Pocałunki wiatru - Katarzyna Sarnowska

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Po­wrót

Ka­ro­lina wy­sia­dła z au­to­busu. Kie­rowca po­dał jej wa­lizkę, po­dzię­ko­wała mu. Sta­nęła na chod­niku i wcią­gnęła po­wie­trze - pach­niało zu­peł­nie ina­czej niż w War­sza­wie. Przy­po­mi­nało za­pach dzie­ciń­stwa: świeżo upie­czo­nego chleba, mo­rza, ta­jem­nicy. Te­raz jed­nak nie po­ma­gało jej od­na­leźć drogi. Do­kąd mam iść, po­my­ślała bez­rad­nie. Zo­ba­czyła ja­kiś szyld su­per­mar­ketu, nową drogę. To miej­sce wcale nie przy­po­mi­nało wsi, którą opu­ściła wiele lat temu, i po­czuła się, tak jakby zna­la­zła się na­gle w no­wej, nie­zna­nej so­bie kra­inie, a nie w miej­scu, gdzie wy­dep­tała wszyst­kie ścieżki, znała kie­dyś każdy kąt. Stała, pa­trząc bez­rad­nie w kie­runku nik­ną­cego w od­dali końca ulicy.

- Pani się zgu­biła? - za­py­tała pa­sa­żerka, która wy­sia­dła z nią z au­to­busu. - Może mo­gła­bym w czymś po­móc? - za­pro­po­no­wała uprzej­mie.

- Nie, dzię­kuję. - Ka­ro­lina od­ru­chowo ode­pchnęła ją gło­sem.

Ko­bieta mach­nęła ręką i ode­szła.

Tak, zgu­bi­łam się wiele lat temu i już chyba ni­gdy się nie od­najdę, po­my­ślała Ka­ro­lina i po­wę­dro­wała przed sie­bie w oba­wie, że za chwilę ko­lejna osoba bę­dzie chciała jej po­móc, a ona nie miała ochoty na roz­mowę. Wdra­pała się pod górę, zna­la­zła się na ron­dzie i wtedy w końcu do­strze­gła punkt orien­ta­cyjny. Tuż za skrzy­żo­wa­niem stał ogromny ko­ściół z czer­wo­nej ce­gły, w któ­rym zo­stała ochrzczona, była u ko­mu­nii, a za ko­ścio­łem zo­ba­czyła za­mek i serce moc­niej jej za­biło. Uwiel­biała to miej­sce. Było owiane ta­jem­nicą, pełne le­gend i prze­ra­ża­ją­cych hi­sto­rii. Te­raz już wie­działa, do­kąd iść. Skrę­ciła w prawo i po­woli ru­szyła w stronę cze­goś, co na­zy­wała do­mem, ale tak na­prawdę nim nie było, bo w rze­czy­wi­sto­ści nie miała domu. Nie było nim miesz­ka­nie, które mu­siała od­dać mę­żowi, bo ku­pił je za swoje pie­nią­dze, ani miej­sce, do­kąd te­raz zdą­żała, a gdzie nie była od dwu­dzie­stu lat. Dom to mi­łość i lu­dzie, któ­rych ko­chamy, a ona tego nie miała. Szła więc po­woli ze spusz­czoną głową. Naj­chęt­niej zresztą od razu skrę­ci­łaby do zamku, by zo­ba­czyć, co się zmie­niło, co sły­chać w parku, czy w fo­sie są ryby, czy stoi jej uko­chana lipa i pla­tan, czy mo­stek nie ru­nął do wody, czy na drze­wach są pta­sie gniazda. Jed­nak prze­szka­dzała jej po­kaź­nych roz­mia­rów wa­lizka.

W końcu za­trzy­mała się przed furtką. Spoj­rzała na dom z czer­wo­nej ce­gły, sko­śny dach po­kryty papą, białe okienka i ogród, który za­ra­stały głów­nie chwa­sty. Prze­szył ją zimny dreszcz, tak jakby za chwilę miała zna­leźć się w za­mra­żarce. Otwo­rzyła skrzy­piącą furtkę i zna­la­zła się po dru­giej stro­nie. Jak Ali­cja. Tylko że dla mnie te­raz nie ma już po­wrotu na drugą stronę lu­stra, po­my­ślała. Sta­nęła przed drew­nia­nymi drzwiami i za­pu­kała. Otwo­rzyła jej matka. Ka­ro­li­nie chwilę za­jęło, by ją po­znać. Al­dona była przy­gar­biona, a jej twarz po­kry­wała sieć zmarsz­czek.

- Dzień do­bry - ode­zwała się Ka­ro­lina.

- Dzień do­bry - od­po­wie­działa matka z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. - Wejdź da­lej - za­pra­szała, a w jej gło­sie Ka­ro­lina usły­szała za­po­wiedź kary.

Kary za wszyst­kie grze­chy i za­nie­dba­nia, któ­rych się do­pu­ściła, za nie­obec­ność, za nie­po­słu­szeń­stwo. W tym mo­men­cie chciała uciec, ale nie miała do­kąd.

- Sia­daj, sia­daj - za­pro­po­no­wała matka i wska­zała na ka­napę w sa­lo­nie. - Długo je­cha­łaś? - za­py­tała, jakby to była naj­waż­niej­sza kwe­stia po dwu­dzie­stu la­tach nie­obec­no­ści.

Ka­ro­lina błą­dziła wzro­kiem po me­blach i przez chwilę nie wie­działa, co matka do niej mówi. W końcu jed­nak od­po­wie­działa:

- Tak, to da­leko.

Ale nie tak da­leko, jak my je­ste­śmy te­raz od sie­bie, po­my­ślała.

Za­pa­dła krę­pu­jąca ci­sza. Ka­ro­lina bała się co­kol­wiek po­wie­dzieć, żeby nie spadł na nią grad oskar­żeń. W my­ślach wer­to­wała te­maty: pa­sa­że­rów w au­to­bu­sie, War­szawę, po­dróż, ale wie­działa, że czego nie po­wie, matka i tak okaże obo­jęt­ność. Tak było za­wsze, więc wo­lała się nie od­zy­wać.

- Mo­żesz tu­taj zo­stać - wy­du­siła w końcu star­sza ko­bieta - tak długo, jak długo ze­chcesz - do­dała, nie pa­trząc Ka­ro­li­nie w oczy.

- Dzię­kuję.

Tak jak­bym dzię­ko­wała, że za­mknięto mnie w To­wer of Lon­don za cza­sów Hen­ryka VIII, po­my­ślała.

- Twój po­kój jest nie­zmie­niony. Zo­sta­wi­li­śmy go w ta­kim sta­nie, w ja­kim był - po­wie­działa z wy­rzu­tem matka.

Tylko tyle miała jej do po­wie­dze­nia. Ka­ro­lina wo­la­łaby, żeby za­częła na nią krzy­czeć, prze­kli­nać, wrzesz­czeć. Jed­nak żal, pre­ten­sje były ukryte. Będą się są­czyć jak jad i może w któ­rymś mo­men­cie wy­płyną, ale na ra­zie szem­rzą jak stru­mień pod zie­mią.

- Gdzie oj­ciec? - za­py­tała w końcu Ka­ro­lina.

- A, on te­raz cią­gle w pracy, ni­gdy go nie ma. Nie wiem, co robi - rzu­ciła Al­dona i mach­nęła ręką.

Za­brzmiało to tak, jakby Ka­ro­lina po­no­siła winę za to, że jej oj­ciec nie prze­bywa w domu i nie szepce matce do ucha mi­ło­snych za­klęć.

- My­śla­łam, że on już na eme­ry­tu­rze... - za­częła nie­śmiało.

- Na ja­kiej tam eme­ry­tu­rze, a kto by z tego wy­żył! - Matka wy­dęła wargi z po­gardą.

Ka­ro­lina omio­tła wzro­kiem me­ble. Nie­wiele się tu­taj zmie­niło. Ta sama ka­napa. Zimny ko­lor ścian. Zimne me­ble. Tak jakby znowu zna­la­zła się na bie­gu­nie pół­noc­nym. W tym po­koju za­biła swoją bab­cię Ha­linę. Pa­mię­tała do­sko­nale, gdy oj­ciec przy­szedł za­pła­kany do domu i po­wie­dział, że bab­cia tra­fiła do szpi­tala z wy­le­wem krwi do mó­zgu. Miała iść na mszę, ale po dro­dze od­wie­dziła są­siadkę, która źle się po­czuła i zmarła. Bab­cia tak się zde­ner­wo­wała, że pę­kło jej ja­kieś na­czy­nie i krew za­lała mózg. Ka­ro­lina miała na­dzieję, że sta­ruszka wyj­dzie z tego, ale na wszelki wy­pa­dek po­sta­no­wiła się mo­dlić. Nie­stety za­snęła i gdy się obu­dziła, bab­cia już nie żyła. Przez wiele lat ob­wi­niała się o to, że bab­cia zmarła przez nią, przez jej le­ni­stwo.

Te­raz wró­ciła my­ślami do rze­czy­wi­sto­ści. Pa­no­wała krę­pu­jąca ci­sza. Żadna z ko­biet nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Były dla sie­bie ob­cymi ludźmi, choć bli­sko spo­krew­nio­nymi.

- Czy mam ci ja­koś po­móc? - za­py­tała Ka­ro­lina, bo stwier­dziła, że tak wy­pada, tak mó­wią córki do ma­tek.

- Przez dwa­dzie­ścia lat da­łam so­bie radę sama, więc i te­raz so­bie po­ra­dzę - usły­szała za­rzut.

Tak, choć­bym ro­biła salta i pi­ru­ety, i tak będę nie­zdarą, która nie może ni­czego do­ty­kać, bo po­psuje, po­my­ślała.

- To ja pójdę do swo­jego po­koju - za­pro­po­no­wała nie­śmiało.

- A idź, idź. - Matka mach­nęła ręką.

Ka­ro­lina zła­pała wa­lizkę i za­częła się wdra­py­wać po drew­nia­nych scho­dach. Ile razy wcze­śniej prze­mie­rzała tę drogę. Nikt by nie zli­czył. Bu­dziły się w niej wspo­mnie­nia chwil, które spę­dzała tu­taj w dzie­ciń­stwie. Te schody były dla niej schro­nie­niem przed sa­mot­no­ścią. Tu­taj miała swoją ar­mię przy­ja­ciół. Były to ro­śliny, które po­usta­wiała na stop­niach. Ba­wiła się z nimi, roz­ma­wiała i co­dzien­nie do­kar­miała wodą. Te­raz nie po­zo­stał po nich na­wet ślad. Na gó­rze otwo­rzyła drew­niane drzwi do swo­jego po­koju, znaj­du­ją­cego się w na­roż­nej czę­ści stry­chu, i we­szła do środka. Wcią­gnęła w noz­drza zna­jomy za­pach, pod­łoga za­skrzy­piała jak zwy­kle. Spoj­rzała na łóżko i biurko, ściany wy­ło­żone bo­aze­rią i po­czuła znowu tę doj­mu­jącą sa­mot­ność, która w tym miej­scu ją ota­czała. Po­ło­żyła wa­lizkę na pod­ło­dze i usia­dła na łóżku. Co te­raz, ko­chana, co te­raz? Nie masz już do­kąd uciec i po­zo­sta­niesz w tej szkla­nej wieży do końca two­ich dni. Twój ry­cerz na bia­łym ko­niu zo­sta­wił cię z ni­czym, na­wet bez mi­łych wspo­mnień. Za­częła się pła­wić w bez­na­dziej­no­ści swej sy­tu­acji. Dwa­dzie­ścia lat temu ucie­kła stąd, aby po­czuć się wolną. Po dwu­dzie­stu la­tach wraca z pod­ku­lo­nym ogo­nem do punktu wyj­ścia. Te­raz matka może po­wie­dzieć: "A nie mó­wi­łam, że ci się nie uda, że nic nie zna­czysz, że je­steś ni­kim beze mnie?". Może ją oskar­żyć o bez­dusz­ność, ego­izm, pod­łość. Może jej za­rzu­cić wszystko, co jej się żyw­nie po­doba. Zy­skała nad córką wła­dzę, a Ka­ro­lina musi uni­że­nie słu­chać. A może, po­my­ślała nie­śmiało, a może matka się zmie­niła, może już nie jest taka jak kie­dyś. Wy­obra­ziła so­bie przez chwilę matkę, która o nią dba, ro­zu­mie ją. Słu­cha, co do niej mówi, nie do­ra­dza, nie kry­ty­kuje, ale po pro­stu z nią jest. No cóż, to ta­kie dzie­cięce ma­rze­nie. Odło­żyła je na bok i wy­pa­ko­wała ciu­chy do szafy.

Była pie­kiel­nie zmę­czona, bo je­chała dzie­sięć go­dzin, a i ostat­nie dni dały jej w kość. Wy­pro­wadzka, wy­po­wie­dze­nie, wy­dzie­dzi­cze­nie. Po­czuła, że oczy same jej się za­my­kają, że po­trze­buje od­po­czynku. Spoj­rzała ła­ko­mym wzro­kiem na łóżko. Spa­nie o tej po­rze by­łoby tro­chę dziwne, po­my­ślała, ale może tylko przez chwilę po­leżę. Zdjęła spodnie i bluzkę, za­ło­żyła dres i wsu­nęła się pod koł­drę. Po chwili już spała. Śniło jej się, że mieszka w zamku. Miała trzech braci. Byli dla niej do­brzy. Ba­wili się ra­zem w parku, gdzie mieli swoje drzewo - lipę, w któ­rej sze­ro­kich ko­na­rach zbu­do­wali so­bie schro­nie­nie. Kiedy o mało co nie spa­dła z drzewa, je­den z braci ją pod­trzy­mał. Czuła się z nimi bez­pieczna i spo­kojna. Kiedy matka za­wo­łała ich na obiad, po­bie­gli wszy­scy. Za­sie­dli do stołu w ogrom­nym sa­lo­nie. Służba po­da­wała po­si­łek. Matka z tro­ską py­tała o ich za­bawy i dbała o to, aby wszy­scy się na­je­dli. Wtem Ka­ro­lina usły­szała, że ktoś woła ją po imie­niu. Obu­dziła się na­gle z prze­stra­chem. To już nie był sen. Przez chwilę za­sta­na­wiała się, gdzie jest. No tak, wró­ciła prze­cież do Gar­dzie­nia. Jest w domu ro­dzin­nym.

- Ka­ro­lina! - znowu roz­le­gło się wo­ła­nie.

To matka, moja matka, po­my­ślała z prze­stra­chem.

- Już idę - wy­krzyk­nęła tak gło­śno, jak po­tra­fiła.

Po­czuła przy­jemny za­pach, który roz­no­sił się po domu. Za­pach je­dze­nia. Wstała z łóżka, wsu­nęła kap­cie i ze­szła na dół. U pod­nóża scho­dów stał ja­kiś star­szy męż­czy­zna, któ­rego w pierw­szej chwili nie roz­po­znała.

- Dzień do­bry - ode­zwał się i do­tarło do niej, że to jej oj­ciec.

- Dzień do­bry - od­po­wie­działa za­że­no­wana i przy­wi­tała się z nim. - Zdrzem­nę­łam się chwilę, bo je­cha­łam dzie­sięć go­dzin, a w au­to­bu­sie strach spać.

- No tak, te­raz to wszę­dzie strach, że cię okradną. A któ­rędy je­cha­li­ście? - za­py­tał z za­in­te­re­so­wa­niem, jakby dwa­dzie­ścia lat jej ży­cia nie było ważne, za to in­te­re­so­wała go tylko trasa au­to­busu.

- Przez Łódź i To­ruń - od­po­wie­działa.

- Chodź, zjemy coś - za­pro­po­no­wał. - Pew­nie je­steś głodna.

- Tro­chę - przy­znała i prze­szli ra­zem do ma­łej kuchni.

Stół był na­kryty ob­ru­sem, w po­miesz­cze­niu czuło się wszech­obecny lód i skrę­po­wa­nie. Ka­ro­lina miała ochotę krzyk­nąć: "Lu­dzie, od­mar­z­nij­cie w końcu! Po­wiedz­cie, co wam nie gra, co nie pa­suje, i za­cznij­cie żyć nor­mal­nie!". Za­miast tego grzecz­nie usia­dła przy stole. Bała się za­pro­po­no­wać matce ja­ką­kol­wiek po­moc. My­ślała, że ta i tak jej nie przyj­mie, a je­śli przyj­mie, bę­dzie ją kry­ty­ko­wać, że wszystko robi nie tak.

- Oj­ciec to te­raz taki gość w domu, pra­wie jak ty. Cią­gle go nie ma - oznaj­miła z wy­rzu­tem Al­dona, sta­wia­jąc na stole wazę z zupą.

- Pra­cuję - burk­nął.

- Pra­cuję, pra­cuję... - Matka za­częła go prze­drzeź­niać.

Ka­ro­lina czuła, że szy­kuje się awan­tura, a jej obec­ność ich nie po­wstrzyma.

- To ja na­leję zupy - za­pro­po­no­wała.

- Tylko nie po­roz­le­waj.

Tak na pewno roz­leję, po­my­ślała Ka­ro­lina.

Wlała naj­pierw matce, po­tem ojcu, a na końcu so­bie.

- Pięk­nie pach­nie - po­chwa­liła.

Oj­ciec tylko po­ki­wał głową, matka też. Nikt się nie od­zy­wał. Każde z nich wie­działo, że cho­dzi po polu mi­no­wym. Je­den fał­szywy ruch i na­stąpi wy­buch.

Cie­kawe, jak długo tu­taj wy­trzy­mam, po­my­ślała z prze­stra­chem Ka­ro­lina.

- I co za­mie­rzasz? - za­py­tał w końcu oj­ciec, opróż­nia­jąc ta­lerz z zupą.

- Nie wiem - przy­znała. - Na pewno chcę przez chwilę tu po­miesz­kać, za­nim znajdę pracę - od­po­wie­działa zgod­nie z prawdą.

- O pracę tu nie­ła­two, a matka po­trze­buje po­mocy cały czas, nie tylko przez chwilę - za­uwa­żył z pre­ten­sją, wska­zu­jąc na zmie­nione cho­robą ręce i plecy żony.

To jej po­ma­gaj, po­my­ślała Ka­ro­lina, dla­czego ucie­kasz?

Nie od­wa­żyła się jed­nak tego po­wie­dzieć na głos.

- A u Grzy­bow­skich to już prze­kwi­tły mar­cinki. Znak, że nie­długo słoty się za­czną - skwi­to­wała wszystko matka.

No tak, to naj­waż­niej­sza sprawa pod słoń­cem, po­my­ślała Ka­ro­lina.

- A oni miesz­kają tam, gdzie daw­niej? - za­py­tała zdzi­wiona.

- Tak, i Grzą­dziele, i Mać­ko­wiaki. Wszy­scy. Ich dzieci im po­ma­gają. Przy­jeż­dżają na wa­ka­cje i w week­endy. Za­bie­rają do sie­bie. Do­bre mają dzieci - wes­tchnęła Al­dona.

Ups, znowu mina, po­my­ślała Ka­ro­lina.

- Zby­szek Mać­ko­wiak też tu mieszka - do­dała matka.

Ka­ro­lina za­czer­wie­niła się od stóp do głów.

- Ale ma te­raz żonę i czworo dzieci - wy­ja­śniła Al­dona.

Kur­czę, tyle mnie omi­nęło, po­my­ślała z iro­nią Ka­ro­lina. Przed oczyma sta­nął jej Zby­szek, ja­kiego znała. Miał osiem­na­ście lat, twarz po­krytą prysz­czami i za­cho­wy­wał się jak szcze­niak. Bar­dzo ją iry­to­wał swo­imi za­lo­tami. Cie­kawe, jak te­raz wy­gląda, czy bar­dzo się zmie­nił. Czy biega za nim stadko dzieci.

- No ale jego dzie­ciaki to już do szkół cho­dzą - po­wie­działa matka, jakby czy­ta­jąc jej w my­ślach.

Po­sta­wiła na stole dru­gie da­nie. Ko­tlety mie­lone, ziem­niaki i grzybki z octu. Ka­ro­lina aż stęk­nęła z za­chwytu. To było jej ulu­bione je­dze­nie. Je­dyne, co bu­dziło w niej cie­płe uczu­cia, to ko­tlety mie­lone z ziem­niacz­kami.

- Ja za­raz jadę - oznaj­mił oj­ciec.

- Jak to? - zdzi­wiła się Ka­ro­lina.

- Mam dużo pracy. Ktoś musi na to wszystko za­ro­bić - stwier­dził, wska­zu­jąc na stół i kuch­nię.

Wy­dało jej się dziwne, że pra­cuje o tej po­rze. Co prawda za­wsze praca była dla niego naj­waż­niej­sza, ale jed­nak córka wró­ciła, była go­dzina sie­dem­na­sta, a on miał już sie­dem­dzie­siąt lat.

- No a eme­ry­tura? - za­py­tała nie­śmiało Ka­ro­lina.

- A kto by z tego wy­żył, kto by ra­chunki za dom za­pła­cił. No i te­raz ty chyba też tu za­miesz­kasz, prawda? - upew­niał się.

- Na ra­zie tak... - od­rze­kła, spusz­cza­jąc głowę.

- No wi­dzisz, to jedna gęba wię­cej do wy­kar­mie­nia.

Nie czuła się gębą do wy­kar­mie­nia, ale na ra­zie wy­pa­dało przy­znać ojcu ra­cję. Nic nie po­wie­działa, tylko przy­tak­nęła. Matka skrzy­wiła się. Oj­ciec szybko do­koń­czył obiad i wy­biegł z domu jak wiatr.

- I tyle go wi­dzę. Cią­gle go nie ma, to wszystko twoja wina, bo jak wy­je­cha­łaś, to co on tu­taj miał ro­bić - po­wie­działa z wy­rzu­tem Al­dona.

Ka­ro­lina bała się ode­zwać. Bała się, że matka zmiaż­dży ją jak wa­lec. Prze­je­dzie się po niej jak po ja­kimś ma­łym, bez­bron­nym zwie­rzątku. Tak się za­wsze przy niej czuła. Te­raz na­ra­stały w niej też złość i chęć ucieczki, nie wia­domo do­kąd.

- Zo­sta­wi­łaś wszystko: mnie, ojca, nasz dom, i ucie­kłaś do lep­szego ży­cia. I co z tego masz? - Matka uznała jej mil­cze­nie za za­chętę.

- Mamo, ja...

- Inne dzieci po­ma­gają ro­dzi­com, Re­nata cho­dzi z matką do ko­ścioła, na spa­cery, na cmen­tarz, a ty przez dwa­dzie­ścia lat na­wet nie za­py­ta­łaś, jak ja się czuję, nie przy­je­cha­łaś, nie za­dzwo­ni­łaś.

Ka­ro­linę za­częło przy­gnia­tać co­raz więk­sze po­czu­cie winy. Było ni­czym wielki głaz, który dźwi­gała, chyba od­kąd się uro­dziła, w każ­dym ra­zie tak długo, jak się­gała pa­mię­cią. Po­czu­cie winy, że nie jest taka, jak by chciała matka. Miała być po­tulna i ła­godna, a za­ra­zem prze­bo­jowa i pewna sie­bie. Miała być uprzejma i życz­liwa, a jed­no­cze­śnie umieć wal­czyć o swoje. Miała iść za gło­sem serca, a także po­zo­sta­wać roz­sądna i sprytna. Miała być chyba kimś, kto ni­gdy nie ist­niał. Na­gle zdała so­bie z tego sprawę. Mimo to na­dal chciała dać matce tę osobę, która prze­cież nie miała prawa ist­nieć. Ni­gdy nie mo­gła za­do­wo­lić matki i dla­tego ucie­kła, ale pa­ra­dok­sal­nie w tej chwili da­wało to matce jesz­cze więk­sze pole do po­pisu, te­raz rze­czy­wi­ście miała o co mieć żal i pre­ten­sje. Ka­ro­lina wie­działa, że ta roz­mowa to ślepy za­ułek, ale nie umiała odejść.

- Ja te­raz chcę ci po­móc - prze­mo­gła się, aby po­wie­dzieć.

- Już nie ma w czym, te­raz to ty po­trze­bu­jesz po­mocy, już za późno...

No tak, spóź­ni­łam się. Nie­ważne, że nie da się zmie­nić prze­szło­ści, nie­ważne.

- Nie chcę wra­cać do prze­szło­ści. Po­wiedz, czego te­raz po­trze­bu­jesz. Mam po­sprzą­tać, po­zmy­wać, za­jąć się ogród­kiem? Po­wiedz, czego chcesz...

Matka tylko mach­nęła ręką i ob­ra­żona wy­szła z kuchni. To za­wsze była jej naj­moc­niej­sza broń - ob­ra­ża­nie się i mil­cze­nie. Ka­ro­lina pa­mię­tała z dzie­ciń­stwa, że matka samą miną de­cy­do­wała o jej sa­mo­po­czu­ciu. Gdy się uśmie­chała, chciało jej się żyć. Gdy była ob­ra­żona, cały świat tra­cił barwy, jakby nie ist­niał. Była dla Ka­ro­liny ni­czym słońce, w które dziew­czynka wpa­try­wała się z uwiel­bie­niem. Tak wiele od niej za­le­żało, tak wiele. Całe moje ży­cie. Cie­kawe, czy do­ty­czy to też wiecz­no­ści, po­my­ślała z pew­nym roz­ba­wie­niem.

Te­raz też mil­cze­nie Al­dony roz­biło ją na ka­wałki, ale po­sta­no­wiła, że je po­zbiera i sklei w ca­łość. Na prze­kór matce i na prze­kór temu, co w niej za­szcze­piła. Nie da się przy­gnieść, zdo­ło­wać, nie da się po­gnę­bić do cna. Po­zbie­rała na­czy­nia i wło­żyła je do zmy­warki. Była to ta sama zmy­warka, którą pa­mię­tała sprzed lat. Dzia­łała na pół gwizdka i pew­nie na­dal tak jest. Nie ma ni­kogo, kto by się nią za­jął. Jed­nak ją włą­czyła. Po­tem wy­tarła stół i za­mio­tła pod­łogę. Sły­szała, że matka włą­czyła te­le­wi­zor i ogląda ja­kiś se­rial. Po­sta­no­wiła jej nie prze­szka­dzać, bo wie­działa, że jest ob­ra­żona i czeka na prze­pro­siny. Prze­pro­siny, które i tak do ni­czego nie do­pro­wa­dzą, bo matka nie lubi sa­mej sie­bie, a Ka­ro­lina jej to tylko uzmy­sła­wia. Po­sta­no­wiła się usu­nąć, znik­nąć z pola wi­dze­nia. Po­szła do swo­jego po­koju i wsko­czyła do łóżka. Naj­pierw zro­biła prze­gląd osób, które pa­mię­tała z dzie­ciń­stwa i które mogą jesz­cze miesz­kać w Gar­dzie­niu. Nie było ich wiele. Oprócz Zbyszka i ja­kichś ko­le­ża­nek ze szkoły wła­ści­wie nie miała tu ni­kogo. Po­tem wy­jęła książkę i za­częła czy­tać. Przed snem po­sta­no­wiła, że rano jed­nak po­roz­ma­wia z matką, a po­tem wy­ru­szy na spa­cer po wsi. Z taką my­ślą za­snęła.

Obu­dziło ją słońce wpa­da­jące przez fi­ranki. Cu­downa nie­spo­dzianka. W paź­dzier­niku słońce było jak rzadki przy­smak, ra­ry­tas. Wy­sko­czyła za­do­wo­lona z łóżka. Umyła się i ze­szła na dół. W kuchni sie­działa matka. Przy­gar­biona, za­su­szona. Z ca­łych sił sta­ra­jąca się po­ka­zać, że jest ofiarą pod­łej córki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki