Po tamtej stronie śmierć - Maria Nurowska

-
Proszę czekać

Dzień pierw­szy

Dwu­dzie­sty siód­my maja ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt dwa, do­cho­dzi czwar­ta rano. W nocy pa­dał deszcz i te­raz wszę­dzie sto­ją ka­łu­że; ciem­ne ka­łu­że, w któ­rych nie od­bi­ja się nie­bo, bo nie ma na nim ani gwiazd, ani księ­ży­ca. Bie­gnę uli­ca­mi, czu­jąc, jak zim­na woda ob­le­wa mi nogi; wio­sna, a tak zim­no i ciem­no. Sa­mo­cho­dy jeż­dżą le­ni­wie, domy wy­glą­da­ją jak mil­czą­cy sze­reg cia­sno usta­wio­nych pro­sto­ką­tów. Nie wi­dać w nich okien. Tej nocy, a wła­ści­wie rana, w żad­nym z okien do­mów nie pali się świa­tło. Bie­gnę Ale­ja­mi, skrę­cam w Lin­dleya. Po pra­wej stro­nie park, po le­wej szpi­tal. Wszyst­kie okna są oświe­tlo­ne.

Por­tier­nia.

- Przed go­dzi­ną przy­wie­zio­no tu moją mat­kę.

Por­tier pa­trzy po­nad moją gło­wą.

- Py­ta­łam pana o coś.

- A co ja pani po­wiem, tu­taj przy­wo­żą co mi­nu­tę. - Wzru­sza ra­mio­na­mi. - Pani idzie na izbę przy­jęć.

Po­po­łu­dnie w koń­cu sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt sześć, Sta­ra Kor­de­gar­da w Ła­zien­kach.

Ja: wła­śnie po­rzu­ci­łam pra­cę w Lo­cie, gdzie by­łam ste­war­de­są. Zna­la­złam za­ję­cie na mie­sią­ce let­nie, do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ży wie­trze­nie świe­żo wy­ma­lo­wa­nej Kor­de­gar­dy przez czte­ry go­dzi­ny dzien­nie.

Ty: przy­je­cha­łaś mnie od­wie­dzić, a ra­czej od­na­leźć po uciecz­ce zimą, gdy po­wie­dzia­ły­śmy so­bie za dużo. Sta­ły­śmy wte­dy na­prze­ciw, w kuch­ni, w asy­ście bez­rad­ne­go ojca; two­je oczy pa­trzy­ły wro­go, jak za­wsze gdy szy­ko­wa­łaś się do za­da­nia cio­su. Two­je cio­sy bez­błęd­nie tra­fia­ły we mnie, bo zna­łaś mnie le­piej niż ja sama i wie­dzia­łaś, gdzie na­le­ży ce­lo­wać, aby mnie naj­bo­le­śniej ugo­dzić.

- Nie wró­cę do Gdy­ni. Zo­sta­wi­łam list, w któ­rym na­pi­sa­łam, że nie wró­cę.

- Wró­cisz.

- Nie.

- Ty pod­ła dziw­ko, ty naj­po­dlej­sza dziw­ko, jaką no­si­ła zie­mia!

Za­ci­śnię­te pię­ści, abyś nie do­strze­gła drże­nia pal­ców.

- Nie, już jed­ną wcze­śniej.

- Tak do mat­ki! Po­win­nam cię była udu­sić za­raz po­tem, jak cię uro­dzi­łam, zresz­tą nie chcia­łam cie­bie.

"Nie chcia­łam cie­bie". To mó­wisz już spo­koj­niej. Wiesz, że do­pię­łaś swe­go. Moje ra­mio­na drżą, trzę­są się i nie po­ma­ga za­ci­ska­nie pię­ści. Zno­wu wy­gra­łaś. Mogę tyl­ko od­wró­cić się i odejść. Od­cho­dzę, oj­ciec nie­sie za mną płaszcz, jest mroź­na zima ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt pięć, za trzy dni Boże Na­ro­dze­nie, któ­re­go nie spę­dzę w domu.

Nie wi­dzia­ły­śmy się pra­wie pół­to­ra roku. Z li­stów ojca: roz­sta­łaś się z przy­ja­cie­lem, czło­wie­kiem, któ­re­go obec­ność wy­zwo­li­ła we mnie uczu­cia na ogół dzie­ciom obce. Na­uczy­łam się za­zdro­ścić, cier­pieć i po­gar­dzać. Oj­ciec na­pi­sał, że roz­sta­łaś się z przy­ja­cie­lem. Na­pi­sał tak­że, że ocze­ku­jesz ode mnie wia­do­mo­ści. Ale nie pi­sa­łam, nie po­sy­ła­łam ci na­wet po­zdro­wień.

I nie zdzi­wi­łam się, gdy uj­rza­łam cię idą­cą w au­re­oli póź­ne­go słoń­ca. Tak, szłaś w au­re­oli póź­ne­go słoń­ca. Za­uwa­ży­łam cię już od bra­my.

Sie­dzia­łam na ła­wecz­ce pod oknem opar­ta o na­grza­ny mur, a ty szłaś w moją stro­nę.

By­łaś inna, niż cię pa­mię­ta­łam. Wło­sy mia­łaś scze­sa­ne gład­ko, zni­kły fale. Te rdza­we fale two­ich wło­sów prze­mie­ni­ły się te­raz w pro­ste, dłu­gie pa­sma da­ją­ce się ujarz­mić kil­ko­ma za­le­d­wie spin­ka­mi.

I two­ja twarz była inna, szłaś do mnie z twa­rzą sta­rej ko­bie­ty. Wy­sta­wi­łaś ją na wy­pa­dek, gdy­bym nie za­po­mnia­ła tego, co po­wie­dzia­łaś wte­dy, przed roz­sta­niem. Te­raz bez słów chcia­łaś dać mi po­znać, że masz już tyl­ko mnie, że nikt nie może być waż­niej­szy, nikt nie może się li­czyć poza mną i tobą.

Uśmiech­nę­łaś się sa­my­mi war­ga­mi, uśmie­chem, któ­ry chro­nił mnie przed tym, co mó­wi­ły two­je usta.

- Przy­nio­słam lody - po­wie­dzia­łaś, a po­tem po­sta­wi­łaś ple­cio­ny ko­szyk na ła­wecz­ce obok mnie i wy­ję­łaś z nie­go ter­mos, dwie fi­li­żan­ki i dwie małe, błysz­czą­ce ły­żecz­ki.

Z bli­ska zo­ba­czy­łam, że two­je wło­sy są bar­dziej siwe niż rude.

Tak, to jed­no było od­tąd praw­dzi­we. Gdy po­sta­no­wi­łaś przy­znać się do sta­ro­ści, nie mo­głaś już tego cof­nąć. Po­tra­fi­łaś zma­zy­wać z twa­rzy set­ki cien­kich jak pa­ję­czy­na zmarsz­czek, któ­re z po­wo­dze­niem prze­mie­nia­ły cię w sta­rą ko­bie­tę. Od cza­su Kor­de­gar­dy by­wa­łaś jesz­cze mło­da, ale już na za­wsze wło­sy two­je po­zo­sta­ły siwe.

 

Izba przy­jęć.

Ka­fel­ko­wa mo­zai­ka, czer­wo­no-bia­łe kwa­dra­ty, po któ­rych spły­wa brud­na woda. Pod­ło­ga za­nie­sio­na set­ka­mi krzy­żu­ją­cych się ze sobą śla­dów. Sie­dzę pod ścia­ną, wpa­tru­ję się w te zde­for­mo­wa­ne, peł­ne za­cie­ków od­ci­ski stóp. Naj­bli­żej mnie ślad mę­skie­go buta, ob­cas prze­mie­nił się te­raz w spi­cza­stą li­sią mord­kę, lis wę­szy, nad­sta­wia uszu.

 

Ty. Zno­wu wy­cho­dzisz. Na two­jej szyi lis, szkla­ne oczy wpa­tru­ją się we mnie. Mo­gła­bym przy­siąc, że są szy­der­cze, te szkla­ne, mar­twe oczy.

 

Cze­go się spo­dzie­wam. Na co cze­kam. Czy się boję. Czy cier­pię.

 

Sie­dzę oto­czo­na roz­pły­wa­ją­cy­mi się śla­da­mi ludz­kich stóp, a ra­czej bu­tów. Na­gle, bez sen­su, tę­sk­nię, aby zo­ba­czyć od­bi­cie bo­sej sto­py, wła­śnie tu, na tej brud­nej, ka­fel­ko­wej pod­ło­dze.

- To pani?

- Chcia­ła­bym...

- Jej tu już nie ma.

- A gdzie jest?

- W głę­bi po­dwó­rza, na lewo, blok E.

 

Tuż za Kor­de­gar­dą, od stro­ny fosy na­peł­nio­nej wodą, sko­szo­no traw­nik i za­pach su­chej tra­wy, któ­ry tak lu­bię, przy­pły­wa wraz z po­dmu­chem wia­tru do na­szej ła­wecz­ki. Jemy lody.

- Gdzie ku­po­wa­łaś?

- W Zie­lo­nej Bud­ce.

- Chcia­ło ci się? W taki upał.

Na­wet w naj­go­ręt­sze lato mu­sia­łaś no­sić poń­czo­chy. Aler­gia, nie­go­ją­ce się rany na łyd­kach. Prze­wi­ja­nie ban­da­ży żół­tych od ma­ści i ten su­chy trzask skó­ry pod pa­znok­cia­mi. Nie wia­do­mo skąd, le­ka­rze po­wie­dzie­li, że to na tle ner­wo­wym. No­si­łaś te poń­czo­chy z uśmie­chem, mu­sia­ły być ciem­ne, aby nie prze­świe­ca­ły przez nie ban­da­że. Od­kąd cię tyl­ko pa­mię­tam, pa­mię­tam cię w tych dłu­gich su­kien­kach. To było na­wet ład­ne przy two­jej kru­cho­ści, przy ni­skim wzro­ście. Za­wsze klosz, za­wsze dużo ma­te­ria­łu pię­trzą­ce­go się sztyw­no lub fa­lu­ją­ce­go gru­by­mi fał­da­mi.

Sta­łaś w przed­po­ko­ju w sza­rej suk­ni, na szyi mia­łaś lisa. Obca, pach­ną­ca per­fu­ma­mi pani. Fale two­ich wło­sów zle­wa­ły się z li­sim fu­trem. Sta­łaś przed lu­strem, a ja na pierw­szym stop­niu scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę, w tym domu za­wsze za du­żym i za pu­stym dla troj­ga osób. Gra­łam dla cie­bie rolę grzecz­nej, cier­pli­wej dziew­czyn­ki - ja, ogar­nię­ta sza­leń­czą tę­sk­no­tą, przy­mie­rza­łam uśmie­chy, uwa­ża­jąc, aby ża­den z nich nie był zbyt agre­syw­ny, aby cię nie zdzi­wił lub nie roz­draż­nił. - Co się tak uśmie­chasz? - mo­głaś spy­tać lub mo­głaś też spy­tać: - Dla­cze­go się uśmie­chasz? - Już daw­no po­dej­rze­wa­łaś, że mam ci za złe two­ją nie­obec­ność w domu i w moim dzie­ciń­stwie. By­łaś nie­uf­na, two­je oczy spo­glą­da­ły uważ­nie, chcia­łaś wy­śle­dzić w mo­jej twa­rzy oskar­że­nie, przed któ­rym swo­bod­nie mo­gła­byś się obro­nić. Oj­ciec, za­wsze mniej ostroż­ny ode mnie, ła­two dał się wy­klu­czyć z gry. "Zno­wu wy­cho­dzisz?" - spy­tał lek­ko­myśl­nie. - "Wy­cho­dzę" - od­po­wie­dzia­łaś. Py­tał, a ty udzie­la­łaś mu od­po­wie­dzi, po któ­rej bez prze­szkód już mo­głaś wy­cho­dzić. Usu­nę­łaś ojca, nie mo­głaś jed­nak usu­nąć mnie, bo ja się usu­nąć nie da­wa­łam. Moż­na unie­waż­nić sło­wa, nie moż­na unie­waż­nić mil­cze­nia.

Mil­cza­łam, a ty za­uwa­ża­łaś przez to moją obec­ność. Ojca zgu­bi­ły sło­wa, mnie ura­to­wa­ło mil­cze­nie. Gdy tyl­ko z nie­go wy­szłam, gdy zde­cy­do­wa­łam się użyć prze­ciw­ko to­bie, prze­ciw­ko two­jej woli, słów - pierw­szy raz prze­gra­łam w tym la­ta­mi cią­gną­cym się po­je­dyn­ku. Po­wie­dzia­łam: "nie", po­wie­dzia­łam: "nie chcę", a ty zro­bi­łaś wszyst­ko, abym mu­sia­ła.

Ślub w Gdy­ni.

Wrze­sień w Gdy­ni. Po­chy­ła ulicz­ka bie­gną­ca w stro­nę mo­rza. Ulicz­ka, przy któ­rej stał ho­tel. W jed­nym z po­koi na pię­trze miesz­ka­łam ja, a za­raz obok, o drzwi da­lej, ty.

W moim po­ko­ju z oknem na mo­rze od­by­ła się ta roz­mo­wa, ta wie­czor­na roz­mo­wa w przed­dzień mo­je­go ślu­bu.

- Wy­da­jesz mnie za mąż.

- Nie, wy­da­ję cię za wspa­nia­łe­go chłop­ca.

- Nie, wy­da­jesz mnie z domu!

- Mnie też wy­da­no, mia­łam sie­dem­na­ście lat, by­łam dwa lata młod­sza niż ty, za pod­ofi­ce­ra pierw­sze­go puł­ku szwo­le­że­rów w War­sza­wie. Upi­jał się re­gu­lar­nie, co so­bo­ta, i bił mnie, bił mnie do pierw­szej krwi. Na za­pas. Po­dej­rze­wał, że go zdra­dzam. W koń­cu zdra­dzi­łam go z two­im oj­cem, ofi­ce­rem tego sa­me­go puł­ku. A po­tem z nim ucie­kłam. Ucie­kłam z nim, bo wy­star­czy­ło mi wte­dy, że mnie nie bił.

Two­je spoj­rze­nie sta­je się dra­pież­ne, bez­li­to­sne.

- Pierw­szy or­gazm prze­ży­łam w wie­ku czter­dzie­stu lat, do tego cza­su zdą­ży­łam mieć kil­ka skro­ba­nek.

- Nie mówi się ta­kich rze­czy dziew­czy­nie, któ­ra nie żyła jesz­cze z męż­czy­zną.

Śmie­jesz się.

- Z męż­czy­zna­mi się nie żyje, z męż­czy­zna­mi się sy­pia, moja dro­ga. Za­pa­mię­taj to so­bie na całe ży­cie, to do­bra rada two­jej mat­ki.

- Cza­sa­mi mało je­steś po­dob­na do mat­ki!

Krzy­czę, umiem już krzy­czeć. Od­kąd pa­dły po­mię­dzy nami pierw­sze sło­wa, sta­łam się taka jak ty, dra­pież­na i bez­względ­na.

 

Blok E.

- Tak, mat­ka - mó­wię, dzi­wiąc się, że ję­zyk mam drę­twy, jak­by był ka­wał­kiem drew­na.

- Jej tu­taj nie ma.

- W izbie przy­jęć po­wie­dzia­no mi, że...

- Ale już jej tu nie ma.

- A gdzie jest?

- Pro­szę iść pro­sto, przy mu­rze trze­ba skrę­cić w lewo.

Idę pro­sto, przy mu­rze skrę­cam w lewo. Za­rys trój­kąt­ne­go da­chu ka­pli­cy. Cią­gle jesz­cze jest ciem­no, zie­mia pa­ru­je po desz­czu.

Otwo­rzyć te drzwi.

Umieć otwo­rzyć te drzwi.

Za nimi jest ona, mat­ka.

Drzwi ka­pli­cy, cięż­kie, z dę­bo­we­go (a może in­ne­go) drze­wa, po­ciem­nia­łe od desz­czu i wia­tru. Za­rdze­wia­ła, że­la­zna klam­ka w kształ­cie łapy dra­pież­ne­go zwie­rzę­cia. Po­nad klam­ką ja­śniej­szy słój drew­na, jak oko z od­cią­gnię­tą dol­ną po­wie­ką.

Nie­spo­dzie­wa­nie drzwi się otwie­ra­ją, wy­cho­dzi przez nie wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna w sza­rym ki­tlu, zwią­za­nym ta­siem­ką z przo­du na wy­so­ko­ści pier­si. Mia­łam taki sam, jako po­łoż­ni­cy dano mi go za­miast mo­je­go pi­ko­wa­ne­go szla­frocz­ka w ró­żo­we kwiat­ki, któ­re­go nie mo­głam wziąć ze sobą, mu­sia­łam po­zo­sta­wić w przed­sion­ku, bo był pe­łen bak­te­rii. Sza­ry ki­tel, sfał­do­wa­ny na pła­skiej pier­si męż­czy­zny: po raz dru­gi sym­bol mo­jej klę­ski.

- Jak pani nie chce wcho­dzić, to pani nie wcho­dzi. Mnie moż­na przy­nieść, co tam trze­ba, i ja wszyst­ko sam zro­bię, umy­ję i ubio­rę.

Z le­wej stro­ny nad gór­ną war­gą męż­czy­zna ma dużą bro­daw­kę, z któ­rej wy­ra­sta­ją cie­niut­kie wło­ski.

- Umy­ję i ubio­rę... - Wło­ski drga­ją jak po­pę­ka­ne spi­ral­ki w ża­rów­ce.

- Ależ nie, nie trze­ba - mó­wię, po­dej­mu­jąc nową rolę, tę rolę, któ­rej uczy­łam się każ­de­go dnia, od­kąd tyl­ko sie­bie pa­mię­tam: nie dać po­znać, że się zo­sta­ło tra­fio­nym.

Te­atr dla cie­bie prze­mie­nił się w te­atr dla lu­dzi, tak oto ten czło­wiek przed drzwia­mi szpi­tal­nej ka­pli­cy stał się moim pierw­szym wi­dzem. Prze­rwa­ny na­gle spek­takl otrzy­mał nie­ocze­ki­wa­nie nową pu­blicz­ność.

- Nie, nie trze­ba - mó­wię lek­ko, jak­by cho­dzi­ło o po­moc przy wsia­da­niu do tram­wa­ju, a nie o prze­kro­cze­nie tych drzwi. - Nie, na­praw­dę, dzię­ku­ję bar­dzo - uśmie­cham się na do­wód, że otwar­cie tych drzwi z ja­śniej­szym sło­jem nad klam­ką jest zwy­kłą spra­wą. Jak­bym nie ro­bi­ła do­tąd nic in­ne­go, tyl­ko ta­kie wła­śnie drzwi otwie­ra­ła. Kła­dę rękę na klam­ce, cią­gle uśmie­cha­jąc się do tego pie­lę­gnia­rza-wi­dza.

Jest dwu­dzie­sty siód­my maja, do­cho­dzi pią­ta, nie­bo ja­śnie­je. Na­ci­skam klam­kę i z uśmie­chem na ustach po­przez cięż­kie, chy­ba dę­bo­we, drzwi wcho­dzę do szpi­tal­nej ka­pli­cy.

Ostre świa­tło ża­rów­ki pod su­fi­tem; ża­rów­ki ob­na­żo­nej. Stół, pro­sto­kąt­ny na skrzy­żo­wa­nych no­gach, a na nim sfał­do­wa­ne prze­ście­ra­dło. Okry­wa coś, co tam leży.

To coś pod prze­ście­ra­dłem to ty.

Jesz­cze się uśmie­cham, tym uśmie­chem dla pie­lę­gnia­rza, nie wiem, jak go in­a­czej na­zwać - może Czło­wie­kiem z bro­daw­ką, w sza­rym ki­tlu?

Mój uśmiech pod ob­na­żo­ną ża­rów­ką, w ka­pli­cy, w któ­rej nie ma okna. Ta ża­rów­ka za chwi­lę wy­do­bę­dzie cię spod prze­ście­ra­dła. Uśmiech już nie­po­trzeb­ny, bo widz po­zo­stał za drzwia­mi.

Wiem, jaka je­steś, znam każ­dy szcze­gół two­je­go cia­ła, każ­dy szcze­gół, któ­ry go­to­wa by­łaś ob­na­żyć, chcąc mnie po­ko­nać.

 

Mi­jał wła­śnie trze­ci mie­siąc mo­je­go dru­gie­go mał­żeń­stwa, mał­żeń­stwa z czło­wie­kiem, któ­re­go sama so­bie wy­bra­łam, a któ­re­go ty nie za­ak­cep­to­wa­łaś.

Na moim we­se­lu upi­łaś się, ścią­gnę­łaś ob­rus ze sto­łu wraz ze wszyst­kim, co się na nim znaj­do­wa­ło. Sta­łaś jak za­pa­śnik, ki­wa­jąc się lek­ko w przód i w tył. Sta­łaś tak w swo­jej nie­co za dłu­giej su­kien­ce, za­ci­ska­jąc w dło­ni róg ob­ru­sa. I ja też sta­łam, po dru­giej stro­nie sto­łu, z któ­re­go z brzę­kiem spa­da­ły na pod­ło­gę ta­le­rze, kie­lisz­ki i pół­mi­ski. Od­kor­ko­wa­na bu­tel­ka z czer­wo­nym wi­nem to­czy­ła się po pod­ło­dze, zna­cząc za sobą czer­wo­ny ślad. Ty by­łaś tam sama po tej dru­giej stro­nie sto­łu. Obok mnie stał mój mąż, twój prze­ciw­nik, a od tej chwi­li, od chwi­li gdy bu­tel­ka to­czy­ła się, krwa­wiąc, tak­że twój za­ja­dły wróg.

Mój teść, eme­ry­to­wa­ny ko­le­jarz, któ­ry sprze­dał ka­wa­łek grun­tu i ku­pił za to dom w Su­le­jów­ku pod War­sza­wą, uniósł ręce nad gło­wą:

- Lu­dzie! - po­wie­dział w naj­wyż­szym zdu­mie­niu, że coś ta­kie­go może się wy­da­rzyć, i to na we­se­lu jego syna, in­ży­nie­ra. - Lu­dzie!

Mój teść opo­wia­dał wszyst­kim, że vis-a-vis jego domu stoi wil­la, w któ­rej kie­dyś miesz­kał Pił­sud­ski. A ty opo­wia­da­łaś o balu, na któ­rym wy­bra­no cię na kró­lo­wą pięk­no­ści, i o tym, że by­łaś bar­dzo zmę­czo­na i chcia­łaś wra­cać do domu ze swo­im mę­żem pod­ofi­ce­rem. Ad­iu­tan­ci Pił­sud­skie­go za­sta­wi­li drzwi sza­bla­mi i nie chcie­li cię wy­pu­ścić, wte­dy po­de­szłaś i zro­bi­łaś wo­dzo­wi awan­tu­rę. Sala za­mar­ła, a on ro­ze­śmiał się i pod­krę­cił wąsa, a po­tem ka­zał swo­je­mu szo­fe­ro­wi od­wieźć cię do domu. Hi­sto­rię tę sły­sza­łam wie­le razy, za­wsze bra­łaś na świad­ka ojca, któ­ry na tym balu też był obec­ny. Za jego to spra­wą twój mąż pod­ofi­cer zo­stał zresz­tą na ten bal za­pro­szo­ny.

Po dru­giej stro­nie sto­łu sta­łaś w za dłu­giej su­kien­ce, ubru­dzo­nej te­raz ma­jo­ne­zem, któ­ry opry­skał ci tak­że twarz.

Zro­bi­łaś to, wie­dząc, że je­stem w trze­cim mie­sią­cu cią­ży, wie­dząc, że ni­cze­go już nie mo­żesz zmie­nić, że nie mo­żesz ni­cze­go cof­nąć. Ko­cha­łam tego czło­wie­ka. Ko­cha­łam go i ocze­ki­wa­łam z nim dziec­ka. Ścią­gnę­łaś ob­rus ze świa­do­mo­ścią, że nie ro­bisz tego dla mnie; by­łam już nie­czu­ła na ta­kie ge­sty. Zro­bi­łaś to dla nich, dla tych lu­dzi, któ­rych coś po­dob­ne­go spo­ty­ka­ło po raz pierw­szy. Nie­uda­ny ślub syna to spra­wa, ja­kiej chy­ba już do koń­ca nie da się wy­ma­zać. Ale to nie ty by­łaś naj­waż­niej­sza w tam­tej chwi­li, tyl­ko fakt, że ślub się nie udał. Po co więc w ogó­le coś ta­kie­go zro­bi­łaś, sko­ro nie mo­gło to być ob­li­czo­ne ani na mnie, ani na moją nową ro­dzi­nę. Od razu zo­rien­to­wa­łaś się, że chy­bi­łaś. Wte­dy już zu­peł­nie bez sen­su pró­bo­wa­łaś wy­zwo­lić we mnie li­tość.

Sta­łaś więc po dru­giej stro­nie sto­łu sta­ra, sa­mot­na i za­gu­bio­na wśród tłu­mu cio­tek i wuj­ków, z któ­ry­mi mia­łam tak samo mało wspól­ne­go jak ty.

Obcy lu­dzie, zbi­ci te­raz w ciż­bę, za­sko­cze­ni two­im ge­stem. Ten twój gest prze­ra­stał ich, spy­chał w nie­zna­ny ob­szar, w któ­rym nie moż­na wy­czuć grun­tu pod no­ga­mi. Żad­na z ko­biet ze­bra­nych w po­ko­ju we­sel­nym nie by­ła­by do cze­goś ta­kie­go zdol­na; nie star­cza­ło na to wy­obraź­ni, było wię­cej niż świę­to­kradz­twem. Tak, tyl­ko ja jed­na wśród tego tłu­mu mo­głam cię zro­zu­mieć. Li­czy­łaś na to. By­łaś pew­na, że oto ode­rwę się od boku męża, prze­kro­czę ten za­klę­ty krąg i wraz z tobą opusz­czę po­kój, dom, osie­dle.

Ale ja nie od­czu­wa­łam ni­cze­go poza li­to­ścią. To, co wią­za­ło mnie z czło­wie­kiem, z któ­rym tego ran­ka wzię­łam ślub, było waż­niej­sze. Moja li­tość nie mo­gła ci ni­cze­go uła­twić, wie­dzia­łam, co czu­jesz, i to wszyst­ko. Ja jed­na wte­dy, tam­te­go dnia, nie po­tę­pia­łam cie­bie, cho­ciaż przez kil­ka lat mo­je­go mał­żeń­stwa, za­nim je do­szczęt­nie znisz­czy­łaś, po­no­si­łam kon­se­kwen­cje two­je­go czy­nu. Przez te kil­ka lat nie by­łam żoną Paw­ła, ale tą, któ­rej mat­ka w dniu ślu­bu ścią­gnę­ła ob­rus. Tym jed­nym ge­stem wy­zna­czy­łaś mi rolę czar­nej owcy. Mia­łam być tą naj­gor­szą sy­no­wą spo­śród in­nych, i wszyst­ko, co czy­ni­łam, z góry przyj­mo­wa­no z dez­apro­ba­tą. To był ten głów­ny grzech: ob­rus. Brak stu­diów i nie­umie­jęt­ność go­to­wa­nia za­wsze sta­wia­no w dal­szej ko­lej­no­ści.

Mi­jał wła­śnie trze­ci mie­siąc mo­je­go dru­gie­go mał­żeń­stwa, gdy za­te­le­fo­no­wa­łaś. Od dnia ślu­bu się nie wi­dzia­ły­śmy. Moja fi­gu­ra ule­gła zmia­nie, sta­łam się ocię­ża­ła, nogi po­pu­chły mi w kost­kach, ale nikt w ro­dzi­nie już o nic nie py­tał, na­wet nikt się nie zdzi­wił; "ob­rus" był od­po­wie­dzią. By­łam w domu sama. Ten te­le­fon przy­ję­łam w po­ko­ju, w któ­rym przed trze­ma mie­sią­ca­mi usta­wio­no sto­ły.

- Halo - po­wie­dzia­łam.

- To ja, mat­ka.

Mil­cze­nie.

Sto­ję ze słu­chaw­ką przy uchu. Ręką czy­nię gest, jak­bym chcia­ła pod­trzy­mać brzuch.

- By­łam u cio­ci Lili - mó­wisz ja­kimś przy­mil­nym gło­sem - po­ma­ga­łam tam prze­bie­rać owo­ce i... i spa­dłam z dra­bin­ki...

Pła­czesz, szlo­chasz pro­sto w słu­chaw­kę, a po­tem, za­ci­na­jąc się, mó­wisz:

- ...i coś mi się zro­bi­ło z krę­go­słu­upem.

Two­je "u" przy­po­mi­na te­raz prze­cią­głe wy­cie.

- Po co po­je­cha­łaś do Lili? - py­tam, pró­bu­jąc ze­brać my­śli. Lila to two­ja młod­sza sio­stra, z któ­rą od lat się nie kon­tak­to­wa­łaś. By­łaś skłó­co­na z jej mę­żem, któ­ry za­bro­nił ci wstę­pu do ich domu, jak po sce­nie z ob­ru­sem mój mąż. - Gdzie te­raz je­steś?

- Na Dwor­cu Wschod­nim - mó­wisz po­kor­nie, usi­łu­jąc po­ko­nać szloch. Bo­isz się utra­cić to, co już osią­gnę­łaś. Czu­jesz, że od­nio­słaś zwy­cię­stwo. In­stynkt pod­po­wie­dział ci, że na ten raz wy­star­czy mała sce­na.

- Cze­kaj na mnie, za­raz przy­jeż­dżam, spraw­dzę tyl­ko po­cią­gi.

Ner­wo­wo prze­rzu­cam kart­ki roz­kła­du jaz­dy. Spo­glą­dam na ze­ga­rek.

- Za pięt­na­ście mi­nut mam po­ciąg do War­sza­wy - mó­wię i od­kła­dam słu­chaw­kę.

Szu­kam płasz­cza. Ubra­na już do wyj­ścia pi­szę ołów­kiem na ka­wał­ku pa­pie­ru: "Po­je­cha­łam do War­sza­wy", a po­tem kła­dę to na sto­le w na­szym po­ko­ju. W po­ko­ju moim i Paw­ła; nie mamy jesz­cze miesz­ka­nia i miesz­ka­my ką­tem u te­ściów.

Sie­dzisz na dwor­cu, na ław­ce. Masz na so­bie obcy, or­ta­lio­no­wy płaszcz, moc­no wy­gnie­cio­ny.

Idę w two­ją stro­nę cięż­ka, na opuch­nię­tych no­gach, a ty nie pod­no­sisz się z ław­ki. Pod­cho­dzę bli­sko.

Two­ja twarz jest pra­wie prze­zro­czy­sta, sine wor­ki pod oczy­ma, set­ki drob­niut­kich zmarsz­czek bie­gną­cych w kie­run­ku skro­ni. Uda­jesz, że nie do­strze­gasz mo­je­go brzu­cha. Jest obcy.

- We­szłam na dra­bin­kę, na samą górę, to było w piw­ni­cy, noga mi się ze­śli­znę­ła. Coś trza­snę­ło i te­raz boli - mó­wisz bez­barw­nym gło­sem, jak­byś re­fe­ro­wa­ła zu­peł­nie nie­waż­ny fakt.

- Mu­si­my pójść do le­ka­rza.

Bio­rę cię pod ra­mię, a ty po­słusz­nie wsta­jesz z ław­ki. Je­steś ode mnie niż­sza pra­wie o gło­wę. Idzie­my do tak­sów­ki. Po­da­ję ad­res lecz­ni­cy Izis w po­bli­żu pla­cu Kon­sty­tu­cji.

Le­karz każe ro­ze­brać ci się do naga. Sie­dzę na ko­zet­ce ob­cią­gnię­tej ce­ra­tą, a ty sto­isz po­środ­ku ga­bi­ne­tu po­mię­dzy ko­zet­ką a biur­kiem, na któ­rym przy­siadł chi­rurg. Trzy­ma w rę­kach mały mło­te­czek i bawi się nim, prze­kła­da­jąc z dło­ni do dło­ni.

Sto­isz naga. Sto­isz zgar­bio­na, z ob­wi­sły­mi pier­sia­mi i brzu­chem sta­rej ko­bie­ty. Twój brzuch jest nie­współ­mier­nie duży i wy­pu­kły, po­kry­ty po­marsz­czo­ną, żół­ta­wą skó­rą.

Le­karz prze­sta­je się ba­wić lśnią­cym mło­tecz­kiem i mówi:

- Pro­szę złą­czyć nogi i sta­nąć na pal­cach.

- A te­raz pro­szę po­chy­lić gło­wę. Tak: na wy­pro­sto­wa­nej szyi.

- A te­raz pro­szę koń­ca­mi pal­ców u rąk do­tknąć pod­ło­gi.

Po­słusz­nie wy­ko­nu­jesz wszyst­ko, o co cię pro­si.

Pa­trzę, jak naga ro­bisz sze­reg dziw­nych ru­chów. W pew­nej chwi­li ban­daż na łyd­ce roz­wią­zu­je się i bły­ska­wicz­nie opa­da na zie­mię. Two­ja noga od ko­la­na w dół ma ostry czer­wo­ny ko­lor. Cała po­kry­ta jest ma­ły­mi, wil­got­ny­mi ran­ka­mi.

Tra­cę po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści, przez chwi­lę nic nie sły­szę. Usta le­ka­rza po­ru­sza­ją się, ale głos do mnie nie do­cie­ra. Wi­dzę cie­bie, wy­glą­dasz, jak­byś tań­czy­ła. Wi­dzę cię z ob­na­żo­ną nogą. Wi­dzę, jak przy­dep­tu­jesz ban­daż.

- Może się pani ubrać - mówi wresz­cie chi­rurg. A po­tem zwra­ca się do mnie. - Ura­zu krę­go­słu­pa nie stwier­dzam. Są­dzę, że rent­gen bę­dzie zbęd­ny. Po kil­ku dniach ból po­wi­nien ustą­pić.

I na­gle wszyst­ko ro­zu­miem. Po to była ta cała sce­na, po to tyl­ko zde­cy­do­wa­łaś się ob­na­żyć. Za­wio­dły sło­wa, po­sta­no­wi­łaś więc użyć swo­je­go cia­ła.

Le­karz bawi się mło­tecz­kiem. W jego wzro­ku wy­czy­ta­łam, że on też wie. Jest mi wstyd, chcę jak naj­prę­dzej stąd wyjść.

Ubie­rasz się, masz twarz dziew­czyn­ki, któ­ra była nie­grzecz­na, ale wca­le tego nie ża­łu­je. Uni­kasz mo­je­go wzro­ku. Wy­cho­dzi­my z lecz­ni­cy. Jest już pra­wie ciem­no, kro­pi deszcz i świa­tła kan­de­la­brów od­bi­ja­ją się w mo­krej jezd­ni.

- Mu­szę wra­cać do Su­le­jów­ka.

Sto­imy na chod­ni­ku na­prze­ciw sie­bie.

- Ja­kie masz pla­ny?

- Krę­go­słup mnie boli - mó­wisz ci­cho, tak ci­cho, że le­d­wie mogę cię sły­szeć.

- Mamo!

- Boli mnie - po­wta­rzasz.

- Ja mu­szę wra­cać do Su­le­jów­ka, co mam z tobą zro­bić, prze­cież mu­sisz gdzieś prze­no­co­wać, może w ho­te­lu. A może po­je­dziesz do domu? O dwu­dzie­stej trze­ciej z mi­nu­ta­mi masz po­ciąg.

- Nie po­ja­dę.

- Mamo!

- Chcę z tobą do Su­le­jów­ka.

Ostre świa­tło ża­rów­ki pod su­fi­tem; ża­rów­ki ob­na­żo­nej. Stół pro­sto­kąt­ny na skrzy­żo­wa­nych no­gach, a na nim sfał­do­wa­ne prze­ście­ra­dło, okry­wa­ją­ce coś, co tam leży.

To coś pod prze­ście­ra­dłem to ty. Jaka po­ka­żesz mi się mar­twa? Co ze­chcesz ze mną zro­bić po raz ostat­ni, czy ze­chcesz mnie po­gnę­bić, czy wy­ra­to­wać?

 

Wio­złam cię do Su­le­jów­ka, a ty za­cho­wy­wa­łaś się tak­tow­nie i z dy­stan­sem. Czu­łaś, że nie znio­sła­bym w tam­tej chwi­li, w tam­tej na­szej jeź­dzie elek­trycz­nym po­cią­giem, żad­ne­go two­je­go ge­stu ani sło­wa. Mil­cza­ły­śmy. Ja pa­trzy­łam w okno, a ty spu­ści­łaś gło­wę, wpa­tru­jąc się w swo­je, uło­żo­ne jed­na obok dru­giej na ko­la­nach, ręce. Ale już na pe­ro­nie od­na­la­zły­śmy się w ciem­no­ści. Wsu­nę­łaś rękę pod moje ra­mię, a ja przy­ci­snę­łam ją do sie­bie.

- Ciem­ni­ca choć oko wy­kol - po­wie­dzia­łaś daw­nym nor­mal­nym gło­sem.

- Chu­li­ga­ni roz­bi­ja­ją ża­rów­ki - od­po­wie­dzia­łam ci też zwy­czaj­nie.

Mur ru­nął, roz­padł się w jed­nej chwi­li. Wy­sia­dły­śmy z po­cią­gu i na­tych­miast sta­ło się tak, jak­by nig­dy nic mię­dzy nami nie za­szło. Jak­by nie było ob­ru­sa i ze­psu­te­go we­se­la, jak­by nie było sce­ny wy­pę­dza­nia cię z domu te­ściów, jak­by mój mąż nie po­wie­dział: "sta­ra pi­jacz­ka" i jak­byś ty nie na­plu­ła mu w twarz. Szły­śmy obok sie­bie zgod­nym kro­kiem, trzy­ma­jąc się pod rękę. I tak do­tar­ły­śmy pod drew­nia­ną wil­lę Wan­da, któ­rą mój teść ku­pił za sprze­da­ny ka­wa­łek grun­tu.

- Uwa­żaj na sto­pień, mamo - po­wie­dzia­łam - za­wsze się tu­taj po­ty­kam.

Po­szu­ka­łam klu­czy w to­reb­ce i otwo­rzy­łam drzwi do ko­ry­ta­rza. Pierw­szą oso­bą, któ­rą na­po­tka­ły­śmy, był mój teść. Na twój wi­dok szyb­ko cof­nął się do po­ko­ju, cho­ciaż miał za­miar wyjść, bo był już w pal­cie. Po­szłam pierw­sza scho­da­mi na górę. Otwo­rzy­łam drzwi.

Mój mąż chciał coś po­wie­dzieć, ale zo­ba­czyw­szy cie­bie, za­milkł. Uszy sil­nie mu po­czer­wie­nia­ły.

- Mama przy­je­cha­ła mnie od­wie­dzić - po­wie­dzia­łam szyb­ko - była u sio­stry w Kie­lec­kiem, ju­tro wra­ca do domu. Czy mógł­byś tę noc prze­spać na dole, u ro­dzi­ców?

Chwi­lę wa­hał się, a po­tem bez sło­wa wy­mi­nął mnie i cie­bie i wy­szedł z po­ko­ju.

Nie wy­je­cha­łaś jed­nak na­stęp­ne­go dnia. Miesz­ka­ły­śmy we dwie na gó­rze, a Pa­weł sy­piał na dole. Po ja­kimś cza­sie sto­sun­ki na tyle się uło­ży­ły, że te­ścio­wie od­po­wia­da­li na two­je dzień do­bry, a mój mąż któ­re­goś dnia pierw­szy cię o coś za­gad­nął. Skwa­pli­wie mu od­po­wie­dzia­łaś, a na­stęp­ne­go ran­ka wsta­łaś, aby przy­go­to­wać mu śnia­da­nie. Nie mo­głaś wie­dzieć, że co­dzien­nie wy­py­tu­je, "kie­dy sza­now­na ma­muń­cia so­bie po­je­dzie". Nie mia­łaś za­mia­ru od­jeż­dżać; gdy tyl­ko po­czu­łaś się pew­niej­sza, za­czę­łaś drą­żyć, szu­kać ja­kiejś szcze­li­ny w tej za­gra­ża­ją­cej two­jej wy­łącz­no­ści bu­dow­li.

- Ten twój Pa­weł wca­le nie czy­ta - mó­wi­łaś niby to mi­mo­cho­dem, ot, ta­kie tam nie­waż­ne spo­strze­że­nie. Do­brze wie­dzia­łaś, co ro­bisz, by­łaś świet­nym ob­ser­wa­to­rem. Za­uwa­ży­łaś, że od­cię­ta od świa­ta w drew­nia­nej wil­li Wan­da du­szę się od tych sta­łych roz­mów: kto gdzie ile za­ro­bił, kto za­osz­czę­dził i ku­pił so­bie jacht, a kto wy­je­chał na wy­ciecz­kę z Or­bi­sem.

Przez te kil­ka ty­go­dni wy­wal­czy­łaś dla sie­bie roz­mo­wy ze mną o spra­wach, któ­re mnie in­te­re­so­wa­ły. Przy­no­si­łaś pi­sma i ty­go­dni­ki li­te­rac­kie, przy­no­si­łaś nowe książ­ki. Cza­sa­mi za­po­mi­na­łam, dla­cze­go te­raz wła­śnie je­steś taka; za­po­mi­na­łam, że ro­bisz to wszyst­ko po to tyl­ko, aby prze­cią­gnąć mnie na swo­ją stro­nę. Cie­szy­łam się, że mamy ze sobą tyle wspól­ne­go. Mó­wi­łaś ci­chym, mi­łym gło­sem, wy­raź­nie wy­ma­wia­jąc "ł", tak tro­chę z wi­leń­ska. Pe­wien pro­fe­sor ję­zy­ko­znaw­ca z Kra­ko­wa, któ­ry tra­fił do le­śni­czów­ki w two­im do­brym okre­sie, na czas two­je­go wi­leń­skie­go "ł", po­wie­dział z za­chwy­tem: "Ja­kąż pięk­ną pol­sz­czy­zną pani mówi".

Któ­re­goś dnia przy­nio­słaś na górę książ­kę Sty­ro­na Po­grą­żyć się w mro­ku.

- Mu­sisz to ko­niecz­nie prze­czy­tać - po­wie­dzia­łaś - to bar­dzo pięk­na książ­ka.

Prze­czy­ta­łam, prze­czy­tał też Pa­weł.

- Peł­ne dno, po co pi­sać coś ta­kie­go - po­wie­dział.

- To książ­ka o sa­mot­no­ści - od­rze­kłaś.

- A ja my­śla­łem, że o pi­jań­stwie.

Ze­rwa­łaś się na­gle i sta­nę­łaś przed nim.

- Ty pę­ta­ku, ty gnoj­ku, co ty wiesz o ży­ciu. Ja­kim pra­wem wy­ty­kasz mi pi­jań­stwo. Na­uczy­łam się pić w oku­pa­cję, co­dzien­nie rano wy­pi­ja­łam szklan­kę bim­bru i ona po­zwa­la­ła mi prze­żyć dzień do wie­czo­ra, by­łam w AK, wal­czy­łam, gdy ty... - Za­bra­kło ci słów, Pa­weł to wy­ko­rzy­stał.

- Jak się chce zna­leźć wy­mów­kę, to się za­wsze znaj­dzie. Po woj­nie pa­nien­ki wma­wia­ły na­rze­czo­nym, że stra­ci­ły cno­tę z żoł­nie­rzem AK, któ­ry po­tem po­legł...

Ude­rzy­łaś Paw­ła, a on zła­pał cię za ra­mio­na i wy­sta­wił na ko­ry­tarz. Chcia­łaś z po­wro­tem we­drzeć się do po­ko­ju. Pa­weł trzy­mał drzwi.

- Wpuść mnie, ty ban­dy­to, wpuść mnie do cór­ki! - krzy­cza­łaś gło­śno, szar­piąc za klam­kę.

- Do­syć tego, nie po­zwo­lę się w moim domu ob­ra­żać, wy­noś się, ty sta­ra ję­dzo.

Z tam­tej stro­ny sły­chać było gło­sy, roz­po­zna­łam te­ścia.

- Co pani wy­pra­wia, trze­ba się opa­no­wać, są­sie­dzi usły­szą.

- Taki szcze­niak nie bę­dzie mi wy­ty­kał!... - krzy­cza­łaś co­raz gło­śniej.

Pa­weł zwol­nił klam­kę. Wy­ko­rzy­sta­łaś to, aby wejść do po­ko­ju. W szpa­rze mi­gnę­ła two­ja za­czer­wie­nio­na z gnie­wu twarz. Pa­weł chciał przy­cią­gnąć drzwi z po­wro­tem i wte­dy ude­rzył cię nimi.

Ten ślad na skro­ni stał się po­tem waż­ną bro­nią uży­wa­ną prze­ciw­ko mnie. Nie­czu­ła na two­je hi­ste­rycz­ne ata­ki, na two­je pi­jac­kie wy­czy­ny, dłu­gi czas da­wa­łam się na­brać na two­ją do­brą wolę. Wy­star­czy­ło, że scze­sa­łaś wło­sy na bok, aby za­kryć bli­znę.

 

Sto­ję po dru­giej stro­nie dę­bo­wych drzwi, sto­ję bar­dzo bli­sko nich, czu­ję na­wet, że rą­bek su­kien­ki za­cze­pił się o coś wy­sta­ją­ce­go, może o źle zhe­blo­wa­ny sę­czek. Czas mija, po­win­nam już po­dejść do cie­bie. Za dłu­go już tak sto­ję, nie po­win­nam so­bie po­zwo­lić na żad­ne opóź­nie­nie, nie po­win­nam do­pu­ścić do tego, aby po­wsta­ła ja­kaś luka w tek­ście mo­jej no­wej roli. Na­wet ge­sty mu­szą być ob­li­czo­ne co do se­kun­dy.

Ro­bię wresz­cie pierw­szy krok, a po­tem dru­gi i trze­ci. Ża­rów­kę mam te­raz tuż nad gło­wą, po­chy­lam się i dwo­ma pal­ca­mi od­cią­gam prze­ście­ra­dło.

Le­żysz w dość dziw­nej po­zy­cji, tak jak­byś chcia­ła prze­krę­cić się na bok i w ostat­niej chwi­li za­bra­kło ci sił. Jed­no ra­mię masz unie­sio­ne nie­co wy­żej, a pal­ce tej ręki za­ci­snę­łaś w pięść, dru­ga spo­czy­wa wy­pro­sto­wa­na na sto­le, pal­ce też są sztyw­ne i wy­pro­sto­wa­ne. Gło­wę od­chy­li­łaś da­le­ko do tyłu, jak­byś szu­ka­ła nią opar­cia, jak­byś chcia­ła oprzeć się na niej przy tym skrę­cie w bok. Mu­szę okrą­żyć stół, aby do­trzeć do two­jej gło­wy i aby móc spoj­rzeć ci w twarz.

Ale two­ja twarz jest obca. Roz­po­zna­łam two­je cia­ło, a nie mogę roz­po­znać two­jej twa­rzy, któ­rą prze­cież z ca­łej cie­bie naj­le­piej pa­mię­tam. Gdy­by mi ka­za­no, mo­gła­bym opi­sać w niej wszyst­ko, każ­dy naj­drob­niej­szy szcze­gół. Mo­gła­bym po­dać licz­bę two­ich zmarsz­czek i ich uło­że­nie. Wiem, ile było zmarsz­czek po­dłuż­nych, tych na czo­le, ile pół­okrą­głych, tych pod ocza­mi, bie­gną­cych w kie­run­ku skro­ni, ile ku­rzych ła­pek, ile tych wo­kół ust. Po­tra­fi­łam z pa­mię­ci po­dać tę sumę two­jej sta­ro­ści, wie­dzia­łam na­wet, któ­re były tymi praw­dzi­wy­mi, a któ­re po­wo­ły­wa­łaś tyl­ko na mój uży­tek. Ale cała ta wie­dza za­wio­dła mnie, bo two­ja twarz jest te­raz gład­ka. Two­ja twarz za ży­cia była ra­czej po­cią­gła, a po­licz­ki wpad­nię­te. Te­raz wszyst­ko to się zmie­ni­ło. Po­wie­ki za­kry­ły oczy i pa­trząc tak na cie­bie, moż­na po­wie­dzieć, że masz twarz pro­stacz­ki. Nie ma w niej żad­ne­go wy­ra­zu. Tak jak­by żad­na głęb­sza myśl nie spla­mi­ła nig­dy twe­go mó­zgu. Tak jak­byś prze­ży­ła ży­cie na ko­pa­niu kar­to­fli i ob­cie­ra­niu gro­ma­dzie dzie­ci za­smar­ka­nych no­sów.

Od­bie­ram to jak cios. Spo­dzie­wa­łam się za­stać cie­bie, a za­sta­łam obcą twarz. Od­cho­dzę od two­jej gło­wy i po­wra­cam do cia­ła, któ­re jest ta­kie, ja­kim je za­pa­mię­ta­łam. Two­je cia­ło jest tobą. Je­stem ci ja­koś wdzięcz­na, że po­sta­no­wi­łaś za­brać mi sprzed oczu tę obcą twarz, żeś ją cof­nę­ła i jak­by przede mną ukry­ła. Pa­trząc tak na cie­bie od stro­ny drzwi, moż­na mieć wra­że­nie, że w ogó­le nie masz gło­wy. To do­brze. Mam przed sobą to, co znam tak do­kład­nie.

 

Zbli­żał się ko­niec lip­ca ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt sie­dem. Le­ka­rze okre­śli­li ter­min roz­wią­za­nia na dwu­dzie­ste­go siód­me­go. Upał, mogę ist­nieć już tyl­ko w ogród­ku na le­ża­ku pod krza­kiem bzu. Jest mi trud­no wsta­wać, cho­dzić, na­wet sie­dzieć. Nie wi­dzia­łam cię od kil­ku mie­się­cy, od dnia awan­tu­ry z Paw­łem o tę książ­kę Sty­ro­na. Od­cho­dzi­łaś z pła­czem, zbie­ra­łaś po po­ko­ju swo­je rze­czy, wy­cią­ga­jąc co chwi­la chu­s­tecz­kę do nosa i ocie­ra­jąc nią pły­ną­ce po po­licz­kach łzy. Wi­dzia­łam, jak spły­wa­ły bruz­da­mi two­ich zmarsz­czek, do­ga­nia­łaś je zwy­kle w po­ło­wie, na wy­so­ko­ści ust.

Dwu­dzie­ste­go trze­cie­go lip­ca prze­pro­wa­dzi­łam z Paw­łem roz­mo­wę.

- Od ty­go­dni mam do cie­bie pew­ną proś­bę.

- Jaką, ko­cha­nie? - Przy­kuc­nął u mo­ich ko­lan, krzak bzu rzu­ca mu na twarz po­strzę­pio­ny cień.

- Za kil­ka dni będę ro­dzić. Chcia­ła­bym, abyś ty... aby­ście ty i ona przed­tem się po­go­dzi­li.

- Jaka ona? - pyta Pa­weł, uno­sząc brwi. Nig­dy, na­wet w cza­sach mo­je­go naj­więk­sze­go do nie­go uczu­cia, nie lu­bi­łam tego ru­chu, tych brwi wę­dru­ją­cych w górę. Twarz mu się wte­dy zmie­nia­ła, ro­bi­ła się obca. Po­ja­wia­ło się coś an­ty­pa­tycz­ne­go, ty po­wie­dzia­ła­byś, że "od­bi­cie jego du­szy". Do koń­ca uwa­ża­łaś, że Pa­weł jest tyl­ko zły. Ni­cze­go war­to­ścio­we­go nie po­tra­fi­łaś w nim od­na­leźć. Za­wsze by­łaś taka, albo ko­goś lu­bi­łaś, wte­dy czło­wiek ten był tyl­ko do­bry i tyl­ko szla­chet­ny, albo ko­goś nie zno­si­łaś i wte­dy był już tyl­ko zły.

- Nie uda­waj, wiesz, że mó­wię o mat­ce.

- O mat­ce? Czy mat­ka tak po­stę­pu­je?

- Słu­chaj, Pa­weł, nie two­ją spra­wą jest ją są­dzić. Mo­żesz czuć się po­krzyw­dzo­ny i w ja­kiś spo­sób je­steś, wiem o tym. Pro­si­łam cię tyl­ko. Mo­żesz mi od­mó­wić, wte­dy cię zro­zu­miem.

Pa­weł mil­czy, ale spo­strze­gam, że to, co ode mnie usły­szał, zro­bi­ło na nim wra­że­nie. Cho­dzi po ogro­dzie z rę­ka­mi w kie­sze­niach i gwiż­dże. Nie ma słu­chu i bar­dzo fał­szu­je, ale wła­śnie to mnie wzru­sza. Kie­dy gwiż­dże, jest bli­ski. Za­wsze mia­łam sła­bość do lu­dzi prze­gra­nych. Być może bra­ło się to stąd, że ty by­łaś nie­zwy­kle moc­na. By­łaś moc­na na­wet w sy­tu­acjach, w któ­rych prze­gry­wa­łaś, bo nie przyj­mo­wa­łaś prze­gra­nej. Przy­po­mi­na­łaś jasz­czur­kę, któ­ra po­ćwiar­to­wa­na na ka­wał­ki w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób się zra­sta. Coś ta­kie­go mu­sie­li od­czu­wać tak­że inni; ci, któ­rzy cie­bie nie­na­wi­dzi­li.

Mniej wię­cej po go­dzi­nie Pa­weł pod­szedł do le­ża­ka, na któ­rym sie­dzia­łam, i po­wie­dział krót­ko:

- Zgo­da.

Pod­nio­słam się szyb­ko, tak szyb­ko, jak tyl­ko mo­głam, i drob­nym krocz­kiem, bo gwa­ran­to­wał od­po­wied­nią szyb­kość mo­jej becz­ko­wa­tej fi­gu­rze, po­szłam do domu. Za­mó­wi­łam mię­dzy­mia­sto­wą.

Ty ode­bra­łaś te­le­fon. Zna­łam kan­ce­la­rię ojca w le­śni­czów­ce, okno wy­cho­dzi­ło na dro­gę; tę dro­gę, któ­rą obie od­cho­dzi­ły­śmy od sie­bie i po­wra­ca­ły. Po­tem, gdy wy­je­cha­łam do mia­sta, tą dro­gą roz­po­czy­na­łaś swo­ją wę­drów­kę do mnie i swój po­wrót. Za­wsze wra­ca­łaś, czu­jąc się prze­ze mnie wy­gna­na i zdra­dzo­na. Dużo wcze­śniej ta sama dro­ga wy­zna­cza­ła two­ją obec­ność lub nie­obec­ność w domu. Wte­dy ja cze­ka­łam, wte­dy ja wy­glą­da­łam przez okno od kan­ce­la­rii. Po­ja­wia­łaś się na kil­ka dni, aby zno­wu wy­je­chać. Cza­sa­mi w środ­ku nocy sły­sza­łam sil­nik sa­mo­cho­du, a po­tem gło­sy na dole, szu­ra­nie bu­tów. Łuna świa­tła biła na po­dwór­ko z wie­lu oświe­tlo­nych okien. Obce, mę­skie gło­sy, śmiech. Naj­czę­ściej byli to twoi re­dak­cyj­ni ko­le­dzy. Sły­sza­łam two­je imię od­mie­nia­ne we wszyst­kich przy­pad­kach, twój śmiech był je­dy­nym śmie­chem ko­bie­cym tam na dole. Tłu­ma­czy­łaś ojcu, że je­steś od nich za­leż­na, po­ma­ga­ją ci w pi­sa­niu ar­ty­ku­łów i dzię­ki nim wy­ra­biasz wier­szów­kę.

- Słu­cham - po­wie­dzia­łaś. Twój głos był już od­po­wied­nio usta­wio­ny, te­le­fo­nist­ka za­po­wie­dzia­ła roz­mo­wę z Su­le­jów­kiem, mia­łaś więc czas przy­go­to­wać się do roli. W two­im "słu­cham" było wszyst­ko, co mi chcia­łaś wy­rzu­cić: two­je ze­sła­nie. Tak, czu­łaś się ze­sła­na prze­ze mnie do tego domu, w któ­rym przed­tem ca­ły­mi la­ta­mi bez naj­mniej­szych skru­pu­łów po­zo­sta­wia­łaś mnie sa­mej so­bie. A po­tem, gdy po­ja­wił się ad­iunkt z nad­le­śnic­twa, wy­sła­łaś mnie z domu. Zmu­si­łaś mnie do ślu­bu z pierw­szym czło­wie­kiem, któ­ry wy­dał ci się od­po­wied­ni. Ojcu tłu­ma­czy­łaś, że prze­cież nie mogę całe ży­cie sie­dzieć w le­sie, mu­szę pójść mię­dzy lu­dzi, sko­ro zre­zy­gno­wa­łam ze stu­diów, sko­ro po ty­go­dniu ucie­kłam z War­sza­wy, gdzie czu­łam się kom­plet­nie za­gu­bio­na, nie ma in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko wy­dać mnie za mąż. "Chło­piec jest przy­zwo­ity, bo­ga­ty i w do­dat­ku bar­dzo przy­stoj­ny" - mó­wi­łaś.

Wte­dy chcia­łaś mnie pchnąć mię­dzy lu­dzi, te­raz da­ła­byś wszyst­ko, aby mnie spo­śród nich za­brać. Te­raz by­ła­byś szczę­śli­wa, gdy­bym ze­chcia­ła sie­dzieć z tobą w le­sie, na któ­ry ska­zy­wa­ła cię sy­tu­acja sta­rej ko­bie­ty. Nie by­łaś jesz­cze sta­ra, sa­maś so­bie tę sta­rość wy­my­śli­ła, bo po­trze­bo­wa­łaś jej do na­stęp­ne­go aktu na­szej wspól­nie two­rzo­nej sztu­ki. W tym ak­cie chcia­łaś być już tyl­ko mat­ką, a po­nie­waż ja nie da­wa­łam z sie­bie zro­bić tyl­ko cór­ki, usi­ło­wa­łaś szan­ta­żo­wać mnie swo­ją sta­ro­ścią. Pierw­sze­go dnia, w któ­rym seks prze­stał się dla cie­bie li­czyć, od­da­li­łaś ad­iunk­ta, i już by­łaś go­to­wa do tego, by od­dać się w peł­ni i bez prze­szkód ma­cie­rzyń­stwu. Poza mną mia­łaś jesz­cze dwu sy­nów, jed­ne­go z mał­żeń­stwa z pod­ofi­ce­rem pierw­sze­go puł­ku szwo­le­że­rów i jed­ne­go z moim oj­cem. Róż­ni­ca wie­ku mię­dzy mną a moim bra­tem była jed­nak tak znacz­na, że pra­wie go nie zna­łam. Znik­nął ze sce­ny o wie­le wcze­śniej, niż ja się na niej po­ja­wi­łam.

O swo­im naj­star­szym synu wie­dzia­łaś nie­wie­le po­nad to, że po­szedł w śla­dy ojca i zo­stał woj­sko­wym. Był, zda­je się, w ja­kiejś szko­le ofi­cer­skiej, któ­rą ukoń­czył z od­zna­cze­niem. Ostat­nie, co o nim sły­sza­łam, to to, że oże­nił się z głu­pią dziew­czy­ną. Przez ja­kiś czas w for­mie aneg­do­ty opo­wia­da­łaś o tym, jak two­ja sy­no­wa po­ca­ło­wa­ła cię w rękę. By­łaś jesz­cze mło­da i fakt, że zo­sta­łaś po­trak­to­wa­na jak do­stoj­na ma­tro­na, bar­dzo cię uba­wił. "Wy­glą­da­ła sta­rzej ode mnie - ob­wiesz­cza­łaś z trium­fem - cho­ciaż mię­dzy nami jest sie­dem­na­ście lat róż­ni­cy". Opo­wieść tę sły­sza­łam chy­ba rów­nie czę­sto jak tam­te: o balu z Pił­sud­skim i o tym, jak wy­cią­gnę­łaś ojca z obo­zu na Li­twie.

Trzy razy prze­cho­dzi­łaś gra­ni­cę li­tew­ską: po jed­nej stro­nie po­ste­run­ki li­tew­skie, po dru­giej nie­miec­kie (był rok ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty dzie­wią­ty). Za trze­cim ra­zem, gdy po­szłaś za gra­nicz­ną rze­kę, w domu, w któ­rym po­zo­sta­li dziad­ko­wie z moim bra­tem - mnie wte­dy jesz­cze nie było na świe­cie - zja­wił się żan­darm i po­wie­dział, że je­steś po­dej­rza­na o szpie­go­stwo. Jak wró­cisz, masz się za­raz za­mel­do­wać na po­ste­run­ku żan­dar­me­rii. Zna­la­złaś ojca w Po­łą­dze, ostat­nim obo­zie, w któ­rym jesz­cze nie by­łaś. Prze­pro­wa­dzi­łaś go przez obo­zo­we po­ste­run­ki, przed­tem prze­my­ciw­szy mu cy­wil­ne ubra­nie, prze­pro­wa­dzi­łaś go przez całą Li­twę, a po­tem przez gra­nicz­ną rze­kę. Z tej opo­wie­ści naj­le­piej za­pa­mię­ta­łam hi­sto­rię z pa­pie­ro­śni­cą. Tuż przy gra­ni­cy Li­twin, któ­ry miał was pod­wieźć za ślub­ne ob­rącz­ki do rze­ki, skie­ro­wał ko­nie, przy­ło­żyw­szy im ba­tem, wprost w stro­nę po­ste­run­ku. Wte­dy wy­cią­gnę­łaś pa­pie­ro­śni­cę w kształ­cie ma­łe­go, dam­skie­go re­wol­we­ru i przy­sta­wiw­szy ją woź­ni­cy do ple­ców, ka­za­łaś zmie­nić kie­ru­nek jaz­dy. Żan­dar­mi li­tew­scy już was jed­nak za­uwa­ży­li, by­li­ście nie­da­le­ko od brze­gu, kie­dy pa­dły pierw­sze strza­ły. Pły­nę­li­ście w lo­do­wa­tej wo­dzie (był już gru­dzień), a do­oko­ła pa­da­ły kule. Do­tar­li­ście jed­nak na dru­gi brzeg, oj­ciec z lek­ką raną po­strza­ło­wą bar­ku, a po­tem do domu. Tam za­sta­ła was wia­do­mość o tym, że masz się sta­wić na po­ste­run­ku. Nie mo­gli­ście na­ra­żać ro­dzi­ców ojca ani dziec­ka. Za­wi­nę­łaś mo­je­go bra­ta w chust­kę, wzię­łaś go po­tem na ręce i ra­zem z oj­cem sta­wi­li­ście się w żan­dar­me­rii.

- Po co cho­dzi­ła pani na tam­tą stro­nę?

- Po męża.

- A gdzie mąż?

- Tu, stoi koło mnie.

Niem­cy wszyst­ko do­kład­nie spraw­dzi­li, czy oj­ciec aby na pew­no jest oj­cem. Z uzna­niem ki­wa­li gło­wa­mi, a po­tem pu­ści­li was wol­no.

Mój ro­dzo­ny brat wkrót­ce po ukoń­cze­niu stu­diów za­ło­żył ro­dzi­nę, je­dy­nym śla­dem jego ist­nie­nia były nad­cho­dzą­ce re­gu­lar­nie kart­ki świą­tecz­ne i te­le­gra­my w dniu wa­szych imie­nin: ósme­go maja na Sta­ni­sła­wa i dwu­dzie­ste­go paź­dzier­ni­ka na Ire­ny.

Nig­dy nie mia­łaś umia­ru w tym, co go­to­wa by­łaś ofia­ro­wy­wać lub od­bie­rać, i tego sa­me­go ocze­ki­wa­łaś od in­nych. Kie­dyś jako dziec­ko usły­sza­łam, że swo­ją ka­rie­rę za­wo­do­wą ro­bisz po tru­pach. Nie było to praw­dą, nig­dy nie było w to­bie wy­ra­cho­wa­nia; za­wsze po­stę­po­wa­łaś spon­ta­nicz­nie i tak, jak wy­da­wa­ło ci się, że po­win­naś po­stą­pić. Cza­sa­mi by­wa­łaś okrut­na, ale tyl­ko w sto­sun­ku do osób ci bli­skich. Wy­ro­zu­mia­ła dla ob­cych, nie po­tra­fi­łaś zro­zu­mieć tych, któ­rych ko­cha­łaś. Obu swo­ich sy­nów trak­to­wa­łaś z po­błaż­li­wą czu­ło­ścią, ale obaj nie­wie­le miej­sca zaj­mo­wa­li w two­ich my­ślach; po­dej­rze­wam na­wet, że nu­dzi­li cię, uwa­ża­łaś, iż są dość pry­mi­tyw­ni i ogra­ni­cze­ni. Mnie przy­pa­dła rola dziec­ka wy­jąt­ko­we­go. Tak po­sta­no­wi­łaś i nie było od­wro­tu; w chwi­li gdy wte­dy przed laty uj­rza­łam cię w bra­mie Ła­zie­nek, mój los zo­stał przy­pie­czę­to­wa­ny.

- Słu­cham - po­wie­dzia­łaś te­raz i głos twój był smut­ny.

- Przy­jedź, mamo. Za­raz pa­kuj rze­czy.

- Do Su­le­jów­ka?

- No... nie - za­jąk­nę­łam się lek­ko - do War­sza­wy, chce­my się z tobą spo­tkać, Pa­weł i ja, mamy za­miar wy­na­jąć po­kój, już na­wet znam ad­res. Wiesz, na Żo­li­bo­rzu, uli­ca Staf­fa, nowe blo­ki...

Mó­wi­łam szyb­ko, aby nie dać ci szan­sy prze­rwa­nia mi i aby zła­go­dzić tro­chę to o Su­le­jów­ku.

- Za­miesz­kasz już w tym po­ko­ju, tro­chę go za­go­spo­da­ru­jesz na przy­ję­cie mnie i dziec­ka. To prze­cież za kil­ka dni...

Ci­sza. A po­tem twój głos.

- Czy chcesz, abym prze­pro­si­ła Paw­ła?

- Ależ nie, mamo, to on cie­bie prze­pro­si.

Spo­tka­li­śmy się w wy­na­ję­tym po­ko­ju, co praw­da nie w "na­szym", tym z Sa­skiej Kępy, gdzie miesz­ka­ły­śmy we dwie od cza­sów Kor­de­gar­dy. Sama ten po­kój zna­la­złaś, na pię­ter­ku w ob­ro­śnię­tej dzi­kim wi­nem wil­li, z osob­nym wej­ściem. Było nam tam bar­dzo do­brze ra­zem do cza­su awan­tu­ry, któ­rą zro­bi­łaś po wód­ce. Za­raz po­tem mu­sia­ły­śmy się wy­pro­wa­dzić: ja do in­ne­go po­ko­ju w in­nej dziel­ni­cy i na znacz­nie gor­szych wa­run­kach, ty do le­śni­czów­ki. W mie­siąc po two­im wy­jeź­dzie po­zna­łam Paw­ła.

Obo­je z Paw­łem by­li­śmy bar­dzo zde­ner­wo­wa­ni, cze­ka­jąc na cie­bie w miesz­ka­niu przy Staf­fa. Wła­ści­cie­li nie było. Do tego ob­ce­go miesz­ka­nia przy­szłaś z wło­sa­mi scze­sa­ny­mi na bok, ła­god­na siwa fala, jak nie­gdyś rdza­wa, opa­da­ła ci te­raz na skroń. Zre­zy­gno­wa­łaś z gład­kie­go ucze­sa­nia dla efek­tu, ale wte­dy po­czy­ty­wa­łam to za prze­jaw two­jej do­brej woli. Tak, wte­dy gdy sta­nę­łaś w drzwiach, tam­te­go dnia, go­to­wa by­łam upaść przed tobą na ko­la­na. Za to jed­no, że chcia­łaś coś dla mnie zro­bić. Nie upa­dłam jed­nak na ko­la­na, rę­ka­mi ogar­nę­łam tyl­ko swój kwa­dra­to­wy nie­mal brzuch, jak­bym chcia­ła go przed tobą ukryć albo zań prze­pra­szać.

 

Je­dy­ny bli­ski mi szcze­gół w two­jej mar­twej twa­rzy to ta bli­zna, ślad awan­tu­ry po­mię­dzy tobą a Paw­łem w Su­le­jów­ku.

 

Tyl­ko je­den dzień by­ły­śmy ra­zem na Staf­fa. Pa­weł miał jeź­dzić na noc do Su­le­jów­ka, a my mia­ły­śmy dzie­lić po­kój: po­go­dzo­ne, uśmie­cha­ją­ce się do sie­bie, ty ze swo­im wi­leń­skim "ł" i ja ze ści­śnię­tym gar­dłem, z po­czu­ciem winy za krzyw­dę, któ­ra ci się sta­ła, za Paw­ła, za to ma­ją­ce na­ro­dzić się dziec­ko.

Nie Pa­weł od­wiózł mnie do szpi­ta­la i nie on mnie z nie­go od­bie­rał. Ty.

 

Opusz­czam ka­pli­cę kil­ka­na­ście mi­nut przed szó­stą. Jest wid­no, pra­wie w po­pło­chu kon­sta­tu­ję, że nie ma już ciem­nych chmur, a na ich miej­scu jest te­raz ja­sne nie­bo i pierw­sze po­ran­ne słoń­ce. Kro­ple noc­ne­go desz­czu błysz­czą na li­ściach krze­wów oka­la­ją­cych ka­pli­cę.

 

"Opra­wię bry­lant-kro­plę desz­czu z list­ka dla mo­jej ma­mu­si i taki pier­ścio­nek wło­żę jej na pa­lec". Strzę­pek tek­stu jed­nej z mo­ich dzie­cin­nych pio­se­nek-wy­my­śla­nek, któ­rych nig­dy ci nie śpie­wa­łam. Nie było oka­zji, tak rzad­ko by­wa­łaś wte­dy w domu, a gdy się już zja­wia­łaś, pię­trzy­ło się mnó­stwo go­spo­dar­skich spraw. Po­zo­sta­wia­łaś li­ta­nię dys­po­zy­cji sta­rej, głu­chej jak pień go­spo­si. By­łaś cier­pli­wa, wie­le razy po­wta­rza­łaś jed­no i to samo, za­nim wresz­cie do­tar­ło do niej, o co cho­dzi. Mó­wi­łaś gło­śno i wy­raź­nie:

- Nie trze­ba ubie­rać ma­łej w cie­płe rze­czy, po­dob­no ostat­nio przy­szła do szko­ły w weł­nia­nych raj­sto­pach. Prze­cież jest już po­ło­wa czerw­ca.

Go­spo­si, sta­rej i nę­ka­nej reu­ma­ty­zmem, za­wsze było zim­no, są­dzi­ła więc, że i mnie na­le­ży cie­pło ubie­rać.

 

- No, to jak bę­dzie? Ja mam się nią za­jąć czy pani? - pyta Czło­wiek z bro­daw­ką, w sza­rym ki­tlu. Jego oczy śle­dzą mnie, pró­bu­ją wy­czy­tać z mo­jej twa­rzy, czy za­ła­ma­łam się i zle­cę mu do­dat­ko­wo płat­ną pra­cę, czy też ze­chcę mu ją za­brać.

Mru­gam ocza­mi, nie bar­dzo mo­gąc jesz­cze po­jąć, dla­cze­go jest ja­sno i świe­ci słoń­ce.

- Tak na­gle się wy­po­go­dzi­ło - mó­wię, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć, ale uśmiech, któ­ry tak ła­two przy­wo­ła­łam przed tymi drzwia­mi, te­raz ja­koś mi nie wy­cho­dzi. Re­zy­gnu­ję więc z nie­go i po­sta­na­wiam za­grać tę par­tię roli na po­waż­nie.

- Ja sama się wszyst­kim zaj­mę - mó­wię zde­cy­do­wa­nie.

Czło­wiek z bro­daw­ką, w sza­rym ki­tlu jest wy­raź­nie roz­cza­ro­wa­ny, a może na­wet tro­chę zły.

- Tyl­ko szyb­ko, bo po­trzeb­ne miej­sce dla in­nych zwło­ków - mówi nie­przy­jem­nym, zgrzy­tli­wym gło­sem.

I na­gle do­cie­ra do mnie, że prze­cież nie mam cię do­kąd za­brać. Prze­cież zno­wu jest sub­lo­ka­tor­ski po­kój, gdzie do dziś miesz­ka­ły­śmy we trzy - ty, ja i moja cór­ka.

 

Uro­dzi­ła się dwu­dzie­ste­go pią­te­go lip­ca ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt sie­dem, do­kład­nie o szes­na­stej dzie­sięć. W chwi­li uro­dze­nia wa­ży­ła trzy ty­sią­ce trzy­sta pięć­dzie­siąt gra­mów i mia­ła pięć­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu. Jako znak szcze­gól­ny w jej ksią­żecz­ce zdro­wia od­no­to­wa­no od­bar­wio­ny ko­smyk wło­sów nad czo­łem. Od­bar­wio­ny, czy­li siwy. Kie­dy go otrzy­ma­ła? Czy pod­czas we­sel­ne­go przy­ję­cia, w chwi­li gdy na­le­wa­łaś o ten je­den kie­li­szek za dużo? (Za­wsze po­tra­fi­łam go do­strzec, cho­ciaż nig­dy nie by­łam w sta­nie mu prze­szko­dzić. Nie wol­no było po­wie­dzieć: "do­syć" albo "nie pij wię­cej", skut­ki ta­kiej lek­ko­myśl­no­ści były nie­obli­czal­ne. Raz je­den ad­iunkt, ten "nowy", ten nie­wta­jem­ni­czo­ny, po­pro­sił nie­śmia­ło, abyś już nie piła. Wpa­dłaś w fu­rię, mu­sie­li­śmy cię zwią­zać, bo ra­ni­łaś sie­bie, rzu­ca­jąc się na me­ble.) Czy w wy­ni­ku tej two­jej bli­zny na skro­ni? Tego nie da się roz­strzy­gnąć. W trzy dni po po­ro­dzie sko­czy­ła mi tem­pe­ra­tu­ra. Do­sta­łam an­ty­bio­tyk i go­rącz­ka spa­dła. Ale rano na­stęp­ne­go dnia zno­wu mia­łam trzy­dzie­ści osiem i pięć kre­sek, a wie­czo­rem trzy­dzie­ści dzie­więć stop­ni. Prze­nie­sio­no mnie do se­pa­rat­ki, od­izo­lo­wa­no tak­że od dziec­ka.

Obu­dzi­łam się w nocy i po­czu­łam lek­kie kłu­cie w pra­wej pier­si. Na po­wierzch­ni bro­daw­ki po­ja­wi­ły się drob­ne kro­pel­ki ropy.

 

Znaj­du­ję w to­reb­ce dwie­ście zło­tych. Wrę­czam je pie­lę­gnia­rzo­wi.

- Pro­szę pana - mó­wię, gdy cho­wa je do kie­sze­ni sza­re­go ki­tla. - Czy mógł­by mi pan po­móc? Cho­dzi o to, aby mama mo­gła tu jesz­cze po­zo­stać do ju­tra.

- Może zo­stać - zga­dza się pie­lę­gniarz.

- Bar­dzo panu dzię­ku­ję - mó­wię pra­wie po­kor­nie.

- Jak tam kogo przy­nio­są, to prze­cież się po­miesz­czą, ka­pli­ca duża.

Zbie­ram się na od­wa­gę i mó­wię jesz­cze:

- Wie pan, za­le­ża­ło­by mi, aby mama po­zo­sta­ła na sto­le, aby nikt jej nie do­ty­kał.

Znaj­du­ję jesz­cze w prze­gród­ce to­reb­ki pięć­dzie­siąt zło­tych.

- Może so­bie do ju­tra po­le­żeć nie­ru­sza­na, za­ła­twię to z moim zmien­ni­kiem - mówi już cał­kiem przy­jaź­nie pie­lę­gniarz.

Pod­no­szę gło­wę i pa­trzę te­raz wprost w bla­de po­ran­ne słoń­ce. Wy­trzesz­czam oczy, sta­ram się nie mru­gać, li­czę w my­ślach: raz, dwa, trzy, czte­ry, pięć... sze­rzej jesz­cze otwie­ram po­wie­ki. Uda­ło mi się nie mru­gnąć do sied­miu, a za­raz po­tem na­wet do dzie­wię­ciu, a trwa­ło to tro­chę dłu­żej niż zwy­kłe li­cze­nie, bo na­gle za­po­mnia­łam, jaka cy­fra na­stę­pu­je po sió­dem­ce. Sto­ję tak i grze­ję so­bie oczy, cią­gle mam wra­że­nie, że bar­dzo zmar­z­ły mi biał­ka.

 

Do­cho­dzi szó­sta rano. Idę wą­skim chod­ni­kiem po­mię­dzy szpi­tal­ny­mi blo­ka­mi. Mi­jam blok E, ten blok, w któ­rym jesz­cze ży­łaś. Na­gła myśl: jak ubra­łaś się na tę ostat­nią dro­gę. Co wło­ży­łaś na sie­bie, któ­rą z su­kie­nek lub spód­nic? Za­sta­łam cię nagą, pew­nie tak samo za­sta­ła­byś mnie czte­ry lata temu w szpi­ta­lu od­da­lo­nym o kil­ka ulic od tego. Gdy wie­czo­rem że­gna­łam się z tobą, gdy wy­cho­dzi­łam do zna­jo­mych, by­łaś w szla­fro­ku. Czy po­zo­sta­łaś w nim? Po­wie­dzia­no mi, że jesz­cze w izbie przy­jęć by­łaś przy­tom­na i świa­do­mość stra­ci­łaś, do­pie­ro gdy nie­sio­no cię tym chod­ni­kiem, na któ­rym te­raz sto­ję. Może tu­taj wła­śnie, w tym miej­scu ucie­kła two­ja ostat­nia myśl? O czym wte­dy my­śla­łaś? Wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia prze­ka­za­ła mi two­je ostat­nie sło­wa. Po­wie­dzia­łaś, gdy wy­no­szo­no cię z domu: "I co ta moja cór­ka zro­bi, jak mnie nie za­sta­nie".

 

Uli­ca. Tuż za bra­mą szpi­ta­la ogar­nę­ła mnie bez­sen­sow­na myśl: zdjąć buty i iść boso. Lu­dzie wy­mi­ja­ją się, spie­szą do pra­cy, a ja bym so­bie szła boso.

Jed­nak nie. Mo­gła­bym utra­cić ten świat za szy­bą, to mia­sto, do któ­re­go przy­wę­dro­wa­ły­śmy z da­le­ka, ty za mną, mia­sto, w któ­rym pu­ka­ły­śmy do róż­nych drzwi, nig­dy nie wie­dząc, jak zo­sta­nie­my przy­ję­te. Przed na­ci­śnię­ciem dzwon­ka pa­trzy­ły­śmy na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo i któ­raś mó­wi­ła: "To już ostat­ni raz, ten na­stęp­ny to już bę­dzie wła­sne miesz­ka­nie". Nig­dy nie było wła­sne, przez ja­kiś czas było moje i Paw­ła, i już tyl­ko ty sta­wa­łaś pod drzwia­mi i nie wie­dzia­łaś, jak zo­sta­niesz przy­ję­ta. Gdy mo­głaś przez nie wejść, na­tych­miast po­ja­wiał się w to­bie bunt, że ci ła­ska­wie po­zwo­lo­no, gdy nie mo­głaś, ro­bi­łaś wszyst­ko, aby jed­nak do­stać się do środ­ka. Na koń­cu była bud­ka te­le­fo­nicz­na...

Idę Ale­ja­mi, po pra­wej stro­nie mam ścia­nę du­żych, przed­wo­jen­nych ka­mie­nic. Że­la­zna bra­ma ko­szar woj­sko­wych, wi­try­ny skle­pów, fry­zjer, fo­to­graf. Za­trzy­mu­ję się przed ga­blo­tą ze zdję­cia­mi. Por­tret mło­dej upo­zo­wa­nej dziew­czy­ny. Kar­mi­no­we usta roz­chy­la­ją się i wi­dać zęby, rów­ny rząd zę­bów, któ­re zo­sta­ły wi­docz­nie wy­pro­sto­wa­ne za po­mo­cą re­tu­szu. Wy­żej sze­ro­ki nos i bli­sko osa­dzo­ne oczy, chy­ba za bli­sko. Brwi, ni­skie, nie­ład­ne czo­ło i już wło­sy. Sta­ro­świec­ka fala spa­da na skroń.

Przez mo­ment mam przed ocza­mi two­ją twarz, two­ją pięk­ną twarz, w któ­rą tak do­sko­na­le wkom­po­no­wa­ny był każ­dy szcze­gół. Tyl­ko przez mo­ment, po­tem zno­wu wra­ca pa­nien­ka z por­tre­tu. Idę da­lej, mi­jam pral­nię na rogu, mu­szę za­cze­kać, aż zmie­nią się świa­tła. Po­win­nam się spie­szyć, do­cho­dzi siód­ma, dziec­ko mo­gło się już obu­dzić. Trze­ba je ubrać i od­pro­wa­dzić do przed­szko­la. Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, jak mogę do­je­chać do uli­cy Bo­ni­fra­ter­skiej, gdzie te­raz wy­naj­mu­ję po­kój. Je­stem na rogu Mar­chlew­skie­go i Alej. Chy­ba naj­le­piej wsiąść w po­spiesz­ny E, do­ja­dę nim do Dwor­ca Gdań­skie­go, stam­tąd mogę przejść pie­cho­tą.

Idę na przy­sta­nek. Tu­taj po­wra­ca pra­gnie­nie, aby zdjąć buty. Wa­ham się, je­stem już na­wet zde­cy­do­wa­na się­gnąć do sznu­rów­ki pan­to­fla, ale nad­jeż­dża au­to­bus. Zaj­mu­ję miej­sce obok kie­row­cy. Przed sobą mam za­tło­czo­ną po­jaz­da­mi uli­cę. Mam uczu­cie, jak­by czas zwal­niał, jak­by za­ci­na­ła się w pro­jek­to­rze ta­śma. Przed oczy­ma po­ja­wia mi się bu­zia mo­jej czte­ro­let­niej cór­ki. Mała, marsz­cząc nos, śpie­wa: "Ko­cha­na mamo, jak będę duży, to ci przy­wio­zę ty­gry­ska z po­dró­ży. Sło­nia, ży­ra­fę i kro­ko­dy­la, aby ci, mamo, ży­cie umi­lał...".

- Dla­cze­go "duży"? - py­tasz. - Czy ty je­steś chłop­czy­kiem?

- Oj, bab­ciu, bab­ciu - dziec­ko gro­zi ci tłu­stym pa­lusz­kiem - jak­bym za­śpie­wa­ła "duża", to nie by­ło­by rymu. No, czy jest rym: "duża" - "po­dró­ży"?

Taką roz­mo­wę to­czy­ły­ście jesz­cze wczo­raj rano, gdy ubie­ra­łaś dziec­ko, a ja koń­czy­łam śnia­da­nie. W sto­sun­ku do ma­łej by­łaś za­wsze peł­na tkli­wo­ści i po­go­dy. Ją jed­ną ko­cha­łaś w spo­sób nie­za­bor­czy, jej jed­nej nie chcia­łaś stłam­sić i uniesz­czę­śli­wić swo­im dusz­nym uczu­ciem. Ko­cha­łaś ją nie­ja­ko fi­zycz­nie: jej ró­żo­we ciał­ko, jej tłu­ste rącz­ki i nóż­ki, jej mięk­kie wło­ski i ru­mia­ne po śnie po­licz­ki. Wią­za­łaś ko­kard­kę na czub­ku gło­wy ma­łej w taki spo­sób, jak­byś wy­wie­sza­ła bia­łą fla­gę, jak­byś chcia­ła ob­wie­ścić, że tym ra­zem wal­ki nie bę­dzie.

Gdy tyl­ko Pa­weł znik­nął z pola wi­dze­nia, gdy po­zo­sta­wi­ły­śmy go w miesz­ka­niu i wy­na­ję­ły po­kój opła­co­ny na dwa lata z góry (za pie­nią­dze z po­dzia­łu wspól­ne­go ma­jąt­ku), po­czu­łaś się na­resz­cie bez­piecz­na. Ja by­łam od­tąd gło­wą ro­dzi­ny, bo pra­co­wa­łam i przy­no­si­łam pie­nią­dze na dom, a ty tym do­mem za­rzą­dza­łaś. Czę­sto upo­mi­na­łaś dziec­ko: "Nie ha­ła­suj, ma­mu­sia jest zmę­czo­na, ma­mu­sia cięż­ko pra­cu­je". Od­pro­wa­dza­łaś i przy­pro­wa­dza­łaś małą z przed­szko­la, ro­bi­łaś za­ku­py, go­to­wa­łaś obia­dy. Na po­cząt­ku mia­łam na­wet pew­ne oba­wy, czy ko­rzy­sta­nie ze wspól­nej kuch­ni nie za­koń­czy się kon­flik­tem, ale mar­twi­łam się nie­po­trzeb­nie. Ostat­nie pół roku, któ­re prze­ży­ły­śmy wspól­nie, tyl­ko we trzy, nie przy­nio­sło ze sobą na­wet drob­ne­go zgrzy­tu, poza tym że cza­sa­mi czu­łam od cie­bie al­ko­hol. Nie lu­bi­łam tego, bo by­łaś wte­dy nie­praw­dzi­wa, mó­wi­łaś wol­niej niż zwy­kle, za czę­sto po­pra­wia­łaś wło­sy, ale to było wszyst­ko. Mo­głam po­ło­żyć się na tap­cza­nie z książ­ką i prze­cze­kać. Zwy­kle do ko­la­cji sia­da­łaś nor­mal­na. Dziec­ko już wte­dy spa­ło, a my mo­gły­śmy po­roz­ma­wiać, opo­wie­dzieć so­bie dzień, któ­ry mi­nął. Przez ostat­nie pół roku by­łaś tak­że wspa­nia­ło­myśl­na, sama za­chę­ca­łaś mnie, abym gdzieś so­bie po­szła. Cie­szy­łaś się na­wet, gdy były do mnie te­le­fo­ny. "Dzwo­nił ja­kiś pan" - mó­wi­łaś i ro­bi­łaś przy tym od­po­wied­nią minę. Ale ja nie lu­bi­łam wy­cho­dzić, nie lu­bi­łam też, jak ty wy­cho­dzi­łaś, nie­cier­pli­wi­łam się, gdy two­ja nie­obec­ność się prze­dłu­ża­ła.

- Gdzie by­łaś tak dłu­go, mamo?

- Wszę­dzie ko­lej­ki - od­po­wia­da­łaś. Albo mó­wi­łaś: - Po­szły­śmy so­bie po przed­szko­lu trosz­kę do par­ku, taki dzi­siaj ład­ny dzień.

To na­sze wspól­ne za­miesz­ka­nie zbli­ży­ło nas jak nig­dy przed­tem. W cią­gu dnia dzwo­ni­łam do cie­bie z biu­ra.

- Co tam, mamo?

- Go­tu­ję obiad.

- A co dzi­siaj bę­dzie?

- Zgad­nij.

- Coś mo­je­go?

- Uhm.

- To pew­nie koł­du­ny po li­tew­sku.

Za­sta­wa­łam cię prze­pa­sa­ną far­tu­chem, wno­si­łaś pa­ru­ją­cą wazę i sta­wia­łaś na sto­le.

Było tak, jak­by czas się cof­nął, jak­bym te­raz prze­ży­wa­ła swo­je spóź­nio­ne dzie­ciń­stwo, w któ­rym tak na­praw­dę mia­łam mat­kę. Mat­kę w far­tu­chu, nio­są­cą wazę...

Uda­ło ci się to, co było nie­moż­li­we, wy­eli­mi­no­wa­łaś Paw­ła i uczy­ni­łaś ze mnie tyl­ko cór­kę. Prze­sta­łam na­wet my­śleć o przy­szło­ści, co bę­dzie, co się sta­nie da­lej, by­łaś, my­śla­łaś za mnie. O wszyst­ko się trosz­czy­łaś, za­wsze mia­łam wy­pra­ną i wy­pra­so­wa­ną bluz­kę i spód­nicz­kę do pra­cy.

Dzi­wi­łam się cza­sa­mi, wi­dząc krę­cą­cą się po po­ko­ju moją cór­kę. Czy to moż­li­we, abym ja była jej mat­ką? To prze­cież ty nią by­łaś, mat­ką moją i jej...

I na­sze roz­mo­wy to były te roz­mo­wy o naj­od­le­glej­szym dzie­ciń­stwie. Nig­dy nie roz­ma­wia­ły­śmy o domu nad je­zio­rem, o Gdy­ni, o ad­iunk­cie. Tak jak­by tego cza­su w ogó­le nie było. Wy­eli­mi­no­wa­ły­śmy ten czas tak samo jak Paw­ła. Opo­wia­da­łaś mi o so­bie z two­je­go dzie­ciń­stwa i mło­do­ści. Pierw­sza mi­łość, wiej­ski chło­pak mu­zy­kant. Przy­je­chał na wa­ka­cje do wuj­ka, któ­ry był kie­row­ni­kiem ma­łej szkół­ki w wio­sce pod Wil­nem. Chło­piec na­pi­sał list: "Ko­cha­na Irko, kie­dy Cie­bie po raz pierw­szy uj­rza­łem, to moje ser­ce za­drża­ło jak klo­no­wy liść...". Mia­łaś wte­dy szes­na­ście lat, a on sie­dem­na­ście. Wy­cho­dzi­łaś do nie­go wie­czo­ra­mi, kie­dy wszy­scy już spa­li. W so­bo­ty on grał na wiej­skiej za­ba­wie, a ty sta­łaś w cie­niu pod ścia­ną i pa­trzy­łaś na nie­go. Wy­da­wał ci się naj­pięk­niej­szym chłop­cem na świe­cie. Ale lu­dzie do­nie­śli wuj­ko­wi, że włó­czysz się po no­cach z chło­pa­kiem, i nie mo­głaś już do nie­go wy­cho­dzić.

- Roz­go­ni­li nas - po­wie­dzia­łaś z taką go­ry­czą, jak­byś cią­gle była ową szes­na­sto­let­nią, za­ko­cha­ną dziew­czy­ną. W rok póź­niej wy­da­no cię za mąż za pod­ofi­ce­ra pierw­sze­go puł­ku szwo­le­że­rów, któ­ry wy­wiózł cię z Rów­ne­go do War­sza­wy. Nie za­po­mnia­łaś o tam­tym chłop­cu, do oł­ta­rza szłaś z za­puch­nię­tą twa­rzą. Pła­ka­łaś całą noc.

I ja też bra­łam swój ślub w Gdy­ni, my­śląc o kimś in­nym, ale prze­cież nie mo­głam ci po­wie­dzieć o kim...

 

Ma­ria Nu­row­ska - au­tor­ka po­wie­ści i dra­ma­tów. Wy­da­ła m.in. In­ne­go ży­cia nie bę­dzie (1987), Post­scrip­tum (1989, wzno­wio­ne ostat­nio pt. Wy­bór Anny), Hisz­pań­skie oczy (1990), Li­sty mi­ło­ści (1991), sagę Pan­ny i wdo­wy (1991-1993), Ro­syj­skie­go ko­chan­ka (1996), Tan­go dla troj­ga (1997), Mi­ło­śni­cę (1998), Nie­miec­ki ta­niec (2000), opo­wieść o Ry­szar­dzie Ku­kliń­skim Mój przy­ja­ciel zdraj­ca (2004), try­lo­gię ukra­iń­ską: Imię two­je... (2003), Po­wrót do Lwo­wa (2005), Dwie mi­ło­ści (2006), wspo­mnie­nia Księ­życ nad Za­ko­pa­nem (2006) oraz opo­wieść bio­gra­ficz­ną An­ders (2008). W ostat­nich la­tach na­kła­dem W.A.B. uka­za­ły się: Spra­wa Niny S. (2009), Na­kar­mić wil­ki (2010) i Re­qu­iem dla wil­ka (2011). Naj­now­sze po­wie­ści Ma­rii Nu­row­skiej to Drzwi do pie­kła (2012) oraz Dom na kra­wę­dzi (2012). Jej książ­ki zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na szes­na­ście ję­zy­ków, w tym chiń­ski i ko­re­ań­ski. We Fran­cji i w Niem­czech były be­st­sel­le­ra­mi.

Stro­ny au­tor­ki: www.ma­ria­nu­row­ska.com.pl, www.fa­ce­bo­ok.com/nu­row­ska