Pocałunek rozpustnika - Anna Campbell

Reflow text when sidebars are open.
Packham House, Londyn, marzec 1827
Wszyscy wiedzą, że jest pani ladacznicą!
To gwałtowne oświadczenie padło podczas jednej z tych krótkich chwili ciszy, jakie czasami zdarzają się w pomieszczeniu pełnym ludzi. Sir Richard Harmsworth, który jak wszyscy inni stał w zatłoczonej sali balowej lorda Packhama podczas tego niezwykle ciepłego wiosennego wieczoru, wyciągnął szyję, żeby się przekonać, kto to powiedział. No i, co było jeszcze bardziej interesujące, do kogo.
Wysoki wzrost pozwolił mu wkrótce zidentyfikować obydwie strony konfliktu. A potem szczerze tego pożałował. Niech to diabli, rodzinnych brudów lepiej byłoby po raz kolejny nie prać publicznie.
Koło głównego wejścia jakiś jasnowłosy smarkacz stał naprzeciwko pięknej, choć dość już dojrzałej brunetki. Na jej wargach widniał słaby, pełny politowania uśmieszek, ale nie wyglądała wcale na rozgoryczoną. Richard nie wiedział, kim jest rozgniewany młodzieniec, bez trudu za to poznał damę nazwaną przez niego ladacznicą.
Augusta, lady Harmsworth, była jego matką. Z czego nie przyszło mu nigdy nic dobrego.
Richard, jak to miał w zwyczaju, zrobił uprzejmą minę, całkiem jakby wszystko to wcale nie miało dla niego znaczenia. A jednak poczuł nagły przypływ dawnej, bezsilnej złości, gdy skierował się ku miejscu, gdzie powstało zamieszanie. Co za szkoda, że miał o całe trzydzieści dwa lata za wiele, by zapobiec skandalowi.
Ekstrawagancki tłum rozstąpił się przed nim niby morze przed Mojżeszem. Jako arbiter elegancji przyzwyczaił się, że ludzie zwracają na niego uwagę. Tylko że tego wieczoru nie wynikała ona z podziwu. Gwałtowne zainteresowanie świadczyło o tym, że eleganckie towarzystwo zwietrzyło zapach krwi. Richard i jego matka dobrze wiedzieli, jak nie dać mu satysfakcji. Nie był tego jednak pewien, jeśli chodziło o rozzłoszczonego młodzika.
Kątem oka dojrzał, że jego najlepszy przyjaciel, Camden Rothermere, książę Sedgemoor, zmierza w tym samym kierunku. Potem skupił swój wzrok na matce. Nie widział jej od dobrych pięciu lat, lecz wcale nie wyglądała teraz starzej. Najwyraźniej grzech dobrze robi na cerę, pomyślał zgryźliwie.
- Niepotrzebnie się tak unosisz, Colby. - Lord Benchley, jeden z mężczyzn stale towarzyszących jego matce, przyjrzał się przez lorgnon roztrzęsionemu młodzieńcowi z ironicznym zainteresowaniem. - Nie obrażaj się, że dostałeś odprawę, i nie rób z siebie durnia.
Richard rozpoznał już chłopca, który znieważył jego matkę. Lord Colby dopiero co skończył naukę w Cambridge i od niedawna bawił w Londynie. Augustę zawsze otaczał rój przystojnych młodzieńców, chociaż, co należało jej jednak poczytać za zasługę, rzadko brała któregoś z tych żółtodziobów do łóżka. Rezerwowała ten przywilej dla bardziej doświadczonych kochanków; jednym z nich był jakoby Benchley.
- O, idzie jej bękart - powiedział z goryczą Colby, gdy Richard podszedł bliżej - a przynajmniej jedyny, o którym nam wiadomo!
Całe olśniewające towarzystwo wydało coś w rodzaju wspólnego jęku, pełnego zarazem zgrozy i zachwytu. Muzykanci przestali grać. Szczupły mężczyzna stojący z tyłu za Colbym chwycił go za ramię.
- Zamknij się, Colby. Harmsworth doskonale strzela. Czy chcesz dostać kulkę za to, czego narobiłeś?
Colby strząsnął z siebie jego rękę. Teraz, gdy Richard był już blisko niego, spostrzegł, że młody lord jest bliski płaczu. Niech piekło pochłonie matkę za zło, jakie wokół siebie rozsiewa. I za to, które wyrządziła jemu.
- Dobry wieczór, mamo. Widzę, że wciąż jeszcze wiesz, jak zrobić efektowne wejście - rzekł sucho, jawnie ignorując krzykliwego smarkacza. Można by sądzić, że skoro od tak dawna przezywano go bękartem, nie robi to już na nim wrażenia. Niestety, gniew, który właśnie skręcał mu w supeł żołądek, świadczył, że wcale tak nie jest.
Wiedząc, jak uważnie jest obserwowany, nachylił się nad jej dłonią w ostentacyjnym geście szacunku. Doświadczenie nauczyło go, że jeśli tylko zdradzi się z tym, co czuje naprawdę, wytworne towarzystwo rzuci się na niego jak stado wilków.
Matka jeszcze lepiej umiała ukrywać reakcję na zniewagi, jeśli w ogóle na nie reagowała. Podobnie jak na spotkanie z niewidzianym od dawna synem. Odwzajemniła mu spokojnie spojrzenie i na jej wargach pojawił się uśmiech, który mógłby wszystkich obecnych w sali mężczyzn przyprawić o zawrót głowy. Pewnie takie samo wrażenie zrobił na ojcu Richarda, obojętne, kim on był.
Złośliwa plotka długo utrzymywała, że to jakiś stajenny dosiadł lady Harmsworth, gdy sir Lester przebywał z misją dyplomatyczną w Rosji. Kiedy zaś wrócił po szesnastu miesiącach nieobecności, nic już nie było w stanie ukryć niewierności żony. Skandal nie zniweczył jednak sukcesji. Sir Lester nigdy otwarcie nie zakwestionował wierności Augusty i Richard w odpowiednim czasie został kolejnym baronetem, mimo że podejrzanego pochodzenia.
- Ach, świat nie cierpi ludzi nudnych - odparła chłodnym tonem matka.
Uniósł badawczo brwi, podczas gdy gniew, chociaż skrywany, dręczył go nadal. Od szkolnych lat cierpiał z powodu szyderstw, wzgardy i przemocy wskutek matczynej rozpusty. Duma mogła mu nakazać ukrywanie urazy, ale jej wcale nie złagodziła.
- Nie wątpię.
- Lady Harmsworth, miło mi panią widzieć. - Cam zdołał wreszcie przedostać się przez tłum.
- Witam Waszą Wysokość. - W jej niezwykle zręcznym ukłonie krył się cień wyzwania. Richard z chęcią znienawidziłby w matce wszystko, ale nie potrafił gardzić jej odwagą. Wiedział, ile to kosztuje, by wysoko nosić głowę wbrew powszechnej pogardzie. - Chce pan załagodzić sytuację?
Cam uśmiechnął się do niej.
- Pragnę jedynie zaprosić panią do tańca.
Augusta odwróciła się w stronę Richarda.
- A ty, mój synu, co tutaj robisz? Tylko mi nie mów, że zamierzasz bronić mojego honoru, stając do pojedynku.
Dyskretne śmiechy z tyłu za nim świadczyły, że śmiałe słowa matki spotkały się z uznaniem. Richard dostrzegł ostry błysk w jej oczach, gdy ośmieliła się stawić czoło groźbie pojedynku. Częściowo jego udrękę powodowało to, że oboje w gruncie rzeczy nie różnili się zbytnio od siebie, nawet co do sposobu, w jaki umieli ze spokojną elegancją zniechęcić kogoś do zuchwałych zniewag.
Zwykle to skutkowało.
- Nie strzelam do pijanych smarkaczy, nawet jeśli są nieznośni - odparł, wciąż z obojętną miną.
Przyjaciel Colby'ego chwycił go mocno za ramię.
- Zabieraj się stąd i bądź zadowolony, że uszedłeś z życiem!
- Zaraz sobie pójdę - odparł Colby, ale nie ruszał się z miejsca i wciąż patrzył z nienawiścią na Richarda, a potem wybuchnął: - Mam dość przywiędłych wdzięków tej damy i nic sobie nie robię z nędznika, który sam nie wie, kto go spłodził. Nawet klejnot Harmsworthów nie zrobi z was porządnych ludzi. Jesteście plugawi!
Tym razem rozległy się głośniejsze śmiechy i tłum zafalował jak wzburzone morze. Richardowi zabrakło tchu. Niech diabli wezmą Colby'ego, czy musiał obnosić się ze swoim złamanym sercem pośród tego tłumu? Richarda korciło, żeby jednym solidnym ciosem skończyć z bezczelnym szczeniakiem, zdobył się jednak na pozornie lekką replikę.
- Klejnot Harmsworthów? Dobry Boże, chyba tego świecidełka nikt nie widział od czasu wojny dwóch róż.
Zdumiało go, że Colby wiedział o istnieniu tego klejnotu i o legendzie mówiącej, że potwierdza on prawowitość dziedzica rodu. Richard przesadził, sugerując, że klejnot zaginął w XV stuleciu, bo główna gałąź rodu z pewnością utraciła go niedawno.
- Przywiędłe wdzięki? - Augusta u jego boku zaniosła się srebrzystym śmiechem. - Mój drogi Colby, jakże mnie zraniłeś!
- Wygląda pani znakomicie, lady Harmsworth. Proszę sobie nic nie robić z tego smarkacza. - Cam, któremu też nie był obcy skandal rodzinny, wystąpił naprzód, a na widok jego władczej postawy ochłonął nawet rozjuszony Colby. - Czy możemy zatańczyć?
Cam dał znak orkiestrze, zupełnie jakby to raczej on był tutaj gospodarzem, a nie lord Packham. Zagrano walca i Augusta wypłynęła na posadzkę z tak królewską pewnością siebie, że nikt się już nie odważył jej rzucić choćby jednego impertynenckiego słówka. Richard nie po raz pierwszy był wdzięczny przyjacielowi za zimną krew okazaną w przykrej sytuacji.
Tłum z wyraźnym rozczarowaniem zaczął się rozpraszać. Matka i syn uniknęli, wszakże z trudem, jawnej niełaski, choć słowna napaść Colby'ego z pewnością będzie potem z lubością wspominana jako pikantna atrakcja balu.
- Proszę zabrać Jego Lordowską Mość do domu - powiedział Richard do towarzysza Colby'ego. Nie był w stanie ukryć znużenia. Czuł się straszliwie zmęczony. Zmęczony pogardą. Zmęczony udawaniem, że każda obelga ześlizguje się po nim bez śladu. Zmęczony matczynymi grzechami, za które on musiał ponosić karę. A przede wszystkim zmęczony tym, że był bękartem.
Wściekłość przestała go już nękać i przerodziła się w determinację twardą jak stal. Odnajdzie tę przeklętą pamiątkę rodową i wepnie sobie klejnot Harmsworthów jak szpilkę w halsztuk. A potem zacznie z nim paradować pod samym nosem wielkiego świata niczym z proporcem wojennym, póki nie uznają, że choć nie jest Harmsworthem z prawego łoża, to w każdym razie jedynym, z jakim mają do czynienia.
Niech go ktokolwiek nazwie potem bękartem.
Little Derrick, Oxfordshire, wrzesień 1827
Niech to wszyscy diabli!
Głośny łomot, a potem wypowiedziane zduszonym męskim głosem przekleństwo sprawiły, że Genevieve ocknęła się z drzemki. Ale dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę, że zdrzemnęła się za biurkiem w swojej pracowni na piętrze plebanii. Świeczki się wypaliły i pokój oświetlał tylko blask ognia dogasającego na kominku. W jego słabym świetle dostrzegła, że ciemny kształt na parapecie uniósł się i jakieś męskie ciało przesłoniło słabą poświatę z zewnątrz.
Dławiący strach sprawił, że zamarła bez ruchu. Strach i gniew. Jak ktoś śmie włamywać się do jej domu? To ją wręcz obrażało! Ojciec i ciotka byli na obiedzie u księcia Sedgemoora w jego posiadłości. Książę nigdy jeszcze nie odwiedził tego odległego zakątka swoich rozległych posiadłości, każdy więc ogromnie chciał go zobaczyć. Genevieve również otrzymała zaproszenie, ale wolała zostać u siebie, żeby popracować nad pewnym zagadnieniem. Służba dostała wolne na cały wieczór.
Mężczyzna tkwił przez jakiś czas bez ruchu w oknie, jakby chcąc się upewnić, że pokój jest pusty, zanim przystąpi do swojej przestępczej działalności. Pełna napięcia cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Potem włamywacz, uspokojony, zbliżył się do kominka. Ze swojego ciemnego kąta Genevieve patrzyła, jak zapalał świecę od ognia w palenisku.
Niech to diabli! Wkrótce zuchwalec się przekona, że nie jest sam.
Szybko wymacała drugą szufladę biurka i nie przejmując się hałasem, jaki spowodowała, chwyciła to, co leżało w środku. Płomień świecy zamigotał, intruz zwrócił gwałtownie głowę ku niej i Genevieve zerwała się na nogi.
Gdy wyszła zza biurka na uginających się nogach, powiedziała, siląc się daremnie na pewność siebie:
- W tym domu nie ma niczego, co warto byłoby ukraść. Proszę stąd natychmiast odejść.
Zamiast zareagować strachem i konsternacją, mężczyzna wyprostował się z wolna. Potem, również bez pośpiechu, uniósł świecę i oświetlił Genevieve. Na twarzy miał jedwabną czarną maskę, jak uczestnicy balów kostiumowych. Genevieve tak ich sobie przynajmniej wyobrażała, bo na żadnym balu nie była.
- Może się pani nie obawiać, jeśli rzeczywiście nie ma tu nic wartego kradzieży.
Stanowczym ruchem uniosła pistolet wyciągnięty z szuflady.
- Mieszkamy na samym skraju miasteczka, co pan bez wątpienia zauważył, wybierając ten dom.
Nagle coś ją zaniepokoiło. Wymierzyła w niego broń drżącą dłonią.
- Czy jest pan uzbrojony?
Zesztywniał ze zdumienia, całkiem jakby poczuł się urażony jej pytaniem, i żeby zademonstrować, że wcale nie ma złych zamiarów, rozłożył szeroko obie ręce.
- Oczywiście, że nie, droga pani.
Ten łajdak był doprawdy osobliwym włamywaczem. Niewiele wiedziała o przestępcach, ale zdumiała ją jego pewność siebie. Wyrażał się jak dżentelmen i nie przejął się jej pistoletem. Zacisnęła zęby i mocniej chwyciła broń.
- Cóż to za "oczywiście"? Musi się pan chyba spodziewać oporu ze strony ofiar?
- Zanim zacząłem działać, upewniłem się, że nikogo nie ma w domu.
- Ale nie dzisiejszej nocy - odparła zimno.
Wzruszył ramionami.
- Nawet doświadczeni przestępcy popełniają czasem błędy, panno Barrett.
Żołądek skurczył się jej ze strachu. Tym razem, mimo wysiłku, nie potrafiła mówić stanowczo.
- Skąd pan wie, jak się nazywam?
Usta poniżej maski uśmiechnęły się. Podszedł bliżej.
- Proszę się nie ruszać! - parsknęła. Serce biło jej tak donośnie, że z pewnością musiał to słyszeć.
Nic sobie nie robiąc z jej pistoletu w sposób wręcz obraźliwy, uniósł świecę i poddał Genevieve długiemu, irytującemu oglądowi. Czuła nierealność całej tej sytuacji. Znajdowała się w dobrze sobie znanym pokoiku. Na biurku piętrzył się stos przedmiotów i stronic zapełnionych jej pismem. Wszystko było takie, jak należy, prócz wysokiego, zamaskowanego mężczyzny, który uśmiechał się wyrozumiale i z rozbawieniem. Miała irytujące wrażenie, że ten nicpoń sobie z niej kpi.
Stojąc nieruchomo pod jego taksującym spojrzeniem, również zaczęła przyglądać mu się uważnie, jakby obserwowała jakiś przedmiot. Twarz miał zakrytą, nie mogłaby go więc opisać policji. Światło świecy błyszczało na włosach i ujawniało fascynujące cienie pod otwartym kołnierzem białej koszuli. Miał na sobie obcisłe spodnie i był w butach. Mimo skromnego ubioru jego maniery wyraźnie świadczyły o wyższym pochodzeniu. A choć nie widziała jego rysów, coś w jego powierzchowności i ruchach wskazywało, że jest przystojnym mężczyzną.
Cóż za osobliwy włamywacz.
- Zręczny złodziej potrafi się wielu rzeczy dowiedzieć - odpowiedział na jej pytanie, o którym już zapomniała. - Choć nie zawsze mu się to udaje. Na przykład miejscowe plotki twierdziły, że dzisiejszej nocy jest pani na uroczystym obiedzie w Leighton Court.
- Bo chciałam... - i Genevieve nagle zdała sobie sprawę, że odpowiada mu tak, jakby zadał jej zwykłe, uprzejme pytanie. Ręka, w której trzymała pistolet, żałośnie się ugięła, tak że mierzył on teraz prosto w podłogę, nie mogąc intruzowi wyrządzić żadnej krzywdy. Zagryzła wargi i uniosła go, jak sądziła, w sposób przekonujący. - Proszę stąd iść!
- Ależ ja nie znalazłem tego, po co tu przyszedłem.
Podszedł bliżej, poczuła się więc bardziej zagrożona niż na początku. Była kobietą, której zagrażał mężczyzna. Skóra jej cierpła na myśl o tym, że jest zdana na jego łaskę. Wyraźnie widziała, że się jej przygląda. Zanim zdała sobie sprawę, że jej bezbronność mu sprzyja, cofnęła się, celując w jego pierś.
- Proszę stąd iść, bo będę strzelać.
Zmarszczył brwi, co wskazywało, że jej żądanie w jakiś sposób mu uwłacza.
- Droga pani...
Zesztywniała. W niezrozumiały sposób traciła kontrolę nad sytuacją.
- Nie jestem pańską drogą panią.
Jakby zdając sobie sprawę, że zdobyła nad nim przewagę, skłonił się przed nią.
- W porządku, panno Barrett. Nie zrobiłem pani nic złego. Grożenie mi śmiercią to przesada.
Ze zdumienia o mało się nie roześmiała.
- Włamał się pan do mojego domu i zagroził mi...
- Jak na razie - przerwał jej - to pani urocza osoba zagraża mnie.
- Zamierzał pan popełnić kradzież - powiedziała słabym, drżącym głosem.
- Ale jak dotąd jej nie popełniłem. - Pięknie wykrojone usta nad intrygująco kanciastym zarysem podbródka uśmiechnęły się czarująco. - Niech pani potraktuje mnie miłosiernie i pozwoli mi odejść, żebym mógł odkupić swoją winę.
- Żeby mógł pan obrabować jakąś inną niewinną osobę? - spytała ostro. - Wolę zamknąć pana na strychu i wezwać miejscowego sędziego pokoju.
- To byłoby nieuprzejme. Nie lubię małych zamkniętych pomieszczeń.
- W takim razie źle pan sobie wybrał zawód. W końcu ktoś pana złapie.
Znów zbliżył się o krok, nie zwracając uwagi na pistolet.
- Z pewnością pani czułe serduszko wzdraga się przed tym?
Cofnęła się, zdając sobie sprawę, że zablokował ją za biurkiem. Zacisnęła mocniej dłoń na pistolecie, żeby nie wypadł ze spoconej ręki.
- Proszę odejść, bo jak nie, to będę strzelać.
Zapalił jedną ze świec na biurku i zdmuchnął swoją, mniejszą, a potem rzucił ją, jeszcze dymiącą, na jego blat.
- A fe, panno Barrett! Moja krew pobrudzi dywan.
- Ja będę...
Słowa jej przeszły w zduszony jęk, gdy błyskawicznie chwycił ją za rękę z pistoletem. Kilkoma zręcznymi ruchami przyciągnął Genevieve ku sobie, twarzą do otwartego okna. Przyciśnięta do niego zrozumiała, jaki jest silny. Smukłość intruza była myląca. Mięśnie ramion, którymi przyciskał ją do swojej szerokiej piersi, były twarde jak stal. Trzymał Genevieve mocno, obejmując ją w pasie. Choć nadal miała broń, nie mogła jej w niego wycelować.
Ironiczna, ale dziwnie podobna do flirtu rozmowa złagodziła przedtem jej przerażenie. Teraz znów się zaczęła bać. Po co właściwie przekomarza się z tym draniem? Całkiem jakby ją to bawiło, mimo że on jest tylko godnym pogardy złodziejem.
Przezwyciężając wywołaną strachem czkawkę, zaczerpnęła gwałtownie tchu.
- Proszę mnie puścić!
Z przerażającą łatwością jego ramiona zacisnęły się wokół niej niczym imadło. Genevieve była mocną, wysoką dziewczyną, a nie eteryczną panienką, ale złodziej przewyższał ją wzrostem i siłą. Nigdy przedtem nie musiała walczyć z mężczyzną. Przygnębiło ją, że tak łatwo dał sobie z nią radę. Nigdy też nie odczuwała w tak przemożny sposób czyjejś fizycznej realności. Wytrąciło ją to z równowagi jeszcze bardziej niż zrozumiały strach przed napastnikiem.
- Panno Barrett, naprawdę nie zamierzam zrobić pani krzywdy.
- W takim razie niech mnie pan puści.
Dyszała ciężko, ale choć usiłowała mu się wyrwać, osiągnęła tylko tyle, że rozburzyła i tak niezbyt starannie ułożone włosy.
- Nie zrobię tego, póki nie odłoży pani pistoletu.
Usiłowała uderzyć go łokciem w brzuch, ale bez powodzenia.
- Znalazłabym się wtedy na pana łasce - wydyszała.
Parsknął cichym śmiechem.
- Należało się z tym liczyć.
Znajdowali się tak blisko siebie, że czuła jego rozbawienie całym swoim ciałem, co było wyjątkowo krępujące. Po kilku kolejnych obrzydliwie wręcz zwinnych ruchach wyrwał jej broń i położył na biurku tak, że nie mogła jej dosięgnąć.
- Będę krzyczeć!
- Nikt tego nie usłyszy - odparł lekceważąco, a ona w tym momencie szczerze go znienawidziła.
- Jest pan podły! - syknęła, daremnie próbując mu się wyrwać. Serce biło jej jak oszalałe ze strachu i gniewu. Gniewu na niego i na siebie, bo była niemądrą, słabą kobietą, ofiarą silniejszego od niej mężczyzny.
- Mam to w nosie.
Przesunął się razem z nią o krok do tyłu. Uświadomiła sobie wówczas nie tylko jego rozmiary i siłę - była ich świadoma, gdy tylko ją chwycił - ale też bijące od niego ciepło i przyjemny, roślinny zapach. Świeży i orzeźwiający.
Ten drań dbał o to, by myć się regularnie.
Zrobił jeszcze jeden krok w tył i otworzył z trzaskiem drzwi, pokonując jej opór jedną ręką z upokarzającą dla niej łatwością, co ją przeraziło i zarazem rozgniewało. Zaczęła się z nim gwałtownie szarpać i bezskutecznie próbowała wbić mu w ramię paznokcie.
- Nie da mi pani rady! - prychnął zirytowany, przyciskając ją do siebie jeszcze mocniej.
- Oczy panu wydrapię! - parsknęła, mimo że coraz wyraźniej czuła ten zapach. Co to właściwie była za woń?
- Musiałaby mnie pani przedtem złapać.
Wolałaby nie dostrzegać tego, że jego głęboki, muzykalny głos stał się cieplejszy, gdy się roześmiał. Pełną złości odpowiedź uniemożliwił Genevieve gwałtowny szok, gdy intruz otarł się lekko policzkiem o pasmo włosów zwisające jej znad czoła.
- Au revoir, panno Barrett - szepnął jej do ucha, a jego oddech podziałał jej na nerwy, których istnienia nawet nie podejrzewała. Potem odepchnął ją gwałtownie od siebie.
Kiedy usiłowała odzyskać równowagę, zatrzasnął drzwi i zamknął je od zewnątrz na klucz, który musiał przedtem z nich wyjąć.
- Nie śmiej plądrować mojego domu, ty draniu! - krzyknęła, bębniąc pięściami w drzwi. Zrobione były jednak z solidnego angielskiego dębu i ani myślały ustąpić pod jej desperackim atakiem. - Nie śmiej go plądrować!
Zadyszana przestała walić w drzwi i tylko przyłożyła do nich ucho, rozpaczliwie pragnąc wykryć, gdzie on się może znajdować. Usłyszała jednak tylko odległe stuknięcie, jakby ktoś po prostu wyszedł stamtąd głównym wejściem. Czy obecność Genevieve pokrzyżowała jego zamiary? Niemożliwe. Od początku był przecież mocniejszą stroną w tym starciu.
Zacisnęła ze złością pięści, gdy przypomniała sobie, jak w bardzo niestosowny sposób otarł się o nią policzkiem.
Było to zbyt słabe określenie wrażenia, które odniosła, gdy obezwładnił ją tak skutecznie, że nie mogła mu przeszkodzić w zrabowaniu czegokolwiek. Nikt też nie mógł jej uwolnić, póki ojciec i ciotka nie wrócą z obiadu u księcia, a wielebny Ezekiel Barrett uwielbiał przestawać z ludźmi wyżej postawionymi od niego. Siedziałby tam nawet i do śniadania, chyba że Sedgemoor wyrzuciłby go wcześniej za drzwi. Genevieve mogła wydostać się na zewnątrz tylko przez okno, którym wszedł przedtem złodziej.
Z gniewu i żalu łzy zapiekły ją pod powiekami. Choć było to osobliwe, wciąż jeszcze czuła na sobie ciepło ciała włamywacza. Nie bała się już, a przynajmniej nie o siebie. Jeśli ten nędznik zamierzał wyrządzić jej krzywdę, przyszłoby mu to bez trudu. Główną jej reakcją, gdy opuściły ją strach i odczuwana wbrew własnej woli fascynacja, był niesmak. Zachowała się jak jedna z tych histerycznych kobiet, którymi pogardzała. Miała przecież broń. Dlaczego nie zdołała przepędzić go z domu?
Cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Co ten nikczemnik zrobił? Czy nie zginęło coś z domu? Spojrzała na biurko i z ulgą przekonała się, że jedyny cenny przedmiot umknął jego uwagi. Jak na złodzieja, nie okazał się zbyt spostrzegawczy, choć nie zauważyła u niego braku inteligencji. Ani też, co ponownie ją ubodło, impertynencji. W każdym razie żaden profesjonalny włamywacz nie przegapiłby złotego przedmiotu na biurku.
Coś upadło na dywan pod otwartym oknem. Genevieve chwyciła pospiesznie świecę stojącą na biurku i uniosła ją wysoko. Na podłodze leżał klucz.
Zdumiona i obrażona podbiegła do okna, ale ciemność i gęste listowie wiązu nie pozwalały niczego dojrzeć. Gdzieś w oddali ktoś gwizdał starą, skoczną piosenkę: Over the Hills and Far Away. Odpowiednią dla uciekającego złodzieja, jak uznała. W jego głosie nie było jednak żadnej paniki, przeciwnie, znów był zadziwiająco pewny siebie. Gwizd ucichł, gdy intruz się oddalił.
Drżącymi rękami Genevieve podniosła klucz i położyła go sobie na dłoni. Jeden drobny fakt przeważał nad innymi. Zdołała w końcu rozpoznać zapach, który wyraźnie wyczuła, kiedy włamywacz trzymał ją w uścisku.
Lemon verbena.
Koniec wersji demonstracyjnej.