Prolog
Wyobraź sobie koleżankę z klasy, której nikt nie bierze na poważnie. To ta, co śpi na wszystkich lekcjach w ostatniej ławce z kapturem na głowie, ze słuchawkami w uszach. To ta, która odburknie niemiło nauczycielowi, żeby się pierdolił, gdy dostanie kolejne upomnienie. Trzymasz się z daleka, bo mama mówiła ci, że takie osoby to nic dobrego i prędzej, niż później skończy na dnie, a przecież ty tego nie chcesz. Mama mówiła ci, żeby pilnie się uczyć, a ona ma w nosie potęgi i Mickiewicza, chociaż nie jest głupia. Trochę cię fascynuje, bo przecież też chciałoby się czasem być ponad tym wszystkim, być wolnym duchem i mieć w dupie zasady (choć to utarty i nudny frazes). Niektórzy się z niej śmieją i po latach określają mianem alternatywki, która miała za dużo w nosie i nie potrafiła tego docenić.
Ale ty patrzysz na to inaczej. Czujesz, że jeszcze przed trzydziestką ona przeżyje więcej niż ty przez całe swoje istnienie. Zazdrościsz? Przyznaj, że tak. Wiem o tym.
I gdy ona drzemie, a ty robisz notatki z kwasów, nerwowo zerkając przez ramię w jej kierunku, myślisz sobie "Kurczę, czy to zwykła bezczelność, czy ona naprawdę ma to wszystko gdzieś?".
I gdy ona pali fajkę za żywopłotem pod szkołą, ty suniesz spojrzeniem za okno, bo dym jest zbyt widoczny.
Pomiędzy kolejnymi zaciągnięciami spisujesz ją na straty - jak reszta klasy, nauczycieli i w sumie cała szkoła.
A taka jest po prostu Zoya.
Myślę, że tamto lato wiele zmieniło w moim życiu.
Właśnie skończyłam gimnazjum, ze średnimi ocenami, dostałam się do najlepszego liceum w mieście. Nie mogło być inaczej, skoro mój ojciec finansuje znaczną część jej budżetu, spełniając sen o amerykańskim high school w Polsce.
Uznacie to za śmieszne, ale przecież tak właśnie było. Wielki gmach, cała paleta zajęć pozalekcyjnych do wyboru, drużyny sportowe, stypendia, a nawet szafki, które będą rzadko wykorzystywane, bo zawalą nas pracami domowymi i będziemy targać podręczniki do domu. Wiedziałam, że będę na celowniku, bo doskonale wiedzieli, że Brunon Staszewski to mój ojciec. Poza tym, kilka lat wcześniej, szkołę skończył mój brat - Joachim, zostawiając po sobie idealne wrażenie w postaci wzorowych ocen i nienagannego zachowania. No cóż, najwidoczniej skończę tę dobrą passę i to w pierwszy dzień. Będę tą, która wiecznie każdego rozczarowuje, będą mieli mnie po dziurki w nosie i będą błagać, bym już była w ostatniej klasie.
Nie miałam zamiaru ukrywać swojego temperamentu. Oczywiście, że splamię tym honor naszej rodziny, ale przecież nie mogę za to odpowiadać. I tak wszyscy spisali mnie na straty, więc po co się ograniczać?
Pogrążona w swoim świecie, rozmyślając o swojej wątłej przyszłości, poczułam jak zderzam się z czymś niesamowicie przyjemnym. Wow, kaszmir. Nieźle. Podniosłam głowę. Nigdy nie widziałam faceta, który nosiłby taki garnitur i to w środku czerwca. Uprzędzony z gęstych włókien, w ciemnym kolorze.
Patrzyłam na niego o sekundę za długo.
Gdybym tylko odwróciła głowę, po miesiącu nadal byłabym dziewicą. No ale cóż, powiedzmy, że mam słabość do przystojnych facetów. Tych starszych w szczególności.
Chyba był zdezorientowany. Nie wiedział, co zrobić. Też bym nie widziała, gdyby wlazła we mnie dziewczynka z różowymi pasmami, upiętymi pokracznie na głowie, tak chuda, że bałabym się jej siniaków.
- Wszystko okay? - zapytał w końcu.
- Jak najbardziej. - uśmiechnęłam się.
- Na pewno? - zrobiłam balona z różowej orbitki.
- Często wpadam na coś - burknęłam. - Albo do czegoś, jak kto woli. - wzruszyłam ramionami.
Uśmiechnął się przelotnie.
- Może to czas zacząć patrzeć pod nogi? - zapytał.
Prychnęłam.
- Przepraszam, czasem zbyt wysoko unoszę głowę, ale wbrew pozorom moja korona jest dosyć lekka. - odpyskowałam.
Zaśmiał się.
- Wybaczam - oznajmił. - Cyprian.
- Zoya - odpowiedziałam. - Zoya przez y.
Uścisnął moją dłoń. Był biznesmenem, na stówę. Pewnie ściskał dłoń każdemu na swojej drodze. Ten gest wiele mi powiedział. Miał maniery, był dżentelmenem. Był raczej dobrym człowiekiem, stanowczym, ale nie przesadzonym. Szanował kobiety.
Skrzywiłam się.
- Czy ty przypadkiem nie masz swojego domu mody? - wypaliłam.
Znowu się uśmiechnął.
- A jeśli mam, to co?
- To liczę na angaż. - oznajmiłam śmiertelnie poważnie.
- Myślę, że pogadamy o tym, gdy skończysz osiemnaście lat. - odbił piłeczkę.
- Myślę, że gdy skończę osiemnaście lat to nie będziesz pamiętał o tym, iż mnie znałeś. - warknęłam.
Tym razem to on prychnął pod nosem.
- Mam wrażenie - zaczął. - Iż to właśnie wtedy będę ratował twój tyłek z tarapatów.
- Wolnego, przyjacielu - zaśmiałam się. - Zanim brutalnie wyrosłeś na środku chodnika, zmierzałam do ulubionej cukierni po zajebisty sernik i miałam zamiar zajeść nim smutki, więc pozwolisz, że właśnie tam się udam.
- Oczywiście, młoda damo - przytaknął. - Zoya, tak? Masz bloga, prawda?
Spiorunowałam go wzrokiem.
- To małe miasto, pewnie wszyscy to wiedzą - wzruszył ramionami tak lekko, jakbyśmy właśnie nie rozprawiali o moim największym sekrecie. - No i podejrzewam, że jesteś jedną Zoyą w promieniu stu kilometrów, a na pewno jedyną z y.
- Stąpasz po grząskim gruncie - burknęłam. - See ya, Ce!
Pomachałam mu i odeszłam.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Cyprian będzie jedyną osobą w moim życiu, która zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, porę i chęci, będzie stał po mojej stronie. I choć wieczorem tego samego dnia, zbombardował mój komputer powiadomieniami, nadal w to nie wierzyłam.
A powinnam, bo właśnie tak zaczęły się jedne z najlepszych wakacji mojego życia.