Po kruchym lodzie - Josephine Lys

Kup ebooka

36.90 zł
27.68 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Dawno temu w gó­rach Szko­cji

Róż­nie go na­zy­wali: dia­błem, anio­łem śmierci, gnie­wem po­msty, fu­rią z gór, de­mo­nem Szko­cji. Wszyst­kie te wy­mowne okre­śle­nia brzmiały nie­po­chleb­nie w uszach mło­dej na­rze­czo­nej. Meg McGre­gor po­wta­rzała je so­bie raz po raz, by uspra­wie­dli­wić swój śmiały plan. Plan, który ją przy­wiódł aż do bram tego zamku, tej mon­stru­al­nej sza­rej twier­dzy - sie­dziby klanu McA­li­ste­rów.

Nie­na­wiść mię­dzy kla­nami McA­li­ste­rów i McGre­go­rów roz­go­rzała kil­ka­set lat temu, gdy pe­wien McGre­gor zo­stał oskar­żony o za­mor­do­wa­nie swo­jej mał­żonki, wy­wo­dzą­cej się z McA­li­ste­rów. Od tam­tej pory dwa klany raz po raz to­czyły z sobą iście epic­kie wojny. Lu­dzie pod­czas spo­tkań opo­wia­dali hi­sto­rie pełne krwa­wych bi­tew i strasz­li­wych znie­wag, a nowe po­ko­le­nia wzra­stały, słu­cha­jąc opo­wie­ści, które z upły­wem czasu wy­ol­brzy­miano, aż za­mie­niły się w praw­dziwe le­gendy.

Król Wil­helm I Lew, ma­jąc ser­decz­nie dość za­cie­kłej nie­na­wi­ści dzie­lą­cej dwa klany, mo­nar­szym de­kre­tem na­ka­zał na­czel­ni­kowi klanu McA­li­ste­rów, Eva­nowi McA­li­ste­rowi, zna­nemu pod przy­dom­kiem De­mon, by przed upły­wem roku oże­nił się z któ­rąś z có­rek Dune'a McGre­gora, na­czel­nika klanu McGre­go­rów, i dzięki temu mał­żeń­stwu raz na za­wsze po­ło­żył kres od­wiecz­nej wro­go­ści, od lat wy­krwa­wia­ją­cej oba klany. Do daty wy­zna­czo­nej przez króla po­zo­stało już tylko pięć mie­sięcy.

Meg znów po­my­ślała o stra­pie­niu i zło­ści, które po­czuła, kiedy jej oj­ciec, Dune McGre­gor, prze­ka­zał jej tę wia­do­mość. Do­brze znała swo­jego ojca i wie­działa, że ubo­dło go to do ży­wego. Stał na czele po­tęż­nego, dum­nego klanu McGre­go­rów, a jego wro­go­wie słusz­nie się go bali. Był pa­nem spra­wie­dli­wym i po­ryw­czym, a za­ra­zem cu­dow­nym oj­cem. Trudno mu się było po­go­dzić z tym, że musi jedną ze swo­ich dwóch có­rek za­rę­czyć z wła­snym wro­giem, choć wie­dział, że kró­lew­ski na­kaz jest nie­odwo­łalny.

Dla­tego Meg wy­my­śliła pe­wien plan. Skoro już mu­siała po­ślu­bić dia­bła wcie­lo­nego - choć była młod­szą córką Dune'a McGre­gora, ni­gdy w ży­ciu nie do­pu­ści­łaby, żeby jej star­sza sio­stra znisz­czyła so­bie ży­cie, wy­cho­dząc za ta­kiego po­twora - chciała przy­naj­mniej wie­dzieć, z kim bę­dzie miała do czy­nie­nia. Aili była zbyt ła­godna i do­bra na taki zwią­zek, a je­śli to, co opo­wia­dają o Eva­nie McA­li­ste­rze, jest prawdą, zła­małby on du­cha i znisz­czył szla­chetne serce jej sio­stry w ciągu nie­spełna ty­go­dnia. Meg nie mo­gła do tego do­pu­ścić. Aili i tak za­wsze się po­świę­cała dla in­nych. Kiedy ich matka zmarła, star­sza sio­stra przed­wcze­śnie wzięła na sie­bie rolę pani domu, ota­cza­jąc opieką Meg oraz ro­dzinę i klan. Dbała o ojca i swo­jego star­szego brata Lo­gana i wzięła na barki cię­żar ogromny jak na za­le­d­wie dwu­na­sto­let­nią dziew­czynkę.

Meg uśmiech­nęła się na wspo­mnie­nie sio­stry. Czarne jak noc pro­ste włosy Aili opa­dały jej na ra­miona ni­czym je­dwabny płaszcz. Oczy miały ko­lor wzbu­rzo­nego mo­rza, a twarz od­zna­czała się por­ce­la­nową de­li­kat­no­ścią. Dziew­czyna za­chwy­cała za­równo urodą, jak i pięk­nym wnę­trzem. Cały klan uwiel­biał ją i sza­no­wał. A co naj­waż­niej­sze, była za­ko­chana w mło­dym Ia­nie McPhee. I Meg nie mo­gła się zgo­dzić, by szczę­ście sio­stry, którą ko­chała z ca­łej du­szy, zo­stało znisz­czone z po­wodu dumy dwóch męż­czyzn.

Cho­ciaż Meg była za­le­d­wie dwa lata młod­sza niż Aili, za­wsze ucho­dziła w ro­dzi­nie za czarną owcę. Z na­tury uparta, po­ryw­cza i bun­tow­ni­cza, odzie­dzi­czyła uspo­so­bie­nie po ojcu, co wpę­dzało ją w więk­sze kło­poty, niż przy­sta­łoby da­mie. Jej wiecz­nie nie­uła­dzone brą­zowe krę­cone włosy się­gały do pasa i do­pro­wa­dzały ją do szału, dla­tego czę­sto no­siła je zwią­zane. Nie ob­ci­nała ich tylko dla­tego, że Aili na­le­gała, twier­dząc, że są ta­kie ładne. Meg miała świa­do­mość, że przez jej sio­strę prze­ma­wia mi­łość, po­nie­waż sama nie wi­działa w swo­ich lo­kach ni­czego nad­zwy­czaj­nego. Jej ja­sne kasz­ta­no­wate oczy w świe­tle słońca wy­da­wały się zło­ci­ste i zwy­kle błysz­czały uśmie­chem, gosz­czą­cym na jej ustach, naj­czę­ściej kiedy wpa­dała na ja­kiś po­mysł w ro­dzaju tych, które przy­pra­wi­łyby o drże­nie sa­mego Dune'a McGre­gora.

Górną część jej po­licz­ków zdo­biły ka­pry­śnie roz­rzu­cone piegi, co nie­spe­cjal­nie ją tra­piło, bo nie była ani tro­chę ko­kietką, tyle że brat wy­ko­rzy­sty­wał je, żeby jej do­ku­czać. Do dziś, gdy się kłó­cili lub chciał jej za­grać na ner­wach, na­zy­wał ją "pie­gu­ską". Aili za­wsze jej po­wta­rzała, że nie jest świa­doma wła­snej urody, a Meg krzy­wiła się na te słowa, ale za­raz po­tem obej­mo­wała sio­strę, wdzięczna za to, że Aili do­kłada sta­rań, by Meg nie czuła się w ro­dzi­nie jak brzy­dula.

- Wiesz, co ro­bisz, dziew­czyno? - spy­tał Adam McDuff.

Meg spoj­rzała na męż­czy­znę, który jej to­wa­rzy­szył w wy­pra­wie. Był ku­zy­nem jej matki, też wy­wo­dzą­cej się z McDuf­fów, i choć czas ob­szedł się z nim dość ła­ska­wie, na jego twa­rzy i rę­kach wid­niały bli­zny świad­czące o tym, że jest to czło­wiek, z któ­rym na­leży się li­czyć. Żona wuja po­cho­dziła z McA­li­ste­rów, a jej sio­stra od wielu lat była ku­charką u na­czel­nika klanu.

Kiedy Meg za­py­tała ojca, czy może kilka dni spę­dzić ze swoją do­brą przy­ja­ciółką Eve­lyn McDuff, Dune McGre­gor zgo­dził się, są­dząc, że córce do­brze zrobi, gdy ja­kiś czas po­prze­bywa z da­leka od ro­dzin­nego klanu, zwłasz­cza po na­ka­zie króla. Dla wszyst­kich były to trudne dni.

Nie wie­dział jed­nak, że w rze­czy­wi­sto­ści za­pla­no­wana wi­zyta była do­sko­na­łym pre­tek­stem, by Meg mo­gła zre­ali­zo­wać swój sza­lony plan.

Adam McDuff znów na nią po­pa­trzył. Do tej pory nie mógł zro­zu­mieć, jak mógł się dać wcią­gnąć w to kłam­stwo. Ka­te­go­rycz­nie od­ma­wiał jej po­mocy, aż w końcu, po dwóch dniach wier­ce­nia dziury w brzu­chu, osta­tecz­nie wy­ra­ził zgodę. Ina­czej mu­siałby ją za­mor­do­wać, a nie są­dził, żeby przy­wódca McGre­go­rów pu­ścił mu to pła­zem. W końcu to jego córka.

- Je­stem pewna, Ada­mie - od­parła Meg z więk­szą de­ter­mi­na­cją, niż czuła.

McDuff uśmiech­nął się mimo woli. Mu­siał przy­znać, że dziew­czy­nie nie bra­kuje od­wagi.

- Po­wtórzmy jesz­cze raz - rzekł, uci­na­jąc ge­stem dys­ku­sję, w którą za­mie­rzała się wdać Meg.

- Do­brze - zgo­dziła się, krzy­wiąc usta. - Choć na­prawdę nie wi­dzę po­trzeby. Uwa­żam, że je­stem w sta­nie za­pa­mię­tać, co mi po­wie­dzia­łeś. Nie je­stem głu­pia, Ada­mie McDuff.

Uniósł brew, a ona od­po­wie­działa uśmie­chem.

- Je­stem twoją bra­ta­nicą, córką brata Briana i jego żony Edny McA­li­ster -za­częła re­cy­to­wać. - Twój brat był czarną owcą w ro­dzi­nie, po­nie­waż po­rzu­cił swój klan i osiadł na ni­zi­nach, czego mu ni­gdy nie wy­ba­czy­li­ście i przez co wcale o nim nie wspo­mi­na­li­ście. Kilka mie­sięcy temu po­ja­wi­łam się w wa­szym domu, pro­sząc o po­moc. Moi ro­dzice umarli i nie mam się gdzie po­dziać. Dla­tego po­pro­si­łeś o po­moc sio­strę swo­jej żony, żeby mi po­szu­kała za­trud­nie­nia na zamku, jako że osta­tecz­nie w po­ło­wie pły­nie we mnie krew McA­li­ste­rów. Do­brze? - za­py­tała, pa­trząc mu w oczy, zmę­czona wie­lo­krot­nym po­wta­rza­niem tej sa­mej hi­sto­rii.

McDuff po­twier­dził ski­nie­niem głowy i spoj­rzał na nią twardo.

- W ra­zie wpadki nie chciał­bym być w two­jej skó­rze, dziew­czyno. McA­li­ster to czło­wiek, z któ­rym nie na­leży so­bie po­gry­wać - ostrzegł po­waż­nie. - Twój oj­ciec mnie za­bije, je­żeli się o tym do­wie, a McA­li­ster utnie mi ja... - Adam od­chrząk­nął i nie do­koń­czył słowa, uświa­do­miw­szy so­bie, że nie po­wi­nien go wy­po­wia­dać przy pa­nience, która po­pa­try­wała na niego z iskrą roz­ba­wie­nia w oczach. - A po­tem i tak mnie za­bije - za­koń­czył z przy­gnę­bioną miną.

- Wszystko pój­dzie do­brze. Za nie­cały mie­siąc będę z po­wro­tem w domu i oj­ciec o ni­czym się nie do­wie.

- Dla two­jego i swo­jego do­bra mam na­dzieję, że tak bę­dzie - rzekł Mac­Duff - po­nie­waż pa­ku­jesz się w pasz­czę wilka. A McA­li­ster to naj­groź­niej­szy z wil­ków.

Roz­dział 2

Meg pa­trzyła na gar, który miała przed sobą, jakby był dwu­gło­wym po­two­rem. Do tej pory przy róż­nych oka­zjach po­ma­gała zna­chorce swo­jego klanu, po­nie­waż to lu­biła i do­brze jej to wy­cho­dziło, lecz kuch­nia była dla niej te­re­nem nie­zna­nym.

- Dziew­czyno, mie­szaj po­trawkę, je­śli nie chcesz, żeby dziś wie­czo­rem pan McA­li­ster i jego lu­dzie nie mieli czego do ust wło­żyć. Nie było ich w domu przez dwa dni i wrócą głodni.

Meg po­pa­trzyła na ko­bietę, która ją zbesz­tała. Znała ją do­piero od pół go­dziny, lecz już wie­działa, że bę­dzie to twardy orzech do zgry­zie­nia. Gdy tylko prze­stą­pili bramę for­tecy - naj­brzyd­szego zamku, jaki Meg w ży­ciu wi­działa; zbu­rze­nie go by­łoby przy­sługą wy­świad­czoną ludz­ko­ści - McDuff przed­sta­wił ją swo­jej szwa­gierce He­len McA­li­ster, sio­strze jego nie­ży­ją­cej żony. He­len zmie­rzyła dziew­czynę wzro­kiem z góry na dół, a po­tem z dołu do góry, po czym na dłuż­szą chwilę za­trzy­mała spoj­rze­nie na jej twa­rzy. Meg sta­rała się za­cho­wać spo­kój mimo eg­za­minu, któ­remu zo­stała pod­dała, choć wzgar­dliwa mina ku­charki i pełne nie­smaku kla­śnię­cie ję­zy­kiem spra­wiły, że cała stę­żała. Po­czątki były obie­cu­jące, je­śli za­mie­rzała spę­dzić ja­kiś czas w pie­kle McA­li­ste­rów.

McDuff po­roz­ma­wiał ze swoją szwa­gierką i było bar­dziej niż ja­sne, że nie łą­czą ich zbyt ser­deczne sto­sunki. Nie­mniej He­len zgo­dziła się wy­świad­czyć mu przy­sługę, po któ­rej - jak to ujęła - będą kwita. Po­tem McDuff po­szedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, a Meg zo­stała z He­len, ta zaś ka­zała jej iść za sobą do kuchni.

- Za­czniesz od po­ma­ga­nia mi przy garn­kach, dziew­czyno, a po­tem zo­ba­czymy, ja­kie jesz­cze do­sta­niesz obo­wiązki. Pan McA­li­ster wy­dał zgodę, spra­wuj się więc jak trzeba, a wszystko bę­dzie do­brze. Zo­sta­niesz w zamku. Ja miesz­kam tu­taj od lat, od­kąd owdo­wia­łam. Przy­dzie­li­łam ci mały po­koik w dru­gim skrzy­dle, tuż obok mo­jego.

Meg ki­wała głową, go­dząc się na wszystko. Jed­nak jej en­tu­zjazm, by za­po­znać się z kla­nem bez wzbu­dza­nia po­dej­rzeń, ob­ró­cił się w po­piół, gdy He­len po­sta­wiła ją przed pa­le­ni­skiem, nad któ­rym du­siła po­trawkę, pod­czas gdy w garnku obok mięsa bul­go­tała ja­kaś lepka zie­le­nina wy­glą­da­jąca jak ol­brzymi smark.

- Dziew­czyno, za­mie­szaj po­trawkę i wlej do niej to, co masz w dzbanku na półce nad pa­le­ni­skiem.

Meg nie chciała wyjść na cze­pial­ską, ale na półce stały dwa dzbanki. Jesz­cze raz po­pa­trzyła na He­len, by ją za­py­tać, o który z nich cho­dzi, ale spo­tkała się z ostrym spoj­rze­niem.

- Cier­pisz na ja­kieś za­póź­nie­nia, dziew­czyno? - wark­nęła ku­charka. - Bo McDuff nic mi o tym nie wspo­mniał. Ru­chy! - pra­wie krzyk­nęła w końcu, po czym wró­ciła do swo­jego za­ję­cia: zdaje się, że przy­go­to­wy­wała pla­cek z jabł­kami.

Dwie rze­czy na tym świe­cie do­pro­wa­dzały Meg do wście­kło­ści. Pierw­szym było ob­ra­ża­nie jej in­te­li­gen­cji, dru­gim zaś zwra­ca­nie się do niej per "dziew­czyno". Zmil­czała, po­nie­waż w jej oko­licz­no­ściach nie by­łoby roz­trop­nie się ode­zwać. Po­nie­waż nie za­no­siło się na to, że He­len roz­wieje jej wąt­pli­wo­ści, wzięła oby­dwa dzbanki i po­wą­chała ich za­war­tość, ma­jąc na­dzieję, że za­pach coś jej pod­po­wie. Oba czuć było zio­łami i przy­pra­wami. Nie chcąc tra­cić wię­cej czasu na de­cy­zję, prze­lała do gara płyn z jed­nego na­czy­nia - ten, który jej zda­niem pach­niał le­piej - po czym za­mie­szała po­trawkę, by skład­niki się po­łą­czyły, a drugi dzban po­sta­wiła na stole po le­wej.

Otwarły się drzwi i Meg na ten dźwięk lekko pod­sko­czyła. Po­winna nad sobą pa­no­wać. Była zde­ner­wo­wana, a je­żeli ma tu zo­stać przez kilka dni i za­po­znać się z głową klanu McA­li­ste­rów, musi ja­koś po­wścią­gnąć nerwy. Wszedł męż­czy­zna w słusz­nym wieku, przyj­rzał się jej z za­cie­ka­wie­niem, po czym skie­ro­wał się do He­len, która pa­trzyła na niego, wziąw­szy się pod boki.

- Do­brze, że się na­resz­cie zja­wi­łeś. Mik­stura, którą ci uwa­rzy­łam, nie wy­trzyma ca­łego dnia. Mo­żesz wy­pić tylko łyk. Zro­bi­łam sil­niej­szą niż zwy­kle, żeby miała lep­sze dzia­ła­nie - burk­nęła He­len i na ko­niec zmarsz­czyła brwi.

- Ale prze­cież już je­stem. Nie patrz tak na mnie, ko­bieto. Stary Do­nald za­ba­wiał mnie swo­imi hi­sto­ryj­kami. Wiesz, jaki on jest.

He­len po­trzą­snęła głową z dez­apro­batą.

- W po­rządku, ale za­żyj le­kar­stwo, Ga­wen. Gdzieś je po­sta­wi­łam... - He­len znowu zmarsz­czyła brwi, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć. - A, tu jest - po­wie­działa, wska­zu­jąc dzba­nek, który Meg prze­sta­wiła na stół. - Nie pa­mię­tam, że­bym go tu­taj sta­wiała - rze­kła z roz­draż­nioną miną. - Mniej­sza z tym. Ważne, że­byś je te­raz za­żył. Przy two­ich ob­ja­wach nie jest do­brze, że od tylu dni nie na­wo­zi­łeś ziemi.

Meg pró­bo­wała nie my­śleć o ostat­nich sło­wach He­len, po­nie­waż - je­śli do­brze je zro­zu­miała - ko­bieta przy­go­to­wała zio­łową mik­sturę dla Ga­wena, aby mu ulżyć w kło­po­tach je­li­to­wych. Za­klęła w du­chu. Je­żeli po­my­liła dzbanki...

- A to kto? - spy­tał Ga­wen, upiw­szy mały łyk mik­stury.

Py­ta­nie wy­rwało Meg z roz­my­ślań.

- Na­zywa się Meg McDuff - od­po­wie­działa He­len, ski­nąw­szy głową w jej stronę. - Jej matka była z McA­li­ste­rów. Nie wiem, czy ją pa­mię­tasz. Córka sta­rego Wil­liama.

Ga­wen za­sta­na­wiał się przez kilka se­kund, skro­biąc się po łe­pe­ty­nie.

- Wil­liama Sześć Pal­ców? Tego, który bie­gał goły, kiedy się obu­dził w nocy, i spra­wiał wra­że­nie, że wciąż śpi, czy tego Wil­liama, który trzy­mał w cha­cie owcę i prze­bie­rał ją za swoją zmarłą żonę? - spy­tał z na­głym za­in­te­re­so­wa­niem.

Kiedy Meg to usły­szała, wy­pa­dła jej z ręki drew­niana łyżka. To chyba żarty, nie? Od­cze­kała kilka se­kund, spo­dzie­wa­jąc się wy­bu­chu śmie­chu po tym dow­ci­pie w złym gu­ście, ale po­ważne, po­zba­wione wy­razu twa­rze roz­mów­ców wska­zy­wały na to, że mó­wiono zu­peł­nie se­rio. Wo­bec tego albo miała przodka, który lu­bił po­ka­zy­wać goły ty­łek ca­łej wsi, albo ta­kiego, któ­remu cał­kiem od­biło. Od­cze­kała jesz­cze chwilę, wstrzy­mu­jąc od­dech. Miała na­dzieję, że He­len wy­świad­czy jej przy­sługę i od­po­wie za nią, ale ta ko­bieta, która - od­kąd ją Meg po­znała - raz po raz rzu­cała pod jej ad­re­sem znie­wagi - tym ra­zem mil­czała jak grób.

- Ech, nie­stety, nie po­zna­łam swo­ich dziad­ków, a mama nie opo­wia­dała mi o Wil­lia­mie. Chyba były to dla niej zbyt bo­le­sne wspo­mnie­nia - wy­gło­siła w końcu z ubo­le­wa­niem i po­czuła na ple­cach kro­pelki potu, jakby w weł­nia­nej su­kience na­gle zro­biło się jej za go­rąco.

Mil­cze­nie zda­wało się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, cho­ciaż uwa­żała, że do­brze od­po­wie­działa na py­ta­nie. To wy­ja­śnie­nie było spójne i nie kom­pro­mi­to­wało jej w naj­mniej­szym stop­niu.

He­len pa­trzyła na nią przez kilka se­kund, za­nim się ode­zwała.

- To prawda, twoja matka była bar­dzo za­mknięta w so­bie. W mło­do­ści pra­wie nic nie mó­wiła i nie dziwi mnie, że nie chciała roz­ma­wiać o swoim kla­nie i swo­jej ro­dzi­nie. Pew­nie było jej trudno iść za mę­żem, który za­brał ją na ni­ziny. - To ostat­nie słowo He­len wy­mó­wiła z wy­raź­nym nie­sma­kiem.

Meg po­my­ślała, że bra­kuje jesz­cze, żeby splu­nęła z od­razą.

- W rze­czy sa­mej - po­wie­działa, ro­biąc taką samą minę jak He­len.

Na ustach ku­charki za­wi­tało coś, co wy­glą­dało na słaby uśmiech. Meg zaś uznała, że może mimo wszystko uda jej się prze­żyć ten pierw­szy dzień w gnieź­dzie wroga.

Roz­dział 3

Evan McA­li­ster na próżno pró­bo­wał sku­pić my­śli. Od­kąd opu­ścili wło­ści klanu McLane'ów, jego brat An­drew i ich ku­zyn Ca­lum nie prze­sta­wali pa­plać jak małe dzieci.

- Albo prze­sta­nie­cie ga­dać, albo przy­się­gam, że roz­walę wam obu łby - za­po­wie­dział Evan to­nem, który nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści.

An­drew po­pa­trzył na brata, z wiel­kim tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się od uśmie­chu.

- Je­steś w bar­dzo złym hu­mo­rze, od­kąd po­wie­dzia­łeś sta­remu Bal­tha­irowi McLane'owi, że twoje za­rę­czyny z jego córką, które uwa­żał za pewne, prze­cho­dzą do hi­sto­rii.

Evan spoj­rzał na niego. Brat znał go aż na­zbyt do­brze, by wi­dzieć, kiedy po­wi­nien ugryźć się w ję­zyk. Mimo to trzeba przy­znać, że miał ra­cję. Evan był w hu­mo­rze pod psem. Stary McLane urzą­dził awan­turę, kiedy usły­szał, że mał­żeń­stwo jego córki nie może dojść do skutku z po­wodu kró­lew­skiego de­kretu. Nie dało się nic na to po­ra­dzić i McLane o tym wie­dział, tak samo jak wie­dział, że cho­ciaż so­jusz dwóch kla­nów nie zo­stał sfor­ma­li­zo­wany, nie leży w jego in­te­re­sie tra­cić ta­kiego so­jusz­nika. Dla­tego mimo po­cząt­ko­wej wy­bu­cho­wej re­ak­cji nie ro­ze­szli się w gnie­wie.

- My­śla­łem, że stary McLane do­sta­nie ataku szału - wtrą­cił Ca­lum. - Wi­dzie­li­ście, jak po­czer­wie­niał na twa­rzy? W pew­nym mo­men­cie mia­łem wra­że­nie, że pęk­nie, ale kiedy zo­ba­czył twoją minę, Evan, po­wścią­gnął nieco swoje za­pędy. Za­po­mniał po­pro­sić cię o wy­ba­cze­nie - cią­gnął Ca­lum, nie­świa­domy spoj­rzeń, które po­sy­łał mu An­drew, a które wy­raź­nie mó­wiły, że po­wi­nien się za­mknąć.

Evan spio­ru­no­wał Ca­luma wzro­kiem, aż w końcu ku­zyn naj­wy­raź­niej po­jął alu­zję i na­tych­miast za­milkł.

An­drew, trzy lata młod­szy od niego, był z nich trzech ob­da­rzony naj­bar­dziej eks­tra­wer­tycz­nym cha­rak­te­rem. Ni­gdy nie tra­cił do­brego hu­moru ani po­zy­tyw­nego na­sta­wie­nia, wiecz­nie miał uśmiech na ustach. Zda­wało się, że nic nie zdoła za­chmu­rzyć tej po­god­nej twa­rzy o ry­sach bar­dzo po­dob­nych do ry­sów brata, a jed­nak tak od nich róż­nych. Pod­czas gdy Evan miał kasz­ta­no­wate włosy i zie­lone oczy, An­drew był rudy, o oczach w ciem­niej­szym od­cie­niu zie­leni, z brą­zo­wymi punk­ci­kami, które nada­wały im głę­bię, i szel­mow­skie wej­rze­nie, nie­umy­ka­jące uwa­dze ko­biet. Brat oraz Mal­colm i Co­lin byli jego po­wier­ni­kami. Ca­lum prze­ciw­nie, po śmierci ojca ży­wił w sercu zbyt wiele urazy i gniewu, żeby móc ślepo za­wie­rzyć jego osą­dom. Evan miał na­dzieję, że z cza­sem, z upły­wem lat przyj­dzie doj­rza­łość i Ca­lum na­uczy się nad sobą pa­no­wać.

Mal­colm po­zo­stał na czele klanu pod­czas jego nie­obec­no­ści, a Co­lin, prawa ręka Evana, w tym mo­men­cie je­chał u jego boku z szel­mow­skim pół­u­śmiesz­kiem.

- A ty co się tak cie­szysz? - za­gad­nął go opry­skli­wie przy­ja­ciel.

Co­lin nie ka­zał so­bie po­wta­rzać py­ta­nia.

- Po­nie­waż znam cię i wiem, o czym my­ślisz - od­parł, uno­sząc brew. - My­ślisz, że że­niaczka z któ­rąś z pa­nien od McGre­go­rów ścią­gnie na cie­bie mnó­stwo pro­ble­mów i zmar­twień. I nie my­lisz się. Wiele osób sprze­ci­wia się temu mał­żeń­stwu, po­cząw­szy od człon­ków two­jego wła­snego klanu.

Evan, od­po­wia­da­jąc, pa­trzył upo­rczy­wie przed sie­bie.

- Taki jest na­kaz króla i mój klan go po­słusz­nie wy­pełni - rzekł z wro­dzoną pew­no­ścią sie­bie. - To mał­żeń­stwo, wbrew temu, co so­bie my­śli król, tylko za­ogni waśń mię­dzy kla­nami, ufam jed­nak, że moi lu­dzie ro­zu­mieją, że nie ma in­nej opcji.

Co­lin ski­nął głową na znak zgody, po czym mó­wił da­lej:

- To nie ulega dys­ku­sji. Je­śli bę­dzie trzeba, nasz klan pój­dzie za tobą do sa­mego pie­kła, ale to nie nasi lu­dzie mnie mar­twią. Są inne klany, które już się ob­li­zują, wie­dząc, że ten zwią­zek może skru­szyć na­sze na­tu­ralne so­ju­sze, po­nie­waż nie­któ­rzy z na­szych sprzy­mie­rzeń­ców ży­wią wła­sną wro­gość do McGre­go­rów i będą ży­wić ją na­dal mimo two­jego mał­żeń­stwa, a to... po­stawi nas w nie­wy­god­nej sy­tu­acji.

Evan też o tym wie­dział, ale też miał pew­ność, że wiele z owych kla­nów woli mieć McA­li­ste­rów za so­jusz­ni­ków, a nie wa­dzić się z nimi.

- Przy odro­bi­nie szczę­ścia - cią­gnął Co­lin w za­my­śle­niu - to McGre­go­ro­wie zbun­tują się prze­ciw na­ka­zowi króla i oszczę­dzą nam trudu za­bi­cia ich wszyst­kich na we­selu.

- Nie są­dzę, by panna młoda ucie­szyła się z ta­kiego ślubu - mruk­nął An­drew, pusz­cza­jąc oko do Co­lina.

Evan spoj­rzał na niego po­nuro, lecz Co­lin uśmiech­nął się z roz­ba­wie­niem.

- I nie chcę na­wet mó­wić o two­jej nocy po­ślub­nej - cią­gnął Co­lin. - Na twoim miej­scu miał­bym się na bacz­no­ści. Mó­wią, że są wiel­kie i krzep­kie, mają żmi­jowy ję­zyk i nie po­zo­sta­wią obo­jęt­nie ni­kogo, kto je po­zna. Po­dobno na­wet ro­śnie im za­rost na twa­rzy, jak męż­czy­znom.

To ostat­nie do­dał le­d­wie sły­szal­nym gło­sem, pa­trząc na przy­ja­ciela z ża­lem.

Evan za­klął w du­chu. Od nie­szczę­snego ślubu dzie­liło go jesz­cze pięć mie­sięcy, a on już mu­siał zno­sić po­dob­nego ro­dzaju bred­nie. McGre­go­ro­wie może i byli nie­god­nymi dra­niami, ale nie bun­to­wali się prze­ciw kró­lew­skim na­ka­zom, choć nie był aż taki pe­wien, czy Dune McGre­gor bę­dzie mar­no­wał czas, sie­dząc z za­ło­żo­nymi rę­kami. Wie­dział, że co­kol­wiek ten czło­wiek wy­my­śli, nie bę­dzie to z po­żyt­kiem dla McA­li­ste­rów.

Evan utkwił wzrok w ho­ry­zon­cie. W od­dali ma­ja­czyła syl­wetka do­mo­stwa McA­li­ste­rów, sie­dziba jego rodu, usy­tu­owana na pół­wy­spie Kin­tyre, w pięk­nym oto­cze­niu. Wrzosy, od­porne i silne, pre­zen­to­wały się w ca­łej swo­jej kra­sie. Na wrzo­so­wi­skach wy­ra­stały jedne z naj­pięk­niej­szych i za­ra­zem naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych kwia­tów Szko­cji. Okry­wały zbo­cza gór wrzo­sową pur­purą i żół­tym kwie­ciem kol­co­li­stów, sta­jąc się praw­dziwą ucztą dla oczu.

Jego my­śli po­bie­gły do pew­nego wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa.

Uj­rzał, jakby to było wczo­raj, swo­jego brata Kerra - bie­gali ra­zem po tych gó­rach z drew­nia­nymi mie­czami, ba­wiąc się w wiel­kich wo­jow­ni­ków. Wal­czyli i za­śmie­wali się bez ustanku, aż Kerr, bar­dziej nie­zdarny z nich dwóch, pa­dał na zie­mię i sta­czał się po zbo­czu, po czym lą­do­wał u pod­nóża po­obi­jany, umie­ra­jąc ze śmie­chu. Evan przy­po­mniał so­bie jedną z tam­tych za­baw. Sam miał za­pewne nie wię­cej niż pięć albo sześć lat, gdy zo­ba­czył, jak jego brat spada. To wspo­mnie­nie spra­wiało, że w żo­łądku uwie­rał go su­peł - dziś tak samo jak tam­tego dnia.

Pa­mię­tał, że biegł do brata jak wiatr, nie mo­gąc zła­pać tchu, jego stopy pę­dziły na gra­nicy moż­li­wo­ści. Wy­krzy­ki­wał jego imię, a ten urwis nie od­po­wia­dał. Gdy Evan do­tarł do niego, le­d­wie żywy ze stra­chu, że może coś mu się stało, Kerr miał małą rankę na gło­wie i śmiał się do roz­puku. W tam­tym mo­men­cie udu­siłby go za to, że się nie od­zy­wał i po­zwo­lił mu pra­wie umrzeć ze zmar­twie­nia, ale skoń­czyło się na tym, że padł obok niego na zie­mię ze śmie­chem.

Jego brat te­raz spo­czywa pod tymi sa­mymi gó­rami, po­grze­bany wraz ze swoją żoną. Umarli jedno po dru­gim w ciągu kilku go­dzin, oboje zło­żeni go­rączką.

Od ich śmierci mi­nęły do­piero dwa lata, ale jemu zda­wało się, że upły­nęła wiecz­ność.

Śmierć Kerra, tak na­gła i nie­spra­wie­dliwa, dla po­zo­sta­łych dwóch braci była cięż­kim cio­sem. Kerr miał za­le­d­wie dwa­dzie­ścia trzy lata - tyle samo, ile An­drew obec­nie. Był mło­dym i sil­nym męż­czy­zną o god­nej po­zaz­drosz­cze­nia ży­wot­no­ści. Gdy Evan po­my­ślał o tym, co cho­roba zro­biła z nim w ciągu kilku dni, od środka zże­rała go ślepa, in­ten­sywna fu­ria.

- Nie mogę się do­cze­kać, kiedy przy­jadę i spró­buję po­trawki, którą przy­rzą­dziła He­len. Ta ko­bieta go­tuje jak sami anieli.

Słowa Ca­luma wy­rwały Evana ze wspo­mnień.

Za­bur­czało mu w brzu­chu i mu­siał przy­znać Ca­lu­mowi ra­cję. Od po­nad dzie­się­ciu go­dzin nie miał ni­czego w ustach i był głodny. Tak - mruk­nął w du­chu, po raz pierw­szy po­zwa­la­jąc so­bie na słaby uśmiech - dziś wie­czo­rem on i jego lu­dzie spa­ła­szują pysz­no­ści uwa­rzone przez He­len.

Roz­dział 4

Meg po­ma­gała He­len na­kry­wać stoły do ko­la­cji w wiel­kiej sali. Po­sprzą­tały po­miesz­cze­nie i roz­mie­ściły w nim kwiaty, by wy­peł­nić po­wie­trze przy­jem­nym za­pa­chem.

Sala była dość duża i mie­ściła kilka drew­nia­nych sto­łów z dłu­gimi ła­wami. Grube ka­mienne mury były oświe­tlone po­chod­niami, a na ścia­nie przy­le­głej do wej­ścia wi­siał go­be­lin przed­sta­wia­jący go­dło McA­li­ste­rów wraz z ich za­wo­ła­niem: For­ti­ter.

Kiedy Meg, za­to­piona w my­ślach, wy­cho­dziła z po­miesz­cze­nia, by wró­cić do kuchni po na­stępne rze­czy, za­trzy­mały ją głosy do­bie­ga­jące od głów­nego wej­ścia. Spoj­rzała na He­len. Ku­charka była za­jęta przy jed­nym ze sto­łów - sku­piona na swo­jej pracy, nie zwra­cała uwagi na po­moc­nicę.

Meg wie­działa, że prę­dzej czy póź­niej bę­dzie mu­siała sta­nąć twa­rzą w twarz z człon­kami klanu, lecz w tym mo­men­cie nie miała na to ochoty. Wy­szła więc bocz­nym ko­ry­ta­rzy­kiem pro­wa­dzą­cym pro­sto do kuchni. Cie­ka­wość wzięła jed­nak górę. Meg spraw­dziła, czy ma te­raz do­bry wi­dok na salę, sama nie bę­dąc wi­dziana. Słabe świa­tło i kąt, pod któ­rym się usta­wiła, za­pew­niały jej nie­jaką dys­kre­cję, po­sta­no­wiła więc po­stać tam przez kilka se­kund i zer­k­nąć na twa­rze oraz po­słu­chać zbli­ża­ją­cych się gło­sów.

Wstrzy­mała od­dech, kiedy do sali we­szło pię­ciu męż­czyzn i zo­ba­czyła ich wy­raź­nie. Choć wszy­scy byli słusz­nego wzro­stu i po­stawni, żo­łą­dek jej się skur­czył i serce wy­wi­nęło ko­ziołka, kiedy od­wró­cił się naj­wyż­szy z nich. A gdy He­len przy­wi­tała go po imie­niu, Meg mu­siała się oprzeć ręką o ścianę, bo nogi się pod nią ugięły.

W uszach za­brzmiały jej wszyst­kie okre­śle­nia, któ­rymi go na­zy­wano. Znała je prze­cież na pa­mięć.

Dia­beł. Anioł śmierci. Gniew po­msty. Fu­ria z gór. De­mon Szko­cji. Być może wszyst­kie pa­so­wały do męż­czy­zny, któ­rego wi­działa za­le­d­wie kilka me­trów od sie­bie, lecz bez wąt­pie­nia mó­wiły za mało. Żadne z nich nie opi­sy­wało tego czło­wieka wła­ści­wie. Czemu nie de­mon grze­chu?

Rysy twa­rzy miał pra­wie ide­alne, spoj­rze­nie prze­ni­kliwe, a po­stawę im­po­nu­jącą. Je­dy­nie kil­ku­dniowy ciemny za­rost przy­pró­sza­jący jego szczękę nada­wał mu nieco ziem­ski cha­rak­ter.

Bar­dzo wy­soki, bar­czy­sty, wy­glą­dał jak zbu­do­wany z sa­mych mię­śni. Całe jego ciało ema­no­wało siłą, atrak­cyj­no­ścią i swego ro­dzaju za­gro­że­niem. Choć dzie­liła ich spora od­le­głość, Meg wy­czu­wała to in­ten­syw­nie i miała przy tym wra­że­nie wła­snej bez­bron­no­ści.

Jego oczy, zie­lone jak u kota, do­ko­nały in­spek­cji po­miesz­cze­nia i le­d­wie za­uwa­żal­nie bły­snęły. In­ten­sywne, nie­ugięte spoj­rze­nie spra­wiło, że Meg o mało się nie osu­nęła, gdy na niej spo­częło. Te­raz, kiedy pa­trzył na nią bez­po­śred­nio, za­sty­gła jak ska­mie­niała, jakby ani je­den mię­sień w jej ciele nie umiał za­re­ago­wać. Czy ją zo­ba­czył? Na samą myśl o tym prze­łknęła ślinę. Nie była żad­nym tchó­rzem, lecz jej zmy­słami owład­nęły dziwne za­wroty głowy, ja­kich ni­gdy do­tąd nie do­świad­czyła.

Do­strze­gła, że on pa­trzy jesz­cze in­ten­syw­niej, a jego oczy przy­brały ciem­niej­szy od­cień. Ten niu­ans naj­wy­raź­niej wy­rwał ją z le­targu i sama nie wie­dząc jak, zdo­łała się od­wró­cić i ru­szyć w stronę kuchni. Chciała się tylko od­da­lić, żeby upo­rząd­ko­wać my­śli. Co się z nią, u dia­bła, dzieje?

Wciąż nie wie­działa, dla­czego tak za­re­ago­wała na jego obec­ność. "Prze­cież to tylko męż­czy­zna!", po­wta­rzała so­bie raz po raz, przy­śpie­sza­jąc kroku. Nie­raz już miała do czy­nie­nia z waż­nymi męż­czy­znami, wład­czymi i przed­się­bior­czymi. To były naj­ła­god­niej­sze słowa, któ­rymi okre­ślano jej wła­snego ojca, a ona za­wsze sta­wiała mu czoło, gdy spo­ty­kała się z czymś nie­spra­wie­dli­wym lub nie­od­po­wied­nim. Nie bez po­wodu była jego utra­pie­niem, co wiele razy jej wy­po­mi­nał. A jej brat nie po­zo­sta­wał da­leko w tyle.

Nie prze­szła na­wet dwóch me­trów, gdy ktoś ją zła­pał za ra­mię i za­trzy­mał.

Ze­tknię­cie z silną ręką spra­wiło, że wy­rwał się jej ci­chy okrzyk, za­nim się od­wró­ciła i uj­rzała tego sa­mego czło­wieka, który kilka se­kund wcze­śniej zu­peł­nie zbił ją z tropu.

- Je­steś tą dziew­czyną od McDuf­fów, o któ­rej wcze­śniej mó­wiła mi He­len, tak?

Evan pa­trzył na sto­jącą przed nim ko­bietę. Kiedy przed chwilą do­strzegł ją w pół­mroku, po­my­ślał, że to złu­dze­nie. Stała tam i po kilku se­kun­dach znik­nęła. Była szybka, to nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Mu­siał bar­dzo przy­śpie­szyć kroku, by ją zła­pać, za­nim cał­kiem czmych­nie.

Kiedy kilka dni temu He­len za­py­tała go, czy po­zwoli, aby córka z mał­żeń­stwa Edny McA­li­ster i członka klanu McDuf­fów za­miesz­kała i pod­jęła pracę w zamku, od­mó­wił. Jed­nak wie­dząc, że dziew­czyna jest sie­rotą i że klan McDuf­fów nie pa­trzy na nią ła­ska­wym okiem, po­nie­waż jej oj­ciec po­rzu­cił swo­ich ziom­ków i prze­niósł się na ni­ziny, Evan zmie­nił de­cy­zję. Po­nadto He­len przed­sta­wiła to jako oso­bi­stą prośbę. Naj­wy­raź­niej była winna przy­sługę bratu ojca panny, a McA­li­ste­ro­wie za­wsze spła­cają długi. Do tego dziew­czyna jest w po­ło­wie McA­li­ste­rem, na­leży więc do ich klanu. W pew­nym sen­sie czuł się zo­bo­wią­zany przy­jąć ją pod swój dach, dla­tego w końcu się zgo­dził.

Po­tem nie my­ślał już wię­cej o proś­bie ku­charki, ale gdy dziś zo­ba­czył tę zu­peł­nie nie­znaną twarz o tak peł­nych wy­razu oczach, du­żych i pięk­nych, ja­kich ni­gdy do­tąd nie wi­dział, Evan mimo po­cząt­ko­wego za­sko­cze­nia do­szedł do oczy­wi­stego wnio­sku, że ma przed sobą za­po­wia­daną osobę.

- Tak, to ja - od­po­wie­działa Meg co­kol­wiek pi­skli­wie, pa­trząc na niego tak, jakby pró­bo­wała od­gad­nąć, czy jest tym, o kim my­śli.

Evan pu­ścił ją i przy­glą­dał się jej z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Jak ci na imię?

Meg, za­nim od­po­wie­działa, prze­łknęła ślinę.

- Meg - od­rze­kła już bez wa­ha­nia.

- A dla­czego tak ucie­kłaś z sali?

Gdy tylko za­dał to py­ta­nie, uj­rzał, że w dziew­czy­nie coś się zmie­niło. Na­gle się wy­pro­sto­wała, za­darła pod­bró­dek i spoj­rzała z de­ter­mi­na­cją, a w jej oczach po­ja­wiły się zło­ci­ste od­cie­nie. Evana roz­ba­wiła ta jej re­ak­cja. Jakby ura­ził jej dumę.

- Wcale nie ucie­kłam - oświad­czyła sta­now­czo, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

Evan uniósł brew. Ta ko­bieta nie umiała kła­mać, ale miała od­wagę. Znał męż­czyzn, któ­rzy nie byli w sta­nie na­wet spoj­rzeć mu w oczy, a ta ko­bieta nie tylko pa­trzyła mu pro­sto w źre­nice, ale też ro­biła to z wy­raź­nym gry­ma­sem nie­smaku na ustach, co spra­wiło, że Evan bar­dziej, niż na­le­żało, zwró­cił uwagę na jej pełne wargi.

Meg czuła na­pię­cie w ca­łym ciele. Je­śli Evan McA­li­ster wy­da­wał się im­po­nu­jący z od­le­gło­ści kilku me­trów, te­raz, kiedy dzie­liły ją od niego cen­ty­me­try, zu­peł­nie przy nim onie­miała. Z bli­ska do­brze wi­działa bli­zny na jego twa­rzy: jedną nad lewą brwią i drugą na pra­wym po­liczku, trzy­cen­ty­me­trową, pra­wie przy­le­ga­jącą do ucha. Tak na­prawdę te nie­do­sko­na­ło­ści, za­miast od­bie­rać mu urok, dziw­nym spo­so­bem jesz­cze go po­tę­go­wały. Spoj­rze­nie McA­li­stera jakby po­ciem­niało, kiedy ba­daw­czo pa­trzył jej w oczy. Meg miała wra­że­nie, że ten czło­wiek może ją przej­rzeć na wy­lot, jak gdyby czy­tał w jej my­ślach, i przez to po­czuła się naga. Gdy tylko po­my­ślała to słowo, za­uwa­żyła, że przez jej ciało prze­lewa się go­rąco i wstę­puje jej na po­liczki. Ki czort spra­wił, że mu­siało jej przyjść na myśl aku­rat coś, co się wiąże z wy­ra­zem "naga"? Usi­ło­wała po­zbyć się nie­wy­god­nych my­śli z głowy, lecz pa­trząc na niego, na tego ol­brzyma, któ­rego miała przed sobą, nie umiała usu­nąć ob­razu, który sta­nął jej przed oczami. Przed jej bez­wstyd­nymi oczami. Do dia­ska! Ale jak to moż­liwe...? Ona nie jest taka. Na Boga, je­śli go so­bie wy­obraża tak, jak go Pan Bóg stwo­rzył...! To musi być prze­cież grzech!

Evan, jakby od­ga­du­jąc, co się dzieje w jej wnę­trzu, przy­su­nął się jesz­cze bli­żej. Wbił w nią wzrok.

Meg wstrzy­mała od­dech, kiedy się zbli­żył, a zbli­żył się tak bar­dzo, że jego usta zna­la­zły się tuż przy jej uchu. Czuła jego twardy jak skała głos i jego od­dech na swo­jej szyi, kiedy ostrzegł ci­cho:

- Je­śli chcesz tu zo­stać i na­le­żeć do na­szego klanu, ni­gdy wię­cej, prze­nigdy mnie nie okła­muj.

Meg za­mie­niła się w słup soli, spa­ra­li­żo­wana nie tym, co wła­śnie po­wie­dział, po­nie­waż było bar­dziej niż oczy­wi­ste, że jej się to nie uda. Kiedy bę­dzie tu prze­by­wała, musi kła­mać, kła­mać i... no tak, jesz­cze raz kła­mać. Ale nie to było przy­czyną za­mętu w jej my­ślach, tylko wra­że­nia, ja­kie wy­wo­łał jego od­dech na jej szyi. Przez całe jej ciało prze­biegł dreszcz, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie usilne pra­gnie­nie cze­goś, czego nie ro­zu­miała ani nie poj­mo­wała.

Te­raz le­d­wie mo­gła na niego po­pa­trzeć, mil­cząca i oszo­ło­miona tym, czego wła­śnie do­świad­czyła, tym­cza­sem na­czel­nik klanu McA­li­ster od­wró­cił się i znik­nął z jej pola wi­dze­nia, zo­sta­wia­jąc ją, by mo­gła wy­peł­niać swoje obo­wiązki.

To bę­dzie znacz­nie trud­niej­sze, niż so­bie wy­obra­żała. My­ślała, że jest przy­go­to­wana na wszystko, na kon­fron­ta­cję z sa­mym dia­błem, z czło­wie­kiem bez­li­to­snym, gro­te­sko­wym i bru­tal­nym. Nic jej jed­nak nie przy­go­to­wało na to, co się wła­śnie zda­rzyło. Już czuła, że zdra­dza wła­sny klan, bo choć nie chciała się do tego przy­znać, przez kilka se­kund po­cią­gał ją naj­gor­szy wróg McGre­go­rów.

Roz­dział 5

Meg była zlana po­tem. Za­no­to­wała so­bie w my­ślach, żeby na­stęp­nego dnia wło­żyć lżej­szą su­kienkę, po­nie­waż no­sze­nie tej może przy­pła­cić ży­ciem. W kuchni pa­no­wał żar, a nie­ustanne uga­nia­nie się z je­dze­niem tam i z po­wro­tem przez ko­ry­tarz do sali bie­siad­nej, gdzie męż­czyźni nie­cier­pli­wie cze­kali na po­si­łek, spra­wiło, że się zzia­jała jak ni­gdy w ży­ciu. Ja­kie to szczę­ście, że zdą­żyła upiąć so­bie włosy i scho­wać je pod chustką, żeby jej nie prze­szka­dzały. Je­śli tak da­lej pój­dzie, bę­dzie mu­siała je ob­ciąć. Po co jej ta­kie dłu­gie loki? Nic, tylko utra­pie­nie z nimi.

Uśmiech­nęła się tę­sk­nie na wspo­mnie­nie sio­stry. Gdyby ją usły­szała, pod­nio­słaby la­ment wnie­bo­głosy. Meg wła­śnie z po­wodu Aili do tej pory nie skró­ciła wło­sów.

- Meg, dziew­czyno, po­śpiesz się! Męż­czyźni są głodni, a ty ru­szasz się jak mu­cha w smole.

Meg za­ci­snęła zęby, żeby nie od­py­sko­wać tej ję­dzy. Jak mu­cha w smole? Przez cały wie­czór biega jak z piór­kiem... Ale się po­wtrzy­mała. Zmu­siła się do uśmie­chu, po czym spoj­rzała na nią.

- Tak, oczy­wi­ście, He­len. Co jesz­cze mam zro­bić? - spy­tała z iro­nią.

Może wsko­czyć na świ­nię i od­le­cieć? Bo nie miała po­ję­cia, co in­nego po­zo­stało do zro­bie­nia.

- Za­nieś im po­trawkę. To dla cie­bie za duży wy­si­łek? - za­py­tała He­len.

- Oczy­wi­ście, że nie, już się robi - od­po­wie­działa Meg z nie­winną miną i uśmie­chem na ustach.

He­len zmru­żyła oczy, za­sta­na­wia­jąc się, czy ta dziew­czyna rze­czy­wi­ście jest ta­kim nie­wi­niąt­kiem i skrom­ni­sią, jak się pre­zen­tuje, a do tego pół­głów­kiem, czy tylko udaje i ukrywa znacz­nie wię­cej, niż na to wy­gląda. Nie wie­działa czemu, ale miała prze­czu­cie, że z tą dziew­czyną coś jest nie tak. Nie można jej było od­mó­wić pra­co­wi­to­ści. Szybko i zręcz­nie wy­wią­zała się z wszyst­kich za­dań, które He­len jej przy­dzie­liła. Choć rzu­cało się w oczy, że nie ma ro­ze­zna­nia w kuchni, nad­ra­biała to gor­li­wo­ścią.

He­len cze­piała się jej, tak jak wszyst­kich do­koła, za­uwa­żyła jed­nak, że dziew­czyna nie od­po­wiada na do­cinki jak więk­szość. Ta pan­nica, mimo uda­wa­nej po­tul­no­ści, nie zwio­dła ku­charki. W jej spoj­rze­niu wi­dać było iskry buntu i He­len wie­działa, że młódka nie­raz już mu­siała gryźć się w ję­zyk, żeby nie od­szczek­nąć. A to jej się po­do­bało.

- Bierz. I że­byś po dro­dze nie uro­niła ani kro­pelki.

Meg wzięła od He­len gar z po­trawką, czu­jąc na so­bie jej zde­cy­do­wane i lekko nie­chętne spoj­rze­nie. Nie wie­działa, czy zro­biła coś, czym pod­pa­dła tej ko­bie­cie, czy po pro­stu tra­fiła jej się wiecz­nie nie­za­do­wo­lona prze­ło­żona, ale prawda była taka, że miała ochotę znik­nąć jej na chwilę z oczu.

Gar wa­żył wię­cej, niż się spo­dzie­wała, i po­cząt­kowo ra­miona tro­chę jej się ugięły pod nie­ocze­ki­wa­nym cię­ża­rem.

- Uwa­żaj z tą po­trawką, pa­nienko, trzy­maj mocno - ostrze­gła He­len, ce­lu­jąc w nią pal­cem.

Meg po­my­ślała o pię­ciu spo­so­bach na ode­rwa­nie tego palca i ża­den z nie zbu­dził w niej naj­mniej­szego współ­czu­cia, choć by­łoby przy tym dużo, du­uużo krwi.

Gdy we­szła do wiel­kiej sali, oto­czył ją gwar roz­mów. Przy sto­łach sie­działo pełno męż­czyzn z klanu McA­li­ster. Miej­sca przy głów­nym stole zaj­mo­wali Evan i kilku in­nych męż­czyzn. Jed­nego z nich roz­po­znała, po­nie­waż przy­był wraz z nim kilka go­dzin wcze­śniej. Są do sie­bie po­dobni - za­uwa­żyła od razu. Oczy­wi­ście nie­zna­jomy miał rude włosy i oczy w in­nym ko­lo­rze niż Evan, ale ry­sami twa­rzy nie bar­dzo się od niego róż­nił. On też był bar­dzo atrak­cyjny, ale wy­glą­dał na mil­szego, a z jego twa­rzy pra­wie nie zni­kał uśmiech. Nie jak u Evana McA­li­stera, czło­wieka o twar­dym i nie­prze­nik­nio­nym ob­li­czu. W tym mo­men­cie po­czuła, że tam­ten skie­ro­wał na nią spoj­rze­nie.

Ode­rwała od niego wzrok i po­liczki sta­nęły jej w ogniu, jakby ją przy­ła­pano na nie­wła­ści­wym za­cho­wa­niu. Po­sta­wiła gar­nek na końcu stołu i ode­szła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

- To ta dziew­czyna, o któ­rej mó­wiła ci He­len? - za­py­tał An­drew z uśmie­chem na ustach. - Śliczna.

Wi­dząc minę brata, An­drew po­wstrzy­mał par­sk­nię­cie. Po­stronny ob­ser­wa­tor nie wy­czy­tałby z twa­rzy Evana jego my­śli, lecz An­drew był jego bra­tem i znał go do­sko­nale. Do­strzegł, że po jego sło­wach spoj­rze­nie Evana spo­sęp­niało, a szczęka lekko się za­ci­snęła.

- Tak, w rze­czy sa­mej. Ma na imię Meg - od­parł Evan, jakby to nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia.

- Roz­ma­wia­łeś już z nią?

Evan przyj­rzał się bratu. Do­brze znał ten błysk w jego źre­ni­cach.

- Do czego zmie­rzasz?

An­drew znów się uśmiech­nął. Przed chwilą wi­dział, jak Evan pa­trzył na tę młódkę, gdy tylko we­szła do sali. Śle­dził każdy jej ruch i nie spusz­czał z niej wzroku, a to wzbu­dziło w młod­szym bra­cie za­in­te­re­so­wa­nie. Nie za­in­te­re­so­wa­nie dziew­czyną, choć fak­tycz­nie była śliczna, tylko za­in­te­re­so­wa­nie za­cho­wa­niem brata. Od dawna nie wi­dział ta­kiego za­cie­ka­wie­nia w jego spoj­rze­niu.

- Tak, roz­ma­wia­łem z nią, ale za­mie­ni­li­śmy tylko kilka słów. Czemu py­tasz?

An­drew prze­chy­lił głowę, żeby swoim po­przed­nim sło­wom ująć wagi.

- Tak so­bie, z czy­stej cie­ka­wo­ści - od­rzekł z pół­u­śmie­chem.

- Pew­nego dnia swoją cie­ka­wo­ścią ścią­gniesz na sie­bie kło­poty - za­po­wie­dział Evan, zwra­ca­jąc się w jego stronę.

An­drew po­pa­trzył na brata i do­strzegł iskrę roz­ba­wie­nia w jego oczach.

"No pro­szę!" - po­my­ślał z odro­biną na­dziei. Po raz pierw­szy od dwóch lat uj­rzał, że Evan się nieco roz­luź­nił. Od śmierci Kerra bar­dzo się zmie­nił. Rzadko się uśmie­chał, zro­bił się tward­szy i bar­dziej nie­przy­stępny i choć An­drew ro­zu­miał go jak nikt inny, w głębi du­szy tę­sk­nił za star­szym bra­tem - za tym Eva­nem, któ­rego znał, za­nim do­szło do tam­tej tra­ge­dii.

Evan za­wsze był naj­bar­dziej mil­czący z nich trzech, naj­tward­szy i naj­wię­cej od sie­bie wy­ma­gał. Silny i czujny, spra­wiał wra­że­nie, że ra­dzi so­bie ze wszyst­kim, i An­drew go po­dzi­wiał, tak samo te­raz jak w dzie­ciń­stwie.

Kerr jed­nak był zwor­ni­kiem ca­łej ro­dziny. Dy­plo­ma­tyczny, cier­pliwy, za­wsze umiał lu­dzi wy­słu­chać, a także przej­rzeć na wy­lot. On też był po­wier­ni­kiem i prawą ręką Evana.

Zo­sta­wia­jąc na boku roz­my­śla­nia, An­drew po­pa­trzył na Evana, za­nim mu od­po­wie­dział.

- Może, ale ten dzień to jesz­cze nie dziś - od­rzekł ze swoim wiecz­nym uśmie­chem, uno­sząc brew.

- Nie był­bym taki pe­wien, bra­cie - rzu­cił Evan.

An­drew par­sk­nął śmie­chem.

W tym mo­men­cie we­szła He­len i za­częła na­kła­dać na ta­le­rze swoją fan­ta­styczną po­trawkę. Pie­czone mięso też roz­ta­czało wy­śmie­nity aro­mat.

Evan ką­tem oka zer­k­nął na młod­szego brata, który te­raz roz­ma­wiał z Mal­col­mem. Mar­twił się o niego. Znał go na tyle do­brze, by wie­dzieć, że pod wiecz­nym uśmie­chem i do­brym hu­mo­rem kryje się coś znacz­nie wię­cej - ból, któ­rego w ostat­nich mie­sią­cach ni­gdy nie oka­zy­wał na ze­wnątrz. An­drew umie­jęt­nie ma­sko­wał swoje emo­cje, za­sła­nia­jąc je po­czu­ciem hu­moru. Za­kra­wało na iro­nię, że od dzie­ciń­stwa naj­bar­dziej eks­tra­wer­tyczny z nich trzech był naj­bar­dziej skryty.

Przez salę prze­biegł po­mruk apro­baty, gdy lu­dzie za­częli jeść po­trawkę He­len. Evan, wy­rwany z roz­my­ślań, wresz­cie zwró­cił uwagę na swój ta­lerz. Jego kiszki wy­brały aku­rat ten mo­ment, by za­grać mar­sza, nie­cier­pli­wie do­ma­ga­jąc się za­spo­ko­je­nia głodu.

Nie ocią­ga­jąc się wię­cej, Evan od­ciął dla sie­bie ka­wa­łek mięsa z le­żą­cej na stole tacy i z lu­bo­ścią wziął się do je­dze­nia. Sma­ko­wało wy­bor­nie, praw­dziwe niebo w gę­bie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki