1
- Czy pan jest detektywem?
William uniósł głowę znad książki, by spojrzeć na młodego człowieka,
który zadał pytanie.
- Nie. Jestem zastępcą dyrektora w Midland Banku w Shoreham, w hrabstwie
Kent.
- W takim razie - ciągnął młodzieniec, najwyraźniej nieprzekonany - z pewnością może mi pan powiedzieć, jaki mieliśmy kurs dolara do funta,
gdy rano ruszył rynek walutowy.
William spróbował przypomnieć sobie, ile dolarów dostał za sto funtów,
które wymieniał, zanim wszedł na pokład, ledwie poprzedniego wieczoru,
lecz wahał się zbyt długo.
- Dolar i pięćdziesiąt cztery centy za funta - oznajmił młodzieniec. -
Zatem proszę wybaczyć, ale dlaczego nie chce pan po prostu przyznać, że
jest detektywem?
William odłożył na stolik książkę, by uważniej przyjrzeć się młodemu
Amerykaninowi, maską powagi starającemu się dowieść, iż nie jest
dzieckiem, choć jeszcze nie zaczął się golić. Mały elegancik, pomyślał.
- A potrafisz dochować tajemnicy? - spytał szeptem.
- Naturalnie - odparł urażony młodzieniec.
- Usiądź więc, proszę. - William wskazał na wygodne krzesło stojące
naprzeciwko. Zaczekał, aż Amerykanin zajmie miejsce. - Jestem na
wakacjach i obiecałem żonie, że przez dziesięć dni nikomu nie wyjawię,
iż jestem detektywem, bo zawsze po takim wyznaniu pytaniom nie ma końca
i mogę zapomnieć o wypoczynku.
- Ale dlaczego postanowił pan udawać akurat bankowca? - dociekał
młodzieniec. - Bo mam wrażenie, że nie odróżniłby pan arkusza
kalkulacyjnego od bilansowego.
- Dobrze się z żoną zastanowiliśmy, zanim postawiliśmy na bankowca.
Dorastałem w latach sześćdziesiątych w Shoreham, małym angielskim
miasteczku, a dyrektor tamtejszego banku przyjaźnił się z moim ojcem.
Uznałem, że zdołam być wiarygodny w tej roli choć przez dwa tygodnie.
- Kto jeszcze był na liście?
- Agent nieruchomości, sprzedawca samochodów i przedsiębiorca
pogrzebowy. Byliśmy przekonani, że takim postaciom nikt nie miałby
ochoty zadawać nazbyt wielu pytań.
Młodzieniec parsknął śmiechem.
- A ty jaki wybrałbyś zawód? - spytał William, próbując przejąć
inicjatywę.
- Zawodowego zabójcy. Absolutnie nikt nie ośmieliłby się zadawać mi
pytań.
- Od razu wiedziałbym, że to przykrywka - odrzekł William, lekceważąco
machając ręką - bo żaden zabójca nie zapytałby, czy jestem detektywem.
Wiedziałby od razu. A skoro nie jesteś zabójcą, to czym naprawdę się
zajmujesz?
- W tym roku kończę Choate, prywatne liceum w Connecticut.
- I wiesz już, co dalej? Oczywiście zakładam, że nie zostaniesz zabójcą.
- Stawiam na Harvard: najpierw historia, potem prawo.
- A następnie, nie wątpię, praca w znanej kancelarii prawnej i szybki
awans na młodszego wspólnika.
- Nie, proszę pana. Wolę być stróżem prawa. Chciałbym przez rok być
redaktorem w "Law Review", a potem wstąpić do FBI.
- Jak na kogoś tak młodego całkiem szczegółowo zaplanowałeś karierę.
Młodzieniec zmarszczył brwi, znowu wyraźnie urażony, William dodał więc
prędko:
- Ja w twoim wieku byłem taki sam. I już od ósmego roku życia pragnąłem
być detektywem, służyć w Scotland Yardzie.
- Aż tyle czasu pan potrzebował?
William uśmiechnął się do bystrego chłopaka, który bez wątpienia
wiedział już, co znaczy "przedwcześnie dojrzały", nawet jeśli nie zdawał
sobie sprawy, jak pasuje do niego to określenie. Uzmysłowiwszy sobie, że
jako uczeń sam miał podobny problem, pochylił się lekko, wyciągnął rękę
i rzekł:
- Detektyw starszy inspektor William Warwick.
- James Buchanan - przedstawił się Amerykanin, mocno potrząsając dłonią
Williama. - Jeśli wolno spytać... W jaki sposób zaszedł pan tak wysoko?
Skoro chodził pan do szkoły w latach sześćdziesiątych, to nie może pan
mieć więcej niż...
- A skąd pewność, że przyjmą cię na Harvard? - spytał William, by
zmienić temat. - Przecież masz co najwyżej...
- Siedemnaście lat - dopowiedział James. - Ze średnią cztery koma osiem
jestem wśród najlepszych w klasie, więc raczej nie muszę drżeć o wynik
egzaminów. Jak rozumiem, dostał się pan do Scotland Yardu, inspektorze?
- zagadnął po krótkiej pauzie.
- Tak - odparł William. Zwykle przesłuchiwali go prawnicy, nie
nastolatki, ale rozmowa była całkiem przyjemna. - Skoro jesteś takim
bystrzakiem, to dlaczego nie wybrałeś kariery prawnika, a może i polityka?
- Mamy w Ameryce zbyt wielu prawników - stwierdził James, wzruszając
ramionami. - Większość z nich kończy, namawiając ludzi do absurdalnych
pozwów.
- A polityka?
- Mam niski próg tolerancji dla durniów, a poza tym nie chciałbym
spędzić życia uzależniony od kaprysów wyborców, montując własne poglądy
na podstawie wyników badań opinii publicznej.
- A zostając dyrektorem FBI...
- Byłbym sobie panem, odpowiadałbym wyłącznie przed prezydentem i nie
zawsze zdradzałbym mu, co zamierzam.
William roześmiał się mimowolnie, słuchając młodzika, któremu
niewątpliwie nie brakowało pewności siebie.
- A pan? - spytał James, nieco rozluźniony. - Liczy pan, że zostanie
komisarzem Policji Metropolitalnej?
William nie odpowiedział.
- Widzę, że dopuszcza pan taką możliwość - dorzucił James. - Mogę
jeszcze o coś spytać?
- Nie wyobrażam sobie, co mogłoby cię powstrzymać.
- Jakie cechy, pańskim zdaniem, powinien mieć najlepszy detektyw?
- Wrodzoną ciekawość - odparł William po dłuższym namyśle. - Dzięki niej
potrafi natychmiast dostrzec element, który nie pasuje do pozostałych.
James wyjął pióro z wewnętrznej kieszeni i zaczął notować słowa Williama
na odwrocie "Alden Daily News".
- Musi też umieć zadawać właściwe pytania podejrzanym, świadkom i współpracownikom, unikać przyjmowania założeń z góry, a nade wszystko...
być cierpliwy. To dlatego kobiety są zwykle lepszymi policjantami niż
mężczyźni. I wreszcie detektyw musi umieć posługiwać się wszystkimi
zmysłami: wzrokiem, słuchem, dotykiem, węchem i smakiem.
- Chyba nie do końca rozumiem - wtrącił James.
- Kiedyś to musiało nastąpić - mruknął William i zaraz pożałował tych
słów, ale młodzieniec tylko się roześmiał; również po raz pierwszy. -
Zamknij oczy - polecił detektyw i odczekawszy chwilę, dodał: - Opisz
mnie.
Młody Amerykanin nie spieszył się z odpowiedzią.
- Ma pan trzydzieści, może trzydzieści pięć lat, trochę ponad sześć stóp
wzrostu, jasne włosy i niebieskie oczy. Waży pan może ze sto
siedemdziesiąt funtów i jest w niezłej formie, ale już nie takiej jak
dawniej. W swoim czasie doznał pan poważnego urazu barku.
- Dlaczego sądzisz, że nie jestem w najlepszej formie? - spytał
dotknięty William.
- Moim zdaniem ma pan sześć, siedem funtów nadwagi, a to pierwszy dzień
podróży, więc nie możemy winić za to niekończących się posiłków
serwowanych na statkach pasażerskich.
William zmarszczył brwi.
- A ten uraz?
- Ma pan rozpięte dwa guziki koszuli, więc gdy schylił się pan, podając
mi rękę, dostrzegłem na lewym barku wyblakłą już bliznę.
William pomyślał - jak czynił to nader często - o swym mentorze,
konstablu Fredzie Yatesie, który oddał życie, by go ocalić. Praca
policjanta nie zawsze bywa taka romantyczna, jak się wydaje niektórym
pisarzom.
- A jaką książkę czytam? - zapytał prędko.
- Wodnikowe Wzgórze Richarda Adamsa. I uprzedzę kolejne pytanie: jest
pan na stronie sto czterdziestej trzeciej.
- A co ci mówi moje ubranie?
- Przyznaję, że na razie jest dla mnie zagadką. Musiałbym zadać jeszcze
parę subtelnych pytań, żeby odpowiedzieć... oczywiście pod warunkiem że
powie pan prawdę.
- Przyjmijmy, że jestem przestępcą, który nie zechce odpowiedzieć na
twoje pytania, póki nie zadzwoni do adwokata.
James zawahał się, po czym powiedział:
- Już to, samo w sobie, jest cenną informacją.
- Dlaczego?
- Bo oznacza, że mógł pan już mieć kłopoty z prawem, a jeśli zna pan
numer adwokata na pamięć, to na pewno pan miał.
- Zgoda. Załóżmy więc, że nie mam adwokata, ale wystarczająco
naoglądałem się telewizji, żeby wiedzieć, że nie muszę odpowiadać na
żadne pytania. Co zdołałeś wydedukować, nie zadawszy mi ani jednego?
- Nosi pan niezbyt drogie ubranie, pewnie kupione w zwykłym sklepie, a jednak podróżuje pan pierwszą klasą.
- Co z tego wynika?
- Nosi pan obrączkę... być może pańska żona jest zamożna. A może po prostu
wykonuje pan specjalne zadanie.
- Ani jedno, ani drugie - rzekł William. - Tu właśnie kończy się
obserwacja, a zaczyna praca detektywa. Ale nieźle.
Młodzieniec otworzył oczy i uśmiechnął się.
- Teraz moja kolej, sir. Proszę zamknąć oczy.
William był nieco zaskoczony, ale postanowił kontynuować zabawę.
- Proszę mnie opisać.
- Bystry, pewny siebie, ale i niedowartościowany.
- Niedowartościowany?
- Może i jesteś najlepszy w klasie, ale wciąż rozpaczliwie szukasz
uznania.
- Co mam na sobie? - spytał James.
- Białą, tradycyjną koszulę z bawełny, być może marki Brooks Brothers.
Granatowe szorty, białe bawełniane skarpety oraz sportowe pumy, choć
rzadko, o ile w ogóle, ćwiczysz.
- Skąd ta pewność?
- Gdy szedłeś w moją stronę, zauważyłem, że stawiasz stopy palcami na
zewnątrz. Gdybyś był sportowcem, stawiałbyś je w linii prostej. Jeśli mi
nie wierzysz, przyjrzyj się kiedyś śladom wytrawnego biegacza na
żużlowej bieżni.
- Znaki szczególne?
- Niewielkie znamię tuż pod lewym uchem. Próbujesz je ukrywać, nosząc
dłuższe włosy, ale będziesz musiał zmienić fryzurę, gdy wstąpisz do FBI.
- Proszę opisać obrazek za moimi plecami.
- To czarno-białe zdjęcie tego statku, Aldena, wypływającego z portu
nowojorskiego dwudziestego trzeciego maja 1977 roku. Mógł to być jego
dziewiczy rejs, bo towarzyszyła mu cała flotylla.
- Skąd nazwa Alden?
- To już nie jest próba mojej spostrzegawczości, tylko test wiedzy
ogólnej - zauważył William. - Gdybym rzeczywiście potrzebował
odpowiedzi, mógłbym ją znaleźć później. Pierwsze wrażenie często bywa
mylące. To dlatego niczego nie można zakładać z góry. Ale jeśli
musiałbym zgadywać... a jako detektyw nie powinienem... to obstawiłbym, że
to nazwisko jednego z pielgrzymów, którzy w 1620 roku wypłynęli z Plymouth do Ameryki na pokładzie Mayflowera.
- Ile mam wzrostu?
- O cal mniej niż ja, ale ostatecznie będziesz pewnie o cal wyższy.
Ważysz może sto czterdzieści funtów i całkiem niedawno zacząłeś się
golić.
- Ile osób przeszło obok nas, odkąd zamknął pan oczy?
- Matka z dwojgiem dzieci, Amerykanie, chłopiec ma na imię Bobby, a zaraz potem oficer z załogi tego statku...
- Skąd pan wie, że oficer?
- Mijający go marynarz użył słówka "sir". Poza tym był tu jeszcze
starszy dżentelmen.
- Dlaczego akurat starszy?
- Używał laski i minęła dłuższa chwila, zanim jej stukot ucichł w oddali.
- Jestem na wpół ślepy. - James westchnął.
William otworzył oczy.
- Przeciwnie - odrzekł. - Teraz moja kolej, by zadać podejrzanemu kilka
pytań.
James usiadł prosto, z wyrazem skupienia na twarzy.
- Dobry detektyw powinien zawsze polegać na faktach i nigdy nie
przyjmować niczego za pewnik. Dlatego najpierw muszę wiedzieć, czy
Fraser Buchanan, prezes Pilgrim Line, jest twoim dziadkiem.
- Tak jest. A mój ojciec, Angus, jest jego zastępcą.
- Fraser, Angus i James. Imiona sugerują szkockie pochodzenie.
James skinął głową.
- Zapewne obaj sądzą, że w swoim czasie to ty zostaniesz prezesem.
- Dałem im jasno do zrozumienia, że tak się nie stanie - odparł
stanowczo James.
- Z tego, co słyszałem i czytałem na temat twojego dziadka, wynika, że
zwykle udaje mu się postawić na swoim.
- To prawda - przytaknął James. - Czasem jednak zdarza mu się zapomnieć,
że płynie w nas ta sama krew - dorzucił z krzywym uśmieszkiem.
- Miałem podobny problem z moim ojcem - przyznał William. - Jest
adwokatem w sprawach kryminalnych, w randze radcy królewskiego, i zawsze
mu się wydawało, że podążę jego śladem. "Join the bar", mawiał, choć od
najwcześniejszych lat powtarzałem mu, że chcę posyłać przestępców do
więzienia, a nie ratować ich przed sprawiedliwością za nieprzyzwoicie
wysokie honoraria.
- George Bernard Shaw miał rację - stwierdził James. - Rzeczywiście
dzieli nas wspólny język. Dla was "bar" to palestra, dla Amerykanina
przede wszystkim wysokie stołki i drinki.
- Sprytny przestępca zawsze próbuje zmienić temat - zauważył William. -
Jednakże solidny detektyw nie pozwala sobie na zgubienie wątku. Nie
odpowiedziałeś mi jeszcze, co myśli twój dziadek o tym, że nie
zamierzasz zostać prezesem.
- Przypuszczam, że jest jeszcze gorszy od pańskiego ojca - odparł James.
- Już grozi, że mnie wykreśli z testamentu, jeśli zaraz po Harvardzie
nie dołączę do firmy. Prawda jest jednak taka, że tego nie zrobi, póki
żyje moja babcia.
William zachichotał.
- Czy uznałby mnie pan za natręta, sir, gdybym poprosił, żeby wolno mi
było spędzać z panem może godzinę dziennie, do końca tej podróży? - Tym
razem w głosie Jamesa nie było ani śladu pewności siebie.
- Przystanę na to z przyjemnością. Najlepiej, żebyśmy się spotykali
rano, mniej więcej o tej porze, gdy moja żona chodzi na jogę. Z jednym
zastrzeżeniem: jeśli będzie ci dane ją poznać, nie wspomnisz ani słowem,
o czym rozmawialiśmy.
- A o czym rozmawialiście? - spytała Beth, przystając tuż obok.
James zerwał się na równe nogi.
- O cenie złota, pani Warwick - wypalił z powagą.
- W takim razie prędko musiałeś się przekonać, że na ten temat mój mąż
wie wyjątkowo mało - odparła gładko Beth, uśmiechając się ciepło do
młodzieńca.
- Właśnie miałem ci powiedzieć, James - wtrącił William - że moja żona
jest ode mnie o niebo bystrzejsza. To dlatego jest kustoszem działu
obrazów w Fitzmolean Museum, a ja ledwie detektywem starszym
inspektorem.
- Najmłodszym w dziejach Policji Metropolitalnej - dorzuciła Beth.
- Ale jeśli kiedykolwiek wypowiesz przy mojej żonie słówko
"metropolitalne", będzie przekonana, że masz na myśli jedno z najwspanialszych muzeów na świecie, a nie siły londyńskiej policji.
- Bardzo się cieszę, że udało się państwu odzyskać Vermeera - powiedział
James, zwracając się do pani Warwick.
Tym razem to Beth była zaskoczona.
- Ach, tak - odpowiedziała po chwili. - Całe szczęście, że drugi raz nie
zostanie skradziony, bo złodziej nie żyje.
- Miles Faulkner - podchwycił James. - Zmarł w Szwajcarii na zawał
serca.
William i Beth wymienili spojrzenia bez słowa.
- Był pan nawet na jego pogrzebie, inspektorze, przypuszczalnie, żeby
się upewnić, czy on naprawdę nie żyje.
- Skąd, u licha, o tym wiesz? - zdumiał się William.
- "The Spectator" i "New Statesman" to moja cotygodniowa lektura, więc
jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Na tej
podstawie wyrabiam sobie własne zdanie.
- Naturalnie - mruknął William.
- Nie mogę się doczekać jutrzejszego spotkania, sir - rzekł James. -
Zamierzam spytać, czy pańskim zdaniem to możliwe, że Miles Faulkner
jednak żyje.
2
Następnego ranka, tuż po ósmej, Miles Faulkner wszedł do sali
restauracyjnej hotelu Savoy i ujrzał swego adwokata siedzącego tam gdzie
zawsze. Nikt nawet nań nie spojrzał, gdy lawirował między stolikami.
- Dzień dobry - powiedział Booth Watson, spoglądając w górę na swego
klienta, którego nie lubił i któremu nie ufał. A jednak to Faulkner
zafundował mu życie na takim poziomie, o jakim większość jego kolegów z palestry mogła jedynie pomarzyć.
- Dzień dobry, BW - odparł Miles, siadając naprzeciwko.
Niemal natychmiast pojawił się kelner z notesem i długopisem w dłoni.
- Czym mogę panom służyć? - spytał.
- Angielskie śniadanie proszę - odparł Miles, nie zaglądając do menu.
- A dla pana to, co zwykle?
- Tak - potwierdził Booth Watson, baczniej przyglądając się swemu
klientowi. Musiał przyznać, że szwajcarski chirurg wykonał
pierwszorzędną robotę. Nikt nie rozpoznałby człowieka, który nie tak
dawno uciekł z więzienia, wziął udział we własnym pogrzebie, a ostatnio
zmartwychwstał. Mężczyzna, który przed nim siedział, w niczym nie
przypominał utalentowanego przedsiębiorcy, do niedawna właściciela
jednej z najwspanialszych prywatnych kolekcji sztuki. Obecnie był to
emerytowany kapitan marynarki wojennej, weteran wojny falklandzkiej,
znany jako Ralph Neville. Gdyby William Warwick dowiedział się, że jego
nemezis nadal żyje, za wszelką cenę starałby się umieścić go za
kratkami. Byłaby to jego osobista krucjata: dopaść człowieka, który
wymknął się z jego szponów, człowieka, który ośmieszył Policję
Metropolitalną, człowieka, który...
- Dlaczego nalegałeś na tak pilne spotkanie? - spytał Miles, gdy tylko
kelner się oddalił.
- Wczoraj zadzwoniła do mnie dziennikarka śledcza z "Sunday Timesa".
Pytała, czy wiem coś o obrazie Rafaela sprzedanym ostatnio w Christie's.
Fałszywym, jak się okazało.
- I co jej powiedziałeś? - spytał zaniepokojony Miles.
- Zapewniłem, że oryginał należy do prywatnej kolekcji świętej pamięci
Milesa Faulknera i bezpiecznie wisi w willi wdowy, w Monte Carlo.
- Niekoniecznie - mruknął złowieszczo Miles. - Gdy tylko Christina się
dowiedziała, że jednak nie jest wdową, nie miałem wyboru: musiałem
przenieść kolekcję w bezpieczniejsze miejsce, żeby nie wpadła w jej
ręce.
- Czyli dokąd? - zapytał Booth Watson, zastanawiając się, jakie są
szanse na to, że usłyszy prawdziwą odpowiedź.
- Znalazłem zakątek, w którym miejscowi nie będą zbyt wścibscy, a napaskudzić na mnie mogą co najwyżej mewy - odparł wymijająco Miles.
- Cieszy mnie to, bo przyszło mi na myśl, że mądrze byłoby opuścić
Anglię na kilka tygodni, zanim pojawisz się jako kapitan Neville, a wakacje starszego inspektora Warwicka w Nowym Jorku to najlepszy moment.
- Wakacje, które zorganizowała im Christina, żeby się upewnić, że nie
będą nam bruździli, gdy po raz drugi będziemy brali ślub.
- A czy Beth Warwick nie miała być druhną Christiny?
- Owszem, zanim Christina odkryła, dlaczego nie mogę sobie pozwolić,
żeby widziano mnie na pokładzie Aldena.
- Musisz przyznać, że twoja była czasem się przydaje - stwierdził Booth
Watson. - Na przykład wtedy, gdy możemy wykorzystać jej bliskie stosunki
z panią Warwick.
- Szczerze mówiąc, BW, byłoby znacznie lepiej, gdyby Christina nigdy się
nie dowiedziała, że nadal żyję. Proszę więc, wyjaśnij mi, po cholerę mam
się żenić po raz drugi z tą samą kobietą?
- To małżeństwo ostatecznie rozwiąże wszystkie twoje problemy - odparł
Booth Watson. - Nie zapominaj, że Christina jest jedyną osobą, która
może mieć na oku inspektora Warwicka, nie wzbudzając w nim najmniejszych
podejrzeń.
- A jeśli nas zdradzi? - spytał Faulkner.
- To bardzo mało prawdopodobne, dopóki mocno trzymasz sznurek sakiewki.
Faulkner nie wyglądał na przekonanego.
- Wszystko może się zmienić, jeśli odkryją, kim jest kapitan Ralph
Neville, i skończę w więzieniu.
- Wtedy miałaby do czynienia ze mną i szybko by się przekonała, po
czyjej jestem stronie.
- A i ty nie masz wyboru - zauważył Miles - bo musiałbyś się gęsto
tłumaczyć przed Radą Adwokacką, dlaczego przez parę lat reprezentowałeś
zbiegłego przestępcę, świetnie wiedząc, kim naprawdę jest.
- Tym bardziej trzeba nam dopilnować, by Christina podpisała umowę:
niech wie, że jeśli się złamie, straci tyle samo, co my.
- Dopilnuj przede wszystkim tego, żeby podpisała ją przed ślubem z kapitanem Neville'em, a już na pewno przed powrotem Warwicków do
Blighty1.
- Blighty? - powtórzył BW.
- Tak gada kapitan Neville, stary druhu - wyjaśnił Miles, wyraźnie
zadowolony z siebie. - To kiedy spotykasz się z Christiną?
- Jutro rano w kancelarii. Poczytamy sobie umowę punkt po punkcie,
skupiając się zwłaszcza na tym, co się może stać, jeśli Christina jej
nie podpisze.
- Świetnie. Bo gdyby przyszło jej do głowy przejąć moją kolekcję dzieł
sztuki w najprostszy sposób, czyli zdradzając przyjaciółce Beth, że
Miles Faulkner żyje i ma się znakomicie...
- To wkrótce jadałbyś śniadania w Pentonville, a nie w Savoyu.
- Gdyby miało do tego dojść, nie wahałbym się jej zabić - oznajmił
Miles.
- To akurat już jej uświadomiłem - rzekł Booth Watson, spoglądając na
kelnera, który właśnie wracał z tacą. - Choć muszę przyznać, że
ostateczny tekst umowy nie wyłuszcza tego aż tak dosłownie.
- Angielskie śniadanie dla pani?
- Wykluczone, Franco - odpowiedziała Beth, zerkając na identyfikator na
piersi kelnera. - Zjemy płatki kukurydziane z melonem i grzanki z ciemnego pieczywa.
- Mogę zaproponować melona w trzech odmianach, proszę pani: kantalupa,
biały czy arbuz?
- Stawiam na wodę. Dziękujemy - wtrącił William.
- Słuszny wybór - pochwaliła Beth. - Czytałam gdzieś, że podczas
morskiej podróży tyje się średnio funt dziennie.
- W takim razie dziękujmy Opatrzności, że płyniemy do Nowego Jorku, a nie do Sydney.
- Takim pływającym pałacem chętnie wybrałabym się i do Sydney -
przyznała Beth, rozglądając się po sali. - Codziennie świeże obrusy i serwetki, a gdy wracam do kabiny, widzę nową, nieskazitelnie czystą
pościel, a nawet równiutko poskładane ubrania... I uwielbiam to, że pranie
dociera do nas wieczorem w tych ślicznych plecionych koszykach.
Wyobrażam sobie niewolniczy trud dziesiątek ludzi, dzięki którym to
wszystko działa tak gładko.
- Mamy pod pokładem ośmiuset trzydziestu Filipińczyków - odparł kelner,
chichocąc - którzy obsługują tysiąc dwustu pasażerów. Na szczęście mamy
też maszynownię, więc obywamy się bez rzeszy niewolników przy wiosłach.
- A czy tam, u szczytu stołu pośrodku sali, zasiada naczelny poganiacz
niewolników? - spytała Beth.
- Tak jest, to kapitan Buchanan - potwierdził Franco. - Gdy nie jest
zajęty chłostaniem niewolników, pełni funkcję prezesa Pilgrim Line.
- Kapitan Buchanan? - powtórzył William.
- Tak jest. Podczas drugiej wojny światowej nasz prezes był oficerem
marynarki wojennej. Być może zainteresuje państwa i to, że przyjaźnił
się ze świętej pamięci Milesem Faulknerem i jego żoną Christiną. Tak się
składa, że to ona zawiadomiła nas, iż zajmą państwo ich kabinę, i poprosiła o szczególną opiekę dla państwa.
- Czyżby? - mruknął William.
- A czy przy drugim końcu stołu siedzi żona prezesa? - spytała Beth.
- Tak, proszę pani - odparł Franco. - Państwo Buchanan niemal zawsze
przychodzą na śniadanie pierwsi - skomentował, po czym odszedł w stronę
kuchni.
- Prezentuje się równie groźnie jak Miles Faulkner - zauważyła Beth,
przyglądając się bacznie prezesowi. - Najwyraźniej jednak wykorzystał
swój talent w znacznie bardziej zbożnym celu niż okradanie bliźnich.
- Fraser Buchanan urodził się w Glasgow w 1921 roku - zaczął William. -
Jako czternastolatek rzucił szkołę i zaciągnął się do marynarki
handlowej. Gdy wybuchła wojna, wstąpił do Royal Navy... nie był wtedy
nawet podoficerem, a kończył służbę już jako porucznik na HMS
Nelsonie. I choć w 1945 roku dostał jeszcze awans na kapitana,
zrezygnował kilka dni po ogłoszeniu zakończenia działań wojennych.
Wrócił wtedy do Szkocji i kupił niewielką firmę promową, wożącą
pasażerów i samochody na Ionę. Dziś ma flotę dwudziestu sześciu statków,
a Pilgrim Line ustępuje wielkością i renomą jedynie Cunardowi.
- A wszystkie te wiadomości wyciągnąłeś od młodego Jamesa, gdy byłam na
jodze? - zasugerowała Beth.
- Nie. Całą historię firmy wyczytałem w "Ship's Log" znalezionym przy
łóżku - odparł William, gdy Franco stawiał przed nimi miseczki z płatkami kukurydzianymi i plasterkami arbuza.
- A kto właśnie się przysiadł do pani Buchanan? - zapytał szeptem po
chwili.
- Franco, wybacz mojemu mężowi - odezwała się Beth. - Jest detektywem z zawodu i całe życie jest dla niego niekończącym się śledztwem.
- To Hamish Buchanan - odparł kelner - najstarszy syn prezesa i do
niedawna jego zastępca.
- Do niedawna? - podchwycił William. - Przecież nawet nie ma
czterdziestki.
- Zachowuj się - upomniała go Beth.
- Jeśli wierzyć gazetom - odezwał się poufnym tonem Franco - podczas
ostatniego dorocznego zgromadzenia udziałowców zastąpił go brat, Angus...
O, właśnie wchodzi ze swą żoną Alice i synem...
- Jamesem - dopowiedział William.
- Ach! - uśmiechnął się Franco. - Już pan poznał ich cudowne dziecko.
- A dama, która właśnie usiadła po lewej stronie pana Buchanana?
Zauważyłem, że nawet się nie przywitała z prezesem.
- To żona pana Hamisha, Sara.
- Dlaczego wybrała się w podróż z nimi, skoro właśnie wyrzucili jej
męża? - spytała Beth.
- Oficjalny komunikat mówi jedynie, że "zastąpił go brat, Angus" -
przypomniał Franco, napełniając filiżankę Beth parującą czarną kawą. -
Pan Hamish nadal jest dyrektorem firmy, więc oczekuje się, że weźmie
udział w zebraniu zarządu, które odbywa się zawsze w ostatnim dniu
rejsu.
- Jesteś znakomicie poinformowany, Franco - pochwalił go William.
Kelner bez słowa oddalił się w stronę sąsiedniego stolika.
- Zapowiada się ekscytująca wyprawa - stwierdziła Beth i z trudem
stłumiła ziewnięcie, spoglądając wciąż na prezesa i jego rodzinę. -
Ciekawe, kim jest ta kobieta, która właśnie do nich dołączyła.
- Jesteś nie gorsza ode mnie - zauważył William, obserwując, jak James i Hamish na stojąco czekają, aż starsza dama zajmie miejsce przy stole. -
Wydaje się, że jest w podobnym wieku jak prezes i oboje mają rude włosy,
więc nie zdziwiłbym się, gdyby była jego siostrą. - Przyglądając się
siedzącym, William doszedł do wniosku, że przydzielono im miejsca według
przemyślanego planu: prezes najwyraźniej chciał mieć pewność, że
kontroluje sytuację.
- Będziesz mógł o to spytać Jamesa, gdy pójdę na jogę. A teraz
zapomnijmy na chwilę o rodzinie Buchananów. Chcę ci powiedzieć, co
zaplanowałam na nasz tygodniowy pobyt w Nowym Jorku.
- Domyślam się, że Met znalazło się na szczycie twojej listy - odparł
William. - I nie wątpię, że na takie muzeum potrzeba więcej niż jednej
wizyty.
- Trzech - sprecyzowała Beth. - Wszystko sprzed 1850 roku obejrzymy w sobotę, sztukę tubylczą w poniedziałek, a środę zarezerwowałam na
kolekcję impresjonistów. Według Toma Knoxa tylko Musée d'Orsay ma
lepszą.
- Fiu... Czy to znaczy, że we wtorek i czwartek mamy przerwę techniczną? -
spytał William, siorbiąc gorącą kawę.
- Ależ skąd. We wtorek czeka na nas Frick, gdzie...
- ...zobaczymy wybitny portret Thomasa Cromwella pędzla Holbeina oraz
Świętego Franciszka na pustyni Belliniego.
- Czasem zapominam, że jesteś na wpół wyedukowanym Jaskiniowcem.
- Przez żonę, odkąd opuściłem uniwersytet - uzupełnił William. - A co w czwartek?
- MoMA. Wyjątkowa okazja, żeby zobaczyć najlepszych kubistów, Picassa i Braque'a. Przekonamy się, czy odróżnisz ich dzieła.
- A nie będą podpisane u dołu? - spytał drwiąco William.
- Dla turystów, którzy wieczorami nie będą nam towarzyszyć.
- A kto będzie?
- Mamy bilety do Lincoln Center. Filharmonia Nowojorska gra Brahmsa.
- Założę się, że Drugi koncert fortepianowy B-dur - powiedział
William. - Jeden z twoich ulubionych.
- Ja też pamiętam, co lubisz najbardziej - odrzekła Beth. - Dlatego w piątek wieczorem, dzień przed wylotem, idziemy do Carnegie Hall na
koncert Elli Fitzgerald.
- Jak ci się to udało? Bilety były pewnie wyprzedane od miesięcy!
- To zasługa Christiny. Zdaje się, że zna kogoś w zarządzie. Zaczynam
czuć się winna wobec niej - dodała Beth po krótkiej pauzie.
- Dlaczego? Jedynym powodem, dla którego nie wybrała się do Nowego
Jorku, jest to, że wychodzi za Ralpha. Była zachwycona, że w ostatniej
chwili udało jej się znaleźć chętnego na ten rejs.
- Właśnie o ten ślub mi chodzi. Nie zapominaj, że prosiła, żebym została
jej druhną. My jednak skorzystaliśmy z okazji, może nadużywając hojności
Christiny, i dlatego nie będę mogła jej towarzyszyć.
- Nie uważasz, że to ciekawy zbieg okoliczności?
- Wcale. Piętnasty sierpnia to jedyna sobota przed końcem września, w którą mogli wziąć ślub w jej parafii w Limpton-in-the-Marsh; dlatego
została z biletami w kieszeni... Nie powinniśmy zaglądać darowanemu
koniowi w zęby.
William uznał, że to nie najlepszy moment, by zdradzić Beth, że
wystarczyła mu jedna rozmowa telefoniczna, żeby ustalić fakty: kościół
parafialny Christiny był też wolny dwa tygodnie wcześniej, co oznaczało,
że mogła spokojnie udać się transatlantykiem w podróż poślubną z kapitanem Ralphem Neville'em. Gdyby zaś wcześniej oznajmił żonie, że nie
wyruszy z nią w ten rejs, bo chce przyjrzeć się bliżej poczynaniom
Christiny i jej nowego małżonka, Beth pewnie sama popłynęłaby w siną
dal.
- Zauważyłeś, że Sara Buchanan nie odezwała się do prezesa ani jednym
słowem, odkąd tam usiadła? - spytała Beth, spoglądając znowu na
kapitański stół.
- Pewnie dlatego, że zwolnił jej męża z posady wiceprezesa - zasugerował
William, smarując masłem drugą grzankę.
- Spostrzegłeś jeszcze coś ciekawego, gdy udawałeś, że mnie słuchasz?
- Hamish Buchanan jest bardzo zajęty rozmową z matką, James zaś udaje
niezainteresowanego, a jednocześnie chłonie każde słowo.
- I niewątpliwie powtórzy ci wszystko, co usłyszy, skoro zwerbowałeś go
sobie jako tajnego agenta na czas tej podróży.
- James sam się zwerbował, a jako wnuk prezesa rzeczywiście może być
niewyczerpanym źródłem niejawnych informacji.
- Dla mężczyzny to informacje - skomentowała Beth - a dla kobiety po
prostu plotki.
- James uprzedził mnie, że nie będzie zdziwiony, jeśli podczas tego
rejsu dojdzie do jawnej awantury - dorzucił William, puszczając mimo
uszu uwagę Beth.
- Chciałabym być solniczką na tamtym stole - przyznała.
- Zachowuj się albo przyjrzę się bliżej temu młodzianowi, który prowadzi
twoje zajęcia jogi.
- Ma na imię Stefan i podoba się wszystkim innym kobietom w średnim
wieku z naszej grupy. Chyba nie mam wielkich szans - westchnęła Beth.
- Nie jesteś w średnim wieku - zaoponował William, chwytając jej dłoń.
- Dziękuję, Jaskiniowcu, ale jeśli nie zauważyłeś, już dwa razy
obchodziłam urodziny z trzydziestką w numerze, a dzieci wkrótce idą do
przedszkola.
- Ciekawe, jak sobie z nimi radzą nasi rodzice.
- Twój ojciec pewnie uczy Artemisię rozrabiać...
- ...podczas gdy twoja matka uczy Petera rysować.
- Szczęśliwi smarkacze - orzekli jednocześnie.
- Wróćmy do rzeczywistości - zarządziła Beth, sięgając po program dnia.
- Za chwilę będzie wykład, na który chciałabym pójść.
William uniósł brew pytająco.
- Lady Catherine Whittaker opowie o operach Pucciniego.
- Chyba sobie odpuszczę. Ale jeśli to żona sędziego Whittakera -
dorzucił William, rozglądając się po sali - to ciekawie byłoby
porozmawiać z jej małżonkiem.
- Poza tym teatr zaprasza co wieczór na inny spektakl - kontynuowała
Beth. - Dziś w programie magik Lazaro. Podobno zadziwi nas, sprawiając,
że przedmioty, a nawet pasażerowie będą znikać na naszych oczach. Możemy
pójść na występ o siódmej albo o dziewiątej.
- Z którą turą chcieliby państwo przyjść na kolację? - wtrącił Franco,
który właśnie wrócił do ich stolika z dolewką kawy.
- A o której zwykle pojawia się prezes z rodziną? - odpowiedział mu
pytaniem William.
- Około dwudziestej trzydzieści, sir. Przed kolacją wpadają zwykle na
koktajl.
- W takim razie przyjdziemy z drugą turą.
- Co ty kombinujesz? - spytała Beth, bacznie przyglądając się mężowi.
- Mam przeczucie, że jeśli zjemy kolację z drugą turą, zobaczymy
bardziej zdumiewające sztuczki... a może więcej znikających ludzi... niż
widzowie Lazara w teatrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Blighty to zapomniane już słowo oznaczające Wielką Brytanię, popularne zwłaszcza wśród weteranów I wojny światowej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]