II.
W lipcu 1885 spotkało go nieszczęście, które przyćmiło nieco jego pogodę i zamąciło bieg całego domu.
Udał się był do Olieny po zakup wina, Może kosztował go nazbyt wiele, gdyż wieczorem twarz miał czerwoną, jak wierzchołek Athy, na którym gaśnie szkarłat lipcowego zachodu, a czapka zbakierowała mu się na głowie. Wyjechał nocą, w drodze spadł z konia i złamał nogę. Pomimo szybkiego i starannego leczenia chorował długo i okulał. Od tego czasu każda zmiana pogody, najlżejszy powiew scirocca z równiny sprowadzał mu silne i dokuczliwe bole. Stało się więc, że Mikołaj, niezdolny, jak dawniej zachodzie codzień do swej posiadłości, musiał zacząć życie jak wielki pan, musiał postarać się o dzielnego sługę, któryby za niego uprawiał winnicę i siał ziarno. Nawinął się Piotr Benu.
"Chłopcze - powiedział mu Mikołaj, wpatrując się w niego bystremi oczami - nie obrazisz się, gdy ci coś powiem? Nie cieszysz się dobrą opinją.
I Piotr miał oczy szare i błyszczące, nie spuścił więc głowy, wytrzymał z mocą wzrok Noiny i choć czuł, że mu uszy płoną, rzekł spokojnie:
- Zasięgnijcie języka.
Mikołaj zasięgnął języka u ostatniego chlebodawcy Piotra i otrzymał tak dobre świadectwo, że zawarł z nim odrazu umowę.
Ciotka Luiza i Marja były niezadowolone z wyboru, ale Mikołaj czuł się niedobrze, aby go więc nie drażnić, milczały, postanowiły tylko, zwłaszcza Marja, mieć oczy otwarte.
Niemniej przymknęła je nieco, aby dobrze wybadać Piotra, w dniu kiedy wszedł na służbę. Było to piętnastego września, w ponury, cieńmy i dżdżysty wieczór.
Piotr nie mógł go nigdy w życiu zapomnieć. Kiedy znalazł się w kuchni, trochę ciemnej i smutnej, mimo panującej w niej czystości i dostatku, i powiesił świtkę swoją na drzwiach, opadło go wielkie przygnębienie i duży niesmak z powodu zimnego, pełnego niedowierzania przyjęcia przez gospodynie.
Marja nalała mu szklankę wina. Był to powitalny kubek, pierwszy, jaki wypił pod tym dachem, odtąd niby własnym.
- Wypij - rzekła, bystro patrząc na niego.
- Za wasze zdrowie - odpowiedział i, pijąc, zaczął i on przypatrywać się Marji. W zimnym i badawczym wzroku swojej nowej pani wyczuł głęboko jej brak zaufania do świeżo przyjętego sługi, odgadł, że będzie go często upokarzała swoim dozorem, swojemi niesłusznemi, obrażającemu podejrzeniami.
W ten sposób Marja odsłoniła się przed nim, budząc odrazu wielką nieżyczliwość w Piotrze Benu, który przecież tyle miał szacunku dla kobiet, zwłaszcza dla młodych i pięknych.
W najbliższe dni wysłano go na dolinę, do jakiejś roboty w zagrodzie, sąsiadującej z winnicą i aby zobaczył jak wyglądają winogrona i owoce, które właśnie dojrzewały.
Marja zachodziła codzień i zdawała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi, czasem oddalała się, nie przemówiwszy doń ani słowa.
Piotr widział jak chodziła tu i tam po winnicy, pośród szpalerów, gdzie w całym przepychu zwieszały się gorące grona, pomiędzy drzewami zagrody, w słońcu zawsze jeszcze prażącem, co jakby ciążyło nad doliną i nad jasnemi, marzącemi w świetle skalami, na których szczycie dzikie dęby zdawały się w zamyśleniu wskazywać niebo, a sklepienie, rzekłbyś, zaklęsało jeszcze bardziej, błękitne i głębokie.
Marja, w prostej szarej, kretonowej spódniczce, w gorseciku z zielonego welwetu, który połyskiwał na słońcu, chodziła szybkim krokiem. Głowę w naciągniętej głęboko na czoło chustce miała spuszczoną, bufiaste rękawy koszuli podciągnęła pod ramiączka gorsecika. Piotr patrzył na nią nieżyczliwym wzrokiem; wiedział, że przychodzi go pilnować i stała mu się wstrętne.
Z gustem wymierzyłby jej dziś czy jutro tęgi policzek, ale ona nigdy nie zaczepiała go wprost, poprzestawała na paru zimnych i wyniosłych wyrazach. Mierzył ją wtedy wyzywającem spojrzeniem i nie odpowiadał nigdy jak się należy; swoją drogą gniew dodawał mu bodźca, więc pracował żwawo, nie kładł się całemi nocami i nie tknął nigdy żadnego owocu.
Pragnął odejść stąd jak najprędzej, pójść gdzieś na koniec świata; niechby raz przyszło winobranie, niechby go wysłali na orkę, na zasiewy, Bóg wie gdzie, do samego czarta, byleby tylko mógł już nie oglądać zielonego gorsecika i obłudnej chusteczki Marji.
Tak nadszedł październik. Marja zaczęła nabierać szacunku dla wiernego i pracowitego sługi, jakkolwiek zachowywał się niegrzecznie, był ponury i nieznośny w obejściu. Nie przychodziło jej do głowy, że Piotr mógł być dotknięty brakiem zaufania. Pewnego dnia, gdy ścinał pnącze, by słońce mogło lepiej przeniknąć do gron, przeszła koło niego i zapytała:
- Czemu nie jesz nigdy winogron?
- Czy liczysz ziarna? - zapytał pogardliwie, nie podnosząc głowy, lecz patrząc na nią, spodełba.
Zarumieniła się, zrozumiała, że się zdradziła i szybko zmieniła przedmiot rozmowy.
- Winogrona są dojrzałe, bardzo dojrzałe; myślę, że będziemy mogli zebrać je we środę.
- Tem lepiej - odrzekł obojętnie.
Stanęła na chwilę w środku ogrodu i zasłaniając oczy ręką, spojrzała na koniec winnicy, gdzie rosły niskie grona o żółtych liściach, obciążone delikatnym i dojrzałym owocem, który w słońcu wyglądał jakby był z wosku i miał się lada chwila rozpuścić.
- Piotrze, - rzekła, zbliżając się do miejsca, gdzie składał pościnane pnącze - pojutrze zerwiemy gruszki.
Spojrzał ku drzewom:
- Jak chcecie - odpowiedział.
- Słuchaj, pojutrze rano zerwiesz wszystkie gruszki, a ja przyjdę wieczorem z koniem, aby je zabrać. Czy myślisz, że się zmieszczą w cztery kosze? W dwa tłomoki? Przyjdę dwa razy.
A ponieważ Piotr nie odpowiadał i wracał znowu do szpaleru z gronami, poszła za nim.
- Dobrze obrodziły gruszki, nieprawda? Zeszłego roku nie mieliśmy ani jednej. Myślę, że tego roku zarobimy na nich conajmniej dwadzieścia lirów. Jak ci się zdaje?
- Mnie? Nic mi się nie zdaje.
- Dobrze chodziłeś koło nich. Kupię ci pół tuzina cygar.
- Dziękuję - odrzekł szyderczo.
Mówiła tak swobodnie, że po raz pierwszy zapytał sam siebie, czy nie osądził jej zbyt surowo. Poczuł jakby podmuch świeżego powietrza, wrażenie niespodziewanego zadowolenia. Ale w chwili, gdy ponownie wyrzucał stos winogronowych wąsów na koniec szpaleru, Marja odezwała się nieufnie i zimno.
- Słuchaj Piotrze, lepiej przyjdę pojutrze wieczorem wcześniej z kuzynką. Zerwiemy gruszki razem i zabierzemy je za jednym zachodem.
- Aha, już się boi, żebym nie odłożył części dla siebie - pomyślał i miał ochotę poczęstować ją pięścią po tej chusteczce, w której robiła świętoszka, ale na jego szczęście Marja wyrzekła dwa błogosławione słowa:
- Przyjdzie Sabina.
Przyjdzie Sabina, przyjdzie Sabina, brzmiało mu w uszach, nawet po upragnionem odejściu Marji.
Muchy, owady, ukryte w pnączach, dzięcioł, który stukał dziobem w białą topolę nad rzeką, słowik, śpiewający na drzewie orzechowem, wszystko powtarzało te dwa miłe wyrazy.
Piotr, gdy został sam, zapomniał o gniewie, a oczy jego w jasności wieczoru stały się jasne i przezroczyste. Ogromna, nieskończona słodycz spływała wraz z cieniami zbocza, gdzie blade oliwki już spały niewzruszonym spokojem. Przyjdzie Sabina!
Kiedy pierwsze blaski nowego księżyca, który spuszczał się za oliwkami, pomieszały się z niebieskiem światłem zmroku i stalowa iskierka zabłysła między topolą a orzechem na wodzie rzeczułki, powrócił wolnym krokiem do szopy nad winnicą. Oliwki, które księżyc osypał perłami, patrzyły miłośnie na szopę, przed nią wznosił się murek. Piotr, zmęczony, wyciągnął się na murku i wlepił oczy w szarą głębię gór. Panowała uroczysta cisza.
Wiaterek oddychał tak lekko, że drzewa nawet nie wydawały szmeru, tylko cichy, nieprzerwany dreszcz zmieniał delikatne barwy pnączy, przezroczystych w świetle księżycowem. Chór świerszczy dobiegał z krzaków, strumyk szemrał jednostajnie, a gdzieś daleko na białym od księżyca gościńcu, który oddzielał dolinę od gór, skrzypiał wóz. Te nieokreślone, smętne i ciągle jednakie dźwięki wzmagały jeszcze wrażenie ciszy i samotności. Łagodny majestat wieczoru i krajobrazu odbijał się nieświadomie w uczuciach Piotra, podczas gdy dobrodziejstwo odpoczynku i chłodu przenikało jego spracowane ciało; jakieś wiotkie i zwiewne tchnienie, jakieś światło tajemne, jak słodka poświata nowego księżyca, rzeźwiło rosą jego myśli. Były to proste, dziecięce sny, mgliste nadzieje szczęśliwej przyszłości, które napływały gromadą i czyste jak źródlana woda, zlewały się ze spokojną i jasną pieśnią strumyka. Przyjdzie Sabina - powtarzał mu głos wewnętrzny, a tajemny świat marzeń rozszerzał się, rozszerzał w świetlane kręgi...
Sabina była bardzo uboga, służyła jako przychodnia, a w zimie brała służbę stałą. U Noinów pracowała często i okazywali jej pewną powściągliwą życzliwość, choć ciotka Luiza nie mogła darować bratu i jego pamięci, że się ożenił z biedną wieśniaczką i zostawił córkę w nędzy. Kiedy jednak nasuwała się potrzeba pomocy, płatnej usługi, Sabina miała pierwszeństwo.
Nazajutrz Marja nie przyszła do winnicy. Piotr zaniepokoił się trochę, jakkolwiek myśl, że wreszcie przekonała się do niego i przestała go tak bardzo pilnować, albo podejrzenie, że mogło jej się przytrafić coś niespodziewanego, przynosiły mu niejaką ulgę. Czekał cały wieczór, co chwila wyglądał na drogę; lękał się, że jeżeli nie przyjdzie dziś, to może nie przyjdzie i jutro, a wtedy nie przyjdzie i tamta i spostrzegł ze zdziwieniem, że się martwi tem, czego tak pragnął dawniej: nieobecnością Marji.
Nazajutrz rano także nikt nie przyszedł, a Piotr, pracując niechętnie, pogodził się ze swą samotnością, kiedy popołudniu pies, uwiązany pod gruszami, zaczął szczekać, stanął na tylnych łapach i wpatrzył się małemi, zaczerwienionemi oczkami w kierunku drogi. Piotr spojrzał.
Marja i Sabina pędziły konno jak opętane, w tumanach szarego kurzu, śmiały się, czerwone w jaskrawem słońcu popołudnia, a konie, świecące od potu, biły się ogonami po bokach.
- Biedne stworzenia! - pomyślał Piotr ze wzruszeniem.
Nie poszedł na spotkanie dziewcząt, nawet nie pomyślał o tem, - pracował dalej. I dopiero gdy nadeszły, prowadząc za sobą konie, które wyciągały szyje, aby szczypnąć z drzewa jakiś listek, a miały na sobie każdy po wielkim tłomoku z wysokiemi wewnętrz trzcinowemi koszykami, Piotr wyprostował się i przywitał.
- No i cóż nowego, Piotrze? - zawołała Sabina, ciągnąc mocno konia za postronek.
- Wszystko dobrze - odrzekł, przyglądając się jej czule i z uśmiechem. Pomógł jej uwiązać konia, podczas gdy Marja borykała się sama ze swoim, który wstrząsał się cały, z pyskiem w krzaku.
Sabina była bardzo ładnie ubrana, w bielutkiej koszuli, czerwonym aksamitnym gorseciku i ciemnej kretonowej spódniczce z różowym obrębem. Miała porządne buciki, a odwiązana chusteczka odkrywała bardzo białą szyję, otoczoną czarnym jedwabnym sznureczkiem. Pomimo jednakże wysokiego wzrostu i białej cery, nie przyćmiewała bynajmniej wspaniałej urody Marji. Dodawał jej dużo wdzięku kosmyk jasnych, trochę niesfornych włosów, który wymykał się z pod chusteczki i spadał na czoło, zasłaniając niekiedy oczy. Starała się go wcisnąć pod chustkę, przygładzając co chwila, ale, uparty, pozostawał w ukryciu ledwie przez chwilę i wymykał się znowu na powietrze, na światło.
Jak to czarowało Piotra! Uwiązał konia, i korzystając z kłopotu Marji, przyglądał się bacznie Sabinie. Ona, zupełnie niezmieszana, usiadła na ziemi i zaczęła zdejmować obuwie.
- Jesteś zachwycony, Piotrze? - krzyknęła Marja. - Mógłbyś pomóc mi uwiązać to djabelskie stworzenie.
Musiał otrząsnąć się ze swego zachwytu i podejść do niej. Marja, czerwona i zgrzana, rozzuła się również i natychmiast zaczęła napędzać Piotra do roboty.
- Dalej, dalej, prędko. Musimy się spieszyć, niech cię djabeł pogania, Piotrze Benu.
Wskoczył, mrucząc, na gruszę i poprzez złoto liści z każdym strącanym owocem rzucał namiętne spojrzenia na Sabinę. Ale obok niej, z głową podniesioną stała i śmiała się wesoło Marja, i Piotr musiał być ślepy, żeby nie zauważyć ślicznych dołków w twarzy swojej pracodawczyni, których dotąd nie podziwiał jeszcze.
A Piotr był wielkim wielbicielem wdzięku kobiecego i z wysokości gruszy widział dobrze, że Sabina wobec Marji wydaje się prawie brzydka.
Był ciągle pełen wielkiej tkliwości, myślał jednak przez pół świadomie, że gdyby Marja była Sabiną i gdyby znaleźli się sami, chętnie rzuciłby się z drzewa dla swojej ukochanej. Z tej wysokości, skąd rzeczy przybierały jakby inny wygląd, mógłby może i zapomnieć o złem sercu, które, jak utrzymywał, biło w piersi Marji. Jednak w pewnej chwili, gdy Marja oddaliła się, popadł znowu pod urok bladej twarzy i złotego kędziorka Sabiny. Nie rzucił się z drzewa, ale zsunął się z niego zwinnie, poobtrącawszy już wszystkie gruszki.
- Sabinko - rzekł - chcę ci powiedzieć dwa słówka.
Zarumieniła się przelotnie. Ten sakramentalny wstęp, dawno oczekiwany, powiedział jej dużo, powiedział jej wszystko. Głos jej drżał, oczy błyszczały, jakkolwiek chciała okazać się zupełnie obojętna.
- A co mi masz do powiedzenia?
Ale Marja powróciła.
- Powiem ci kiedyindziej - szepnął, obejmując pień innego drzewa.
- Dlaczego nie dzisiaj? - zapytała drżąca.
Byłby chciał uścisnąć ją jak gruszę. Musiał się zadowolić spojrzeniem, pnąc się na drzewo, ale zdawało mu się, że się wspina do nieba.
- Idzie Marja, - rzekł - a nie chcę, żeby ktokolwiek słyszał. Przyjdziesz na winobranie, nieprawdaż?
Nie odrzekła ani tak, ani nie. Gdy Marja znalazła się blisko, schyliła się, by podnieść zrzucone przez Piotra gruszki, ręce jej drżały lekko, nie śmiała podnieść oczu, a nagły rumieniec schodził powoli z policzków. Piotr, wciśnięty w żótłe listowie, z nogami mocno opartemi na dwu gałęziach, czuł na twarzy całe gorąco słońca, całą grę światła oliwek, roziskrzonych na stoku wzgórza, ale czuł zarazem nagłe niezadowolenie, jakby żal ze zbyt spiesznego wyrwania się, tembardziej nieuzasadniony, że Sabina okazała się dla tajemnicy jego serca życzliwie usposobiona.
Milczeli. Daremnie Marja starała się nawiązać rozmowę, rzuciła jakiś żarcik, śmieszny i kłujący, Piotr nie odpowiadał, a Sabina pochyliła się bardziej, żółta jak gruszki, które spadały z drzewa, sypały się jedna za drugą, siejąc delikatną i miłą woń, ciepłe od słońca, przenikającego błyszczące listowie. Marja i Sabina, schylone nad ziemią, zbierały je w zapaski, których oba rogi trzymały ciasno w ręku, a gdy zapaski były pełne, wysypywały owoce do koszy, powstawianych w worki.
Około czwartej praca była skończona, kosze napełnione, grusze ogołocone z pięknych, wonnych owoców. Piotr dźwignął tłomoki na konie, a Sabina, usiadłszy na ziemi, wkładała trzewiki, prosząc Marję, aby jeszcze nie odchodzić.
- Przejdźmy się trochę, Marjo.
- Dobrze, przejdźmy się. Czy pójdziesz i ty Piotrze? - zapytała Marja, wyśmiewając go, że nie może dać sobie rady z niecierpliwym i wierzgającym koniem.
- Niech was djabeł prowadzi - rzucił w złości.
Dziewczęta, śmiejąc się, spuściły się w stronę winnicy, Marja spychała kuzynkę za ramiona przez wąską, pełną słońca dróżkę.
Piotr patrzył za niemi, widział jak kręciły się po winnicy, jak zeszły niżej, znikły, ukazały się znowu nad potokiem; głośny śmiech Marji zlewał się z szumem płynących wód. Widział, jak Sabina umyła twarz w strumyku, a później wytarła ją o brzeg spódnicy. Zdawało mu się dalej, że powiedziała coś kuzynce, patrząc w górę ku niemu. Śmiały się ciągle. Rozgniewało go to jeszcze bardziej. Może Sabina zwierzyła się z jego niedokończonych oświadczyn? Poczuł wielki niesmak, myśląc, że Marja wciągnięta została w jego tajemnicę, i znowu pożałował, że wyrwał się zbyt wcześnie.
Czemu one się wciąż śmieją, te dwie głupie dziewczyny? Czy może żartują sobie z niego? Był prawie pewny; odwrócił się i odszedł. Gdy powróciły i Sabina zawołała go, by się pożegnać, nie odezwał się nawet. Ale pozostawszy sam, pożałował tego serdecznie. Ona odwróciła się kilkakrotnie, wchodząc na drugie zbocze doliny i ciągnąc za sobą objuczonego konia. Wydostawszy się na gościniec, oparła się na murku, zawsze jeszcze patrząc uparcie w stronę winnicy. Nawet już zdaleka, póty, póki mogła widzieć ostatnie oliwki wuja Mikołaja, oglądała się raz po raz.
Piotr zauważył to i zły był na siebie i swój przeklęty, pełen przekory charakter, potem zaczął na nowo marzyć o dniu winobrania. Poprosi Sabinę, by poszła z nim razem do szpaleru, tam, gdzie on będzie ścinał winogrona; pójdą naprzód, naprzód, daleko od innych, by ich nie szpiegowano. On będzie ścinał grona małym sierpem, ona będzie je zbierała do koszyka i, rumieniąc się, słuchała jego słów miłosnych. On jej pomoże podnieść pełny koszyk na głowę i zanieść do wózka, a wtedy oczy ich spotkają się z niewypowiedzianą słodyczą.
Oczy Piotra już ją w sobie odbijały.
- Tu, może to będzie tu? - myślał, idąc ku najdalszym szpalerom winnicy, gwiżdżąc i klaszcząc w ręce, aby odgonić ptaki, które dziobały winogrona. Stado pliszek o ruchliwych ogonkach porwało się z hałasem i znikło w czystem, przezroczem powietrzu, a powiew wieczorny naniósł aż do winnicy opadłe z grusz liście.
I.
W mglistym zmroku listopadowym, pełnym smutku i ciszy, cień Piotra Benu jedyny zamącał melancholijną samotność wsi nuorskiej. Piotr już od kilku godzin orał zbocze, obramowane lentyszkiem i jałowcem, krocząc wolno wślad starych, czerwonych wołów, które z trudem ciągnęły pług. Doszedłszy do końca długiej skiby, zawracał je bez słowa, uderzając lekko patykiem. I znowu spuszczał się za pługiem po przewróconej, wilgotnej i prawie czarnej ziemi, która dymiła, wydając ciepłą woń zroszonej, zeschłej trawy. U stóp zbocza ponawiał ostry obrót i szedł pod górę, zawsze milczący, z witką w ręku.
Stare woły oddychały ciężko, czarne nozdrza dymiły jak przewrócona ziemia, a krótkie, rude powieki opuszczały się z bólem na duże, smutne oczy. Tak nadszedł zmierzch.
Profil wysokiej i silnej postaci Piotra rysował się na tle błękitnawych oparów wieczora, jakkolwiek ubranie jego było ciemne, nawet spodnie z grubego płótna nabrały koloru ziemistego. Ubrany był w strój chłopski z Nuoro, w wypłowiały czerwony kabat, na grubej aksamitnej granatowej podszewce; spodnie, przymarszczone na kolanach, siedziały w kamaszach z czarnej alpagi. Na nich nosił szarawarki króciutkie, rozwiane do połowy uda i przytrzymane skórzanym pasem. Na nogach miał wielkie podkute buty, a na głowie charakterystyczną czapkę sardyńską. Zamiast zwykłej strojnej i krótkiej sukmany, zarzucił na kabacik serdak bez rękawów, z wyprawionej skóry jagnięcej, doskonałego kroju i roboty, zupełnie nowy, z czerwonemi naszywkami. Pewna dbałość, pewna pierwotna wytworność cechowała osobę Piotra, mimo że kurz i błoto mocno przytłumiały kolory jego roboczego ubrania. Twarz była również ziemista, bronzowa; włosy miał czarne, krótkie, zaczesane na jeża na modłę miejską, a oczy szare, bardzo łagodne. Reszta twarzy o czystym i silnym profilu, czarnej, ostrej bródce i gęstych, krzaczastych brwiach, wyrażała nieposkromioną dumę człowieka napół dzikiego, który największe zaufanie pokłada w swojej żelaznej pięści.
Piotr kiedyś jako dziecko i jako wyrostek był niesforny, drapał się po murach sadów i kradł; dręczył słabszych, zwierzęta i dziewczynki z sąsiedztwa, klął zapamiętale i ujeżdżał przez długie godziny nieosiodłane konie, trudne do opanowania.
Matka jego, biedna wyrobnica, posyłała go do szkoły, ale on uciekał w pole i wracał wieczorem z wiązką drzewa na plecach, albo nie wracał wcale na noc. Wtedy matka gromiła go, nieraz przywiązywała i zamykała w domu. Milczał, lecz odcierpiawszy karę, rozpoczynał na nowo życie swobodne i awanturnicze. Matka nazywała go nieposkromionym i ten przydomek, który kłócił się z djalektem i z charakterystycznemi przezwiskami ludowemi w Nuoro, pozostał mu na zawsze. Dawał mu aureolę wyższości, siły fizycznej i moralnej, a on dumny był z niego jak z cnoty.
Doszedłszy do siedemnastu lat, stracił matkę i musiał iść do służby. Był kolejno pastuchem, robotnikiem i rolnikiem. Po przejściu pierwszej młodości, dzięki powolnemu i koniecznemu rozwojowi, przez wdrożenie się do pracy i posłuszeństwo dla chlebodawcy, charakter jego ustatkował się zupełnie.
Ze swego smutnego, wichrowatego dzieciństwa, w którem zaznał i zimna i głodu, zachował zaledwie dalekie, prawie nieświadome wspomnienie, jednak został mu we krwi jakby jakiś zarodek głębokiego smutku i buntu.
Był zawsze jeszcze gwałtowny i porywczy i miał najgorsze imię; w gruncie rzeczy, pozatem, że wypoliczkował kilka razy uroczyście natrętów, nie robił nic złego. Miał ideał bardzo skromny i niewinny: zebrać tyle grosza, by móc odbudować starą swą chałupę, której dach zapadł się przed kilku laty, nabyć parę wołów i wóz - i ożenić się.
Ale czasy były złe, wynagrodzenie pobierał marne, a dwie trzecie zarobku rozchodziło się na ubranie i inne potrzeby, bo Piotr był trochę samochwał, lubił nadawać sobie powagi, ubierał się ładnie, a znalazłszy się w towarzystwie, szastał jak wielki pan.
Dla kobiet miał nieograniczony szacunek, prowadził życie porządne, pracował we dnie, sypiał w nocy i poważał chlebodawcę. Dom, gdzie się z nim dzielono chlebem i winem, miał za swój własny, ale czuł się samotny i wielkie, tajemne pragnienie, by być kochanym, by stworzyć rodzinę, pchało go do cnoty.
W lecie 1885 roku spotkał na jarmarku wysoką i zgrabną blondynkę z wiecznie spadającym na czoło kosmykiem jasnych włosów i o słodkich dumnych oczach góralki. Ten kosmyk, koloru spalonego od słońca rżyska, i słodkie, nieużywane imię: Sabina zrobiły na nim wrażenie, i pewnej nocy, kiedy księżyc w pełni oświetlał klepisko, a mrówki długim szeregiem sunęły po ziarno, śpiąc na gołej ziemi, począł marzyć o zaślubieniu uroczej żniwiarki.
Jednakowoż, zbudziwszy się, nie spieszył z postanowieniem i tak przeszły miesiące, minęło lato i zmienił chlebodawcę.
Nowy jego pan, wuj Sabiny (okoliczność, która go skłoniła do opuszczenia dawnego), był to drobny posiadacz, z pochodzenia kampidańczyk, od lat czterdziestu zamieszkały w Nuoro. Dzisiaj Mikołaj Noina nie pamiętał już w jakiej wsi na równinie się rodził. Ojciec jego, handlarz oliwy, wziął go ze sobą w drogę jako dziecko i po trzydniowej, niebezpiecznej podróży przybyli do Nuoro.
Tutaj stary Noina kupował oliwę do palenia a sprzedawał ją jako jadalną. W ten sposób Mikołaj, przedsiębiorczy i rzutki, jak wszyscy południowi sardyńczycy, stał się zamożnym właścicielem i ożenił się z dziewczyną z dobrej rodziny.
Obecnie posiadał dom, winnicę, tankę czyli halę, kawał gruntu, wóz, woły, konia, psa i prześliczną córkę. Nadto prowadził przygodny handel zbożem, wełną i winem. Książka jego rachunkowa, prowadzona przez Marję (ponieważ sam pisać nie umiał), wykazywała corocznie znaczne dochody, a ciotka Luiza [Lud sardyński imieniem ciotki i wuja nazywa gospodynię i gospodarza domu. (Przypis tłum.)], matka, chowała pieniądze we wszystkich skrytkach domu. To też Noinowie wodzili rej w okolicy, a ciotka Luiza wyglądała co najmniej na matronę.
Dom ich królował istotnie nad wszystkiemi nędznemi chałupami otoczenia, a kołyszące się firanki w oknie pokoju wuja Mikołaja i ciotki Luizy jakby się naigrawały i wstrząsały zniewagą wobec nędzy sąsiedztwa.
Nędzne i dziwne to było sąsiedztwo; małe, czarne lub szare domki, z dachami, które groziły zawaleniem, i z tajemniczemi dziurami we drzwiach i oknach; jednak słońce i powietrze zalewały je światłem i zdrowiem.
Leżało to wszystko i leży na skraju miasta, ma swój obszerny plac, którędy Atylla napewno nie przeszedł, bo trawa rosła na nim bujna przez wszystkie pory roku; jako tło stał krąg gór, krajobraz wspaniały i pogodny.
Małe ogródki tonęły w dziwnej i dzikiej roślinności, która stanowczo miała coś wspólnego z naturą mieszkańców; podwórka o poniszczonych murach, dzikie figi, szpalery, drzewka migdałowe wcinały się w domki, wystawione na skale, prawie wszystkie zdobne w małe drewniane ganeczki i w zewnętrzne schody. Chociaż więc, jako budynki, smętne bardzo i marne, w otoczeniu swem miało owo sąsiedztwo coś malowniczego i poetycznego zarazem, co przykuwało uwagę przechodnia.
Mieszkańcy byli nader biedni: wieśniacy, pasterze, robotnicy - nędza, która, gdy zabraknie pracy, ucieka się do ludzkiego miłosierdzia, do długów, do kradzieży. Ubierali się wszyscy z chłopska, prócz jednej rodziny toskańskiej, która utrzymywała karczmę i kramik z drobnemi towarami.
Spotykałeś tam mężczyzn wysokich i niskich, młodych i starych, pięknych i brzydkich, ale bez wyjątku nędzarzy, kobiety blade i mizerne, urodne dziewczęta, umorusane dzieciaki i uliczników, chude psy, koty, kury, woły, prosięta, źrebaki i ptactwo: całe ubogie i liche życie, swobodne i nędzne jednocześnie, pełne plotek, krzyków i małostek.
Wszyscy mieli swoje zgryzoty i nienawiści, swoje sprawy i myśli. Często kobiety kłóciły się, a mężczyźni obracali rzecz w śmiech, często wybuchały waśnie między mężczyznami a kobiety płakały. Byli tam obłudnicy i złośliwcy, jak śród ludzi dobrze wychowanych, jedni obgadywali drugich, znali nawzajem swoje najtajniejsze sprawy; dziewczęta zabawiały się miłostkami, chłopcy co noc śpiewali serenady, wreszcie, w świeże i jasne letnie wieczory wszyscy mieszkańcy wylęgali na plac dla gawędy. Tylko Noinów nigdy nie było widać. Cichy domek z pogardą patrzył na plac, sam wyniosły pośrodku tej całej nędzy.
Składał się on z sześciu pokoi: kuchnia i dwie izby na dole, obrócone na piwnicę i na skład, wychodziły na podwórze, na pierwszem i jedynem piętrze mieściła się duża sypialnia sa camara 'e reposu [izba do odpoczywania], urządzona z gminną wystawnością, z łóżkiem ogromnem, jak miłosierdzie boże, i firankami w oknie, z lustrem, które wprawiało w podziw sąsiadów i z mnóstwem obrazów na ścianach. Do tej izby przylegały z dwu stron dwa pokoiki, w jednym z nich mieszkała Marja.
Schody - rozumie się samo przez się - znajdowały się od zewnątrz, ale nie były lada jakie: granitowe z żelazną poręczą i nakryte szerokim daszkiem.
Na szczycie nad niemi wznosił się ganeczek, cały tonący w dzwonkach, które Marja hodowała z wielką troskliwością.
Schody prowadziły na podwórze, a dwie kryte werandy po przeciwnej stronie - we frontowej ścianie domu - zasłaniały widok na dziedziniec od ulicy. Werandy owe służyły jako stajnia i wozownia, przyjacielskim swym cieniem ochraniając psa, prosię i studnię. Noinowie, wielcy właściciele ziemscy, nie posiadali koło domu ani kawałeczka ogródka, aby użyć słońca i radować się choć trochę zielenią, tylko te dzwoneczki, wijące się wokół poręczy i na sznurowej siatce po daszku, opadały świeżemi, poczochranemi pękami pod ganek i rozkwitłą, ciepłą zielenią rozweselały wiejskie podwórko. Stały na niem, w porządku niemal symetrycznym, wszelkie narzędzia gospodarskie, stare koła, pługi, łopaty, jarzma, wóz sardyński i moc innych sprzętów.
Marja utrzymywała podwórze bodaj w jeszcze większym ładzie i czystości, niż sam dom, zamiatała je co dzień, a nawet na ulewny deszcz wybiegała, byle je wyszorować miotłą. Wracała cała zaszargana, narażała się na zaziębienie, ale bruk błyszczał się i bielił, a sąsiadki, zaglądając przez uchyloną bramę, szeptały: Co za gospodyni z tej Marji!
Prawda, Marja szorowała podwórze, aby było czyste, ale także i dlatego, że robiły jej przyjemność pochwały. Była to osóbka próżna, ambitna i obłudna, a marzyła o wydaniu się bogato zamąż. Wyrósłszy w dobrobycie, śród krzyczącej nędzy otoczenia, miała wysokie wyobrażenie o sobie, o swojej rodzinie, swoim domu, podwórzu, majątku. Próżność jej miała granice: zamykała ją i ukrywała w sobie, gdy tymczasem ciotka Luiza nie znała hamulca. Przybierała stale ton bogaczki, każdem słowem dawała w sposób jaskrawy i przygniatający wyczuć ludziom, że nikogo nie potrzebuje, że ma pieniądze i zapasy. Sąsiadki niecierpiały jej, chociaż w oczy jej schlebiały, dla jakichś możliwych z jej strony względów; przeciwnie dla Marji miały rodzaj kultu. Posiadała dla sąsiadów urok ulubionej królewny, taka była dobra, taka prosta ze wszystkimi! Mimo całego bogactwa pracowała jak służąca, a nawet nie pozwoliłaby nigdy tej zakale rodu ludzkiego przekroczyć progu swego domu.
Sama prała przy studni, ubierała się byle jak, chodziła boso. Krzątała się od świtu do nocy, wodziła rej na jarmarkach, winobraniach, przy zbiorze oliwek, uprawiała ogrody wiejskie, piekła chleb, mało brakło, a byłaby nosiła drwa na plecach - utrzymywała w porządku dom, pomagała ojcu w sprzedaży wina, oliwy i zboża, prowadziła mu książki rachunkowe i korespondencję, a przy tem wszystkiem znajdowała czas na szycie i pokazywanie się w odświętnym stroju w kościele. Rachunki robiła z zadziwiającą zręcznością, a książki prowadziła w najwyższym stopniu sumiennie. Była chytra, oszczędna, silna i w gruncie miała w sobie pewną złośliwość i uszczypliwość. Obok jednak tych rozmaitych wad, posiadała i swoje zalety: gorące uczucia rodzinne, litość dla biednych, ktorych potajemnie wspierała, wielką uczciwość obyczajów. A przy tem wszystkiem ów cenny dar ukrywania własnych uczuć, między któremi poważne miejsce zajmowało mocne zadowolenie ze swojej urody, siły, zdrowia i bogactwa.
Była wysoka i smukła, obfite krucze i wijące się włosy zbierała na szyi w dwa grube warkocze; jej duże czarne oczy bystre były i wesołe. Czoło miała niskie, a płeć smagłą ze złotawym odcieniem, który przypominał płomienne zmierzchy sardyńskie. Z małych, przezroczystych i różowych uszek zwisały długie koralowe kolczyki z wielkiem złotem kołem, co jej gorącej fizjonomji nadawało bardzo interesujący wygląd arabski. Kiedy się śmiała, na policzkach jej i podbródku występowały prześliczne dołki, przytem przez środek dolnej wargi rysowała się głęboka kreska, oczy mrużyły się w kącikach z nieodpartym wdziękiem. Dlatego Marja śmiała się o wiele zaczęsto.
Zato ciotka Luiza nie śmiała się prawie nigdy i mówiła, mało. Była to kobieta bliska pięćdziesiątki, niska, otyła z wielką białą twarzą, na której nic się nie malowało, zawsze schludna, poważna, nabożna, ubierała się ze staroświecka, wiecznie pozowała, wzorując się na owych principalesse [księżnych] sardyńskich, którym zdaje się, że są paniami całego świata, bo posiadają sto skudów gotówką i dom pełen zapasów.
Nie pokazywała się na ulicy, ale wychodziła odetchnąć na podwórze, siadając koło otwartej bramy. A trzeba było widzieć jej pozy, jeżeli podeszła jakaś kumoszka, kłaniając jej się w pas, jak królowej. Mówiła wyłącznie o majątku, o kłopotach, o interesach męża, traktowała sąsiadki zgóry, zakładała godnie ręce na piersiach i ściągała usta ruchem tak pełnym dostojeństwa, że narzucała wszystkim swoją powagę i wielkość.
Bywała często w kościele, w domu przędła ustawicznie, zimą przy ogniu, latem na podwórzu, pod gankiem, koło otwartej bramy. Siadywała zawsze na niskim, szerokim, stołku, a że używała małych, wrzecion sardyńskich, musiała co pewien czas zadzierać głowę i ramiona. Mimo to nie wypadała nigdy z pozy, a usta ściskała tak mocno, że aż zupełnie znikały w jej wielkiej, niemej twarzy. Nosiła czarne pantofle i granatowe pończochy, a końce wielkiej czarnej chustki wełnianej: zarzucała na czubek głowy, tak, że wyglądały z pod spodu wiązadła czepka, mocno ściśnięte pod brodą.
Mąż nazywał ją Madama Reale, jej królewską mością.
Mikołaj Noina lubił nadawać znajomym odpowiednie przydomki. Był on zupełnem przeciwieństwem ciotki Luizy: gaduła, kpinkarz, inteligentny człowiek. Lubił rozrywki, ładne kobiety, dobre wino, ale nie zwierzał nikomu swoich tajemnic i, w odróżnieniu od żony, udawał zawsze zrujnowanego, potrzebującego pieniędzy. Marja odziedziczyła po nim tęgą pracowitość, zdolność ukrywania uczuć, siłę i urodę.
Rodzina, mocna i potężna, żyła w cudownej zgodzie; rozumieli się wzajemnie, jak ptaki z jednego gniazda, ale Mikołaj był naprawdę panem w swoim domu. Piękny i rosły, z ciemną twarzą, której jednak żywe i bystre, nieokreślonej barwy, trochę miedziane, trochę granatowe oczy nie pozwalały przyglądać się zbyt długo, uosabiał naprawdę mocny typ gospodarza i pracownika.
III.
Ale w dzień winobrania Sabina nie przyszła.
- A twoja kuzynka? - zapytał Piotr Marji, patrząc jej bystro w oczy.
- Babka jej zachorowała - odrzekła Marja - śmiejąc mu się w twarz złośliwie.
Piotr stracił humor odrazu. Nie wymówił imienia Sabiny ani razu, ale myślał o niej przez cały dzień i widział ją przy sobie, jakgdyby była naprawdę koło niego.
Inni uczestnicy winobrania bawili się hałaśliwie, młodzież śpiewała śmieszne, bez przygotowania układane zwrotki, o obecnych dziewczętach, które ugadywały się i śmiały do rozpuku śród pełnych słońca szpalerów, a żarty, wszelakie historyjki i ploteczki krążyły bez przerwy. Piotr zły, skwaszony, nie mógł słuchać tych wszystkich piosenek i bredni.
Dziewczyna jedna, głupia i bardziej bezczelna od innych, ładniutka, drobna, złośliwa, przezwana Różą kolczastą, kręciła się koło niego, dręcząc półsłówkami i słodkiemi wyrazami. Rozzłościł się naprawdę.
- Albo chodź i pracuj uczciwie - parsknął z nagłym wybuchem, - albo kopnę cię w koszyk, i zobaczysz, jak ci będzie przyjemnie.
Obraziła się, wysunęła dziobek i poszła wdzięczyć się gdzieindziej. Z odległości wymyślała mu, ale on milczał i obcinał dalej sierpem grona z myślą o Sabinie.
Dwaj chłopcy śpiewali bez ustanku, pod wieczór wszczęli bójkę, kobiety podniosły wrzask, wtedy dopiero Piotr zaczął się śmiać, zaprzągł woły do wozu, pełnego winogron, odwiązał psa i wziął witkę. Słup białych mgieł podniósł się z za góry w stronie lasów na Monte Bidde; w powietrzu czuć było wilgoć. Żegnaj piękna poro roku! Żegnaj winnico!
Mijając prostą drewnianą kratę, która odgradzała od gościńca, Piotr nie raczył nawet rzucić ostatniego spojrzenia na ogołoconą winnicę, na opuszczoną chałupę, gdzie spędził był tyle miłych dni i gdzie marzył tak cudnie. Popadł znowu w zły humor i przygnębienie. Gościniec tego wieczora był natłoczony i hałaśliwy: przesuwały się naładowane ciężkie i powolne wozy, w przesyconem wilgocią i lekką mgłą przedwieczornem świetle mijały gromadki wracających z pola chłopów i chłopek; wszystko rysowało się niepewnie na szarawem tle góry.
W powietrzu rozchodził się ledwo uchwytny zapach moszczu, świeżych liści i wilgotnej trawy, a winogrona na wozach, w błękitnym połysku zapadającego dnia przybierały odcień fioletowy; koła wozów zostawiały głębokie brózdy w białym pyle gościńca, tu i tam światło błyszczało w dolinie, a od czasu do czasu dźwięczny, rozśpiewany głos wybijał się ponad paplaninę kobiet i głuchy stuk wozów.
Piotr szedł przodem, obok swego wozu, wlokąc witkę po piasku, a pies Malafede biegł przy nim, poważny, ze spuszczonemi uszami i ogonem. Było to duże, chude stworzenie z białą plamą na czole. Od czasu do czasu podnosił łeb i patrzył na Piotra czerwonemi, mądremi oczkami, lub ziewał, skomląc lekko i kręcąc ogonem.
Doszli tak prawie do połowy drogi, kiedy Róża kolczasta, oddzieliwszy się od reszty końca, zbliżyła się do wozu Piotra i, podniósłszy kamyk, cisnęła nim w psa. Malafede zaskowyczał boleśnie i pobiegł naprzód jak strzała. Piotr, oburzony, obejrzał się:
- Kto go uderzył? - krzyknął.
- Ja - odpowiedziała hardo dziewczyna.
- Dlaczego, głupia jedna - może ci chciał wydrapać oczy? Jeżeli mi wpadniesz w ręce, połamię ci kości.
Pomimo groźby Róża podeszła bliżej.
Nic się nie stało - rzekła. - Pódź tu, Malavi, pódź tu!
Pies przyleciał z powrotem i popieściła go.
- Piotrze, - rzekła poważnie, chcąc zawrzeć z nim pokój - co za djabeł w tobie siedzi? Ja wiem, co ci jest!
- Co takiego?
Róża obejrzała się i przekonawszy się, że poprzez hałas wozu nikt, prócz niego, usłyszeć jej nie może, rzekła:
- Ja wiem, o kim myślisz. Marja mi powiedziała.
- Co ty wiesz? Co ci Marja mogła powiedzieć? - rzekł pogardliwie.
Zaczęła mu opowiadać moc złośliwości. Marja miała jej powiedzieć: "Patrzcie na Piotra, co za mina! A to dlatego, że niema Sabiny, w której się kocha na zabój", - wyśmiewała go, radząc Róży dokuczać mu w czasie winobrania, a i Sabina kpi sobie z niego i romansuje z innym...
- Do djabła, do djabła! - rzekł Piotr z szyderczym uśmiechem, ale serce zalewało mu morze goryczy i pociemniało mu w oczach.
- Czemu Marja to robi?
- Ja myślę, że jest zazdrosna, - powiedziała Róża z całym jadem swoich wdzięcznych kolców.
Zazdrosna? Dlaczego? O kogo? Wydało mu się to tak niemożliwe i takie zabawne, że miał ochotę śmiać się, ale jednocześnie to przypuszczenie było mu przecie miłe.
Z początku nie myślał o tem wiele; inna myśl dręczyła go dotkliwie i sprawiała niesmak, upokorzenie, gniew i zawiść. To przekonanie o lekkomyślności i niegodziwości Sabiny. Głupia, pusta dziewczyna! Więc zdradziła tajemnicę, której jeszcze nie była zupełnie pewna? Tę tajemnicę, dla niego świętą i słodką, którą zaledwie z obawą i szacunkiem śmiał wyznać przed samym sobą. Więc nie omylił się wtedy wieczorem, czując się dotkniętym i oszukanym, gdy myła twarz w strumieniu? Głupia, po dziesięć razy, głupia! Ale on się zemści! Przecież jej właściwie dotąd nic nie powiedział, a jeżeli spotka ją kiedyś, pozwoliwszy jej długo czekać na siebie, powie jej coś, co popamięta.
Myśl o gniewnej zemście uspokoiła go na chwilę, ale noc spędził bardzo smutną. Nie mógł się rozstać ze swojem marzeniem, wykwitłem na słońcu w pogodnem powietrzu doliny. Marzenie to teraz rozwiało się w szyderczym śmiechu i plotkach dziewczęcych. Wspomnienie jasnych pukli Sabiny dręczyło go ciągle i napawało goryczą. Po pewnym czasie starał się pocieszyć myślą, że właściwie dobrze się stało, iż odsłonił mu się charakter Sabiny, zanim się oświadczył... i z tą marną pociechą zasnął prawie uspokojony.
Ale, obudziwszy się bardzo wcześnie, po krótkim i ciężkim śnie, na macie w kuchni Noinów, doznał bolesnego uczucia, jak gdyby mu kamień ciężył na sercu. Zwykł był budzić się z radosną myślą o Sabinie, z nadzieją zobaczenia jej tego dnia lub następnych; teraz, obudziwszy się rano, i nie mogąc cieszyć się tą myślą, czuł pustkę bolesną dokoła siebie i miał wrażenie, że głucha ciemność kuchni zalega jego serce. Powróciło zmartwienie, gniew i ból. Wejście Marji ożywiło go trochę. Udał, że śpi, ale przymkniętemi oczyma śledził każdy ruch młodej gosposi. A ruszała się po cichu, bo była boso. Otworzyła lufcik i szare światło poranka oświetliło kuchnię. Potem zdjęła chusteczkę, umyła się, a zakasawszy do łokci rękawy koszuli, rozpaliła ogień w piecyku i postawiła na nim starą, błyszczącą maszynkę do kawy, która rychło zaczęła syczeć. Sama usiadła w kącie, by zemleć kawę. W tedy dopiero spostrzegła Piotra i zaczęła mu się przyglądać zmrużonemi pięknemi oczyma, jeszcze mętnemi od snu.
Piotr czuł to spojrzenie; nie mówiło ono wprawdzie nic, niemniej sprawiło mu niewypowiedzianie miłe uczucie i odegnało smutne myśli, z któremi się obudził. Ale jednocześnie przypomniał sobie złośliwe docinki Róży. Co za szaleństwo! W jaki żywy sposób Marja Noina tak piękna, bogata, tak dumna i złośliwa, mogła myśleć o nim, o swoim słudze?
A gdyby to była prawda? Przy tem pytaniu doznał zawrotu głowy, zamknął oczy i zdawało mu się, że jednostajny szmer obracanej przez Marję maszynki dudni mu w głowie, ogłusza i nie daje zebrać myśli. Pozatem rozumiał wszystko i czuł doskonale.
Marja myślała o nim? Może dlatego przychodziła codziennie do doliny, a on, głupiec, gniewał się i sądził, że mu niedowierza!
Zachwyt niewysłowiony ogarnął go, myśl, że zajmuje choć malenieczkie miejsce w sercu Marji, nagradzała mu wszystkie doznane gorycze, a radość była za wielka, pochlebiała za bardzo jego próżności ładnego chłopca, ażeby mógł jej się wyrzec, dopóki nie przekona się, że się myli.
Marja mełła wciąż powolutku kawę, maszynka mruczała, syczała, podskakiwała, rozpalone węgle trzeszczały, strzelając tysiącem małych czerwonych i wesołych iskierek.
Jak piękna była Marja z odkrytą głową, jaka musi być dobra i łagodna, jak źle ją osądził!
W ciemnym kącie, gdzie siedziała, włosy jej wydawały się jeszcze czarniejsze niż zwykle, a twarz prawie biała, cała postać rysowała się z pewną elegancją w lekkiem i jasnem ubraniu domowem. Piotr pieścił ją całą przymkniętemi oczami, a im bardziej się przyglądał, tem więcej się zachwycał; wreszcie otworzył szeroko oczy. Ranek zaglądał przez jedyny szklany kwadracik okna i z tego różowego oka rozlewało się łagodne światło po całej kuchni. Widząc, że Piotr już nie śpi, Marja rzekła swobodnie:
- Obudziłeś się? Miałam cię wołać, bo późno, nie widzisz? Prędko! jest moc roboty!
Głos był spokojny, ton rozkazujący, i Piotr, przywrócony nagle do rzeczywistości, zbudził się również ze swego szalonego i nagłego marzenia.
Uszy mu poczerwieniały, skoczył na równe nogi, odepchnął matę, zwinął ją w duży wałek i oparł o ścianę, potem wyszedł na podwórze umyć się pod studnią, podczas gdy Marja wsypała do maszynki kawę, by ją ugotować na sposób arabski, uderzając ręką w zmielony proszek.
Słońce ledwie się wzniosło, a już na podwórku, pod ganeczkiem i w kuchni praca wrzała w najlepsze. Na podwórzu tłoczono winogrona i rozumie się, największa praca przypadła właśnie Piotrowi.
Pod gankiem stała duża i wysoka kadź, na niej leżał drewniany tłok. Piotr wszedł do kadzi, oparł się o mur, z głową, sięgającą prawie do belek dachu i zaczął nogami rozdeptywać i gnieść winogrona. Miał rękawy koszuli zakasane do łokci, nogi bose, płócienne spodnie podwinięte poza kolana, ciemne bryzgi soku plamiły mu ubranie. Był bardzo blady i co pewien czas mówił, że mdli go zapach moszczu. Ale był w dobrym humorze, rozmawiał i gniótł silnie, wychylając się nieraz, by dobrze widzieć, co się dzieje na podwórzu.
Przy wozach pełnych winogron trzy dziewczyny i dwaj chłopcy obrywali po jednemu ziarnka, czyścili je i wsypywali do trzcinowych koszyków, potem, wchodząc po drabinie, opartej o kadź, opróżniali je, wrzucając ziarna pod nogi Piotra. I tak samo jak w winnicy młodzież gadała głośno, śmiała się i opowiadała sobie wszystkie gorszące historyjki z całego Nuoro, przeplatając tę kronikę wykrzyknikami i wyzywaniem. Zapach moszczu, rozgrzanego w cieple poranka, sprowadził roje much. Słońce, zalewając całe podwórze, oświetlało jaskrawo winogrona i jasne ubrania dziewcząt; dziwnym trafem Marja wyglądała najczyściej ze wszystkich i uderzała poprostu białością koszuli. Na głowę zarzuciła sobie, w ochronie przed słońcem, żółtą chusteczkę, w której jej było prześlicznie. I ona była głośna i wesoła, ale od czasu do czasu jakiś błysk niepokoju zapalał się w jej oczach, zaciskała wtedy wargi i napędzała młodzież, by tyle nie gadać i śpieszyć się z robotą.
Gniewał ją bardzo nieład podwórza i roje natrętnych much, chciałaby jaknajprędzej doprowadzić wszystko do zwykłego stanu, do czystości i spokoju; zdawało jej się, że ciemne plamy moszczu brudzą nawet ściany, poręcz schodów i liście dzwoneczków, zawsze zielone i świeże.
- Prędzej, prędzej! - mówiła. - O jedenastej musi być wszystko skończone, a nie, to się powieszę!
- Bardzoby mnie to zmartwiło, - rzekł Piotr drwiąco - ale moje łydki nie są żelazne.
Marja weszła na drabinkę i mimowoli podniosła oczy na białe i muskularne łydki Piotra. Zauważył to i zarumienił się jak dziewczyna, nie dlatego, że mu się przyglądała z pewnym podziwem, ale, że patrzyła na niego, gdy spełniał niską robotę sługi. Trwało to chwileczkę zaledwie. Zaraz poweselał znowu; coś miłego, tajemniczego zagrało mu w sercu i kazało zapomnieć o zmęczeniu, poniżeniu i niesmaku.
W kuchni ciotka Luiza przyrządzała leniwie obiad. Kartofle gotowała w rynience ze zwyczajną baraniną, djabelnie twardą, ale ciotka Luiza nadawała sobie taką powagę, jakgdyby to było mięso wieprzowe lub koźle.
W oddzielnem naczyniu gotował się rosół dla biednego Mikołaja, jak go czule nazywała, od czasu, gdy okulał.
Biedny wuj Mikołaj! Stracił swój dawny świetny humor i nieraz nie potrafił nawet ukryć swych uczuć. Bywały dnie, kiedy krzyczał jak opętany o lada drobnostkę, kłócił się z rodziną i unosił gniewem, gdy mu się tylko sprzeciwiono.
Wychodził rzadko, bo musiał się często posługiwać kijem. Nie znosił tej dekoracji, próżność jego cierpiała z jej powodu. To też opuszczał dom jedynie, gdy miał do załatwienia bardzo ważne sprawy i wybierał drogi odludne. W chwilach gorzkiego żalu mawiał z wyrazem wielkiego smutku w małych zielonych oczach:
- Niech będzie przeklęte wino: złamałem sobie nietylko nogę, ale całe życie.
Nieraz całemi dniami siedział przybity i blady, gryzły go wyrzuty sumienia, a jednak pił więcej niż dawniej, topiąc zgryzoty w szlachetnem Badde Manna. Upijał się niekiedy jak bela i niejedną noc spędził w kuchni, zupełnie niezdolny wejść na schody.
Ale gdy wino rozjaśniało mu w oczach, nadając mu dawny blask i wesołość, zapominał o swojej niedoli, był zadowolony i rozgadany. To też ciotka Luiza i Marja pozwalały mu pić. Żona, która dawniej cierpiała z zazdrości, cieszyła się teraz, widząc męża zawsze koło siebie. Marja jednak była nierada ze stałej obecności ojca, który nie mając nic do roboty, wtrącał się w drobne sprawy domowe, plątał je i psuł przez swój niewłaściwy pogląd na rzeczy. Marja nie znosiła, gdy mężczyźni wtrącali się w sprawy wyłącznie kobiece, niecierpliwiła się, widząc, jak wuj Mikołaj ciągle kręci się między babami, robi uwagi, krytykuje, daje rady w kuchni, ale, jak zwykle, nie mówiła ani słowa, w duszy przejęta współczuciem dla nieszczęścia ojca.
W każdym razie i matka i córka nie sprzeciwiały się nigdy choremu; przeciwnie podwajały czułości i starania o niego. Gotowały mu dobre obiady, podczas gdy dawniej, kiedy był zdrów, były bardzo oszczędne w kuchni, opłacały lekarza, by odwiedzał go często i zabiegały o niego jak mogły.
Żeby go rozerwać w chwilach bezczynnych, szczególnie w niedziele, Marja czytywała mu najbardziej wzruszające ustępy z "Guerrino detto il Meschino" i z "Reali di Francia" [Księżnych], książek bardzo rozpowszechnionych śród chłopów i pasterzy nuoryjskich, którzy wzruszają się głęboko, rozczytując się w nich bez końca.
Wuj Mikołaj nie wierzył nic a nic w cudowne historje, które mu Marja czytała, ale słuchał ich chętnie z zajęciem, bo dawały mu dużo miłych wrażeń. Głos Marji, która czytała, wybijając wyraźnie rytm, przekonywał go, uspokajał jak sułtana, z "Tysiąca i jednej nocy". Mawiał nieraz:
- Gdybym choć umiał czytać! Spędzałbym czas na czytaniu tych pięknych historyj, które, choć nieprawdziwe, kształcą i wzruszają.
Mimo radykalnej zmiany w charakterze, wywołanej kalectwem, Mikołaj Noina zachował nawyk udawania wobec obcych człowieka pokornego i bez grosza, i kiedy starzy przyjaciele przychodzili do niego na pogawędkę, na podwórze, dziwne robiła wrażenie królewska mina siedzącej na zwykłem miejscu koło bramy ciotki Luizy i rozmowy męża, który wiecznie powtarzał, jak katarynka: "Jesteśmy nędzarze! Ledwie wiążemy koniec z końcem. Czasy są złe, ziemia nie rodzi, poborca wysysa nam krew, czart go bierz zato! Niech mnie zabiją i siedem kul mi wpakują w ciało, jeżeli mamy choć o grosz więcej, niż na najniezbędniejsze potrzeby".
Ciotka Luiza uśmiechała się dobrodusznie, a jej wspaniała fizjonomja mówiła:
- Niech sobie gada, przecież to wolne żarty. Jesteśmy najzamożniejsi właściciele w Nuoro. I co do gotówki i co do zapasów, nikt się z nami nie może równać.
Marja nie mówiła słowa, ale szyjąc na progu, myślała:
- Mogliby rodzice dać pokój. Najlepiej wychodzi się w życiu, kiedy się obcych nie wtajemnicza w swoje sprawy.
* * *
W samo południe wino było wytłoczone i obiad gotowy. Ciotka Luiza nakryła na podłodze w kuchni, postawiła kosz, pełen białego chleba, a jedzenie podała na głębokich czerwonych talerzach, poczem zawołała z podwórza ludzi, którzy właśnie myli się pod studnią.
Wkrótce wszyscy zasiedli po turecku na podłodze dookoła koszyka i zaczęli jeść chciwie, zanurzywszy nosy w dymiących talerzach.
- Co za piękna rzecz praca, co za piękna rzecz - myślał Mikołaj, patrząc na nich z zazdrością.
On sam siedział, obsługiwany jak pan, przy stole, nakrytym obrusem, z białemi naczyniami i butelką, i odbijał na tem tle, jak patrjarcha ze swoją majestatyczną i hieratyczną, lekko posiwiałą brodą.
Marja, zjadłszy zaledwie, zaczęła się niecierpliwić widokiem podwórka, doprowadzonego do szczytu nieporządku. Patrzyła ze zgrozą, jak już nietylko muchy, ale całe armje pszczół rzucają się z szumem na tłok, na beczkę i wozy.
- Co ci jest? - zapytała matka. - Przynieś wina.
- Gdy jestem syta, - odrzekła ze zwykłą ironją, nalewając Piotrowi - czuję okropną niechęć do życia.
- Pomyślmy dopiero, co czują ci, którzy są głodni - odpowiedział Piotr i patrzył, pijąc w głąb kubka, jak gdyby tam odnajdował wspomnienie swego wolnego i dzikiego dzieciństwa.
Nie żałując sobie tego dnia wina, wypił dwa czy trzy kubki, a w miarę, jak krew mu się rozgrzewała, wbijało mu się w myśl dziwne i szydercze powiedzenie Marji, które mogło być albo dowodem idealizmu, albo gminnem naigrawaniem się ze zgłodniałych.
Zamilkł odrazu, pochylił głowę, potem ją podniósł nagle i zażądał wina. Odstawiając kubek z trzaskiem na ziemię, wykrzyknął, szukając oczu Marji:
- Ależ ja cierpiałem głód!
Lecz nie spotkał jej spojrzenia, bo myślała więcej o pszczołach na podwórzu niż o nim, i ledwie wypowiedział zdanie, które zginęło w rozgwarze, już go pożałował.
Od tej chwili nie spuszczał Marji z oczu, trochę zbyt nieruchomych i błyszczących. Z winem, zdawało się, że wszedł mu w krew delikatny jakiś a fatalny lubczyk i zaczął w nim dokonywać powolnego i tajemniczego dzieła.
Kiedy wszyscy się rozeszli, a starzy udali się na górę na odpoczynek, Piotr wyciągnął się w kącie ganku. Jakkolwiek był zmęczony, a gorąco popołudnia, poprostu zabójcze przez coraz ostrzejszy zapach moszczu i przez jednostajne brzęczenie pszczół, usposabiały do snu, nie mógł zasnąć. Wpadł tylko w miły półsen. Z kuchni dochodził lekki stuk. To Marja doprowadzała dom do porządku, zamiatała i myła statki. Leżąc z zamkniętemi oczyma, widział dokładnie jej piękną i wysoką postać.
Myślał, rozgniewany sam na siebie za głupią niechęć, jaką dotychczas żywił ku niej, takiej dobrej, pracowitej, grzecznej i wesołej. Narzucał mu się jej obraz zewnętrzny, gdy tymczasem, prawdziwe wyobrażenie, jakie cudownym sposobem był sobie dawniej wytworzył, zaczęło się rozpływać. Czuł nieprzeparty urok, jaki roztaczała wszędzie i na wszystkich i dał się porwać, cały pochłonięty nieznaną słodyczą, nieuchwytnem marzeniem, nieokreślonem pożądaniem, które mu rozgrzewało krew, dając jakąś gorzką rozkosz, nigdy już potem nie zaznaną.
Nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy, ale już postawił nogę na krawędzi przepaści i zaczynał ześlizgiwać się, niezdolny się oprzeć i zrozumieć, lubo już czuł obawę próżni, czegoś nieznanego, zawrotnego, o głębi bez granic.