Pocałowałam twojego brata - Ada Tulińska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (41,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Harper

Każdy sportowiec ma swój plan. Mój brzmi: zrób wrażenie

i uciekaj z miasta.

Mięśnie mam napięte ze zdenerwowania. Wodzę wzrokiem za pomarańczową piłką, której uderzenia odbijają się echem po trybunach.

Żar leje się z nieba i nie daje nam chwili wytchnienia. Moja najlepsza przyjaciółka Vicky smaruje mi przedziałek między dwoma warkoczami kremem z filtrem. Może niektórym ten zapach kojarzy się z odpoczynkiem na plaży. Nam - z ciężkim wysiłkiem podczas treningów i rozgrywek. Obydwie jesteśmy spieczone jak raki mimo tego, że smarujemy się od tygodni. Powietrze wypełnia gwar podekscytowanych głosów i okrzyki kibiców. Słyszę ich urywki. Wszyscy komentują grę dziewczyn w pomarańczowych strojach. Najwyższa z nich, z kręconymi włosami i ciemną skórą, właśnie wybiła piłkę na aut. Uczniowie wokół nas syczą: Ale schrzaniła, rusza się jak słoń. To miał być skok?

Coś skręca mnie w środku na myśl, że za chwilę ja się stanę przedmiotem podobnych komentarzy.

Trwa właśnie turniej koszykówki, na który zjechały się zespoły z okolicznych szkół. Boisko podzielono na dwie części. Pod jednym koszem grają chłopcy, pod drugim my. Dookoła siatek na trybunach siedzą rodziny i przyjaciele zawodników. Wielu z nich ma na głowach czapki z daszkiem z logo drużyny. Ci bardziej zaangażowani stoją przy siatkach i głośno kibicują. Całe trybuny zamieniły się w falę kolorów naszego liceum - granatowego i żółtego. Niektórzy mają specjalne chorągiewki. Przy wejściu do szkoły stoi uczeń przebrany za wielką pomarańczową piłkę do kosza. Najmłodsi kibice wolą stać w kolejce, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie.

- Temu to dopiero musi być gorąco - wzdycha Vicky, odkręcając butelkę z wodą. Upija długi łyk, a potem daje mi się napić. To najlepsza przyjaciółka na świecie. Dobrze wie, że nie mam najłatwiejszego życia i stale się mną opiekuje. Przylgnęłam do niej jak huba do drzewa. Nie mam pojęcia, co bym bez niej zrobiła.

- Nie jest mi go szkoda - marudzę, doskonale wiedząc, że koleś wcale nie jest taki wspaniałomyślny. Za każdą fotkę liczy sobie pięć dolarów, a jeśli jakiś rodzic nie ma gotówki, odprawia ich z kwitkiem.

Mój kuzyn Will, miejscowy typ spod ciemnej gwiazdy, właśnie zbija fortunę, sprzedając lemoniadę z wózka. Ktoś mógłby uznać, że jest wspaniałym i troskliwym bratem, który przyszedł mi kibicować, ale prawda jest taka, że rodzice kazali mu przyjść. Nazywam go kuzynem, bo łatwiej mi to przełknąć. Ma mnie całkowicie w dupie. Nie ma zamiaru oglądać meczu. Widzę, jak flirtuje przez kontuar z wysoką blondynką, jednocześnie wciskając jej dodatkowy napój. Dziewczyny przeważnie uważają go za intrygującą postać - jeździ na motorze, ma tatuaże i kombinuje. Tak właśnie to wygląda. Jestem z rodziny cwaniaczków.

Chwytam kołnierzyk granatowej koszulki z numerem osiem i wachluję się nim, by choć trochę się ochłodzić. Zawodniczki, które właśnie zeszły z boiska, kładą się plackiem pod starą wierzbą obok nas.

Wiele z nich obserwuje mecz chłopców. Również Victoria nie może oderwać od nich wzroku, szczególnie od jednego zawodnika. Jack Taylor jest uważany za jednego z najprzystojniejszych chłopaków w naszym liceum. Wysoki, muskularny, z hollywoodzkim uśmiechem i takim cudnym loczkiem opadającym na czoło.

Vicky podaje mi warkocze do rąk i zaczyna smarować mi kark i plecy.

- Dzięki - mówię i zamieniamy się miejscami. Wyciskam kleks kremu na jej plecy z pierdzącym odgłosem.

- Vicky, no weź - mówię przekornie i zaczynamy się śmiać wraz z innymi zawodniczkami, które też się przygotowują do meczu. Kat zawiązuje właśnie bandankę na czole, a Cristina rozciąga mięśnie łydek.

Przyjaciółka odwraca się i zaczyna mnie łaskotać w ramach zemsty. Przewracamy się na ziemię niezdarnie, ale nie odpuszcza. Zapach kremu do opalania miesza mi się z wonią świeżo skoszonej trawy.

- Oszczędzaj siły na boisko - besztam ją, śmiejąc się wniebogłosy. Trawa kłuje mnie w plecy.

- Jestem z tobą w drużynie. Nie muszę mieć sił na boisku - odpowiada.

- A co to miało znaczyć? - czuję w brzuchu nieprzyjemne ściśnięcie.

Rude włosy okalają piegowatą twarz przyjaciółki niczym złocista aureola. Marszczy nos.

- Tylko tyle, że ty masz siłę za nas wszystkie.

Nie mam na to odpowiedzi. Zawsze staram się dać z siebie dwieście procent.

- Nie łam się - mówi Vicky, schodząc ze mnie. - Wiem, że walczysz o to, by dostać się do rozgrywek stanowych. Dasz sobie radę.

Przełykam ślinę, patrząc na przyjaciółkę. Chciałabym umieć jej odpowiedzieć coś równie motywującego, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

Cała drużyna wstaje. Następnie wykonujemy krótki układ choreograficzny zagrzewający do walki, będący naszym znakiem rozpoznawczym. Na koniec robię gwiazdę.

- Tygrysice, zaraz wchodzicie - informuje nas trener, zerkając spod daszka czapki na tablicę z rozkładem meczów.

To ogólnie miły człowiek, ale dość pobłażliwy. Drużynę dziewcząt, ku mojej frustracji, traktuje z przymrużeniem oka, skupiając się na chłopakach. Moje koleżanki się cieszą, że to właśnie ich wyciska jak cytrynę. Ja uważam, że powinien nas bardziej temperować. Moje koleżanki są nieco rozleniwione, co wpływa na wizerunek całego zespołu.

Niepokój we mnie gwałtownie narasta. Zastanawiam się, czy na trybunach jest dziś jakiś łowca talentów. Czekam z utęsknieniem, łudząc się, że niebawem taki skaut do mnie podejdzie i zaproponuje trening na poważnie. Pozwoli mi przejść na zawodowstwo i wyrwać się z tej dziury. Bardzo, bardzo mi na tym zależy.

Przeczesuję wzrokiem trybuny, ale nie widzę nikogo nowego. Uczniowie wrzeszczą, bo Jack właśnie trafił piłką do kosza. Biegnie przez boisko, unosząc ręce do góry. Pot spływa po jego opalonej twarzy. Jestem zazdrosna o jego postrzeganie w szkole. Wszyscy mówią, że jest faworytem do stypendium.

Wstajemy z trawy. Gdy tylko opuszczam cień drzewa, czuję, jak promienie ogrzewają całe moje ciało. Jeszcze nie rozpoczęłam gry, a już jestem cała spocona i zarumieniona.

Vicky poprawia wiązanie brudnych adidasów, po czym do mnie dołącza. Ma na sobie koszulkę w barwach drużyny z numerem pięć. Rudą kitę zawiązała na czubku głowy w ciasny kok.

- Uważaj na siebie - prosi, kiedy podchodzimy do boiska.

Prycham, bo nie potrzebuję takich "dobrych rad" od koleżanki. Nie mamy szczęścia i do gry stajemy z najmocniejszym zespołem. W dodatku tworzą go same wredne dziewczyny, które lubią się wyżywać na przegranych. Zadzierają wysoko nosa i szydzą ze słabszych. Podczas meczu w zeszłym roku ostro faulowały naszą drużynę. Vicky boi się, że stracę panowanie nad sobą, co nie ukrywam, zdarza się dość często. Połowa szkoły przykleiła mi już łatkę niestabilnej emocjonalnie.

Zajmujemy pozycje na boisku. Naprzeciwko mnie staje zawodniczka z krótką fryzurą i złowieszczym uśmieszkiem. Jej haczykowaty nos kojarzy mi się ze złą czarownicą z bajek. Ma na sobie czerwono-żółtą koszulkę z numerem jeden, w której wygląda na jeszcze bardziej rumianą.

- Bezpański pies też chce pograć - drwi, podgrzewając mi krew w żyłach.

Chyba wszyscy na tym boisku znają moją trudną sytuację. Jestem właśnie w piątej rodzinie zastępczej i miewam problemy z agresją. Po trzecim razie przestałam sobie robić nadzieję, że nowa rodzina mnie zrozumie, zaakceptuje i pokocha. Zawsze kończyło się to tak samo. Nie mogłam zdzierżyć tego, że ktoś przygarnia mnie z litości, a potem nie potrafi poradzić sobie z moim charakterem. Ścieramy się, wybuchają awantury i w efekcie znowu wracam do punktu wyjścia.

Każdy sportowiec ma swój plan. Mój brzmi: zrób wrażenie i uciekaj z miasta. Marzę o tym, by wyjechać stąd i zostawić przeszłość za sobą. Od zawsze czułam, że moje miejsce nie jest tutaj. Cały czas zresztą czuję niedopasowanie i czegoś mi brakuje. Wyobrażam sobie, że jeśli będę trenować wystarczająco mocno, to wtedy mi się uda, jak Serenie Williams. Przyjdzie dzień, kiedy kupię sobie ubrania w dowolnym sklepie, w którym będę chciała. Będę jeździć luksusowym samochodem. Jak zamykam oczy, to niemal czuję zapach tapicerki i słyszę pęd kół.

Posyłam złośliwej zawodniczce twarde spojrzenie. Znam te sztuczki. Chce mnie wkurzyć i zdekoncentrować.

Trener w czarnej koszulce podchodzi z gwizdkiem w zębach, bawiąc się nagrzaną piłką. Posyła nam ostrzegawcze spojrzenie, ale widzę, że zerka też na Taylora, który znowu błyszczy na sąsiednim boisku. Tego właśnie pragnę. Takiego uznania. Uginam kolana do wyskoku, jednocześnie czując, jak ze zdenerwowania przyspiesza mi oddech. Jeśli teraz są na trybunach skauci, mam bardzo marne szanse, żeby zabłysnąć. Staram się uspokoić oddech i skoncentrować się na celu.

Trener podrzuca piłkę. Wirujący pomarańczowy kształt rozmazuje mi się przed oczami. Ktoś popycha mnie ramieniem, więc dziewczyna z jedynką na koszulce dosięga do piłki pierwsza. Rozpoczyna się gra, sędzia nie dostrzegł faulu i ignoruje moje protesty. Victoria próbuje odebrać piłkę dziewczynie, która kozłuje w kierunku kosza. Huk piłki, uderzającej o podłoże, wybrzmiewa mi w uszach. Nie zdążam mrugnąć, nim Jedynka zdobywa pierwsze punkty. Kibice nagradzają ją wiwatami i oklaskami. Ku mojemu rozgoryczeniu dostrzega ją również gwiazda drużyny męskiej. Pieprzony Jack Taylor aż zdjął koszulkę, opiera się o siatkę i z zainteresowaniem śledzi jej ruchy. Zaciskam zęby, bo jeśli na trybunach siedzi ktoś ze stanowej ligi, to z pewnością zapisuje teraz punkty tej wiedźmie.

Rozżalona Vicky patrzy mi w oczy. Kiwam jej głową, żeby się nie przejmowała i stajemy do drugiej rundy.

Pocieram dłonie o siebie, próbując zapanować nad emocjami. Nie po to ćwiczyłam dniami i nocami, żeby teraz jakaś jędza z haczykowatym nosem odebrała mi życiową szansę.

Jedynka z pyszałkowatą miną staje naprzeciwko. Mam ochotę pięścią zetrzeć jej z gęby ten paskudny uśmieszek.

Rozlega się gwizdek sędziego i piłka znowu jest w grze. Sytuacja się powtarza, zostaję odepchnięta, a piłkę przejmują przeciwniczki. Nie! Rzucam ciałem gwałtownie do przodu, by dotrzeć do piłki. Muszę mieć minę zdeterminowanego buldoga, bo czarnoskóra wysoka dziewczyna patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Wykorzystuję ten moment dekoncentracji i wytrącam jej piłkę z rąk. Łapie ją Kat, która kozłuje i wrzuca ją do kosza. Słyszę, jak trybuny wybuchają hałasem okrzyków uznania. Nie ja rzuciłam, ale teraz to się nie liczy. Jesteśmy drużyną.

Przeciwniczki są wściekłe. Proszą sędziego o czas i omawiają strategię w ciasnym kole. Jack Taylor obdarza mnie łaskawym spojrzeniem, a potem ustawia się w kolejce po lemoniadę. Nie patrzę na jego zgrabne, opalone ciało. Wcale nie. Z tabeli rozgrywek wiem, że nasz mecz jest dziś ostatnim. Wszyscy mają już dość obezwładniającego upału. Część kibiców wstaje z trybun i zmierza do wyjścia, rozmawiając beztrosko. Kątem oka widzę osobę, która przed gwiazdą drużyny chłopców odbiera napój. Jack podchodzi do Willa i wymieniają kilka słów. Kiedy ich oczy wędrują w moim kierunku, czuję, jak kula gorąca wypełnia mnie od środka.

Oblizuję wyschnięte na wiór usta i ponownie ustawiam się w pozycji. Skupiam wzrok na piłce trzymanej przez sędziego, starając się ignorować mrowiące spojrzenia na karku.

Kolejna rozgrywka nie ma nic wspólnego ze sportem, bo w ogóle nie można tego nazwać fair play, bardziej to przypomina zawody sumo niż kulturalną koszykówkę dziewcząt. Już wiem, jaką strategię obrały przeciwniczki - odgradzają mnie od piłki murem ciał. Próbuję się przepchnąć, ale jest za późno. Jedynka znowu zdobywa punkty. Mam ochotę wziąć w ręce kij od szczotki do zamiatania boiska i przywalić wszystkim w te puste łby.

I wtedy dzieje się coś, co sprawia, że tracę swoją brawurę i znów czuję się jak zagubiona dziewczynka, która błagalnym wzrokiem wodzi za potencjalnymi rodzicami podczas dni otwartych w sierocińcu. Przy siatce stoi mężczyzna w czapce z daszkiem, w dłoniach trzyma podkładkę i długopis. A więc jednak dziś jest na stadionie skaut. Przygląda się zawodniczkom oceniającym wzrokiem i zapisuje coś na kartce. Zamienia kilka słów z naszym sędzią, jednocześnie błądząc spojrzeniem w moim kierunku. Prostuję się jak struna, żeby zaprezentować swój wzrost i profesjonalną postawę.

Jedynka też go widzi. Jej wąskie usta drgają ze zdenerwowania. Chytre oczka rzucają mi krótkie spojrzenie.

Muszę się zmobilizować i dać z siebie wszystko. Nadchodzące minuty mogą zdecydować o całym moim życiu. Staję na pozycji, tak aby Vicky mogła wybić piłkę i podać do mnie.

Posyłamy sobie porozumiewawcze spojrzenie. Jedynka się piekli naprzeciwko przyjaciółki. Jestem pewna, że ma świadomość, że jak tylko dostanę piłkę do rąk, to będzie po sprawie. Znowu przede mną ustawia się kilka dziewcząt. Przez ułamek sekundy gapię się na ich białe podkolanówki, aby się lepiej skoncentrować.

Sędziujący trener z uśmiechem wraca na środek naszej części boiska. Jego promienna mina tylko mnie drażni. Podrzuca piłkę i Vicky, zgodnie z planem, wybija ją w moim kierunku. Napinam wszystkie mięśnie po to, żeby przedrzeć się przez mur ciał. Buty przeciwniczek szurają po czerwonym podłożu, kiedy próbują mnie zatrzymać, ale nie dam się. Jestem najlepsza. Pokonam je z palcem w nosie. Tak sobie mówię, bo chcę w siebie uwierzyć.

Kozłuję piłkę w kierunku kosza. Zaraz zrobię dwutakt i zdobędę punkty dla drużyny. Wiedźma z haczykowatym nosem rusza do ataku, by zablokować mi drogę. Odbijam piłkę pod jej nogami. Okiwałam ją! Niemal już słyszę wiwaty na trybunach.

Chwytam piłkę w dłonie, robię długi sus. Oczami wyobraźni widzę, jak piłka wpada do kosza, na którym zawisam niczym koszykarz NBA. Uśmiecham się szeroko.

Nie przewidziałam jednego. Sznurowadło mi się rozwiązało i zamiast wyskoczyć wysoko do góry, robię niezdarny podskok i upadam, ścierając kolano do krwi.

Drużyna przeciwniczek wybucha gromkim śmiechem, a ja nie umiem się powstrzymać. Złość i ulatujące daleko marzenia budzą we mnie zwierzę. Szybko wstaję i popycham Jedynkę z całych sił, ona wpada na swoją koleżankę i obie się wywracają. Słyszę gwizdek sędziego i przymykam oczy. Z trudem łapię powietrze, wiedząc, że schrzaniłam na całej linii.