DOMINIKA
Mawiają, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, u mnie jednak oznaczała gorąco splecionych ciał i żar wypowiadanych do uszu słów. Mężczyzna zbliżał się do finału, więc przyłożyłam usta do jego szyi i zassałam skórę. Chciałam zostawić ślad, by jego żona, która wracała jutro z delegacji, miała dowód na to, jak niewiernym typem jest jej ślubny. Nie protestował. Nigdy tego nie robili. Kiedy znieruchomiał na moment, przeczesałam palcami jego gęste włosy. Nie zorientował się, co zrobiłam, pewnie połapie się dopiero wtedy, kiedy żonka zmyje mu głowę.
Zasnął prawie natychmiast, odwrócony plecami i pochrapujący. Nie czułam się zaspokojona fizycznie, jednak wypełniała mnie innego rodzaju satysfakcja. Nie potrzebowałam spełnienia, by dobrze się bawić. Zanim opuściłam jego mieszkanie, przeszłam po domu nago. Lubiłam perwersję związaną z tym spacerem; stał się dla mnie pewnego rodzaju rytuałem, naznaczałam miejsce, do którego nie zamierzałam nigdy wracać. Dotykałam bibelotów, używałam perfum tych niczego nieświadomych kobiet, brałam kąpiel w wannach. Przesuwałam palcami po zdjęciach ślubnych, zawsze stały w sypialni na honorowym miejscu, jakby miały przypominać o tym, że przecież łączy ich miłość. Uczucie tak słabe, że dali się poderwać pierwszej lepszej kobiecie w barze, że dali sobą poniewierać podczas seksu, zupełnie innego niż ze ślubnymi. Wiedziałam o tym, ponieważ zwierzali się z problemów podczas pierwszej fazy - podrywu w barze. Zadziwiające, jak podobną śpiewkę mieli ci mężczyźni, wszyscy jak jeden. Biedni, niezrozumiani przez kobiety, zawaleni pracą, niespełnieni w żadnym aspekcie życia, ale niepotrafiący nic zmienić. Ach, jakże współczująca byłam, wyrozumiała i troskliwa...
Gdy tamtego wieczoru wyszłam z mieszkania mężczyzny, którego imię już wywietrzało z mojej pamięci, poczułam przytłaczający ból. Euforia wywołana kolejnym odhaczonym facetem minęła, rozpłynęła się w otaczającej mnie zewsząd mgle. Zbliżała się jesień, czułam ją w powietrzu, mocniej opatuliłam się szarym swetrem. Czekał mnie spacer do domu, ale dzięki temu mogłam przynajmniej pomyśleć. Wyobrażałam sobie, że żona zastaje tego faceta z prezerwatywą zrzuconą z łóżka, pachnącego mną, z malinką na szyi w najbardziej widocznym miejscu, jednak satysfakcja wypełniła mnie tylko echem. Chyba czułam się tym już zmęczona; nie mogłam się jednak poddać.
Bo zemsta, bez względu na to, czy podana na zimno, czy na ciepło, zawsze smakuje wybornie.
DANIEL
Ostatnie dźwięki nie zdążyły wybrzmieć, kiedy na sali gruchnęły oklaski. Daniel odłożył pałeczki i uśmiechnął się zadowolony. Dzisiejszy koncert, choć dość kameralny jak na jego gust, zaspokoił potrzebę muzykowania, która od zawsze grała mu pod skórą. Co prawda mógłby bębnić jeszcze jakiś czas, jednak grupa miała opłacony konkretny czas. Frontman skinął na nich głową, bisu nie będzie, co Danielowi zepsuło nieco humor. Błażej coraz częściej bywał zmęczony, ostatnimi czasy mało koncertowali i dopiero Przemek wziął sprawy w swoje ręce i załatwił ten występ. Daniel miał nadzieję, że pchnie to akcję do przodu, szczególnie że wcześniej często występowali na dużej scenie. Nie pykło z powodu Błażeja i chyba reszta grupy miała o to cichy żal. Cichy, ponieważ wokalista zdusił dyskusje, zanim jeszcze się rozpoczęły.
- Idziesz na piwo? - zagadnął Przemo. - Mamy kilka darmowych w barze, z tego co mówił właściciel.
- Ludzi obrodziło, to pewnie ma niezły utarg. Podają tu jakieś beczkowe?
- Radzę wziąć jednak butelkę, przynajmniej niechrzczone. - Przemek puścił mu oko i przecisnął się przez tłum.
Daniel znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że poszuka jakiejś dziewczyny na jedną noc; on nie był tym zainteresowany. Choć dopiero skończył grać, marzył, by znów zagrać, skomponować nową melodię, ułożyć słowa. W żyłach tętniła mu jeszcze muzyka ze skończonego koncertu. Nigdy nie miał dość. Wziął jakiś browar rzemieślniczy i opadł na stołek tuż przy końcu baru. Z tego miejsca mógł obserwować salę, co bardzo lubił. Patrzenie na ludzi prowadziło do ciekawych wniosków, a one do tekstów, które pączkowały w nim i wypływały na kartki papieru. Teraz również miał ciekawe obrazy przed oczami. W czerwonawej poświacie lokalu ludzie wydawali się nienaturalni, jakby stali się wampirami. Zadymiona atmosfera baru sprzyjała intymności i rozmowom z ucha do ucha, uśmieszkom i znaczącym spojrzeniom, które mogły sugerować tylko jedno... Daniel westchnął. Nagle poczuł się za stary na ten świat, mimo że dopiero niedawno skończył trzydzieści dziewięć lat. Koncertowanie i tworzenie muzyki, uczenie się jej i praca sprawiły, że nie założył rodziny. I dobrze, bo nie mógłby zapewnić żonie takiej ilości uwagi, na którą zapewne by zasługiwała. Zazwyczaj był zadowolony z życia, tylko czasami, kiedy obserwował pary w godowym tańcu, coś w nim pękało. Koledzy z zespołu korzystali z przyjemności i sławy, jaką otaczali się jeszcze niedawno, i - jak zauważył Daniel - jaka znów do nich powracała; on jednak wolał coś trwalszego. Przygodny seks mu nie odpowiadał, a budzenie się rankiem obok dziewczyny, która nie pamiętała nawet jego imienia, bo wystarczyło jej, że należał do zespołu, bywało upokarzające. Szczególnie że rzadko był to jej ulubiony band, jeśli w ogóle kojarzyła choćby nazwę, nie mówiąc o jakiejkolwiek piosence.
Z zamyślenia wyrwała Daniela dziewczyna, zupełnie niepozorna, która jednak gdy stanęła w drzwiach lokalu, przyciągnęła wzrok mężczyzn. Obcięte do uszu włosy kręciły się lekko i okalały jej twarz, w oryginalny sposób podkreślając policzki i oczy. Nie wydała mu się ładna, ale interesująca owszem. Nie zamierzał zagadywać, po prostu obserwował, jak przechodzi przez salę aż do lady barowej, zamawia drinka (Sex on the Beach, jakże znacząco) i odwraca się do parkietu; jak taksuje wzrokiem. Przypominała nieco drapieżnika szukającego ofiary i Danielowi przez kręgosłup przeszedł dreszcz. Chciał odwrócić wzrok, dopić piwo i wyjść, a jednak patrzył jak zaczarowany, jakby ta dziewczyna rzuciła na niego (i nie tylko, wnioskując po reakcjach zgromadzonych) urok. W końcu się zdecydowała i śmiałym krokiem podeszła do faceta, który samotnie siedział przy stoliku w rogu. Daniel zmarszczył brwi; wybrała żonatego, przecież musiała widzieć obrączkę, a mimo to zagadnęła, a on skinął głową i usiedli razem. Nieznajoma uśmiechała się, jednak radość nie sięgała oczu i nikt oprócz niego zdawał się tego nie zauważać. Dobrze rozegrana rola, pomyślał, kiedy kobieta pociągnęła mężczyznę za krawat i wyszli z lokalu.
- A więc harpia - rzucił do siebie.
Barman spojrzał zdziwiony, widocznie usłyszał.
- Mówisz o Dominice? - zagadnął i wskazał skinieniem głowy parę, za którą właśnie zamykały się drzwi.
- Yhm.
- Wiesz... - Barman nachylił się i spojrzał groźnie, choć Daniel nic sobie z tego nie robił. - Nie oceniaj po pozorach.
- A więc ją znasz? - Upił łyk piwa, by zamaskować zażenowanie.
Słowa barmana okazały się nadzwyczaj trafne i dość przykre.
- Tak, ale nic więcej ci nie powiem. - Facet wyprostował się i odsunął, jakby Daniel zaczął nagle śmierdzieć.
Bębniarz dopił piwo i przedarł się przez tłum, by wyjść na zewnątrz. Nagle dom za miastem okazał się kuszącym azylem, w którym mógłby się schronić. Niestety Dominika jak cień skradała się za nim i myślał o niej przez całą bezsenną noc, podczas której spisywał nowe teksty piosenek.
DANIEL
Widywał ją jeszcze kilkakrotnie, zawsze w różnych miejscach w mieście. Za każdym razem wybierała żonatego i doprowadzała do tego, że wychodzili z baru. Nie rozumiał tego, przecież mogła zadawać się z wolnymi, pełno się ich kręciło w lokalach. Zastanawiały go słowa barmana. Gdyby nie one, oceniłby ją jednoznacznie i zapomniał, jednak to jedno zdanie sprawiło, że chciał odkryć tajemnicę tej kobiety. Może nawet nie jedną, bo że skrywała ich wiele, to pewne. Nie zamierzał jednak jej podrywać, nie nosił obrączki, więc nie stanowił smakowitego kąska, ale los bywa przewrotny i kiedyś okazja sama się napatoczyła. Jak zawsze wyszedł po koncercie wcześniej niż reszta grupy; wolał popracować niż bezsensownie pić piwo, szczególnie że Dominika dawno już wyszła. Jakże był zaskoczony, gdy zauważył na parkingu szarpaninę.
- Ty suko! - Doszły go słowa mężczyzny, ostre, wykrzyczane w furii. - Zrobiłaś to specjalnie! Uwiodłaś mnie i doprowadziłaś do tego, że żona wzięła oszczędności i się wyprowadziła. Wiesz, ile będę musiał błagać, żeby wróciła?
- Myślisz, że mnie to obchodzi? - Głos miała niski jak na kobietę, lekko zachrypnięty. - Nie pakowałam ci się do łóżka na siłę.
- Omotałaś mnie niczym pajęczyca! Nakładłaś do głowy pięknych słówek! - wrzeszczał facet, najwyraźniej doprowadzony do ostateczności.
Daniel oparł się o budynek i skrzyżował ręce na klatce piersiowej; zapowiadało się ciekawie. Może ta scena rozjaśni mu nieco w głowie.
- Przecież znaliśmy się zaledwie kilka godzin - prychnęła Dominika w odpowiedzi.
Chciała odejść, ale typek złapał ją za łokieć i pociągnął. Prawie upadła, ale Daniel, mimo że drgnął, nie zamierzał się wtrącać.
- Zniszczyłaś mi życie, ty dziwko! - Mężczyzna poczerwieniał jeszcze mocniej, zamachnął się wolną dłonią i uderzył ją w twarz.
Następnie wsiadł do samochodu i odjechał z piskiem opon. Daniel nie zdążył zareagować, zanim podbiegł, facet zniknął za zakrętem. Pomógł Dominice wstać i podał jej chusteczkę.
- Dzięki. - Odtrąciła jego dłoń. Nawet nie spojrzała w jego stronę. - Poradzę sobie.
- Właśnie widzę - skomentował kwaśno.
- Nie twoja sprawa, prawda? - Popatrzyła na niego, ale chyba go nie widziała; oczy miała załzawione, ale nie pozwoliła łzom popłynąć. - Nie dość, że jesteś bębniarzem Morskich Potworów, to jeszcze chcesz uchodzić za rycerza? Nie pomyliły ci się role, panie wspaniały?
- Hej. - Daniel uniósł dłonie, zaskoczony nagłym atakiem.
Rozumiał, że jest wkurzona, ale chyba nie zasłużył na cięgi. Przynajmniej nie aż tak.
- Gapisz się na mnie zawsze, kiedy gracie - powiedziała stanowczo ze zdenerwowaniem. - Myślisz, że jestem ślepa?
- Nie. - To trzeba jej przyznać; starał się być dyskretny, jak widać, nieskutecznie.
- Wiem, że obserwujesz, taki typ. - Wzruszyła ramionami, jakby jej to nie obchodziło, jednak Daniel miał wrażenie, że się go obawia. - Ale mógłbyś się ode mnie odstosunkować, co? Nie szukam przygody, a ty nawet jako sławny muzyk nie jesteś dla mnie interesujący.
- Auć. - Daniel chwycił się za serce. - Zraniłaś moje uczucia.
Uśmiechnęła się, a on poczuł, że jednak wygrał, bo wesołość sięgnęła tęczówek w ciemnoniebieskim kolorze. Doszedł do wniosku, że Dominika wygląda wtedy zupełnie inaczej. Niestety grymas zbyt szybko zniknął z jej twarzy.
- A więc pan wspaniały ma również poczucie humoru? - zadrwiła. - Czyż to nie ideał?
- Nie wiem, co zrobiła ci męska rasa, ale widzę, że nadepnięcie na odcisk okazało się bolesne.
Nie spudłował. Nagle Dominika zamarła, jej twarz stężała w kamienną maskę, oczy zmatowiały, jakby przypomniała sobie coś ważnego. Diametralna zmiana, aż powiało chłodem, gdy znów na niego zerknęła.
- Taki z ciebie psycholog? - powiedziała lodowatym tonem. - Może więc zająłbyś się swoim życiem, zamiast uprzykrzać moje?
- Chciałem tylko pomóc, pani niedotykalska. - Chyba ją zranił tym określeniem, ponieważ cofnęła się o krok urażona. - Nie moja sprawa, że lubisz być obijana przez żonatych kochasiów. - Wskazał jej policzek, teraz już lekko opuchnięty i czerwony. - Jak mówiłaś, nie moja sprawa.
Odwrócił się i chciał odejść, kiedy zatrzymała go, przytrzymując za dłoń. Palce miała ciepłe.
- Dziękuję - szepnęła, jakby wstydziła się tego słowa. - Nie każdy by podszedł i się zainteresował. W sumie jestem przyzwyczajona do ludzkiej obojętności.
- Szkoda tylko - z żalem wyrwał dłoń spomiędzy jej palców - że wsadziłaś wszystkich do jednego wora i mierzysz ich jedną miarą.
A następnie odszedł, mimo że musiał zagryzać usta i zaciskać pięści, by się nie odwrócić. Nie chciał dać jej satysfakcji.