Rozdział 4
Meg pomagała Helen nakrywać stoły do kolacji w wielkiej sali. Posprzątały pomieszczenie i rozmieściły w nim kwiaty, by wypełnić powietrze przyjemnym zapachem.
Sala była dość duża i mieściła kilka drewnianych stołów z długimi ławami. Grube kamienne mury były oświetlone pochodniami, a na ścianie przyległej do wejścia wisiał gobelin przedstawiający godło McAlisterów wraz z ich zawołaniem: Fortiter.
Kiedy Meg, zatopiona w myślach, wychodziła z pomieszczenia, by wrócić do kuchni po następne rzeczy, zatrzymały ją głosy dobiegające od głównego wejścia. Spojrzała na Helen. Kucharka była zajęta przy jednym ze stołów - skupiona na swojej pracy, nie zwracała uwagi na pomocnicę.
Meg wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała stanąć twarzą w twarz z członkami klanu, lecz w tym momencie nie miała na to ochoty. Wyszła więc bocznym korytarzykiem prowadzącym prosto do kuchni. Ciekawość wzięła jednak górę. Meg sprawdziła, czy ma teraz dobry widok na salę, sama nie będąc widziana. Słabe światło i kąt, pod którym się ustawiła, zapewniały jej niejaką dyskrecję, postanowiła więc postać tam przez kilka sekund i zerknąć na twarze oraz posłuchać zbliżających się głosów.
Wstrzymała oddech, kiedy do sali weszło pięciu mężczyzn i zobaczyła ich wyraźnie. Choć wszyscy byli słusznego wzrostu i postawni, żołądek jej się skurczył i serce wywinęło koziołka, kiedy odwrócił się najwyższy z nich. A gdy Helen przywitała go po imieniu, Meg musiała się oprzeć ręką o ścianę, bo nogi się pod nią ugięły.
W uszach zabrzmiały jej wszystkie określenia, którymi go nazywano. Znała je przecież na pamięć.
Diabeł. Anioł śmierci. Gniew pomsty. Furia z gór. Demon Szkocji. Być może wszystkie pasowały do mężczyzny, którego widziała zaledwie kilka metrów od siebie, lecz bez wątpienia mówiły za mało. Żadne z nich nie opisywało tego człowieka właściwie. Czemu nie demon grzechu?
Rysy twarzy miał prawie idealne, spojrzenie przenikliwe, a postawę imponującą. Jedynie kilkudniowy ciemny zarost przyprószający jego szczękę nadawał mu nieco ziemski charakter.
Bardzo wysoki, barczysty, wyglądał jak zbudowany z samych mięśni. Całe jego ciało emanowało siłą, atrakcyjnością i swego rodzaju zagrożeniem. Choć dzieliła ich spora odległość, Meg wyczuwała to intensywnie i miała przy tym wrażenie własnej bezbronności.
Jego oczy, zielone jak u kota, dokonały inspekcji pomieszczenia i ledwie zauważalnie błysnęły. Intensywne, nieugięte spojrzenie sprawiło, że Meg o mało się nie osunęła, gdy na niej spoczęło. Teraz, kiedy patrzył na nią bezpośrednio, zastygła jak skamieniała, jakby ani jeden mięsień w jej ciele nie umiał zareagować. Czy ją zobaczył? Na samą myśl o tym przełknęła ślinę. Nie była żadnym tchórzem, lecz jej zmysłami owładnęły dziwne zawroty głowy, jakich nigdy dotąd nie doświadczyła.
Dostrzegła, że on patrzy jeszcze intensywniej, a jego oczy przybrały ciemniejszy odcień. Ten niuans najwyraźniej wyrwał ją z letargu i sama nie wiedząc jak, zdołała się odwrócić i ruszyć w stronę kuchni. Chciała się tylko oddalić, żeby uporządkować myśli. Co się z nią, u diabła, dzieje?
Wciąż nie wiedziała, dlaczego tak zareagowała na jego obecność. "Przecież to tylko mężczyzna!", powtarzała sobie raz po raz, przyśpieszając kroku. Nieraz już miała do czynienia z ważnymi mężczyznami, władczymi i przedsiębiorczymi. To były najłagodniejsze słowa, którymi określano jej własnego ojca, a ona zawsze stawiała mu czoło, gdy spotykała się z czymś niesprawiedliwym lub nieodpowiednim. Nie bez powodu była jego utrapieniem, co wiele razy jej wypominał. A jej brat nie pozostawał daleko w tyle.
Nie przeszła nawet dwóch metrów, gdy ktoś ją złapał za ramię i zatrzymał.
Zetknięcie z silną ręką sprawiło, że wyrwał się jej cichy okrzyk, zanim się odwróciła i ujrzała tego samego człowieka, który kilka sekund wcześniej zupełnie zbił ją z tropu.
- Jesteś tą dziewczyną od McDuffów, o której wcześniej mówiła mi Helen, tak?
Evan patrzył na stojącą przed nim kobietę. Kiedy przed chwilą dostrzegł ją w półmroku, pomyślał, że to złudzenie. Stała tam i po kilku sekundach zniknęła. Była szybka, to nie ulegało wątpliwości. Musiał bardzo przyśpieszyć kroku, by ją złapać, zanim całkiem czmychnie.
Kiedy kilka dni temu Helen zapytała go, czy pozwoli, aby córka z małżeństwa Edny McAlister i członka klanu McDuffów zamieszkała i podjęła pracę w zamku, odmówił. Jednak wiedząc, że dziewczyna jest sierotą i że klan McDuffów nie patrzy na nią łaskawym okiem, ponieważ jej ojciec porzucił swoich ziomków i przeniósł się na niziny, Evan zmienił decyzję. Ponadto Helen przedstawiła to jako osobistą prośbę. Najwyraźniej była winna przysługę bratu ojca panny, a McAlisterowie zawsze spłacają długi. Do tego dziewczyna jest w połowie McAlisterem, należy więc do ich klanu. W pewnym sensie czuł się zobowiązany przyjąć ją pod swój dach, dlatego w końcu się zgodził.
Potem nie myślał już więcej o prośbie kucharki, ale gdy dziś zobaczył tę zupełnie nieznaną twarz o tak pełnych wyrazu oczach, dużych i pięknych, jakich nigdy dotąd nie widział, Evan mimo początkowego zaskoczenia doszedł do oczywistego wniosku, że ma przed sobą zapowiadaną osobę.
- Tak, to ja - odpowiedziała Meg cokolwiek piskliwie, patrząc na niego tak, jakby próbowała odgadnąć, czy jest tym, o kim myśli.
Evan puścił ją i przyglądał się jej z zainteresowaniem.
- Jak ci na imię?
Meg, zanim odpowiedziała, przełknęła ślinę.
- Meg - odrzekła już bez wahania.
- A dlaczego tak uciekłaś z sali?
Gdy tylko zadał to pytanie, ujrzał, że w dziewczynie coś się zmieniło. Nagle się wyprostowała, zadarła podbródek i spojrzała z determinacją, a w jej oczach pojawiły się złociste odcienie. Evana rozbawiła ta jej reakcja. Jakby uraził jej dumę.
- Wcale nie uciekłam - oświadczyła stanowczo, patrząc mu prosto w oczy.
Evan uniósł brew. Ta kobieta nie umiała kłamać, ale miała odwagę. Znał mężczyzn, którzy nie byli w stanie nawet spojrzeć mu w oczy, a ta kobieta nie tylko patrzyła mu prosto w źrenice, ale też robiła to z wyraźnym grymasem niesmaku na ustach, co sprawiło, że Evan bardziej, niż należało, zwrócił uwagę na jej pełne wargi.
Meg czuła napięcie w całym ciele. Jeśli Evan McAlister wydawał się imponujący z odległości kilku metrów, teraz, kiedy dzieliły ją od niego centymetry, zupełnie przy nim oniemiała. Z bliska dobrze widziała blizny na jego twarzy: jedną nad lewą brwią i drugą na prawym policzku, trzycentymetrową, prawie przylegającą do ucha. Tak naprawdę te niedoskonałości, zamiast odbierać mu urok, dziwnym sposobem jeszcze go potęgowały. Spojrzenie McAlistera jakby pociemniało, kiedy badawczo patrzył jej w oczy. Meg miała wrażenie, że ten człowiek może ją przejrzeć na wylot, jak gdyby czytał w jej myślach, i przez to poczuła się naga. Gdy tylko pomyślała to słowo, zauważyła, że przez jej ciało przelewa się gorąco i wstępuje jej na policzki. Ki czort sprawił, że musiało jej przyjść na myśl akurat coś, co się wiąże z wyrazem "naga"? Usiłowała pozbyć się niewygodnych myśli z głowy, lecz patrząc na niego, na tego olbrzyma, którego miała przed sobą, nie umiała usunąć obrazu, który stanął jej przed oczami. Przed jej bezwstydnymi oczami. Do diaska! Ale jak to możliwe...? Ona nie jest taka. Na Boga, jeśli go sobie wyobraża tak, jak go Pan Bóg stworzył...! To musi być przecież grzech!
Evan, jakby odgadując, co się dzieje w jej wnętrzu, przysunął się jeszcze bliżej. Wbił w nią wzrok.
Meg wstrzymała oddech, kiedy się zbliżył, a zbliżył się tak bardzo, że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. Czuła jego twardy jak skała głos i jego oddech na swojej szyi, kiedy ostrzegł cicho:
- Jeśli chcesz tu zostać i należeć do naszego klanu, nigdy więcej, przenigdy mnie nie okłamuj.
Meg zamieniła się w słup soli, sparaliżowana nie tym, co właśnie powiedział, ponieważ było bardziej niż oczywiste, że jej się to nie uda. Kiedy będzie tu przebywała, musi kłamać, kłamać i... no tak, jeszcze raz kłamać. Ale nie to było przyczyną zamętu w jej myślach, tylko wrażenia, jakie wywołał jego oddech na jej szyi. Przez całe jej ciało przebiegł dreszcz, pozostawiając po sobie usilne pragnienie czegoś, czego nie rozumiała ani nie pojmowała.
Teraz ledwie mogła na niego popatrzeć, milcząca i oszołomiona tym, czego właśnie doświadczyła, tymczasem naczelnik klanu McAlister odwrócił się i zniknął z jej pola widzenia, zostawiając ją, by mogła wypełniać swoje obowiązki.
To będzie znacznie trudniejsze, niż sobie wyobrażała. Myślała, że jest przygotowana na wszystko, na konfrontację z samym diabłem, z człowiekiem bezlitosnym, groteskowym i brutalnym. Nic jej jednak nie przygotowało na to, co się właśnie zdarzyło. Już czuła, że zdradza własny klan, bo choć nie chciała się do tego przyznać, przez kilka sekund pociągał ją najgorszy wróg McGregorów.