I
Po kilkutygodniowym pobycie w Brukseli wracałem samochodem do kraju. Przez całą podróż dopisywał mi dobry humor - byłem szczęśliwy, że po tych paru tygodniach rozłąki zobaczę bliskich i rodzinne strony. W radio same znane kawałki. Chwilami niecierpliwość jednak brała górę. Chciałem, jak najszybciej dojechać do domu, by znów zobaczyć moją ukochaną żonę. Wszystko szło sprawnie, jakbym leciał na skrzydłach, a do tego mimo upału, który coraz mocniej doskwierał, nie opuszczał mnie humor i pozytywne nastawienie.
Na granicy polsko-niemieckiej zatankowałem paliwo, rozprostowałem zastygłe kości, zjadłem kanapkę i już po chwili znowu byłem w drodze. Nacisnąłem na pedał gazu. Na liczniku było grubo powyżej setki. Jechałem do domu, do mojej ukochanej, tylko to się liczyło. Wyprzedzałem samochody, jeden po drugim. Sportowa honda mknęła i delikatnie mruczała podczas przyspieszania. Nagle zza tira wyjechał samochód bez kierunkowskazu, ostro zajeżdżając mi drogę i zmuszając do gwałtownego hamowania. W tym momencie nie miałem najmniejszych szans na zatrzymanie auta ani na wytracenie prędkości. Zerknąłem na licznik, wskazówka na prędkościomierzu pokazywała ponad dwieście kilometrów na godzinę. Z taką prędkością wpadłem na pojazd i wyrzuciło mnie w powietrze. Na moment chyba straciłem przytomność. Nie wiem. Przed oczyma zobaczyłem całe swoje życie, które zaczęło się dla mnie od momentu, kiedy ją poznałem.
Siedziałem jak zwykle na murku przy głównej drodze. Później to było moje ulubione miejsce, gdzie czekałem... Wmawiałem sobie, że na nic, ale czekałem na nią. Słońce mocno przygrzewało, momentami nie dało się wytrzymać, nad jezdnią falowało gorące powietrze. Samochody przejeżdżały jeden za drugim. Od czasu do czasu przemknął jakiś motocykl, czasami ciężarówka. To mnie nie interesowało. Czekałem na moją Misię (tak ją nazwałem kilka lat później), kiedy wyjdzie zza drzwi bloku znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Nie wychodziła. Tylko od czasu do czasu widziałem dzieci jej starszej siostry, które spoglądały ukradkiem zza drzwi. Domyślałem się, że ona wie. Mijały minuty, a jej nie było. Wpatrzony w drzwi w nadziei, że ją zobaczę, nie mogłem się doczekać. Czas płynął bezpowrotnie, aż w pewnym momencie się pojawiła. Delikatnym i lekkim krokiem zmierzała w moją stronę. Wiatr zmyślnie powiewał, poruszając przewiewną sukienką w kolorach błękitu nieba i rozwiewał jej blond włosy, nadając jej ruchom lekkość i zmysłowość. Zatrzymała się przed przejściem. Ruch się wzmógł, więc nie mogła przejść na drugą stronę. Mijały sekundy, a ona wciąż stała. Patrzyłem na nią jak na istotę z innego świata. Ten moment mógłbym zatrzymać w swej pamięci na zawsze. Spoglądała raz w jedną, raz w drugą stronę, czekając cierpliwie na jakąś przerwę w ruchu. W końcu wkroczyła na jezdnię, przeszła szybko i zbliżyła się do mnie.
Wstając, wziąłem czerwoną różę, która leżała obok. Podeszła bardzo blisko, nasze oddechy spotkały się, a ja namiętnie pocałowałem ją w policzek, wręczając jej kwiat naszej miłości. Zbliżyła go do twarzy i powąchała z uśmiechem, delikatnie wpatrzona w moje oczy. Dotknąłem jej ręki i pociągając ją za sobą, ruszyliśmy razem przez życie.
Życie przelatywało mi przed oczyma jak kadry z filmu. Nie wiem, jak długo to trwało, ale miałem wrażenie, że ciągle szybowałem w górę, a tam czas nie ma znaczenia. Na moment odzyskałem świadomość, ale szybko ją utraciłem. Szybowałem i szybowałem, będąc gdzieś pośrodku życia i śmierci.
Nagle przypomniałem sobie narodziny pierwszego dziecka, chwile mojego zwątpienia i radości. Czy teraz, jako młody ojciec i mąż, dam sobie radę i podołam wszelkim obowiązkom? Później narodziny drugiego dziecka i jej pytanie: "Czy damy radę?".
Kładąc rękę na jej brzuchu po trzydziestu minutach po porodzie, cieszyłem się z narodzin naszego syna. W głowie kołatały mi słowa: "Kocham cię".
- Kochanie, damy radę? - zapytała, spoglądając mi w oczy.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziałem.
Powiedziałem to, by rozwiać jej wątpliwości. Rozumiałem te obawy - drugie dziecko to większe wydatki i więcej obowiązków. Spoglądałem w jej piękne niebieskie oczy, były zmęczone nieprzespaną nocą i porodem. Wierzyłem, że będzie dobrze, ale tak się nie stało. Pierwsza nasza kłótnia, po jej powrocie ze szpitala, uświadomiła mi, że ona nie chciała tego dziecka. Później jeszcze nieraz mi to wypominała, ale nie wierzyłem tym słowom. Nieraz mnie one bolały. Robiłem jednak wszystko, by nie dać tego po sobie poznać. Gdy mały podrósł i miał już około trzech lat, podczas kłótni znowu wykrzyczała mi w twarz:
- To ty chciałeś drugie dziecko, nie ja!
Kłóciliśmy się w pokoju. Była wtedy bardzo zawzięta i chciała, by racja była po jej stronie. Syn po tych słowach przybiegł do pokoju.
- Mamusiu, ty mnie nie chciałaś?
Nagle cały świat pod nogami mi się zawalił. Trzymał w ręku pieluchę i ją mocno przytulał. Gdyby nie okoliczności, wyglądałby cudownie. W jego oczach zobaczyłem smutek. Myślę, że już wtedy zrozumiał słowa mojej żony. Patrzył na nas przez dłuższą chwilę, po czym się odwrócił i pobiegł do swojego pokoju.
- Widzisz, co narobiłaś?! - powiedziałem wstrząśnięty całym zdarzeniem.
- To twoja wina! Po co się ze mną kłóciłeś?
- To jest twój argument? Teraz już zawsze ja będę winny?
Nie odpowiedziała, a ja poszedłem do pokoju syna i mocno go przytuliłem. W oczach miałem łzy. Ściskałem go mocno i mówiłem do niego:
- Tatuś cię bardzo kocha.
Była to jedna z niewielu sytuacji, które bardzo mocno mnie skrzywdziły. Powstała rana, która nigdy się nie zabliźniła. Była jak cierń w sercu, który co jakiś czas dawał o sobie znać.
Kupiliśmy mieszkanie, najpierw jedno, później drugie, aż w końcu przeprowadziliśmy się do nowego domu za miastem, na wsi, oczywiście mojego wymarzonego. I znowu ciągłe wymówki, że ma daleko do pracy, że musi jechać samochodem, że nie lubi jeździć, że może się popsuć, że to, że tamto. Te i inne obrazy przemykały teraz przez moją głowę, niektóre przybierając na sile, męcząc i drażniąc niemiłosiernie, były jak kamień ciągnący mnie w dół.
Robiłem wiele rzeczy dla nas, ale jeszcze więcej dla niej. Uciekałem w pracę, by nie słuchać wymówek, na które i tak nie miałem siły odpowiadać. Dziwnie wyglądało nasze pożycie małżeńskie. Ona ciągle mówiła o naszych sąsiadach. Wysłuchiwałem, jak to on zwraca się do niej "kochanie", wszystko robi, sprząta mieszkanie, myje naczynia, zero sprzeciwu. Dla mnie to typowy pantoflarz, ktoś, kto nie ma własnego zdania, a nie mężczyzna. Według mnie jasne było, kto rządzi w tamtym domu. Później dopiero okazało się, że jest uzależniony od seksu i jeżeli nie uruchomi jednej części, własnego penisa, to jest z nim źle.
Minęło pięć lat, a ja ciągle leżałem w szpitalu w śpiączce. W pewnym momencie, jak przez mgłę, usłyszałem jakieś słowa. To lekarz z kimś rozmawiał.
- Stan pacjenta się pogarsza, jego narządy wewnętrzne zaczynają powoli obumierać. Nie ma już nadziei. Teraz to kwestia kilku dni, może tygodnia, a może nawet godzin. Musicie państwo podjąć decyzję, czy i kiedy mamy go odłączyć od aparatury.
- Kochanie - szepnąłem, próbując się wyprostować na łóżku.
Usłyszała.
- Mężusiu! - Podbiegła do mnie, a łzy płynęły jej ciurkiem.
Usłyszałem jej głos, płynął gdzieś z oddali. Znajomy. Miły. Przypomniałem sobie, że ten głos często do mnie mówił, a wręcz słyszałem go przez cały czas. Otaczał mnie miłością i ciepłem.
- Jestem - odpowiedziałem półświadomie, ale minęła dłuższa chwila, zanim oswoiłem się ze swoją rzeczywistością. - Nawet nie wiesz, gdzie byłem.
- Proszę, nic nie mów - powiedziała zszokowana przez łzy, które ciurkiem spływały jej po policzkach. Była piękna.
- Widziałem całe swoje życie i inne światy.
W jej oczach pojawił się lęk, a może strach.
Patrzyłem na jej twarz, zmieniała się. Z każdą chwilą zaczęła być coraz młodsza i młodsza, aż do momentu, kiedy się poznaliśmy.
- Będę czekać. Kocham cię - szepnąłem cichutko, a ona, pochylając się, pocałowała mnie w czoło.
- Już dobrze, kochanie. Ja też cię kocham.
To były moje ostatnie słowa. Zasnąłem, patrząc w jej oczy. Teraz nic mnie już nie bolało. Patrzyłem na wszystko z góry, na to, co dzieje się wokół mojego ciała. Poszybowałem gdzieś daleko w odmęty wszechświata, gdzie dusza znajduje schronienie i spokój.