tej dość nie­ty­po­wej od­sło­nie - bu­dynku zle­wa­ją­cego się ze ska­łami - ka­mień ro­bił jesz­cze więk­sze wra­że­nie niż zwy­kle.

Oczy­wi­ście, Kal wie­dział, że wy­ko­na­nie ta­kiej bu­dowli wy­ma­gało ma­gii. Bez ma­gii nic po­dob­nego nie mo­głoby po­wstać ani się utrzy­mać, dla­tego, gdy za­częto sta­wiać pierw­sze ściany lecz­nicy dla cię­żar­nych, upew­nił się, że wszystko było nad­zo­ro­wane przez jedną z cza­row­nic pra­cu­ją­cych w ko­pal­niach.

Osoby ta­kie jak Roos gar­dziły ma­gią, nie wie­dząc, że bez niej nie miałby na­wet gdzie spać.

- Co to za miej­sce? - za­py­tała dziew­czyna, gdy byli już na tyle bli­sko, by wi­dzieć ruch za oknami.

Znowu nie od­po­wie­dział. Tlen w wy­so­kich gó­rach był do­bro­dziej­stwem i to­wa­rem nie­mal luk­su­so­wym. Nie chciał go mar­no­wać na czcze ga­da­nie, a przy­naj­mniej tak so­bie wma­wiał.

Gdy po­de­szli pod same drzwi bu­dynku, od­dech Roos stał się znacz­nie cięż­szy, choć te­ren wciąż był pła­ski.

- Nie mu­sisz się tak de­ner­wo­wać - po­wie­dział. - Tu jest bez­piecz­nie.

Na­gle, za­nim Kal zdą­żył za­pu­kać, drzwi się otwarły i wy­biegł przez nie mały chło­piec.

- Wra­caj! - Ciem­no­włosa He­nanka wy­pa­dła z bu­dynku tuż za nim, nie zwra­ca­jąc uwagi na Kala i Roos.

Kal ją roz­po­znał, oczy­wi­ście, ale nie miał w zwy­czaju wi­tać się z każ­dym pra­cow­ni­kiem z osobna, więc wszedł do bu­dynku bez słowa. Roos wciąż za nim drep­tała, po­grą­żona w mil­cze­niu, jakby bała się o co­kol­wiek wię­cej za­py­tać. Ko­ry­tarz, któ­rym szli, był pe­łen drzwi - jedne pro­wa­dziły do ja­dalni, inne do ba­wialni, gdzie matki z dziećmi mo­gły wy­po­czy­wać, jesz­cze inne mie­ściły szkółkę po­ro­dową i sy­pial­nie cię­żar­nych. Na sa­mym końcu znaj­dy­wały się schody, a na pierw­szym pię­trze po­ło­żona była szpi­talna część bu­dynku.

Gdy we­szli na pię­tro, tra­fili na cię­żarną, która roz­ma­wiała ci­cho z uzdro­wi­cie­lem. Me­dy­ków pra­cu­ją­cych w lecz­nicy było sporo, ale Aseel był pierw­szym za­trud­nio­nym przez Kala - i jego je­dy­nym przy­ja­cie­lem, cho­ciaż może ten ter­min opi­sy­wał ich re­la­cję nieco na wy­rost. Oboje za­czy­nali jako zwy­kli pra­cow­nicy w ko­palni, więc trzy­mali się ra­zem także póź­niej. Lu­bili się, ale łą­czyły ich nie­mal czy­sto biz­ne­sowe sto­sunki. Rzadko roz­ma­wiali o czymś in­nym niż o pracy.

- Do­bry wie­czór! - Aseel po­słał Ka­lowi cie­pły uśmiech, któ­rym za­raz ob­da­rzył także cho­wa­jącą się za nim ko­bietę. - Nowy na­by­tek?

- Na to wy­gląda. - Kal od­wró­cił się do Roos. - Z po­wodu ciąży nie mo­żesz pra­co­wać dłu­żej w ko­palni, więc przez naj­bliż­szy czas bę­dziesz tu­taj. No, chyba, że nie chcesz. Mo­żesz się spa­ko­wać i odejść, ja ci nie za­bro­nię, ale nie po­le­cam, naj­bliż­sza karczma jest dwie mile stąd. Przed zmro­kiem nie doj­dziesz.

Roos wciąż wpa­try­wała się w Kala, mru­ga­jąc po­spiesz­nie oczami, więc od­chrząk­nął. Brak re­ak­cji z jej strony nieco go zi­ry­to­wał.

- Mo­żesz tu li­czyć na od­po­czy­nek, je­dze­nie, ubra­nia i środki hi­gieny oraz oczy­wi­ście opiekę uzdro­wi­cieli. Gdy twoje dziecko ukoń­czy rok, bę­dziesz mu­siała opu­ścić ośro­dek. Na start do­sta­jesz pie­nią­dze i trans­port w wy­brane miej­sce w ob­rę­bie Wiel­kiego Lądu. Po­le­cam Sła­wię, w He­na­nie krzywo pa­trzą na uchodź­ców. Wię­cej nie je­stem w sta­nie za­ofe­ro­wać - wy­rzu­cił z sie­bie. Miał po­czu­cie, jakby to było za mało, cho­ciaż wie­dział prze­cież, że w in­nych ko­pal­niach cię­żarne ko­biety do­sta­wały je­den dzień wol­nego - na po­ród - o ile ich pra­co­dawca nie zde­cy­do­wał się ich zwol­nić, gdy do­wie­dział się o ciąży.

Roos wciąż nic nie mó­wiła. Ka­lowi nie po­zo­stało nic in­nego, jak burk­nąć jesz­cze:

- Za­cze­kam tu na wy­niki two­ich ba­dań. Cza­sami po­trzebne są le­kar­stwa, wów­czas naj­szyb­ciej jest, gdy to ja je bez­po­śred­nio za­ła­twię - do­dał, czu­jąc po­trzebę uspra­wie­dli­wie­nia swo­jego wścib­stwa. Roos kiw­nęła tylko głową i po chwili Kal zo­stał już sam z wła­snymi my­ślami, a le­karz i nowa pa­cjentka znik­nęli w głębi ko­ry­ta­rza.

Kal wyj­rzał na ze­wnątrz przez coś, co trudno było na­zwać oknem - prze­szklona ściana, która wy­cho­dziła na strome zbo­cza gór, od­bi­jała wie­czorne słońce. Pa­mię­tał, ile wy­siłku wło­żył w zbu­do­wa­nie tego bu­dynku i jak dużo złota kosz­to­wała ściana zro­biona w ca­ło­ści ze szkła. Dzięki niej na­wet w naj­krót­sze dni roku miesz­ka­jące tu ko­biety miały dużo słońca i cie­pła.

Ani przez chwilę, na­wet w naj­gor­szych mo­men­tach, nie ża­ło­wał tego, że zde­cy­do­wał się wy­bu­do­wać do­rmi­to­rium dla ko­biet i lecz­nicę dla cię­żar­nych. Nie była to po­pu­larna prak­tyka w Bez­kraju, gdzie nie było praw­nych norm, gra­nice mię­dzy te­ry­to­riami były nie­ja­sne i sporne, a naj­waż­niej­sza z obo­wią­zu­ją­cych za­sad brzmiała: "umiesz li­czyć, licz na sie­bie - umiesz my­śleć, myśl o so­bie". Kal też ją sto­so­wał, w pew­nym sen­sie. Li­czył tylko na sie­bie, może tro­chę na Ige, ale nie za bar­dzo. My­ślał o so­bie wię­cej, niż by tego pra­gnął. Wie­dział, że uzbie­rał już wy­star­cza­jąco dużo, żeby móc to wszystko zo­sta­wić. W końcu mógł po­my­śleć o dniu, w któ­rym opu­ści Bez­kraj i ni­gdy, prze­nigdy do niego nie wróci.

- Kal?

Aseel po­ja­wił się w ko­ry­ta­rzu sam, bez Roos. Jego zmarsz­czone czoło i ostrożne spoj­rze­nie spra­wiły, że Ka­lowi prze­wró­ciło się w żo­łądku. Na­ka­zy­wał so­bie wiele razy nie przej­mo­wać się lo­sem swo­ich pra­cow­ni­ków, ale wciąż nie osią­gnął na­wet pierw­szego sta­dium znie­czu­licy.

- Coś nie tak? - mruk­nął Kal, a Aseel prze­krzy­wił głowę.

- Ze zdro­wiem dziew­czyny wszystko w po­rządku - od­parł. - Ona jest z Se­riru, prawda? Nie od­po­wiada na moje py­ta­nia, więc nie je­stem pe­wien.

- Tak, z tego co wiem, jest z któ­re­goś nad­mor­skiego mia­steczka.

- To uwa­żaj, bo zna­la­złem u niej ta­tuaż Za­konu. - Aseel ści­szył głos. - Uwierz mi, nie chcesz lu­dzi Za­konu wśród swo­ich pra­cow­ni­ków.

Ka­lowi na­gle za­ci­snęło się gar­dło, więc prze­łknął ślinę. Wie­dział, że nie po­winna była go ta in­for­ma­cja za­sko­czyć, a jed­nak nie spo­dzie­wał się, że ta za­raza tak szybko do­się­gnie jego sze­re­gów.

- Mu­szę z nią po­roz­ma­wiać, w ta­kim ra­zie - po­wie­dział wresz­cie. Aseel po­słał mu su­rowe spoj­rze­nie, więc do­dał: - Spo­koj­nie, nie będę jej de­ner­wo­wać.

- Za­wo­łam ją. Ale nie spo­dzie­waj się do­wie­dzieć zbyt wiele - do­rzu­cił na od­chod­nym i znik­nął za drzwiami, za któ­rymi znaj­do­wała się jedna z me­dycz­nych izb.

Po chwili w tych sa­mych drzwiach po­ja­wiła się Roos. Jej sar­nie oczy bez cie­nia prze­ra­że­nia, któ­rego tam ocze­ki­wał, prze­biły ba­lon współ­czu­cia Kala cienką igiełką. Roz­draż­nie­nie za­dra­pało go w gar­dło.

- Mam kilka py­tań - za­czął, a Roos na­tych­miast za­ci­snęła usta i po­krę­ciła głową. Uniósł brwi. - Po­słu­chaj, po­zwa­lam tu być wszyst­kim cię­żar­nym ko­bie­tom, ale to jesz­cze nie ozna­cza, że je­stem głupi. Nie mogę się zgo­dzić na to, żeby ktoś prał mó­zgi moim pra­cow­ni­com. Za­słu­gują na spo­kój. Po­trze­bo­wał­bym kilka od­po­wie­dzi na te­mat Se­rir­czy­ków, któ­rzy...

Na­gle wy­da­rzyło się coś, czego Kal się nie spo­dzie­wał. Coś gwał­tow­nego i ogni­stego po­ja­wiło się w spoj­rze­niu Roos, jakby opa­dła z niej ma­ska tak długo no­szona, że praw­dziwa twarz za­częła wy­da­wać się dziwna.

- Będę wierna swo­jemu lu­dowi aż do śmierci. Ni­czego ci nie po­wiem - syk­nęła.

Cios w brzuch nie mógłby go za­sko­czyć bar­dziej.

Roos nie była tą bez­bronną dziew­czyną, którą Kal tu przy­pro­wa­dził. Nie mógł uwie­rzyć, że dał się na­brać na tamtą farsę, ale gra ak­tor­ska była wy­jąt­kowo prze­ko­nu­jąca. Bo­lało też nie­spo­dzie­wane od­kry­cie, że sam po­sta­wił się w po­zy­cji opie­kuna i tro­skli­wego pana. Gdyby zszedł z tego pie­de­stału wcze­śniej, może za­uwa­żyłby, że Roos za­cho­wuje się do­kład­nie tak, jak tego ocze­ki­wał, a to za­wsze po­winno wzbu­dzać po­dej­rze­nia.

Za­ci­snął zęby. Jak mógł się dać tak na­brać?

- Na pewno? - Po jego do­brej woli i cier­pli­wo­ści nie zo­stało na­wet echo. - Na­dal bę­dziesz tak my­śleć, jak za­czniesz ro­dzić sama w le­śnej dzi­czy? Do­my­ślam się, że twój po­ród przy­pad­nie na okres naj­więk­szych śnie­gów, pew­nie coś koło dru­giej pełni przy­szłego cy­klu, prawda? Ro­zu­miem, że po­zwo­lisz, żeby twoje dziecko za­mar­zło na głę­bo­kim mro­zie?

Roos rzu­ciła mu tak ja­do­wite spoj­rze­nie, że z tru­dem po­wstrzy­mał wzdry­gnię­cie. Nic nie od­po­wie­działa.

- Na­myśl się - po­wie­dział, czu­jąc, jak gniew tro­chę opada. Roos uro­dzi dziecko, które nie jest prze­cież winne sza­leń­stwa wła­snej matki. Mógł uka­rać ją, ale czy byłby zdolny ob­jąć taką karą nie­winne ist­nie­nie? - Na tę chwilę po­zwolę ci tu zo­stać, ale niech się do­wiem, że mie­szasz w gło­wach in­nym ko­bie­tom... wy­lą­du­jesz za drzwiami. Wrócę za kilka dni i będę chciał wtedy usły­szeć od­po­wie­dzi na kilka py­tań. Je­śli po­now­nie od­mó­wisz, spa­ku­jesz swoje rze­czy i upew­nisz się, że­bym cię ni­gdy wię­cej nie wi­dział na oczy.

Roz­są­dek mu­siał pod­po­wia­dać dziew­czy­nie, że po­winna mu zdra­dzić to, co chciał wie­dzieć, ale po wy­ra­zie de­ter­mi­na­cji na jej twa­rzy do­my­ślał się już, jak trudno bę­dzie wy­cią­gnąć te in­for­ma­cje.

?