3. Sergio
Trekking do Ciudad Perdida, zaginionego miasta w górach niedaleko wybrzeża karaibskiego, zaczął się od przeglądu kluczowych przewodników. Lata mijają, ale wciąż najważniejsze jest to, co o miejscach wartych zobaczenia pisze Lonely Planet. Wprawdzie drażni mnie przeładowanie tych pozycji informacjami, gdzie zjeść i gdzie spać, ale cóż, nie ma poradników idealnych. Tak czy inaczej, Lonely Planet to numer jeden, dopiero po nim idzie Rough Guide i inne. I oczywiście internet, a także, jeśli chodzi o relacje z wypraw, masa ciekawych treści na YouTube.
Opracowanie trasy po Kolumbii nie było łatwe - tyle miejsc, tyle obietnic wspaniałych wrażeń, a tu tylko pięć tygodni. W pewnym momencie zaczęło mieć znaczenie, że główny miesiąc naszej wyprawy, luty, ma tylko dwadzieścia osiem dni.
Ciudad Perdida szybko znalazło się wśród celów, z których nie mogliśmy zrezygnować.
Po jedenastu godzinach lotu do Bogoty, dwóch dniach spędzonych w stolicy Kolumbii i niespełna dwóch godzinach lotu do Santa Marty znaleźliśmy się na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Z pewnym wzruszeniem, bo w grudniu i styczniu, zaledwie kilka tygodni wcześniej, obcowaliśmy z bezmiarem tej wody, płynąc promem między Gwadelupą a Martyniką i objeżdżając obie te wyspy. Morze Karaibskie było już naszym morzem. Poczuliśmy, że wszystko jest na swoim miejscu, kiedy szliśmy nadbrzeżną promenadą, wzdłuż której rozstawili się sprzedawcy palonych kasztanów, świecidełek i kurczaków z rożna. A po jej drugiej stronie, tam gdzie morze, zachodziło słońce.
Następnego dnia wcześnie rano czekaliśmy na samochód z agencji Magic Tours, który miał nas zabrać na miejsce zbiórki wszystkich uczestników trekkingu. Bo wędrówka do Ciudad Perdida nie może być indywidualną wyprawą. Miałem związane z tym pewne obawy, jak zawsze, kiedy zanosi się na konieczność podporządkowywania się czyimś decyzjom na szlaku, ale Magic Tours zasługiwało na swoją nazwę. Wszystko było zorganizowane perfekcyjnie, z taktem, wyczuciem, kulturą i ze smakiem. Od tamtej pory, gdy chcę sobie lub Darii powiedzieć, że zrobiłem coś naprawdę dobrze, a zwłaszcza optymalnie w sensie zarządzania czasem i trafności decyzji, mówię: "Magic Tours!".
Na miejscu zbiórki pierwsze wrażenie - poczułem się cokolwiek jak dinozaur, mimo że nie byłem jakoś szczególnie stary. Po prostu cała reszta była tak nieprzyzwoicie młoda! Narodowościowo bez niespodzianek: dwie pary francuskie (pamiętam Charlotte i Quentina), Niemka Julia, Kanadyjczyk Chris, Holender Rens. I jeszcze jedna postać, spoza oczywistego zestawu podróżujących nacji, Kolumbijka Laura. Mało że Kolumbijka, to jeszcze z Medellín. A ponieważ mieliśmy z Darią duże oczekiwania związane z Medellín, nasze pozytywne myślenie o przyszłym spotkaniu z tym miastem przenosiliśmy z sympatią na Laurę.
Kolorytu i charakteru przydawało grupie dwóch przewodników, a właściwie jeden przewodnik, Sergio, i jeden tłumacz, Tyson (właściwie Miguel, ale ze względu na uderzające podobieństwo do słynnego boksera zwany Tysonem).
Kilka tygodni po naszym powrocie do Europy Tyson, zresztą były żołnierz, napisał do mnie z pytaniem, czy wiem coś o możliwości zaciągnięcia się przez cudzoziemców do armii ukraińskiej walczącej z rosyjską inwazją. Bardzo mnie ujął tą wiadomością i jednocześnie postawił w trudnym położeniu. Chciałem napisać mu, jak bardzo doceniam i podziwiam odruch jego serca, w którym, jak się domyślałem, była także awanturnicza żyłka, ale zarazem odradzić mu udział w tej wojnie. Zrobiłem i jedno, i drugie. Odpowiedź może nie była najzręczniejsza, ale została odebrana właściwie, co z pewnością umocniło naszą wzajemną sympatię.
Sergia, potomka Indian z gór, przez które szliśmy, polubiliśmy niemal od razu. Wszyscy. Jego opowieść o najnowszej historii plemion zamieszkujących okolicę, którą obdarzył nas przy pierwszej kolacji, była urzekająca. Francuzki słuchały z przejęciem, Daria ze wzruszeniem.
Takich opowieści słuchaliśmy co wieczór, tłumaczonych z hiszpańskiego na angielski przez Tysona. Sergio rozumiał angielski, zatem z przekornym poczuciem humoru prowokował kolegę. Nie pomagał mu w tłumaczeniu, to znaczy nie przypominał mu tego, co powiedział po hiszpańsku parę chwil wcześniej, a co umknęło Tysonowi. Owszem, Tyson wiedział, że Sergio coś jeszcze mówił, ale nie potrafił sobie przypomnieć co.
Sergio szedł bez jakiegokolwiek widocznego wysiłku ścieżką, która prowadziła w górę, potem gwałtownie w dół, a potem znowu pod górę w piekącym słońcu. I tak przez cały czas, z krótkimi przerwami na płaskie odcinki. Jednocześnie dostrzegał, kto słabnie, kto potrzebuje więcej czasu, i pilnował, aby taka osoba nie pozostała w pojedynkę na trasie. Albo był przy niej on, albo zarządzał, by towarzyszył jej Tyson. Z tego właśnie powodu przez cztery dni trekkingu często miałem któregoś z nich obok siebie, co dla mnie było doskonałą okazją do prób mówienia po hiszpańsku. Dzięki temu mogłem kontynuować niezdarne konwersacje z kierowcami Ubera w Bogocie przez dwa dni po przylocie do Ameryki Południowej.
Rozbijam się po świecie od wielu lat. Źle znoszę ograniczenia w podróżowaniu i w takim sposobie spędzania czasu i przeżywania rzeczywistości, jakie mi odpowiadają. Często nie mam pojęcia, czego właściwie bym chciał. Nie lubię wracać do raz odwiedzonej stacji narciarskiej. Nie lubię wracać tą samą drogą, którą pokonałem "tam". Ale wędrówka w towarzystwie Sergia uzmysławia mi, że jestem dzieckiem nadmiaru i przesytu, rozpuszczonym bachorem. Zwłaszcza gdy Sergio oświadczył, że w przyszłym roku po raz pierwszy pojedzie do Europy, do Niemiec, a stamtąd do Holandii. W obu krajach ma przyjaciół, ziomków znad Rio Magdalena. Zbiera pieniądze na bilet i zastanawia się, ile euro będzie musiał wydawać dziennie na jedzenie w bogatych krajach za oceanem, na innej półkuli.
Kiedy już wszyscy żegnali się ze wszystkimi, dałem Sergiowi trochę euro, próbując przy tym sklecić po hiszpańsku coś o tym, że marzenia trzymają nas przy życiu i dobrze jest, jeśli się spełniają.
Ludzie, z którymi szliśmy, byli albo dwudziesto-, albo trzydziestolatkami. W Polsce łomocę w tenisa z Czarkiem, a z Tygrysem Pandą (ksywka sportowa Jacka, naszego sąsiada Chińczyka) w ping ponga, a mimo to różnica wydolności była ogromna. Co prawda na pewno wziąłem za dużo rzeczy - mały plecak, bo mały, za to bardzo ciężki. Obiektywy fotograficzne są niezbędne, ale ważą swoje. Trzeba było z części ekwipunku zrezygnować, przyszła refleksja poniewczasie. Jak wiadomo, w górach liczy się każdy dekagram, zwłaszcza gdy człowiek ma naprawdę dość.
Nie mam już dwudziestu pięciu lat i nigdy mieć nie będę. Frustrowało mnie to, ale złe myśli równoważyło déja vu, gdy oglądałem plecy moich towarzyszy w wędrówce.
Bo ja też kiedyś byłem jak oni. W liceum przechodziłem całe Bieszczady w dwa-trzy dni - z Markiem Liwskim, Chudym, Prezesem (Witkiem Rosińskim, przewodniczącym naszej klasy w "czternastce" we Wrocławiu), z Sernesiem (Waldkiem Serneckim) oraz z Matką (Piotrkiem Kamińskim; raz powiedział na szachowego hetmana "matka" i został Matką; mało kto pamiętał potem, jak ma na imię). A potem w życiu każdego z nas zaczęły się flirty i dziewczyny, które stały się towarzyszkami wojaży w góry wciąż zdobywane w wariackim tempie, ze spaniem w namiotach, jedzeniem zupy pomidorowej i wiejskiego chleba. Moje mięśnie i neurony najpewniej przechowały pamięć wspólnych wypraw, kiedy byliśmy tak silni, jak teraz ta młodzież w Sierra Nevada de Santa Marta. Podobnie spoceni, podobnie cierpiący od upału i zmęczenia, podobnie niepotrzebujący wody, za to pełni determinacji i wytrwałości, które przydawały lekkości naszym ruchom.
W drodze do Ciudad Perdida i z powrotem byłem tak samo zdeterminowany, jak kiedyś, lecz mimo to musiałem często się zatrzymywać i zbierać w sobie do dalszego marszu. Sił ubywało w szybkim tempie. Powtarzałem sobie, że przecież całkiem niedawno wszedłem na Kilimandżaro, wbrew faktom, które jawnie temu przeczyły. Bo owszem, na Kili wszedłem, ale aż piętnaście lat wcześniej.
W każdym razie, miałem poczucie, że wśród tej wspanialej przyrody jestem i sobą, i nie sobą, że to doświadczenie świetnie znam i rozpoznaję, i przeżywam je w podobny sposób, co kiedyś, ale mam objawy i świadomość zmęczenia organizmu, którego kiedyś nie znałem. To z pewnością z tego powodu pierwszej albo drugiej nocy wstrząsały mną dreszcze, jakbym zapadł na malarię. Organizm albo chciał mi coś powiedzieć, albo się w ten sposób regenerował. Zaraz potem, o piątej rano była pobudka i zrobiło się lepiej.
Koniec końców, wysiłek sprawił, że w tym trekkingu szedłem nie tylko ja, ten z 2022 roku. Szedł ze mną również on, a właściwie nie żaden on, tylko ja z okresu nieznośnej lekkości bytu, sprzed lat. I szedłem także ja, jako nie tylko odbierający własne wrażenia, ale też ja jako współodczuwający zachwyty Darii, później zaś również jej ból po kontuzji kolana, kiedy zwłaszcza schodzenie stało się dla niej bardzo trudne. Trzy różne stany świadomości.
Magic Tours powinno w takich przypadkach naliczać wyższe opłaty za uczestnictwo.