Rozdział 2
Agata od kilku dni nie wypowiedziała ani jednego słowa. Kiedy ktoś z jej bliskich, czy to mąż, siostra, czy ojciec, wykazywał chęć nawiązania z nią kontaktu, jej oczy sprawiały wrażenie, jakby rozumiała, co się do niej mówi, ale jednak nie odpowiadała. Rafał kilkakrotnie był już przekonany, że żona się w końcu do niego odezwie, bo już otwierała usta, a jednak nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. W jego uszach wciąż rozbrzmiewał przeraźliwy skowyt Agaty, który tamtego ranka wniknął głęboko w jego głowę i nie chciał z niej wyjść. Może gdyby żona coś powiedziała, może gdyby znów przypomniał sobie, jak brzmi jej głos, byłoby mu łatwiej?
To on załatwił wszystkie formalności związane z pogrzebem. Nawet nie próbował angażować w nie Agaty, widział przecież, w jakim jest stanie. Oczywiście, informował ją o tym, co postanowił, ale ona uporczywie milczała.
Ze względu na nagły charakter zgonu musieli poczekać kilka dni na sekcję zwłok. Pogrzeb odbył się dokładnie dziesiątego sierpnia, czyli w dniu, w którym Aurelka miała skończyć dwa miesiące. Rafał, znając zamiłowanie żony do dat i związanej z nimi symboliki, obawiał się, że to nie jest najlepszy pomysł, jednak matka przekonała go, że warto zorganizować pogrzeb w najbliższym możliwym terminie, by nie zwlekać z nim dłużej, niż to konieczne. Muszą mieć już to za sobą, niech ten koszmar się skończy. Kiedy pochowają Aurelkę, będą mogli w spokoju przeżywać żałobę.
Rafał nie do końca wiedział, co matka miała na myśli, mówiąc, że będą przeżywać żałobę w spokoju, ale zgodził się z Anną, która stanowiła dla niego jedyne wsparcie w tych tragicznych dniach, bo przecież z Agatą nie było żadnego kontaktu.
Rafał setki razy analizował w myślach tamte dni. Kiedy po wielu godzinach oczekiwania w szpitalu i podaniu Agacie dożylnie środków uspokajających wrócili do domu, wykąpała się i bez słowa poszła spać. Przespała cały dzień, całą noc i pół dnia. Rafał co jakiś czas podchodził na palcach do łóżka, aby sprawdzić, czy ona w ogóle oddycha, bo wydawało mu się fizyczną niemożliwością, żeby tak długo spać, ale kiedy upewniał się, że jej klatka piersiowa unosi się miarowo, odchodził równie cicho, jak przyszedł.
Gdy w końcu wstała z łóżka, włączyła telewizor i przez pięć godzin tępo patrzyła w ekran, Rafał z niecierpliwością zerkał na zegarek, czekając na najgorsze. Spodziewał się histerii, rzucania talerzami o podłogę, myśli samobójczych i niekończącego się strumienia łez. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Agata po prostu była, ale jakby nie istniała. Nie płakała, nie krzyczała, nie złorzeczyła, nie błagała. Rafał odnosił wrażenie, że żona była myślami gdzieś bardzo, bardzo daleko. Kiedy jednak patrzył jej w oczy, jego odczucia rozmywały się. Miała do bólu przytomny wzrok. Dlaczego więc wciąż się nie odzywała, nie płakała, nie krzyczała, nie wściekała się? Zachowanie Agaty coraz bardziej go przerażało. Tylko raz udało mu się do niej dotrzeć, choć "dotrzeć" to chyba zbyt szumne określenie w stosunku do tego, co się właściwie wydarzyło.
- Tak sobie pomyślałem - zaczął, przekonany, że nie doczeka się żadnej reakcji ze strony żony - że może zawiózłbym rzeczy Aurelki do domu dziecka. Tam na pewno się przydadzą.
Tego, do czego doszło dosłownie chwilę później, nie był w stanie w żaden sposób przewidzieć. Agata nagle zerwała się z kanapy, na której polegiwała, bezmyślnie przełączając kolejne kanały w telewizorze, i wpadła jak burza do pokoiku dziecięcego, do którego nie wchodziła, od kiedy znalazła córeczkę martwą w łóżeczku. Rafał niepewnym krokiem ruszył za żoną, pytając, co robi, ale nie uzyskał odpowiedzi. Agata otwierała kolejne szuflady komody. Przez jego głowę przetoczyła się myśl, że może postanowiła od razu zamienić jego pomysł w czyn, jednak nie wyciągała ubranek ich córeczki. Otwierała i przekopywała szuflady, najwyraźniej czegoś szukając. W końcu znalazła i wydobyła z komody klucz, którym zamknęła drzwi pokoju i który schowała w kieszeni swoich dżinsów. Ta reakcja utwierdziła Rafała w przekonaniu, że Agata doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje wokół, ale po prostu przestała się odzywać. Przeraziło go to. Chyba jednak wolałby, żeby postradała zmysły, bo zaprowadziłby ją siłą do lekarza i błagał o pomoc, ale najwyraźniej ona nie była chora.
Mijały dni, podczas których Rafał załatwiał formalności. Postanowił wykorzystać zaległy urlop z ubiegłego roku i cały przysługujący mu za rok obecny. Czuł, że powinien być przy żonie. Chciał wspierać ją w tej tragedii. Agata jednak sprawiała wrażenie, jakby nie potrzebowała jego wsparcia. Rafał czekał na rozmowę z żoną, jej łzy, które miały oczyścić ich oboje, ale nic takiego jednak nie nadeszło.
Cierpiał po cichu. Wszyscy wokół powtarzali: "Taka tragedia, co też ta matka musi czuć, to straszne: nosisz dziecko pod sercem przez dziewięć miesięcy, rodzisz w bólach, karmisz, opiekujesz się nim, a ono umiera, cóż za tragedia, cóż za tragedia...". To Agata straciła dziecko, bo to ona była matką, więc miała większe prawo do cierpienia. Rafał doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że społeczeństwo w takiej sytuacji większe przyzwolenie na rozpacz daje kobiecie, więc cierpiał w zaciszu czterech ścian. Kiedy czuł, że nie daje rady, szedł pod prysznic, aby woda zagłuszyła jego szloch. Wiedział, jaka jest jego rola. Musiał wspierać żonę w jej cierpieniu.
Dzień pogrzebu był słoneczny, wręcz bezchmurny. Wdzierające się do sypialni przez nie do końca opuszczone rolety promienie słońca obudziły Rafała, napełniając go zdumieniem, bo taki dzień przecież nie mógł być piękny. Powinno lać jak z cebra, gałęzie drzew uginać się pod naporem wichury, a tymczasem rozpoczynał się kolejny gorący sierpniowy i, no cóż, idealny poranek.
Rafał obudził Agatę, bo w przeciwnym razie pewnie spałaby do południa. Zauważył, że role w ich małżeństwie uległy zmianie - to zawsze ona zrywała się z łóżka skoro świt, a on lubił dłużej pospać. Od śmierci Aurelki sen dający chwilowe ukojenie nadchodził jednak stanowczo zbyt rzadko. Jeśli Rafałowi udało się przespać trzy, cztery godziny, mógł mówić o prawdziwym sukcesie. Tymczasem Agata spała po dwanaście godzin na dobę. I nadal nie uroniła ani jednej łzy! Coś złego działo się z jego żoną. To znaczy, oczywiście, Rafał rozumiał, że Agata właśnie przechodzi książkowe pierwsze stadium żałoby, czyli szok i otępienie, i dawał jej dużo swobody w przeżywaniu straty w ten sposób, ale i tak coraz bardziej się o nią martwił.
- Kochanie, musimy się zbierać. - Delikatnie dotknął jej przedramienia. - Spóźnimy się, a chyba nie powinniśmy... - Głos mu się załamał.
Nie dokończył. Nagle to, co zamierzał powiedzieć, wydało mu się idiotyczne. Nie powinniśmy się spóźnić na pogrzeb własnego dziecka?
Rozbudzenie się zajęło Agacie kilka sekund. Przez chwilę wyglądała jak dawna ona - zrelaksowana, spokojna, zadowolona. Rafał złapał się nadziei, że to jest właśnie ta chwila, kiedy jego żona w końcu się odezwie, powie coś w stylu: "Cześć, jak ci się spało", ale chwilę później uciekła wzrokiem, a jej twarz znów wykrzywiła się w bólu. Agata bez słowa strąciła ze swojego przedramienia dłoń Rafała, wstała z łóżka i poszła do łazienki. W tym czasie Rafał przygotował śniadanie, choć w taki dzień, jak ten ta czynność wydawała mu się z jakiegoś powodu niestosowna. Ale przecież muszą coś jeść! Zrobił kanapki z wędliną i żółtym serem, nie potrafił zdobyć się na coś bardziej wyszukanego, przerastało go nawet przygotowanie jajecznicy. Wciąż czuł w gardle ogromną gulę. Nie miał pojęcia, jak przetrwa ten dzień. Świadomość, że za kilkadziesiąt minut stanie nad trumną, w której jest jego córeczka, jego dziecko, krew z jego krwi... Głośno przełknął ślinę. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale uznał, że to nie czas na nie, że później sobie popłacze, w samotności, jak przez ostatnie dni.
Drzwi do łazienki otworzyły się gwałtownie. Agata wyszła w samej bieliźnie i skierowała się w stronę pokoju Aurelki. Wyciągnęła dłoń i nagle jej źrenice się rozszerzyły, a ręka zawisła kilka centymetrów nad klamką. Pokręciła z niedowierzaniem głową i zdezorientowana rozejrzała się wokół. Niespodziewanie wybuchła płaczem. Kiedy do uszu Rafała dotarł jej szloch, głośno odetchnął z ulgą. W końcu zaczęła płakać! Wyszedł więc z kuchni, ale Agata z powrotem zdążyła się już zamknąć w łazience.
Podszedł przed drzwi łazienki i delikatnie w nie zapukał.
- Agata, proszę cię, wyjdź, porozmawiajmy. Zrobiłem śniadanie. Zjesz coś przed wyjściem? Wiem, że ci trudno - mówił przez zamknięte drzwi. Ze środka nie dobywał się żaden dźwięk, ale był przekonany, że żona go słucha. - Ja też sobie nie radzę i uważam za kurewsko niesprawiedliwe to, że nasza córka...
Nie potrafił tego wypowiedzieć. Nie potrafił wypowiedzieć na głos, że Aurelka nie żyje. To był fakt, a mimo to nie umiał go zwerbalizować. Czym więc różnił się od Agaty? Ona nie odzywała się wcale, on wprawdzie mówił, ale o niczym konkretnym. Same puste frazesy. A przecież muszą w końcu porozmawiać o tym, co się wydarzyło, muszą ustalić jakiś wspólny kierunek, muszą być w tym razem!
Zaczerpnął głośno powietrza. Musiał przejść przez to piekło i przeprowadzić przez nie Agatę. Musiał. Kurwa mać, znowu coś musiał! Od kilku dni nie robił nic innego, tylko musiał. Musiał zadzwonić pod sto dwanaście, musiał odciągnąć żonę od ciała córeczki, musiał zachować przytomność umysłu, aby dowieźć ich całych i zdrowych do szpitala, musiał się zaopiekować Agatą, musiał załatwić wszystkie formalności, musiał wspierać ukochaną, musiał... Minęło zaledwie kilka dni, a Rafał już zdążył mieć wszystkiego dość. Czy kiedyś miał nadejść taki dzień, kiedy nie będzie musiał i będzie mógł w spokoju, będąc samemu z własnymi myślami, pożegnać się z Aurelką? To była także jego córka. Może nie nosił jej przez dziewięć miesięcy pod sercem, może nie rodził w bólach przez kilka godzin, ale kiedy tylko zobaczył to małe, pomarszczone stworzenie... Jego serce eksplodowało z miłości. Przepadł na dobre. Nie powiedziałby tego głośno, bo przecież o takich rzeczach się nie wspomina, ale w tej samej chwili zrozumiał, że kocha tę kruszynę najbardziej na świecie. Bardziej niż Agatę. A wydawało mu się, że nie można już bardziej kochać.
- Agata - spróbował jeszcze raz. - Ja... poczekam przed domem. Proszę, pospiesz się. Bądź gotowa za pięć minut.
Nie zjadł żadnej z kanapek, które przygotował na śniadanie. Założył buty i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi.
Agata odczekała jeszcze chwilę i wyszła z łazienki dopiero, kiedy upewniła się, że Rafał rzeczywiście wyszedł z domu. Był taki męczący z tym swoim "musimy porozmawiać". Czy tak trudno było zrozumieć, że ona nie miała na to najmniejszej ochoty?. Omijając wzrokiem drzwi do pokoju Aurelki, weszła do sypialni i otworzyła szafę. Założyła kupioną wczoraj przez Rafała czarną sukienkę. Pasowała idealnie, ale mogła się tego spodziewać, bo Rafał przecież doskonale znał jej rozmiar. Był... no cóż, najlepszym mężem, jakiego tylko mogła mieć. Gotował, odkąd tylko zamieszkali razem, regularnie sprzątał, często z własnej woli nastawiał i rozwieszał pranie, uwielbiał zakupy i często towarzyszył żonie podczas wypraw do galerii handlowych.
Agata spojrzała w lustro i postanowiła założyć kolczyki. Te z perłami, które dostała od Rafała na rocznicę ślubu. Sama nie wiedziała, dlaczego nagle wpadła na ten pomysł, ale z jakiegoś powodu doszła do wniosku, że musi je znaleźć. Zerknęła na zegarek i zdecydowała, że ma jeszcze chwilę.
Szybko znalazła kolczyki w szkatułce w salonie. Założyła jeden, kiedy nagle przeszła jej przez głowę myśl, że perły to płacz i nieszczęście. Nie chciała więcej nieszczęścia. Już to, co przyniosło jej życie, okazało się ponad jej siły. Agata wściekła cisnęła kolczykiem o podłogę, chwyciła czarną torebkę i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. W jednym kolczyku z perłą.
Moment, kiedy zobaczyła maleńką trumnę, okazał się przełomowy, bo właśnie w tamtej chwili z całym mocą dotarła do niej ostateczność sytuacji, w której się znalazła. Aurelka nie dorośnie, nigdy nie powie do niej "mamo", nie pójdzie do pierwszej klasy, nie przyniesie do domu uwagi, nie ucieknie z koleżankami ze szkoły, nie przedstawi jej chłopaka. Z gardła Agaty wydobył się szloch, tłumiony przez ostatnie, pełne niezrozumienia i wypierania dni. Zgięła się wpół i zakrztusiła podchodzącymi jej do gardła wymiocinami. Jej ojciec dał Rafałowi do zrozumienia, że on się nią zajmie. Chociaż jedno z rodziców powinno pożegnać Aurelkę, skoro Agata wpadła w taką histerię. Wyprowadził córkę z kościoła i trzymał jej włosy, przełykając łzy, kiedy wymiotowała za zabytkową świątynią. Oddałby własne życie za to, żeby Agata nie musiała przeżywać takiej tragedii. Odkąd Rafał do niego zadzwonił, wciąż zadawał sobie jedno pytanie: dlaczego? Przecież jego córka i zięć to tacy dobrzy ludzie. Dbali o małą, byli w nią wpatrzeni jak w obraz. Dlaczego tragedia dotknęła właśnie tę rodzinę, a nie jedną z tych patologicznych, w których alkohol leje się strumieniami, a kolejne dzieci wychowują się same na ulicy? Stanisław nie przyznałby się głośno do tej myśli, bo uważał, że nikomu nie powinno się źle życzyć, ale wierzył, że sprawiedliwiej byłoby, gdyby coś takiego wydarzyło się w jednym z takich domów.
Głaskał skuloną pod zimnym murem córkę po głowie, nie będąc w stanie niczego powiedzieć. Zresztą słowa nie miały tutaj żadnej mocy.
Agata nie wróciła do kościoła. Wraz z ojcem czekała na zakończenie mszy na ławce przed budynkiem. W ciszy dołączyła do męża dopiero w orszaku żałobnym, by towarzyszyć mu w tej ostatniej podróży ich malutkiej córeczki. Wymienili spojrzenia, nawiązując w ten sposób nić porozumienia - Rafał mocno złapał ją za rękę, a ona odwzajemniła uścisk: na początku dość opornie, a po chwili pewniej. Droga na cmentarz, mimo że nie należała do najkrótszych, upłynęła im błyskawicznie. Cały pogrzeb już po czasie jawił się w ich pamięci w niejasnych barwach: ani Rafał, ani Agata nie pamiętali wiele z uroczystości. Żadne z nich nie miało świadomości, ile czasu trwały, kto przyszedł, kto składał im kondolencje, a kto tylko przypatrywał im się z daleka, wymieniając plotki i pogłoski.
Agata ocknęła się z letargu, kiedy trumna z ciałem jej maleńkiej córeczki znalazła się w ziemi. To właśnie w tamtym momencie rzeczywistość znów boleśnie dała o sobie znać. Agata poczuła, jak jej kolana się uginają, zupełnie, jakby nie miała nad nimi kontroli. Zrozumiała, że nie może pozwolić, aby przysypano trumnę piachem. Nie mogła dać przyzwolenia, aby tak brutalnie oddzielono ją od córeczki, z którą przecież jeszcze nieco ponad dwa miesiące temu tworzyły jedność. Jedno ciało. Dziś chcieli jej odebrać Aurelkę! Kiedy pierwsza warstwa piachu z hukiem wylądowała na wieku trumny, Agata zawyła. Rafał już znał ten skowyt zranionego zwierzęcia. Ten odgłos obudził go tamtego straszliwego poranka, kiedy to wszystko się zaczęło. A raczej skończyło. Rafał nie zdążył się jeszcze przebudzić, a już wiedział, że stało się coś okropnego. Rzeczywistość przerosła jego najgorsze wyobrażenia - nie spodziewał się, że stało się coś aż tak potwornego.
Tym razem to Rafał był obojętny. Spojrzał na żonę, kiedy ta wyrywała się w stronę jeszcze niezakopanej trumny z ciałem Aurelki. Nie zrobił jednak nic, aby zatrzymać żonę. Znów miał to wrażenie, że unosi się nad ziemią i obserwuje całą sytuację z góry, niczym niemy widz. To Stanisław złapał córkę z całych sił i trzymał mocno, kiedy ta szarpała się w stronę córeczki.
Czy to zadziałał instynkt, czy może Agata, stojąc nad grobem córki, w końcu zrozumiała, z pełną brutalnością tej przejmującej sceny, w czym właśnie uczestniczy?
Rafał skinął głową grabarzom, aby kontynuowali swoją pracę.
- Nie pozwól mi jej zabrać! Nie pozwól mi jej zabrać! Nie pozwól im! - wrzeszczała obok Agata przytrzymywana przez szlochającego Stanisława.
Pośród gapiów rozległ się przejmujący szept. Jeszcze nie uczestniczyli w takim... strasznym pogrzebie. Każdy najmniejszy włos na ciele jeżył się, kiedy rozhisteryzowana kobieta próbowała się wyrwać w stronę przysypywanej piachem trumny.
Do Agaty i Stanisława podeszła Maria. Mocno wtuliła się w szlochającą siostrę, przejmując jej ciężar od ojca.
Rafał stał z boku zupełnie sam i w ciszy obserwował, jak mała trumienka ginie pod warstwą piachu.
***
Dochodziła osiemnasta. Słońce zeszło już nieco niżej, w końcu był sierpień, a dni się skracały. W tamtej chwili oślepiało Rafała, który prowadził samochód, podczas gdy Agata uparcie milczała, wpatrując się w krajobraz za oknem. Mężczyzna co jakiś czas kątem oka zerkał na żonę, zastanawiając się, co ona, u licha, tam widzi.
Nagle Rafał gwałtownie skręcił w prawo.
- Gdzie jedziesz? - zapytała Agata zachrypniętym głosem, czym zaskoczyła chyba nawet samą siebie, bo jej źrenice się rozszerzyły, a wargi rozchyliły na dobrych kilkadziesiąt milimetrów.
To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała do męża po śmierci córki, nie licząc jej krzyku na cmentarzu.
Rafał potrzebował dłuższej chwili, aby odpowiedzieć w sposób, który nie urazi Agaty. Kotłowała się w nim nagromadzona złość. Może było to nieco dziecinne z jego strony, zwłaszcza w tej sytuacji, ale chciał, aby żona choć przez chwilę poczuła się tak samo jak on, kiedy uparcie odmawiała kontaktu. Niech teraz ona zastanawia się, co jest z nim nie tak! Niech zastanawia się, jak to jest, kiedy zamiast ukochanego człowieka masz przed sobą niemą lalkę, która potrafi tylko przewracać oczami! Natychmiast jednak tego pożałował. Nie mógł tego zrozumieć. Mieli przecież przejść przez to razem, a niby jak to zrobią, jeśli nie będą się do siebie odzywać?
Rafał obiecał sobie w myślach, że wieczorem zaparzy Agacie ulubioną herbatę, usiądzie z żoną w salonie i porozmawiają, tak po prostu. Wiedział, że nie poradzą sobie ze śmiercią Aurelki, jeśli nie będą ze sobą rozmawiać. Z drugiej strony... To z tym w ogóle można sobie w jakiś sposób poradzić? Wątpił w to, ale trzeba spróbować. W końcu przysięgał Agacie, że będą razem na dobre i na złe. Ich małżeństwo właśnie zostało wystawione na najgorszą z możliwych prób. Muszą przejść do porządku dziennego po śmierci dziecka.
Rafał westchnął głośno. Musiał się napić, dosłownie jednego drinka. Zaklął szpetnie, kiedy zorientował się, że właśnie minął skręt do monopolowego. Zawrócił na podwójnej ciągłej.
***
Rafał realizował swój plan krok po kroku. Właśnie na tym zamierzał się teraz skupić: na wyznaczaniu sobie kolejnych celów i wprowadzaniu ich w życie. Wiedział, że w tak patowej sytuacji, w jakiej się znaleźli z Agatą, nie ma innej możliwości: trzeba się skupić na tym, co najbliżej, nie wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość, nie zastanawiać się, jak będą wyglądały ich kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata, więc po prostu zaparzył żonie herbatę, a sobie przygotował drinka. Zapukał do sypialni, po czym bezszelestnie otworzył drzwi. Teraz wystarczyło tylko zachęcić Agatę, żeby do niego dołączyła. Tylko.
- Śpisz? - zapytał, zaglądając do środka.
Jego żona leżała skulona na łóżku i bez słowa odwróciła się w jego stronę.
- Chodź, porozmawiamy - zachęcił ją Rafał. - Usiądziemy sobie w salonie, zrobiłem ci herbatę. Taką, jak lubisz.
Ku jego ogromnemu zdziwieniu od razu...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej