Po strzelbie - Dariusz Gizak

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna 1 Fragment tomu piątego

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 331 332 333 334 335 336

DARIUSZGIZAK

CZARNYNOTES

FRAGMENT TOMU PIĄTEGO

.

1

Wezwanie do prokuratury dostarczył listonosz i jak zawsze przekazał je czujce w bramie. Nie byłoby w tym nic dziwnego - zważywszy na to, jaką działalnością trudnili się mieszkańcy kamienic wokół tego podwórka-studni przy ulicy Stalowej - gdyby nie fakt, że tym razem adresatem był Jacek Kowalik. Korpulentny pan Janek natychmiast dostarczył informację komu trzeba, czyli zwyczajnie wydarł się pod oknem, a kiedy Kowalik zszedł ze swojego mieszkania na drugim piętrze, czujkowy się rozgadał.

- Listowy ma zajrzeć po podpis za parę minut, bo powiedziałem, że sprawdzę, czy pan jest. Wiadomo, z takimi wezwaniami nie ma żartów - podpiszesz, to albo musisz pójść, albo się nie stawiasz. Jak się stawisz na Komendzie Policji, na ten przykład, to możesz wrócić dopiero za parę lat. Nie stawisz się, to trzeba zacząć się ukrywać, co też do miłych i łatwych rzeczy nie należy. Niby sprawa prosta, a jednak skomplikowana.

- Ma pan rację, panie Janku. Spory dylemat - przyznał Jacek.

- Że co proszę?

- Spory dylemat. Problem.

- A no tak.

W odróżnieniu od swoich sąsiadów były policjant, a obecnie warszawski detektyw, nie miewał takich dylematów. Odebrać wezwanie czy nie?

- Ja to tak nie lubię listowego, jak... - nie znalazł porównania pan Janek. - Na sam widok dostaję gęsiej skórki. Bo on mi nigdy nic miłego nie przyniósł. Tylko wezwania, jak nie na psiarnię... tego no, policję, to do sądu, a już w ostateczności od komornika. Bo kto inny by do mnie pisał? Taka od razu złość mnie bierze! A człowiek Bogu ducha winny.

Popatrzył na Jacka z powagą i pokiwał głową dla dodania sobie ważności.

- Nie chcę pana martwić, ale trochę lipa jest. Listowy mówił, że to wezwanie do prokuratury. A jak wezwanie do proroka, to może być coś grubego. Ja bym nie odbierał. No bo co dobrego ma mnie prokurator do powiedzenia? Taki jeden zawsze żartował, jak mnie psiarnia do niego dowoziła: "Dzień dobry. Cieszę się, że pan wpadł". I się śmiał, świnia. Taki, kurna, był z niego dowcipasek i potem mnie co najmniej na trzy kalendarze wyrok za takie tam duperele wysmażali. Ja bym tego nie odbierał i już.

Kowalik postanowił jednak, że woli od razu mieć jasność, niż potem zastanawiać się, dlaczego jakiś prokurator chciał się z nim widzieć. Kiedy listonosz pojawił się ponownie, podpisał wezwanie, otworzył kopertę i... niestety niczego się nie dowiedział.

Razem z panem Jankiem, który niezbyt dyskretnie zaglądał mu przez ramię, natychmiast zauważyli, że z dokumentu nie wynikało, czy został wezwany jako podejrzany, świadek, czy biegły.

- No widzi pan - westchnął pan Janek - jaka małpa. Specjalnie nie napisał, o co chodzi. Oj, coś grubego panu szyją!

- Miejmy nadzieję, że nie - powiedział Kowalik, wyciągając zwyczajową dychę dla stójkowego. - Niech pan wypije piwo za moje zdrowie.

- Się zrobi, panie Jacku. Dziękuję.

Kowalik wrócił do mieszkania, usiadł w kuchni i ponownie obejrzał wezwanie. Wystawione było na bardzo krótki termin: jutro o jedenastej. W pierwszej chwili pomyślał, że to arogancja dawać wezwanie z tak małym wyprzedzeniem, ale po chwili spojrzał na to inaczej. Będzie miał mniej czasu na rozważanie przyczyny odwiedzin w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie. Nie jest to zwykła prokuratura, tylko nadrzędna, zajmująca się najpoważniejszymi sprawami i rozpatrująca odwołania od postanowień niższych prokuratur.

No i z tym właśnie wiązał się największy kłopot. Gdyby wezwanie przyszło z jakiejś komendy, Jacek z łatwością dowiedziałby się, o co chodzi, i miałby problem z głowy. Tu jednak było inaczej. Najchętniej zatrzymałby maszynę domysłów, ale nie potrafił. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to niedawny zatarg z myśliwymi. Ci faceci mogli chcieć się na nim odegrać i niestety mieli spore możliwości. Był też Piotr Wegner z Birczy... Może został zatrzymany i zeznał coś przeciwko Jackowi? No i afera z firmą JLW zarządzającą strzeżonym warszawskim osiedlem. W karierze Jacka było sporo incydentów, które mogły otrzeć się o kodeks karny. Nie dało się tego uniknąć, ale nie zmieniało to faktu, że tej nocy Jacek prawie nie spał.

Nad ranem doszły jeszcze przemyślenia, jak zabezpieczyć mieszkanie na czas ewentualnej nieobecności. Klucze miał tylko Kowalik, a rozstawione i rozwieszone na wszystkich oknach storczyki wytrzymają góra trzy tygodnie, potem po prostu uschną. Przecież nie zadzwoni do Edyty z informacją, że mogą go zamknąć i zaproszeniem na Stalową do opieki nad mieszkaniem. Jeśli ona i tak bez przerwy niepokoi się sprawami, które dla niego są na porządku dziennym, to jak zareaguje na wizję jego pobytu w więzieniu? To cudowna, ale i bardzo wrażliwa kobieta. Nie zniesie tego. No i jak miałaby doglądać mieszkania z Birczy? Prawda była taka, że nie miał kogo poprosić o pomoc. Może ewentualnie któregoś z byłych podwładnych? Artura albo Zbyszka?

Był zły, że dał się tak zdenerwować panu Jankowi z bramy. Gdyby nie ten czujkowy, może zwyczajnie odebrałby wezwanie, poszedł do prokuratury i o nic się nie martwił, a tak, zaczął nawet planować, w co powinien się zaopatrzyć na pierwsze dni w areszcie. Co mieli ze sobą ludzie, których tam zawoził?

Przede wszystkim gotówkę, i to ile się dało, aby mieć potem co pobierać z depozytu. Kilka zmian bielizny, karty Telegrosik, aby móc zadzwonić z więzienia, mydło w płynie i inne środki higieniczne, spis telefonów do bliskich i ważnych ludzi, długopisy, kartki i koperty, klapki. Tyle zapamiętał z tego, co pakowali recydywiści, dla których pobyt w więzieniu nie był pierwszyzną.

Przeróżnych bandytów dowoził jako policyjny antyterrorysta. Kiedy zachowywali się przyzwoicie, pozwalał im wziąć bagaż, ale jeśli zatrzymanie przebiegało siłowo i gwałtownie, potrafili nawet odmówić ubrania się i jechali prawie nago. Dopiero w komendzie dostawali jakieś aresztowe dresy.

Z takimi wspomnieniami usnął, a rano zjadł śniadanie i zaczął się mobilizować do niepokojącej wizyty w prokuraturze. Nawet wyrzucenie śmieci zawierało element przygotowania się na najgorsze. A może przejrzeć lodówkę i wyrzucić łatwo psujące się produkty?

Postanowił, że w ostateczności zadzwoni do Zbyszka, żeby rozwiercił zamki i zajął się mieszkaniem. Nie będzie nikogo uprzedzał. To przecież wstyd.

Do niedużego plecaka zapakował trochę bielizny i kosmetyków. Dorzucił też długopis i notes oraz inne drobiazgi, a po drodze wypłacił z bankomatu pięć tysięcy złotych. Najwyżej zatrzyma się przy wpłatomacie w drodze powrotnej. Niby nie zakładał, że zostanie zatrzymany, jednak wolał mieć pieniądze przy sobie.

Budynek prokuratury na Krakowskim Przedmieściu wielokrotnie odwiedzał z transportem wybitnych przedstawicieli warszawskiej bandyterki. Wiedział więc, że wejście dla interesantów znajduje się od strony ulicy Trębackiej. Z drzwi od Krakowskiego Przedmieścia korzystali pracownicy, a brama wjazdowa dla konwojów z zatrzymanymi znajdowała się z kolei od ulicy Koziej, w zabytkowym, bardzo gustownym pałacu Wesslów.

Tego styczniowego dnia nie padało i panował lekki mróz. Tramwaj zawiózł go do schodów ruchomych przy trasie W-Z, a Kowalik wjechał na górę i poszedł na Krakowskie Przedmieście. Skierował się do wejścia od Trębackiej. Przypuszczał, że ochroniarz zajrzy kontrolnie do jego plecaka i na widok bagażu na odsiadkę zrobi wredną minę. Może nawet doda jakiś głupi komentarz.

Bardzo się zdziwił, kiedy pilnujący wejścia starszy mężczyzna omiótł tylko wzrokiem wezwanie i zwrócił je Jackowi.

- Trzeba przejść do wejścia głównego, od Krakowskiego Przedmieścia. Tam już kolega pana pokieruje.

"Jeszcze masz szansę" - pomyślał Kowalik. "Nie musisz nigdzie iść. Możesz stąd spadać i nie ryzykować, że cię zamkną".

Nie wycofał się jednak i wszedł do środka.

Natychmiast poczuł klimat tego miejsca i aż zawył w duchu.