Po tamtej stronie śmierć - Maria Nurowska

Reflow text when sidebars are open.
Dwudziesty siódmy maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt dwa, dochodzi czwarta rano. W nocy padał deszcz i teraz wszędzie stoją kałuże; ciemne kałuże, w których nie odbija się niebo, bo nie ma na nim ani gwiazd, ani księżyca. Biegnę ulicami, czując, jak zimna woda oblewa mi nogi; wiosna, a tak zimno i ciemno. Samochody jeżdżą leniwie, domy wyglądają jak milczący szereg ciasno ustawionych prostokątów. Nie widać w nich okien. Tej nocy, a właściwie rana, w żadnym z okien domów nie pali się światło. Biegnę Alejami, skręcam w Lindleya. Po prawej stronie park, po lewej szpital. Wszystkie okna są oświetlone.
Portiernia.
- Przed godziną przywieziono tu moją matkę.
Portier patrzy ponad moją głową.
- Pytałam pana o coś.
- A co ja pani powiem, tutaj przywożą co minutę. - Wzrusza ramionami. - Pani idzie na izbę przyjęć.
Popołudnie w końcu sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt sześć, Stara Kordegarda w Łazienkach.
Ja: właśnie porzuciłam pracę w Locie, gdzie byłam stewardesą. Znalazłam zajęcie na miesiące letnie, do moich obowiązków należy wietrzenie świeżo wymalowanej Kordegardy przez cztery godziny dziennie.
Ty: przyjechałaś mnie odwiedzić, a raczej odnaleźć po ucieczce zimą, gdy powiedziałyśmy sobie za dużo. Stałyśmy wtedy naprzeciw, w kuchni, w asyście bezradnego ojca; twoje oczy patrzyły wrogo, jak zawsze gdy szykowałaś się do zadania ciosu. Twoje ciosy bezbłędnie trafiały we mnie, bo znałaś mnie lepiej niż ja sama i wiedziałaś, gdzie należy celować, aby mnie najboleśniej ugodzić.
- Nie wrócę do Gdyni. Zostawiłam list, w którym napisałam, że nie wrócę.
- Wrócisz.
- Nie.
- Ty podła dziwko, ty najpodlejsza dziwko, jaką nosiła ziemia!
Zaciśnięte pięści, abyś nie dostrzegła drżenia palców.
- Nie, już jedną wcześniej.
- Tak do matki! Powinnam cię była udusić zaraz potem, jak cię urodziłam, zresztą nie chciałam ciebie.
"Nie chciałam ciebie". To mówisz już spokojniej. Wiesz, że dopięłaś swego. Moje ramiona drżą, trzęsą się i nie pomaga zaciskanie pięści. Znowu wygrałaś. Mogę tylko odwrócić się i odejść. Odchodzę, ojciec niesie za mną płaszcz, jest mroźna zima tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt pięć, za trzy dni Boże Narodzenie, którego nie spędzę w domu.
Nie widziałyśmy się prawie półtora roku. Z listów ojca: rozstałaś się z przyjacielem, człowiekiem, którego obecność wyzwoliła we mnie uczucia na ogół dzieciom obce. Nauczyłam się zazdrościć, cierpieć i pogardzać. Ojciec napisał, że rozstałaś się z przyjacielem. Napisał także, że oczekujesz ode mnie wiadomości. Ale nie pisałam, nie posyłałam ci nawet pozdrowień.
I nie zdziwiłam się, gdy ujrzałam cię idącą w aureoli późnego słońca. Tak, szłaś w aureoli późnego słońca. Zauważyłam cię już od bramy.
Siedziałam na ławeczce pod oknem oparta o nagrzany mur, a ty szłaś w moją stronę.
Byłaś inna, niż cię pamiętałam. Włosy miałaś sczesane gładko, znikły fale. Te rdzawe fale twoich włosów przemieniły się teraz w proste, długie pasma dające się ujarzmić kilkoma zaledwie spinkami.
I twoja twarz była inna, szłaś do mnie z twarzą starej kobiety. Wystawiłaś ją na wypadek, gdybym nie zapomniała tego, co powiedziałaś wtedy, przed rozstaniem. Teraz bez słów chciałaś dać mi poznać, że masz już tylko mnie, że nikt nie może być ważniejszy, nikt nie może się liczyć poza mną i tobą.
Uśmiechnęłaś się samymi wargami, uśmiechem, który chronił mnie przed tym, co mówiły twoje usta.
- Przyniosłam lody - powiedziałaś, a potem postawiłaś pleciony koszyk na ławeczce obok mnie i wyjęłaś z niego termos, dwie filiżanki i dwie małe, błyszczące łyżeczki.
Z bliska zobaczyłam, że twoje włosy są bardziej siwe niż rude.
Tak, to jedno było odtąd prawdziwe. Gdy postanowiłaś przyznać się do starości, nie mogłaś już tego cofnąć. Potrafiłaś zmazywać z twarzy setki cienkich jak pajęczyna zmarszczek, które z powodzeniem przemieniały cię w starą kobietę. Od czasu Kordegardy bywałaś jeszcze młoda, ale już na zawsze włosy twoje pozostały siwe.
Izba przyjęć.
Kafelkowa mozaika, czerwono-białe kwadraty, po których spływa brudna woda. Podłoga zaniesiona setkami krzyżujących się ze sobą śladów. Siedzę pod ścianą, wpatruję się w te zdeformowane, pełne zacieków odciski stóp. Najbliżej mnie ślad męskiego buta, obcas przemienił się teraz w spiczastą lisią mordkę, lis węszy, nadstawia uszu.
Ty. Znowu wychodzisz. Na twojej szyi lis, szklane oczy wpatrują się we mnie. Mogłabym przysiąc, że są szydercze, te szklane, martwe oczy.
Czego się spodziewam. Na co czekam. Czy się boję. Czy cierpię.
Siedzę otoczona rozpływającymi się śladami ludzkich stóp, a raczej butów. Nagle, bez sensu, tęsknię, aby zobaczyć odbicie bosej stopy, właśnie tu, na tej brudnej, kafelkowej podłodze.
- To pani?
- Chciałabym...
- Jej tu już nie ma.
- A gdzie jest?
- W głębi podwórza, na lewo, blok E.
Tuż za Kordegardą, od strony fosy napełnionej wodą, skoszono trawnik i zapach suchej trawy, który tak lubię, przypływa wraz z podmuchem wiatru do naszej ławeczki. Jemy lody.
- Gdzie kupowałaś?
- W Zielonej Budce.
- Chciało ci się? W taki upał.
Nawet w najgorętsze lato musiałaś nosić pończochy. Alergia, niegojące się rany na łydkach. Przewijanie bandaży żółtych od maści i ten suchy trzask skóry pod paznokciami. Nie wiadomo skąd, lekarze powiedzieli, że to na tle nerwowym. Nosiłaś te pończochy z uśmiechem, musiały być ciemne, aby nie przeświecały przez nie bandaże. Odkąd cię tylko pamiętam, pamiętam cię w tych długich sukienkach. To było nawet ładne przy twojej kruchości, przy niskim wzroście. Zawsze klosz, zawsze dużo materiału piętrzącego się sztywno lub falującego grubymi fałdami.
Stałaś w przedpokoju w szarej sukni, na szyi miałaś lisa. Obca, pachnąca perfumami pani. Fale twoich włosów zlewały się z lisim futrem. Stałaś przed lustrem, a ja na pierwszym stopniu schodów prowadzących na górę, w tym domu zawsze za dużym i za pustym dla trojga osób. Grałam dla ciebie rolę grzecznej, cierpliwej dziewczynki - ja, ogarnięta szaleńczą tęsknotą, przymierzałam uśmiechy, uważając, aby żaden z nich nie był zbyt agresywny, aby cię nie zdziwił lub nie rozdrażnił. - Co się tak uśmiechasz? - mogłaś spytać lub mogłaś też spytać: - Dlaczego się uśmiechasz? - Już dawno podejrzewałaś, że mam ci za złe twoją nieobecność w domu i w moim dzieciństwie. Byłaś nieufna, twoje oczy spoglądały uważnie, chciałaś wyśledzić w mojej twarzy oskarżenie, przed którym swobodnie mogłabyś się obronić. Ojciec, zawsze mniej ostrożny ode mnie, łatwo dał się wykluczyć z gry. "Znowu wychodzisz?" - spytał lekkomyślnie. - "Wychodzę" - odpowiedziałaś. Pytał, a ty udzielałaś mu odpowiedzi, po której bez przeszkód już mogłaś wychodzić. Usunęłaś ojca, nie mogłaś jednak usunąć mnie, bo ja się usunąć nie dawałam. Można unieważnić słowa, nie można unieważnić milczenia.
Milczałam, a ty zauważałaś przez to moją obecność. Ojca zgubiły słowa, mnie uratowało milczenie. Gdy tylko z niego wyszłam, gdy zdecydowałam się użyć przeciwko tobie, przeciwko twojej woli, słów - pierwszy raz przegrałam w tym latami ciągnącym się pojedynku. Powiedziałam: "nie", powiedziałam: "nie chcę", a ty zrobiłaś wszystko, abym musiała.
Ślub w Gdyni.
Wrzesień w Gdyni. Pochyła uliczka biegnąca w stronę morza. Uliczka, przy której stał hotel. W jednym z pokoi na piętrze mieszkałam ja, a zaraz obok, o drzwi dalej, ty.
W moim pokoju z oknem na morze odbyła się ta rozmowa, ta wieczorna rozmowa w przeddzień mojego ślubu.
- Wydajesz mnie za mąż.
- Nie, wydaję cię za wspaniałego chłopca.
- Nie, wydajesz mnie z domu!
- Mnie też wydano, miałam siedemnaście lat, byłam dwa lata młodsza niż ty, za podoficera pierwszego pułku szwoleżerów w Warszawie. Upijał się regularnie, co sobota, i bił mnie, bił mnie do pierwszej krwi. Na zapas. Podejrzewał, że go zdradzam. W końcu zdradziłam go z twoim ojcem, oficerem tego samego pułku. A potem z nim uciekłam. Uciekłam z nim, bo wystarczyło mi wtedy, że mnie nie bił.
Twoje spojrzenie staje się drapieżne, bezlitosne.
- Pierwszy orgazm przeżyłam w wieku czterdziestu lat, do tego czasu zdążyłam mieć kilka skrobanek.
- Nie mówi się takich rzeczy dziewczynie, która nie żyła jeszcze z mężczyzną.
Śmiejesz się.
- Z mężczyznami się nie żyje, z mężczyznami się sypia, moja droga. Zapamiętaj to sobie na całe życie, to dobra rada twojej matki.
- Czasami mało jesteś podobna do matki!
Krzyczę, umiem już krzyczeć. Odkąd padły pomiędzy nami pierwsze słowa, stałam się taka jak ty, drapieżna i bezwzględna.
Blok E.
- Tak, matka - mówię, dziwiąc się, że język mam drętwy, jakby był kawałkiem drewna.
- Jej tutaj nie ma.
- W izbie przyjęć powiedziano mi, że...
- Ale już jej tu nie ma.
- A gdzie jest?
- Proszę iść prosto, przy murze trzeba skręcić w lewo.
Idę prosto, przy murze skręcam w lewo. Zarys trójkątnego dachu kaplicy. Ciągle jeszcze jest ciemno, ziemia paruje po deszczu.
Otworzyć te drzwi.
Umieć otworzyć te drzwi.
Za nimi jest ona, matka.
Drzwi kaplicy, ciężkie, z dębowego (a może innego) drzewa, pociemniałe od deszczu i wiatru. Zardzewiała, żelazna klamka w kształcie łapy drapieżnego zwierzęcia. Ponad klamką jaśniejszy słój drewna, jak oko z odciągniętą dolną powieką.
Niespodziewanie drzwi się otwierają, wychodzi przez nie wysoki, barczysty mężczyzna w szarym kitlu, związanym tasiemką z przodu na wysokości piersi. Miałam taki sam, jako położnicy dano mi go zamiast mojego pikowanego szlafroczka w różowe kwiatki, którego nie mogłam wziąć ze sobą, musiałam pozostawić w przedsionku, bo był pełen bakterii. Szary kitel, sfałdowany na płaskiej piersi mężczyzny: po raz drugi symbol mojej klęski.
- Jak pani nie chce wchodzić, to pani nie wchodzi. Mnie można przynieść, co tam trzeba, i ja wszystko sam zrobię, umyję i ubiorę.
Z lewej strony nad górną wargą mężczyzna ma dużą brodawkę, z której wyrastają cieniutkie włoski.
- Umyję i ubiorę... - Włoski drgają jak popękane spiralki w żarówce.
- Ależ nie, nie trzeba - mówię, podejmując nową rolę, tę rolę, której uczyłam się każdego dnia, odkąd tylko siebie pamiętam: nie dać poznać, że się zostało trafionym.
Teatr dla ciebie przemienił się w teatr dla ludzi, tak oto ten człowiek przed drzwiami szpitalnej kaplicy stał się moim pierwszym widzem. Przerwany nagle spektakl otrzymał nieoczekiwanie nową publiczność.
- Nie, nie trzeba - mówię lekko, jakby chodziło o pomoc przy wsiadaniu do tramwaju, a nie o przekroczenie tych drzwi. - Nie, naprawdę, dziękuję bardzo - uśmiecham się na dowód, że otwarcie tych drzwi z jaśniejszym słojem nad klamką jest zwykłą sprawą. Jakbym nie robiła dotąd nic innego, tylko takie właśnie drzwi otwierała. Kładę rękę na klamce, ciągle uśmiechając się do tego pielęgniarza-widza.
Jest dwudziesty siódmy maja, dochodzi piąta, niebo jaśnieje. Naciskam klamkę i z uśmiechem na ustach poprzez ciężkie, chyba dębowe, drzwi wchodzę do szpitalnej kaplicy.
Ostre światło żarówki pod sufitem; żarówki obnażonej. Stół, prostokątny na skrzyżowanych nogach, a na nim sfałdowane prześcieradło. Okrywa coś, co tam leży.
To coś pod prześcieradłem to ty.
Jeszcze się uśmiecham, tym uśmiechem dla pielęgniarza, nie wiem, jak go inaczej nazwać - może Człowiekiem z brodawką, w szarym kitlu?
Mój uśmiech pod obnażoną żarówką, w kaplicy, w której nie ma okna. Ta żarówka za chwilę wydobędzie cię spod prześcieradła. Uśmiech już niepotrzebny, bo widz pozostał za drzwiami.
Wiem, jaka jesteś, znam każdy szczegół twojego ciała, każdy szczegół, który gotowa byłaś obnażyć, chcąc mnie pokonać.
Mijał właśnie trzeci miesiąc mojego drugiego małżeństwa, małżeństwa z człowiekiem, którego sama sobie wybrałam, a którego ty nie zaakceptowałaś.
Na moim weselu upiłaś się, ściągnęłaś obrus ze stołu wraz ze wszystkim, co się na nim znajdowało. Stałaś jak zapaśnik, kiwając się lekko w przód i w tył. Stałaś tak w swojej nieco za długiej sukience, zaciskając w dłoni róg obrusa. I ja też stałam, po drugiej stronie stołu, z którego z brzękiem spadały na podłogę talerze, kieliszki i półmiski. Odkorkowana butelka z czerwonym winem toczyła się po podłodze, znacząc za sobą czerwony ślad. Ty byłaś tam sama po tej drugiej stronie stołu. Obok mnie stał mój mąż, twój przeciwnik, a od tej chwili, od chwili gdy butelka toczyła się, krwawiąc, także twój zajadły wróg.
Mój teść, emerytowany kolejarz, który sprzedał kawałek gruntu i kupił za to dom w Sulejówku pod Warszawą, uniósł ręce nad głową:
- Ludzie! - powiedział w najwyższym zdumieniu, że coś takiego może się wydarzyć, i to na weselu jego syna, inżyniera. - Ludzie!
Mój teść opowiadał wszystkim, że vis-a-vis jego domu stoi willa, w której kiedyś mieszkał Piłsudski. A ty opowiadałaś o balu, na którym wybrano cię na królową piękności, i o tym, że byłaś bardzo zmęczona i chciałaś wracać do domu ze swoim mężem podoficerem. Adiutanci Piłsudskiego zastawili drzwi szablami i nie chcieli cię wypuścić, wtedy podeszłaś i zrobiłaś wodzowi awanturę. Sala zamarła, a on roześmiał się i podkręcił wąsa, a potem kazał swojemu szoferowi odwieźć cię do domu. Historię tę słyszałam wiele razy, zawsze brałaś na świadka ojca, który na tym balu też był obecny. Za jego to sprawą twój mąż podoficer został zresztą na ten bal zaproszony.
Po drugiej stronie stołu stałaś w za długiej sukience, ubrudzonej teraz majonezem, który opryskał ci także twarz.
Zrobiłaś to, wiedząc, że jestem w trzecim miesiącu ciąży, wiedząc, że niczego już nie możesz zmienić, że nie możesz niczego cofnąć. Kochałam tego człowieka. Kochałam go i oczekiwałam z nim dziecka. Ściągnęłaś obrus ze świadomością, że nie robisz tego dla mnie; byłam już nieczuła na takie gesty. Zrobiłaś to dla nich, dla tych ludzi, których coś podobnego spotykało po raz pierwszy. Nieudany ślub syna to sprawa, jakiej chyba już do końca nie da się wymazać. Ale to nie ty byłaś najważniejsza w tamtej chwili, tylko fakt, że ślub się nie udał. Po co więc w ogóle coś takiego zrobiłaś, skoro nie mogło to być obliczone ani na mnie, ani na moją nową rodzinę. Od razu zorientowałaś się, że chybiłaś. Wtedy już zupełnie bez sensu próbowałaś wyzwolić we mnie litość.
Stałaś więc po drugiej stronie stołu stara, samotna i zagubiona wśród tłumu ciotek i wujków, z którymi miałam tak samo mało wspólnego jak ty.
Obcy ludzie, zbici teraz w ciżbę, zaskoczeni twoim gestem. Ten twój gest przerastał ich, spychał w nieznany obszar, w którym nie można wyczuć gruntu pod nogami. Żadna z kobiet zebranych w pokoju weselnym nie byłaby do czegoś takiego zdolna; nie starczało na to wyobraźni, było więcej niż świętokradztwem. Tak, tylko ja jedna wśród tego tłumu mogłam cię zrozumieć. Liczyłaś na to. Byłaś pewna, że oto oderwę się od boku męża, przekroczę ten zaklęty krąg i wraz z tobą opuszczę pokój, dom, osiedle.
Ale ja nie odczuwałam niczego poza litością. To, co wiązało mnie z człowiekiem, z którym tego ranka wzięłam ślub, było ważniejsze. Moja litość nie mogła ci niczego ułatwić, wiedziałam, co czujesz, i to wszystko. Ja jedna wtedy, tamtego dnia, nie potępiałam ciebie, chociaż przez kilka lat mojego małżeństwa, zanim je doszczętnie zniszczyłaś, ponosiłam konsekwencje twojego czynu. Przez te kilka lat nie byłam żoną Pawła, ale tą, której matka w dniu ślubu ściągnęła obrus. Tym jednym gestem wyznaczyłaś mi rolę czarnej owcy. Miałam być tą najgorszą synową spośród innych, i wszystko, co czyniłam, z góry przyjmowano z dezaprobatą. To był ten główny grzech: obrus. Brak studiów i nieumiejętność gotowania zawsze stawiano w dalszej kolejności.
Mijał właśnie trzeci miesiąc mojego drugiego małżeństwa, gdy zatelefonowałaś. Od dnia ślubu się nie widziałyśmy. Moja figura uległa zmianie, stałam się ociężała, nogi popuchły mi w kostkach, ale nikt w rodzinie już o nic nie pytał, nawet nikt się nie zdziwił; "obrus" był odpowiedzią. Byłam w domu sama. Ten telefon przyjęłam w pokoju, w którym przed trzema miesiącami ustawiono stoły.
- Halo - powiedziałam.
- To ja, matka.
Milczenie.
Stoję ze słuchawką przy uchu. Ręką czynię gest, jakbym chciała podtrzymać brzuch.
- Byłam u cioci Lili - mówisz jakimś przymilnym głosem - pomagałam tam przebierać owoce i... i spadłam z drabinki...
Płaczesz, szlochasz prosto w słuchawkę, a potem, zacinając się, mówisz:
- ...i coś mi się zrobiło z kręgosłuupem.
Twoje "u" przypomina teraz przeciągłe wycie.
- Po co pojechałaś do Lili? - pytam, próbując zebrać myśli. Lila to twoja młodsza siostra, z którą od lat się nie kontaktowałaś. Byłaś skłócona z jej mężem, który zabronił ci wstępu do ich domu, jak po scenie z obrusem mój mąż. - Gdzie teraz jesteś?
- Na Dworcu Wschodnim - mówisz pokornie, usiłując pokonać szloch. Boisz się utracić to, co już osiągnęłaś. Czujesz, że odniosłaś zwycięstwo. Instynkt podpowiedział ci, że na ten raz wystarczy mała scena.
- Czekaj na mnie, zaraz przyjeżdżam, sprawdzę tylko pociągi.
Nerwowo przerzucam kartki rozkładu jazdy. Spoglądam na zegarek.
- Za piętnaście minut mam pociąg do Warszawy - mówię i odkładam słuchawkę.
Szukam płaszcza. Ubrana już do wyjścia piszę ołówkiem na kawałku papieru: "Pojechałam do Warszawy", a potem kładę to na stole w naszym pokoju. W pokoju moim i Pawła; nie mamy jeszcze mieszkania i mieszkamy kątem u teściów.
Siedzisz na dworcu, na ławce. Masz na sobie obcy, ortalionowy płaszcz, mocno wygnieciony.
Idę w twoją stronę ciężka, na opuchniętych nogach, a ty nie podnosisz się z ławki. Podchodzę blisko.
Twoja twarz jest prawie przezroczysta, sine worki pod oczyma, setki drobniutkich zmarszczek biegnących w kierunku skroni. Udajesz, że nie dostrzegasz mojego brzucha. Jest obcy.
- Weszłam na drabinkę, na samą górę, to było w piwnicy, noga mi się ześliznęła. Coś trzasnęło i teraz boli - mówisz bezbarwnym głosem, jakbyś referowała zupełnie nieważny fakt.
- Musimy pójść do lekarza.
Biorę cię pod ramię, a ty posłusznie wstajesz z ławki. Jesteś ode mnie niższa prawie o głowę. Idziemy do taksówki. Podaję adres lecznicy Izis w pobliżu placu Konstytucji.
Lekarz każe rozebrać ci się do naga. Siedzę na kozetce obciągniętej ceratą, a ty stoisz pośrodku gabinetu pomiędzy kozetką a biurkiem, na którym przysiadł chirurg. Trzyma w rękach mały młoteczek i bawi się nim, przekładając z dłoni do dłoni.
Stoisz naga. Stoisz zgarbiona, z obwisłymi piersiami i brzuchem starej kobiety. Twój brzuch jest niewspółmiernie duży i wypukły, pokryty pomarszczoną, żółtawą skórą.
Lekarz przestaje się bawić lśniącym młoteczkiem i mówi:
- Proszę złączyć nogi i stanąć na palcach.
- A teraz proszę pochylić głowę. Tak: na wyprostowanej szyi.
- A teraz proszę końcami palców u rąk dotknąć podłogi.
Posłusznie wykonujesz wszystko, o co cię prosi.
Patrzę, jak naga robisz szereg dziwnych ruchów. W pewnej chwili bandaż na łydce rozwiązuje się i błyskawicznie opada na ziemię. Twoja noga od kolana w dół ma ostry czerwony kolor. Cała pokryta jest małymi, wilgotnymi rankami.
Tracę poczucie rzeczywistości, przez chwilę nic nie słyszę. Usta lekarza poruszają się, ale głos do mnie nie dociera. Widzę ciebie, wyglądasz, jakbyś tańczyła. Widzę cię z obnażoną nogą. Widzę, jak przydeptujesz bandaż.
- Może się pani ubrać - mówi wreszcie chirurg. A potem zwraca się do mnie. - Urazu kręgosłupa nie stwierdzam. Sądzę, że rentgen będzie zbędny. Po kilku dniach ból powinien ustąpić.
I nagle wszystko rozumiem. Po to była ta cała scena, po to tylko zdecydowałaś się obnażyć. Zawiodły słowa, postanowiłaś więc użyć swojego ciała.
Lekarz bawi się młoteczkiem. W jego wzroku wyczytałam, że on też wie. Jest mi wstyd, chcę jak najprędzej stąd wyjść.
Ubierasz się, masz twarz dziewczynki, która była niegrzeczna, ale wcale tego nie żałuje. Unikasz mojego wzroku. Wychodzimy z lecznicy. Jest już prawie ciemno, kropi deszcz i światła kandelabrów odbijają się w mokrej jezdni.
- Muszę wracać do Sulejówka.
Stoimy na chodniku naprzeciw siebie.
- Jakie masz plany?
- Kręgosłup mnie boli - mówisz cicho, tak cicho, że ledwie mogę cię słyszeć.
- Mamo!
- Boli mnie - powtarzasz.
- Ja muszę wracać do Sulejówka, co mam z tobą zrobić, przecież musisz gdzieś przenocować, może w hotelu. A może pojedziesz do domu? O dwudziestej trzeciej z minutami masz pociąg.
- Nie pojadę.
- Mamo!
- Chcę z tobą do Sulejówka.
Ostre światło żarówki pod sufitem; żarówki obnażonej. Stół prostokątny na skrzyżowanych nogach, a na nim sfałdowane prześcieradło, okrywające coś, co tam leży.
To coś pod prześcieradłem to ty. Jaka pokażesz mi się martwa? Co zechcesz ze mną zrobić po raz ostatni, czy zechcesz mnie pognębić, czy wyratować?
Wiozłam cię do Sulejówka, a ty zachowywałaś się taktownie i z dystansem. Czułaś, że nie zniosłabym w tamtej chwili, w tamtej naszej jeździe elektrycznym pociągiem, żadnego twojego gestu ani słowa. Milczałyśmy. Ja patrzyłam w okno, a ty spuściłaś głowę, wpatrując się w swoje, ułożone jedna obok drugiej na kolanach, ręce. Ale już na peronie odnalazłyśmy się w ciemności. Wsunęłaś rękę pod moje ramię, a ja przycisnęłam ją do siebie.
- Ciemnica choć oko wykol - powiedziałaś dawnym normalnym głosem.
- Chuligani rozbijają żarówki - odpowiedziałam ci też zwyczajnie.
Mur runął, rozpadł się w jednej chwili. Wysiadłyśmy z pociągu i natychmiast stało się tak, jakby nigdy nic między nami nie zaszło. Jakby nie było obrusa i zepsutego wesela, jakby nie było sceny wypędzania cię z domu teściów, jakby mój mąż nie powiedział: "stara pijaczka" i jakbyś ty nie napluła mu w twarz. Szłyśmy obok siebie zgodnym krokiem, trzymając się pod rękę. I tak dotarłyśmy pod drewnianą willę Wanda, którą mój teść kupił za sprzedany kawałek gruntu.
- Uważaj na stopień, mamo - powiedziałam - zawsze się tutaj potykam.
Poszukałam kluczy w torebce i otworzyłam drzwi do korytarza. Pierwszą osobą, którą napotkałyśmy, był mój teść. Na twój widok szybko cofnął się do pokoju, chociaż miał zamiar wyjść, bo był już w palcie. Poszłam pierwsza schodami na górę. Otworzyłam drzwi.
Mój mąż chciał coś powiedzieć, ale zobaczywszy ciebie, zamilkł. Uszy silnie mu poczerwieniały.
- Mama przyjechała mnie odwiedzić - powiedziałam szybko - była u siostry w Kieleckiem, jutro wraca do domu. Czy mógłbyś tę noc przespać na dole, u rodziców?
Chwilę wahał się, a potem bez słowa wyminął mnie i ciebie i wyszedł z pokoju.
Nie wyjechałaś jednak następnego dnia. Mieszkałyśmy we dwie na górze, a Paweł sypiał na dole. Po jakimś czasie stosunki na tyle się ułożyły, że teściowie odpowiadali na twoje dzień dobry, a mój mąż któregoś dnia pierwszy cię o coś zagadnął. Skwapliwie mu odpowiedziałaś, a następnego ranka wstałaś, aby przygotować mu śniadanie. Nie mogłaś wiedzieć, że codziennie wypytuje, "kiedy szanowna mamuńcia sobie pojedzie". Nie miałaś zamiaru odjeżdżać; gdy tylko poczułaś się pewniejsza, zaczęłaś drążyć, szukać jakiejś szczeliny w tej zagrażającej twojej wyłączności budowli.
- Ten twój Paweł wcale nie czyta - mówiłaś niby to mimochodem, ot, takie tam nieważne spostrzeżenie. Dobrze wiedziałaś, co robisz, byłaś świetnym obserwatorem. Zauważyłaś, że odcięta od świata w drewnianej willi Wanda duszę się od tych stałych rozmów: kto gdzie ile zarobił, kto zaoszczędził i kupił sobie jacht, a kto wyjechał na wycieczkę z Orbisem.
Przez te kilka tygodni wywalczyłaś dla siebie rozmowy ze mną o sprawach, które mnie interesowały. Przynosiłaś pisma i tygodniki literackie, przynosiłaś nowe książki. Czasami zapominałam, dlaczego teraz właśnie jesteś taka; zapominałam, że robisz to wszystko po to tylko, aby przeciągnąć mnie na swoją stronę. Cieszyłam się, że mamy ze sobą tyle wspólnego. Mówiłaś cichym, miłym głosem, wyraźnie wymawiając "ł", tak trochę z wileńska. Pewien profesor językoznawca z Krakowa, który trafił do leśniczówki w twoim dobrym okresie, na czas twojego wileńskiego "ł", powiedział z zachwytem: "Jakąż piękną polszczyzną pani mówi".
Któregoś dnia przyniosłaś na górę książkę Styrona Pogrążyć się w mroku.
- Musisz to koniecznie przeczytać - powiedziałaś - to bardzo piękna książka.
Przeczytałam, przeczytał też Paweł.
- Pełne dno, po co pisać coś takiego - powiedział.
- To książka o samotności - odrzekłaś.
- A ja myślałem, że o pijaństwie.
Zerwałaś się nagle i stanęłaś przed nim.
- Ty pętaku, ty gnojku, co ty wiesz o życiu. Jakim prawem wytykasz mi pijaństwo. Nauczyłam się pić w okupację, codziennie rano wypijałam szklankę bimbru i ona pozwalała mi przeżyć dzień do wieczora, byłam w AK, walczyłam, gdy ty... - Zabrakło ci słów, Paweł to wykorzystał.
- Jak się chce znaleźć wymówkę, to się zawsze znajdzie. Po wojnie panienki wmawiały narzeczonym, że straciły cnotę z żołnierzem AK, który potem poległ...
Uderzyłaś Pawła, a on złapał cię za ramiona i wystawił na korytarz. Chciałaś z powrotem wedrzeć się do pokoju. Paweł trzymał drzwi.
- Wpuść mnie, ty bandyto, wpuść mnie do córki! - krzyczałaś głośno, szarpiąc za klamkę.
- Dosyć tego, nie pozwolę się w moim domu obrażać, wynoś się, ty stara jędzo.
Z tamtej strony słychać było głosy, rozpoznałam teścia.
- Co pani wyprawia, trzeba się opanować, sąsiedzi usłyszą.
- Taki szczeniak nie będzie mi wytykał!... - krzyczałaś coraz głośniej.
Paweł zwolnił klamkę. Wykorzystałaś to, aby wejść do pokoju. W szparze mignęła twoja zaczerwieniona z gniewu twarz. Paweł chciał przyciągnąć drzwi z powrotem i wtedy uderzył cię nimi.
Ten ślad na skroni stał się potem ważną bronią używaną przeciwko mnie. Nieczuła na twoje histeryczne ataki, na twoje pijackie wyczyny, długi czas dawałam się nabrać na twoją dobrą wolę. Wystarczyło, że sczesałaś włosy na bok, aby zakryć bliznę.
Stoję po drugiej stronie dębowych drzwi, stoję bardzo blisko nich, czuję nawet, że rąbek sukienki zaczepił się o coś wystającego, może o źle zheblowany sęczek. Czas mija, powinnam już podejść do ciebie. Za długo już tak stoję, nie powinnam sobie pozwolić na żadne opóźnienie, nie powinnam dopuścić do tego, aby powstała jakaś luka w tekście mojej nowej roli. Nawet gesty muszą być obliczone co do sekundy.
Robię wreszcie pierwszy krok, a potem drugi i trzeci. Żarówkę mam teraz tuż nad głową, pochylam się i dwoma palcami odciągam prześcieradło.
Leżysz w dość dziwnej pozycji, tak jakbyś chciała przekręcić się na bok i w ostatniej chwili zabrakło ci sił. Jedno ramię masz uniesione nieco wyżej, a palce tej ręki zacisnęłaś w pięść, druga spoczywa wyprostowana na stole, palce też są sztywne i wyprostowane. Głowę odchyliłaś daleko do tyłu, jakbyś szukała nią oparcia, jakbyś chciała oprzeć się na niej przy tym skręcie w bok. Muszę okrążyć stół, aby dotrzeć do twojej głowy i aby móc spojrzeć ci w twarz.
Ale twoja twarz jest obca. Rozpoznałam twoje ciało, a nie mogę rozpoznać twojej twarzy, którą przecież z całej ciebie najlepiej pamiętam. Gdyby mi kazano, mogłabym opisać w niej wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół. Mogłabym podać liczbę twoich zmarszczek i ich ułożenie. Wiem, ile było zmarszczek podłużnych, tych na czole, ile półokrągłych, tych pod oczami, biegnących w kierunku skroni, ile kurzych łapek, ile tych wokół ust. Potrafiłam z pamięci podać tę sumę twojej starości, wiedziałam nawet, które były tymi prawdziwymi, a które powoływałaś tylko na mój użytek. Ale cała ta wiedza zawiodła mnie, bo twoja twarz jest teraz gładka. Twoja twarz za życia była raczej pociągła, a policzki wpadnięte. Teraz wszystko to się zmieniło. Powieki zakryły oczy i patrząc tak na ciebie, można powiedzieć, że masz twarz prostaczki. Nie ma w niej żadnego wyrazu. Tak jakby żadna głębsza myśl nie splamiła nigdy twego mózgu. Tak jakbyś przeżyła życie na kopaniu kartofli i obcieraniu gromadzie dzieci zasmarkanych nosów.
Odbieram to jak cios. Spodziewałam się zastać ciebie, a zastałam obcą twarz. Odchodzę od twojej głowy i powracam do ciała, które jest takie, jakim je zapamiętałam. Twoje ciało jest tobą. Jestem ci jakoś wdzięczna, że postanowiłaś zabrać mi sprzed oczu tę obcą twarz, żeś ją cofnęła i jakby przede mną ukryła. Patrząc tak na ciebie od strony drzwi, można mieć wrażenie, że w ogóle nie masz głowy. To dobrze. Mam przed sobą to, co znam tak dokładnie.
Zbliżał się koniec lipca tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt siedem. Lekarze określili termin rozwiązania na dwudziestego siódmego. Upał, mogę istnieć już tylko w ogródku na leżaku pod krzakiem bzu. Jest mi trudno wstawać, chodzić, nawet siedzieć. Nie widziałam cię od kilku miesięcy, od dnia awantury z Pawłem o tę książkę Styrona. Odchodziłaś z płaczem, zbierałaś po pokoju swoje rzeczy, wyciągając co chwila chusteczkę do nosa i ocierając nią płynące po policzkach łzy. Widziałam, jak spływały bruzdami twoich zmarszczek, doganiałaś je zwykle w połowie, na wysokości ust.
Dwudziestego trzeciego lipca przeprowadziłam z Pawłem rozmowę.
- Od tygodni mam do ciebie pewną prośbę.
- Jaką, kochanie? - Przykucnął u moich kolan, krzak bzu rzuca mu na twarz postrzępiony cień.
- Za kilka dni będę rodzić. Chciałabym, abyś ty... abyście ty i ona przedtem się pogodzili.
- Jaka ona? - pyta Paweł, unosząc brwi. Nigdy, nawet w czasach mojego największego do niego uczucia, nie lubiłam tego ruchu, tych brwi wędrujących w górę. Twarz mu się wtedy zmieniała, robiła się obca. Pojawiało się coś antypatycznego, ty powiedziałabyś, że "odbicie jego duszy". Do końca uważałaś, że Paweł jest tylko zły. Niczego wartościowego nie potrafiłaś w nim odnaleźć. Zawsze byłaś taka, albo kogoś lubiłaś, wtedy człowiek ten był tylko dobry i tylko szlachetny, albo kogoś nie znosiłaś i wtedy był już tylko zły.
- Nie udawaj, wiesz, że mówię o matce.
- O matce? Czy matka tak postępuje?
- Słuchaj, Paweł, nie twoją sprawą jest ją sądzić. Możesz czuć się pokrzywdzony i w jakiś sposób jesteś, wiem o tym. Prosiłam cię tylko. Możesz mi odmówić, wtedy cię zrozumiem.
Paweł milczy, ale spostrzegam, że to, co ode mnie usłyszał, zrobiło na nim wrażenie. Chodzi po ogrodzie z rękami w kieszeniach i gwiżdże. Nie ma słuchu i bardzo fałszuje, ale właśnie to mnie wzrusza. Kiedy gwiżdże, jest bliski. Zawsze miałam słabość do ludzi przegranych. Być może brało się to stąd, że ty byłaś niezwykle mocna. Byłaś mocna nawet w sytuacjach, w których przegrywałaś, bo nie przyjmowałaś przegranej. Przypominałaś jaszczurkę, która poćwiartowana na kawałki w jakiś cudowny sposób się zrasta. Coś takiego musieli odczuwać także inni; ci, którzy ciebie nienawidzili.
Mniej więcej po godzinie Paweł podszedł do leżaka, na którym siedziałam, i powiedział krótko:
- Zgoda.
Podniosłam się szybko, tak szybko, jak tylko mogłam, i drobnym kroczkiem, bo gwarantował odpowiednią szybkość mojej beczkowatej figurze, poszłam do domu. Zamówiłam międzymiastową.
Ty odebrałaś telefon. Znałam kancelarię ojca w leśniczówce, okno wychodziło na drogę; tę drogę, którą obie odchodziłyśmy od siebie i powracały. Potem, gdy wyjechałam do miasta, tą drogą rozpoczynałaś swoją wędrówkę do mnie i swój powrót. Zawsze wracałaś, czując się przeze mnie wygnana i zdradzona. Dużo wcześniej ta sama droga wyznaczała twoją obecność lub nieobecność w domu. Wtedy ja czekałam, wtedy ja wyglądałam przez okno od kancelarii. Pojawiałaś się na kilka dni, aby znowu wyjechać. Czasami w środku nocy słyszałam silnik samochodu, a potem głosy na dole, szuranie butów. Łuna światła biła na podwórko z wielu oświetlonych okien. Obce, męskie głosy, śmiech. Najczęściej byli to twoi redakcyjni koledzy. Słyszałam twoje imię odmieniane we wszystkich przypadkach, twój śmiech był jedynym śmiechem kobiecym tam na dole. Tłumaczyłaś ojcu, że jesteś od nich zależna, pomagają ci w pisaniu artykułów i dzięki nim wyrabiasz wierszówkę.
- Słucham - powiedziałaś. Twój głos był już odpowiednio ustawiony, telefonistka zapowiedziała rozmowę z Sulejówkiem, miałaś więc czas przygotować się do roli. W twoim "słucham" było wszystko, co mi chciałaś wyrzucić: twoje zesłanie. Tak, czułaś się zesłana przeze mnie do tego domu, w którym przedtem całymi latami bez najmniejszych skrupułów pozostawiałaś mnie samej sobie. A potem, gdy pojawił się adiunkt z nadleśnictwa, wysłałaś mnie z domu. Zmusiłaś mnie do ślubu z pierwszym człowiekiem, który wydał ci się odpowiedni. Ojcu tłumaczyłaś, że przecież nie mogę całe życie siedzieć w lesie, muszę pójść między ludzi, skoro zrezygnowałam ze studiów, skoro po tygodniu uciekłam z Warszawy, gdzie czułam się kompletnie zagubiona, nie ma innego wyjścia, jak tylko wydać mnie za mąż. "Chłopiec jest przyzwoity, bogaty i w dodatku bardzo przystojny" - mówiłaś.
Wtedy chciałaś mnie pchnąć między ludzi, teraz dałabyś wszystko, aby mnie spośród nich zabrać. Teraz byłabyś szczęśliwa, gdybym zechciała siedzieć z tobą w lesie, na który skazywała cię sytuacja starej kobiety. Nie byłaś jeszcze stara, samaś sobie tę starość wymyśliła, bo potrzebowałaś jej do następnego aktu naszej wspólnie tworzonej sztuki. W tym akcie chciałaś być już tylko matką, a ponieważ ja nie dawałam z siebie zrobić tylko córki, usiłowałaś szantażować mnie swoją starością. Pierwszego dnia, w którym seks przestał się dla ciebie liczyć, oddaliłaś adiunkta, i już byłaś gotowa do tego, by oddać się w pełni i bez przeszkód macierzyństwu. Poza mną miałaś jeszcze dwu synów, jednego z małżeństwa z podoficerem pierwszego pułku szwoleżerów i jednego z moim ojcem. Różnica wieku między mną a moim bratem była jednak tak znaczna, że prawie go nie znałam. Zniknął ze sceny o wiele wcześniej, niż ja się na niej pojawiłam.
O swoim najstarszym synu wiedziałaś niewiele ponad to, że poszedł w ślady ojca i został wojskowym. Był, zdaje się, w jakiejś szkole oficerskiej, którą ukończył z odznaczeniem. Ostatnie, co o nim słyszałam, to to, że ożenił się z głupią dziewczyną. Przez jakiś czas w formie anegdoty opowiadałaś o tym, jak twoja synowa pocałowała cię w rękę. Byłaś jeszcze młoda i fakt, że zostałaś potraktowana jak dostojna matrona, bardzo cię ubawił. "Wyglądała starzej ode mnie - obwieszczałaś z triumfem - chociaż między nami jest siedemnaście lat różnicy". Opowieść tę słyszałam chyba równie często jak tamte: o balu z Piłsudskim i o tym, jak wyciągnęłaś ojca z obozu na Litwie.
Trzy razy przechodziłaś granicę litewską: po jednej stronie posterunki litewskie, po drugiej niemieckie (był rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty). Za trzecim razem, gdy poszłaś za graniczną rzekę, w domu, w którym pozostali dziadkowie z moim bratem - mnie wtedy jeszcze nie było na świecie - zjawił się żandarm i powiedział, że jesteś podejrzana o szpiegostwo. Jak wrócisz, masz się zaraz zameldować na posterunku żandarmerii. Znalazłaś ojca w Połądze, ostatnim obozie, w którym jeszcze nie byłaś. Przeprowadziłaś go przez obozowe posterunki, przedtem przemyciwszy mu cywilne ubranie, przeprowadziłaś go przez całą Litwę, a potem przez graniczną rzekę. Z tej opowieści najlepiej zapamiętałam historię z papierośnicą. Tuż przy granicy Litwin, który miał was podwieźć za ślubne obrączki do rzeki, skierował konie, przyłożywszy im batem, wprost w stronę posterunku. Wtedy wyciągnęłaś papierośnicę w kształcie małego, damskiego rewolweru i przystawiwszy ją woźnicy do pleców, kazałaś zmienić kierunek jazdy. Żandarmi litewscy już was jednak zauważyli, byliście niedaleko od brzegu, kiedy padły pierwsze strzały. Płynęliście w lodowatej wodzie (był już grudzień), a dookoła padały kule. Dotarliście jednak na drugi brzeg, ojciec z lekką raną postrzałową barku, a potem do domu. Tam zastała was wiadomość o tym, że masz się stawić na posterunku. Nie mogliście narażać rodziców ojca ani dziecka. Zawinęłaś mojego brata w chustkę, wzięłaś go potem na ręce i razem z ojcem stawiliście się w żandarmerii.
- Po co chodziła pani na tamtą stronę?
- Po męża.
- A gdzie mąż?
- Tu, stoi koło mnie.
Niemcy wszystko dokładnie sprawdzili, czy ojciec aby na pewno jest ojcem. Z uznaniem kiwali głowami, a potem puścili was wolno.
Mój rodzony brat wkrótce po ukończeniu studiów założył rodzinę, jedynym śladem jego istnienia były nadchodzące regularnie kartki świąteczne i telegramy w dniu waszych imienin: ósmego maja na Stanisława i dwudziestego października na Ireny.
Nigdy nie miałaś umiaru w tym, co gotowa byłaś ofiarowywać lub odbierać, i tego samego oczekiwałaś od innych. Kiedyś jako dziecko usłyszałam, że swoją karierę zawodową robisz po trupach. Nie było to prawdą, nigdy nie było w tobie wyrachowania; zawsze postępowałaś spontanicznie i tak, jak wydawało ci się, że powinnaś postąpić. Czasami bywałaś okrutna, ale tylko w stosunku do osób ci bliskich. Wyrozumiała dla obcych, nie potrafiłaś zrozumieć tych, których kochałaś. Obu swoich synów traktowałaś z pobłażliwą czułością, ale obaj niewiele miejsca zajmowali w twoich myślach; podejrzewam nawet, że nudzili cię, uważałaś, iż są dość prymitywni i ograniczeni. Mnie przypadła rola dziecka wyjątkowego. Tak postanowiłaś i nie było odwrotu; w chwili gdy wtedy przed laty ujrzałam cię w bramie Łazienek, mój los został przypieczętowany.
- Słucham - powiedziałaś teraz i głos twój był smutny.
- Przyjedź, mamo. Zaraz pakuj rzeczy.
- Do Sulejówka?
- No... nie - zająknęłam się lekko - do Warszawy, chcemy się z tobą spotkać, Paweł i ja, mamy zamiar wynająć pokój, już nawet znam adres. Wiesz, na Żoliborzu, ulica Staffa, nowe bloki...
Mówiłam szybko, aby nie dać ci szansy przerwania mi i aby złagodzić trochę to o Sulejówku.
- Zamieszkasz już w tym pokoju, trochę go zagospodarujesz na przyjęcie mnie i dziecka. To przecież za kilka dni...
Cisza. A potem twój głos.
- Czy chcesz, abym przeprosiła Pawła?
- Ależ nie, mamo, to on ciebie przeprosi.
Spotkaliśmy się w wynajętym pokoju, co prawda nie w "naszym", tym z Saskiej Kępy, gdzie mieszkałyśmy we dwie od czasów Kordegardy. Sama ten pokój znalazłaś, na pięterku w obrośniętej dzikim winem willi, z osobnym wejściem. Było nam tam bardzo dobrze razem do czasu awantury, którą zrobiłaś po wódce. Zaraz potem musiałyśmy się wyprowadzić: ja do innego pokoju w innej dzielnicy i na znacznie gorszych warunkach, ty do leśniczówki. W miesiąc po twoim wyjeździe poznałam Pawła.
Oboje z Pawłem byliśmy bardzo zdenerwowani, czekając na ciebie w mieszkaniu przy Staffa. Właścicieli nie było. Do tego obcego mieszkania przyszłaś z włosami sczesanymi na bok, łagodna siwa fala, jak niegdyś rdzawa, opadała ci teraz na skroń. Zrezygnowałaś z gładkiego uczesania dla efektu, ale wtedy poczytywałam to za przejaw twojej dobrej woli. Tak, wtedy gdy stanęłaś w drzwiach, tamtego dnia, gotowa byłam upaść przed tobą na kolana. Za to jedno, że chciałaś coś dla mnie zrobić. Nie upadłam jednak na kolana, rękami ogarnęłam tylko swój kwadratowy niemal brzuch, jakbym chciała go przed tobą ukryć albo zań przepraszać.
Jedyny bliski mi szczegół w twojej martwej twarzy to ta blizna, ślad awantury pomiędzy tobą a Pawłem w Sulejówku.
Tylko jeden dzień byłyśmy razem na Staffa. Paweł miał jeździć na noc do Sulejówka, a my miałyśmy dzielić pokój: pogodzone, uśmiechające się do siebie, ty ze swoim wileńskim "ł" i ja ze ściśniętym gardłem, z poczuciem winy za krzywdę, która ci się stała, za Pawła, za to mające narodzić się dziecko.
Nie Paweł odwiózł mnie do szpitala i nie on mnie z niego odbierał. Ty.
Opuszczam kaplicę kilkanaście minut przed szóstą. Jest widno, prawie w popłochu konstatuję, że nie ma już ciemnych chmur, a na ich miejscu jest teraz jasne niebo i pierwsze poranne słońce. Krople nocnego deszczu błyszczą na liściach krzewów okalających kaplicę.
"Oprawię brylant-kroplę deszczu z listka dla mojej mamusi i taki pierścionek włożę jej na palec". Strzępek tekstu jednej z moich dziecinnych piosenek-wymyślanek, których nigdy ci nie śpiewałam. Nie było okazji, tak rzadko bywałaś wtedy w domu, a gdy się już zjawiałaś, piętrzyło się mnóstwo gospodarskich spraw. Pozostawiałaś litanię dyspozycji starej, głuchej jak pień gosposi. Byłaś cierpliwa, wiele razy powtarzałaś jedno i to samo, zanim wreszcie dotarło do niej, o co chodzi. Mówiłaś głośno i wyraźnie:
- Nie trzeba ubierać małej w ciepłe rzeczy, podobno ostatnio przyszła do szkoły w wełnianych rajstopach. Przecież jest już połowa czerwca.
Gosposi, starej i nękanej reumatyzmem, zawsze było zimno, sądziła więc, że i mnie należy ciepło ubierać.
- No, to jak będzie? Ja mam się nią zająć czy pani? - pyta Człowiek z brodawką, w szarym kitlu. Jego oczy śledzą mnie, próbują wyczytać z mojej twarzy, czy załamałam się i zlecę mu dodatkowo płatną pracę, czy też zechcę mu ją zabrać.
Mrugam oczami, nie bardzo mogąc jeszcze pojąć, dlaczego jest jasno i świeci słońce.
- Tak nagle się wypogodziło - mówię, próbując się uśmiechnąć, ale uśmiech, który tak łatwo przywołałam przed tymi drzwiami, teraz jakoś mi nie wychodzi. Rezygnuję więc z niego i postanawiam zagrać tę partię roli na poważnie.
- Ja sama się wszystkim zajmę - mówię zdecydowanie.
Człowiek z brodawką, w szarym kitlu jest wyraźnie rozczarowany, a może nawet trochę zły.
- Tylko szybko, bo potrzebne miejsce dla innych zwłoków - mówi nieprzyjemnym, zgrzytliwym głosem.
I nagle dociera do mnie, że przecież nie mam cię dokąd zabrać. Przecież znowu jest sublokatorski pokój, gdzie do dziś mieszkałyśmy we trzy - ty, ja i moja córka.
Urodziła się dwudziestego piątego lipca tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt siedem, dokładnie o szesnastej dziesięć. W chwili urodzenia ważyła trzy tysiące trzysta pięćdziesiąt gramów i miała pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Jako znak szczególny w jej książeczce zdrowia odnotowano odbarwiony kosmyk włosów nad czołem. Odbarwiony, czyli siwy. Kiedy go otrzymała? Czy podczas weselnego przyjęcia, w chwili gdy nalewałaś o ten jeden kieliszek za dużo? (Zawsze potrafiłam go dostrzec, chociaż nigdy nie byłam w stanie mu przeszkodzić. Nie wolno było powiedzieć: "dosyć" albo "nie pij więcej", skutki takiej lekkomyślności były nieobliczalne. Raz jeden adiunkt, ten "nowy", ten niewtajemniczony, poprosił nieśmiało, abyś już nie piła. Wpadłaś w furię, musieliśmy cię związać, bo raniłaś siebie, rzucając się na meble.) Czy w wyniku tej twojej blizny na skroni? Tego nie da się rozstrzygnąć. W trzy dni po porodzie skoczyła mi temperatura. Dostałam antybiotyk i gorączka spadła. Ale rano następnego dnia znowu miałam trzydzieści osiem i pięć kresek, a wieczorem trzydzieści dziewięć stopni. Przeniesiono mnie do separatki, odizolowano także od dziecka.
Obudziłam się w nocy i poczułam lekkie kłucie w prawej piersi. Na powierzchni brodawki pojawiły się drobne kropelki ropy.
Znajduję w torebce dwieście złotych. Wręczam je pielęgniarzowi.
- Proszę pana - mówię, gdy chowa je do kieszeni szarego kitla. - Czy mógłby mi pan pomóc? Chodzi o to, aby mama mogła tu jeszcze pozostać do jutra.
- Może zostać - zgadza się pielęgniarz.
- Bardzo panu dziękuję - mówię prawie pokornie.
- Jak tam kogo przyniosą, to przecież się pomieszczą, kaplica duża.
Zbieram się na odwagę i mówię jeszcze:
- Wie pan, zależałoby mi, aby mama pozostała na stole, aby nikt jej nie dotykał.
Znajduję jeszcze w przegródce torebki pięćdziesiąt złotych.
- Może sobie do jutra poleżeć nieruszana, załatwię to z moim zmiennikiem - mówi już całkiem przyjaźnie pielęgniarz.
Podnoszę głowę i patrzę teraz wprost w blade poranne słońce. Wytrzeszczam oczy, staram się nie mrugać, liczę w myślach: raz, dwa, trzy, cztery, pięć... szerzej jeszcze otwieram powieki. Udało mi się nie mrugnąć do siedmiu, a zaraz potem nawet do dziewięciu, a trwało to trochę dłużej niż zwykłe liczenie, bo nagle zapomniałam, jaka cyfra następuje po siódemce. Stoję tak i grzeję sobie oczy, ciągle mam wrażenie, że bardzo zmarzły mi białka.
Dochodzi szósta rano. Idę wąskim chodnikiem pomiędzy szpitalnymi blokami. Mijam blok E, ten blok, w którym jeszcze żyłaś. Nagła myśl: jak ubrałaś się na tę ostatnią drogę. Co włożyłaś na siebie, którą z sukienek lub spódnic? Zastałam cię nagą, pewnie tak samo zastałabyś mnie cztery lata temu w szpitalu oddalonym o kilka ulic od tego. Gdy wieczorem żegnałam się z tobą, gdy wychodziłam do znajomych, byłaś w szlafroku. Czy pozostałaś w nim? Powiedziano mi, że jeszcze w izbie przyjęć byłaś przytomna i świadomość straciłaś, dopiero gdy niesiono cię tym chodnikiem, na którym teraz stoję. Może tutaj właśnie, w tym miejscu uciekła twoja ostatnia myśl? O czym wtedy myślałaś? Właścicielka mieszkania przekazała mi twoje ostatnie słowa. Powiedziałaś, gdy wynoszono cię z domu: "I co ta moja córka zrobi, jak mnie nie zastanie".
Ulica. Tuż za bramą szpitala ogarnęła mnie bezsensowna myśl: zdjąć buty i iść boso. Ludzie wymijają się, spieszą do pracy, a ja bym sobie szła boso.
Jednak nie. Mogłabym utracić ten świat za szybą, to miasto, do którego przywędrowałyśmy z daleka, ty za mną, miasto, w którym pukałyśmy do różnych drzwi, nigdy nie wiedząc, jak zostaniemy przyjęte. Przed naciśnięciem dzwonka patrzyłyśmy na siebie porozumiewawczo i któraś mówiła: "To już ostatni raz, ten następny to już będzie własne mieszkanie". Nigdy nie było własne, przez jakiś czas było moje i Pawła, i już tylko ty stawałaś pod drzwiami i nie wiedziałaś, jak zostaniesz przyjęta. Gdy mogłaś przez nie wejść, natychmiast pojawiał się w tobie bunt, że ci łaskawie pozwolono, gdy nie mogłaś, robiłaś wszystko, aby jednak dostać się do środka. Na końcu była budka telefoniczna...
Idę Alejami, po prawej stronie mam ścianę dużych, przedwojennych kamienic. Żelazna brama koszar wojskowych, witryny sklepów, fryzjer, fotograf. Zatrzymuję się przed gablotą ze zdjęciami. Portret młodej upozowanej dziewczyny. Karminowe usta rozchylają się i widać zęby, równy rząd zębów, które zostały widocznie wyprostowane za pomocą retuszu. Wyżej szeroki nos i blisko osadzone oczy, chyba za blisko. Brwi, niskie, nieładne czoło i już włosy. Staroświecka fala spada na skroń.
Przez moment mam przed oczami twoją twarz, twoją piękną twarz, w którą tak doskonale wkomponowany był każdy szczegół. Tylko przez moment, potem znowu wraca panienka z portretu. Idę dalej, mijam pralnię na rogu, muszę zaczekać, aż zmienią się światła. Powinnam się spieszyć, dochodzi siódma, dziecko mogło się już obudzić. Trzeba je ubrać i odprowadzić do przedszkola. Zaczynam się zastanawiać, jak mogę dojechać do ulicy Bonifraterskiej, gdzie teraz wynajmuję pokój. Jestem na rogu Marchlewskiego i Alej. Chyba najlepiej wsiąść w pospieszny E, dojadę nim do Dworca Gdańskiego, stamtąd mogę przejść piechotą.
Idę na przystanek. Tutaj powraca pragnienie, aby zdjąć buty. Waham się, jestem już nawet zdecydowana sięgnąć do sznurówki pantofla, ale nadjeżdża autobus. Zajmuję miejsce obok kierowcy. Przed sobą mam zatłoczoną pojazdami ulicę. Mam uczucie, jakby czas zwalniał, jakby zacinała się w projektorze taśma. Przed oczyma pojawia mi się buzia mojej czteroletniej córki. Mała, marszcząc nos, śpiewa: "Kochana mamo, jak będę duży, to ci przywiozę tygryska z podróży. Słonia, żyrafę i krokodyla, aby ci, mamo, życie umilał...".
- Dlaczego "duży"? - pytasz. - Czy ty jesteś chłopczykiem?
- Oj, babciu, babciu - dziecko grozi ci tłustym paluszkiem - jakbym zaśpiewała "duża", to nie byłoby rymu. No, czy jest rym: "duża" - "podróży"?
Taką rozmowę toczyłyście jeszcze wczoraj rano, gdy ubierałaś dziecko, a ja kończyłam śniadanie. W stosunku do małej byłaś zawsze pełna tkliwości i pogody. Ją jedną kochałaś w sposób niezaborczy, jej jednej nie chciałaś stłamsić i unieszczęśliwić swoim dusznym uczuciem. Kochałaś ją niejako fizycznie: jej różowe ciałko, jej tłuste rączki i nóżki, jej miękkie włoski i rumiane po śnie policzki. Wiązałaś kokardkę na czubku głowy małej w taki sposób, jakbyś wywieszała białą flagę, jakbyś chciała obwieścić, że tym razem walki nie będzie.
Gdy tylko Paweł zniknął z pola widzenia, gdy pozostawiłyśmy go w mieszkaniu i wynajęły pokój opłacony na dwa lata z góry (za pieniądze z podziału wspólnego majątku), poczułaś się nareszcie bezpieczna. Ja byłam odtąd głową rodziny, bo pracowałam i przynosiłam pieniądze na dom, a ty tym domem zarządzałaś. Często upominałaś dziecko: "Nie hałasuj, mamusia jest zmęczona, mamusia ciężko pracuje". Odprowadzałaś i przyprowadzałaś małą z przedszkola, robiłaś zakupy, gotowałaś obiady. Na początku miałam nawet pewne obawy, czy korzystanie ze wspólnej kuchni nie zakończy się konfliktem, ale martwiłam się niepotrzebnie. Ostatnie pół roku, które przeżyłyśmy wspólnie, tylko we trzy, nie przyniosło ze sobą nawet drobnego zgrzytu, poza tym że czasami czułam od ciebie alkohol. Nie lubiłam tego, bo byłaś wtedy nieprawdziwa, mówiłaś wolniej niż zwykle, za często poprawiałaś włosy, ale to było wszystko. Mogłam położyć się na tapczanie z książką i przeczekać. Zwykle do kolacji siadałaś normalna. Dziecko już wtedy spało, a my mogłyśmy porozmawiać, opowiedzieć sobie dzień, który minął. Przez ostatnie pół roku byłaś także wspaniałomyślna, sama zachęcałaś mnie, abym gdzieś sobie poszła. Cieszyłaś się nawet, gdy były do mnie telefony. "Dzwonił jakiś pan" - mówiłaś i robiłaś przy tym odpowiednią minę. Ale ja nie lubiłam wychodzić, nie lubiłam też, jak ty wychodziłaś, niecierpliwiłam się, gdy twoja nieobecność się przedłużała.
- Gdzie byłaś tak długo, mamo?
- Wszędzie kolejki - odpowiadałaś. Albo mówiłaś: - Poszłyśmy sobie po przedszkolu troszkę do parku, taki dzisiaj ładny dzień.
To nasze wspólne zamieszkanie zbliżyło nas jak nigdy przedtem. W ciągu dnia dzwoniłam do ciebie z biura.
- Co tam, mamo?
- Gotuję obiad.
- A co dzisiaj będzie?
- Zgadnij.
- Coś mojego?
- Uhm.
- To pewnie kołduny po litewsku.
Zastawałam cię przepasaną fartuchem, wnosiłaś parującą wazę i stawiałaś na stole.
Było tak, jakby czas się cofnął, jakbym teraz przeżywała swoje spóźnione dzieciństwo, w którym tak naprawdę miałam matkę. Matkę w fartuchu, niosącą wazę...
Udało ci się to, co było niemożliwe, wyeliminowałaś Pawła i uczyniłaś ze mnie tylko córkę. Przestałam nawet myśleć o przyszłości, co będzie, co się stanie dalej, byłaś, myślałaś za mnie. O wszystko się troszczyłaś, zawsze miałam wypraną i wyprasowaną bluzkę i spódniczkę do pracy.
Dziwiłam się czasami, widząc kręcącą się po pokoju moją córkę. Czy to możliwe, abym ja była jej matką? To przecież ty nią byłaś, matką moją i jej...
I nasze rozmowy to były te rozmowy o najodleglejszym dzieciństwie. Nigdy nie rozmawiałyśmy o domu nad jeziorem, o Gdyni, o adiunkcie. Tak jakby tego czasu w ogóle nie było. Wyeliminowałyśmy ten czas tak samo jak Pawła. Opowiadałaś mi o sobie z twojego dzieciństwa i młodości. Pierwsza miłość, wiejski chłopak muzykant. Przyjechał na wakacje do wujka, który był kierownikiem małej szkółki w wiosce pod Wilnem. Chłopiec napisał list: "Kochana Irko, kiedy Ciebie po raz pierwszy ujrzałem, to moje serce zadrżało jak klonowy liść...". Miałaś wtedy szesnaście lat, a on siedemnaście. Wychodziłaś do niego wieczorami, kiedy wszyscy już spali. W soboty on grał na wiejskiej zabawie, a ty stałaś w cieniu pod ścianą i patrzyłaś na niego. Wydawał ci się najpiękniejszym chłopcem na świecie. Ale ludzie donieśli wujkowi, że włóczysz się po nocach z chłopakiem, i nie mogłaś już do niego wychodzić.
- Rozgonili nas - powiedziałaś z taką goryczą, jakbyś ciągle była ową szesnastoletnią, zakochaną dziewczyną. W rok później wydano cię za mąż za podoficera pierwszego pułku szwoleżerów, który wywiózł cię z Równego do Warszawy. Nie zapomniałaś o tamtym chłopcu, do ołtarza szłaś z zapuchniętą twarzą. Płakałaś całą noc.
I ja też brałam swój ślub w Gdyni, myśląc o kimś innym, ale przecież nie mogłam ci powiedzieć o kim...
Maria Nurowska - autorka powieści i dramatów. Wydała m.in. Innego życia nie będzie (1987), Postscriptum (1989, wznowione ostatnio pt. Wybór Anny), Hiszpańskie oczy (1990), Listy miłości (1991), sagę Panny i wdowy (1991-1993), Rosyjskiego kochanka (1996), Tango dla trojga (1997), Miłośnicę (1998), Niemiecki taniec (2000), opowieść o Ryszardzie Kuklińskim Mój przyjaciel zdrajca (2004), trylogię ukraińską: Imię twoje... (2003), Powrót do Lwowa (2005), Dwie miłości (2006), wspomnienia Księżyc nad Zakopanem (2006) oraz opowieść biograficzną Anders (2008). W ostatnich latach nakładem W.A.B. ukazały się: Sprawa Niny S. (2009), Nakarmić wilki (2010) i Requiem dla wilka (2011). Najnowsze powieści Marii Nurowskiej to Drzwi do piekła (2012) oraz Dom na krawędzi (2012). Jej książki zostały przetłumaczone na szesnaście języków, w tym chiński i koreański. We Francji i w Niemczech były bestsellerami.
Strony autorki: www.marianurowska.com.pl, www.facebook.com/nurowska