Po drugiej stronie prawa - Małgorzata Rogala

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Noc była cicha i bezgwiezdna. Nikły blask księżyca wydobywał z mroku jednopiętrowy dom na końcu ulicy, nieco oddalony od pozostałych, usytuowany tuż pod lasem. Drewniana willa w stylu szwajcarskim, zbudowana na kamiennej podmurówce, miała dwuspadowy dach, wysokie prostokątne okna oraz werandę ze schodami prowadzącymi do ogrodu. Stylowa lampa nad drzwiami rzucała blade światło, zbyt słabe, by rozjaśnić najbliższą okolicę.

Jagoda i Patryk od dwóch godzin stali pod osłoną starych dębów i lustrowali dom, czekając na odpowiedni moment, by wejść na posesję. W salonie na parterze wciąż migotał obraz z włączonego telewizora, a przez zasłony było widać zarys sylwetki mężczyzny, gdy ten spacerował po pokoju. Walicka oparła się o pień, po czym zerknęła na wyciszony telefon. Nie miała żadnych wiadomości. Podniosła wzrok i spojrzała na szyby, by stwierdzić, że sytuacja pozostaje bez zmian.

- Musimy czekać - mruknęła.

- Okej, to idę zapalić. - Badowski ruszył w stronę zaparkowanego wśród drzew samochodu.

- Dobra. - Jagoda odprowadziła go spojrzeniem i wróciła do obserwacji.

Patrząc na poświatę płynącą z okna, odbiegła myślami do drogi, którą przeszła w życiu, by znaleźć się w punkcie, w którym była teraz.

Los jej nie rozpieszczał. Zaraz po ukończeniu szkoły zawodowej, gdzie nauczyła się ślusarstwa, wyprowadziła się od rodziców, przysięgając sobie, że jej noga już nigdy nie postanie w dwupokojowej klitce pełnej dymu z papierosów, walających się po kątach pustych butelek po wódce, pijanych gości, przed którymi musiała niekiedy uciekać w nocy do sąsiadki, cudem unikając gwałtu.

Znalazła pracę w warsztacie w szemranej dzielnicy miasta i wynajęła nieopodal pokój w mieszkaniu pewnej wdowy, emerytki. Na początku było trudno. Z powodu niskich zarobków Walicka wiele razy obracała w palcach każdą złotówkę, zanim zdecydowała się ją wydać, często chodziła głodna i nosiła ubrania tak długo, jak długo zdołała je naprawiać. Bywały dni, gdy w poczuciu beznadziei rozważała powrót do matki i ojca, ale wtedy przypominała sobie, dlaczego stamtąd odeszła, i zadawała pytanie, czy znów chce słuchać awantur wszczynanych przez nietrzeźwych rodziców i nie spać po nocach, ale przede wszystkim, czy chce wspierać ich nałóg, oddając im część ciężko zarobionych pieniędzy, których ledwo starczało dla niej samej. Wraz z odpowiedziami Jagodzie wracały siły do dalszej walki o byt.

Zawsze wyróżniała się spośród rówieśników większą sprawnością fizyczną i miała zręczne palce, co jej się przydawało, gdy obiad w szkole, opłacany przez opiekę społeczną, był jedynym posiłkiem, na jaki mogła liczyć danego dnia. Dojrzewający organizm domagał się kalorii, więc Jagoda kradła w sklepach pieczywo, ser, kiełbasę, mleko i słodycze, a także mydło oraz długopisy, które ciągle się zawieruszały. Ze szkolnej szatni raz wzięła leżące na podłodze trampki i ufarbowała je na inny kolor, żeby zatuszować kradzież. Innym razem wyjęła z plecaka koleżanki komplet flamastrów i używała ich tylko w domu, gdy rodzice spali, zamroczeni alkoholem. Poprosiła sąsiadkę, żeby nauczyła ją szyć. Słowem: radziła sobie jak mogła, marzyła o lepszej przyszłości i obiecywała sobie, że zrobi wszystko, aby kiedyś mieć pieniądze na jedzenie i potrzebne rzeczy.

Pracując w warsztacie, siedziała cicho i robiła, co do niej należało, ale oczy i uszy miała otwarte. Szybko się zorientowała, że właściciel interesu prowadzi drugą, pokątną działalność. Kopiowanie zdobytych podstępem cudzych kluczy, wytwarzanie wytrychów, pośredniczenie w obrocie zrabowanymi rzeczami przynosiło mu znacznie większy dochód niż oficjalny serwis. Zapłatę za tamte usługi przyjmował w gotówce, a później prał forsę we własnej firmie, zawyżając liczbę zleceń na naprawę czy awaryjne otwieranie zamków. Walicka dała do zrozumienia szefowi, że nie ma nic przeciwko dodatkowej robocie i współpracy ze złodziejami, co on przyjął z aprobatą, bowiem zdążył już zaufać pracownicy i uważał, że młoda dobrze rokuje. Dzięki temu z upływem czasu Jagoda nawiązała kontakty i poznała odpowiednich ludzi, którzy zaoferowali jej zajęcie adekwatne do kompetencji: nielegalne pozyskiwanie cennych przedmiotów w zamian za godziwą zapłatę.

Spryt, zwinne ciało, determinacja i umiejętność trzymania języka za zębami sprawiły, że Jagoda szybko dała się poznać w środowisku jako osoba, z którą warto współpracować. Dzięki coraz większym zarobkom dziewczyna zamieniła pokój u wdowy na samodzielne lokum, zapisała się na kurs prawa jazdy i zaczęła kupować książki. Każdą wolną chwilę spędzała na lekturze o pięknych przedmiotach, podobnych do tych, które przechodziły przez jej ręce, uczyła się z nimi obchodzić, cenić je, rozpoznawać ich styl i szacować wartość. Wertowała albumy o malarstwie, zwiedziła po kilka razy wszystkie muzea w Warszawie, zaglądała do antykwariatów, sklepików ze starym rzemiosłem, nie ominęła żadnej wystawy przedaukcyjnej. W miarę rozwijania swojej działalności Jagoda zrozumiała, że istnieją ludzie, którym nie wystarcza oglądanie dzieł w galeriach sztuki; oni pragnęli tych rzeczy na własność i byli gotowi słono zapłacić, by stać się ich posiadaczami, dotyczyło to również obiektów należących do innych kolekcjonerów. Walicka była kimś, kto mógł im pomóc spełnić te marzenia.

Z tego powodu zainwestowała w profesjonalny sprzęt oraz odzież niekrępującą ruchów, dbała o formę fizyczną i nieustannie pogłębiała wiedzę. Zapłaciła również Patrykowi, cenionemu w branży fachowcowi od elektroniki, żeby nauczył ją wszystkiego, co wie o rozbrajaniu alarmów. To on pewnego dnia zaproponował Jagodzie zrobienie wspólnego skoku.

- Dlaczego ja? - spytała, gdy spotkali się wieczorem w barze u pana Józka i zamówili fasolkę po bretońsku.

- Masz dobrą opinię w branży.

- Czuję, że jest coś jeszcze. - Posłała mu spojrzenie z ukosa.

- Dom ma nie tylko kamery i alarm, ale także wysokie ogrodzenie, a ja zawsze byłem słaby z wuefu. - Znaczącym gestem pokazał ukryty pod bluzą wydatny brzuch, następnie pociągnął z kufla łyk piwa i wytarł pianę wierzchem dłoni. - Lubię... He, he... Stacjonarny tryb życia, dlatego wyspecjalizowałem się w czymś, co nie wymaga nadmiernej dawki ruchu. Poza tym nie umiem się obchodzić z antykami, nie chcę czegoś zepsuć.

- Jaki przedmiot cię interesuje?

- Zamówienie jest na obraz. Potrzebuję ciebie, a ty potrzebujesz mnie. Sama nie poradzisz sobie z alarmem, właściciele mają solidne zabezpieczenia. Ja jestem ze wszystkimi nowinkami na bieżąco, więc dla mnie to bułka z masłem, za to ty jesteś zwinna jak kot. Razem stworzymy duet idealny.

- Zawsze pracuję sama. - Jagoda wciąż miała wątpliwości.

- Dla takiej sumy warto zmienić zasady. - Patryk wyjął długopis i nabazgrał na serwetce sześciocyfrową liczbę.

- Wygląda interesująco. - Walickiej udało się powściągnąć emocje.

- To tylko zaliczka, płatna zaraz po skoku - dodał Badowski. - W gotówce. Resztę dostaniesz po sprzedaniu płótna.

- Ile jest warte?

- Co najmniej kilkadziesiąt razy więcej.

- Żartujesz?! - Z wrażenia zakrztusiła się wodą.

- Gdy chodzi o hajs, nigdy nie żartuję.

- Jak się dzielimy?

- Pół na pół.

- Podasz więcej szczegółów?

- Gdy potwierdzisz, że wchodzisz w ten interes.

- Dobra, dam ci znać w ciągu kilku dni - odparła Jagoda, choć już podjęła decyzję, że przystanie na propozycję Patryka. Czuła, że on zrobi ten skok, jeżeli nie z nią, to z kimś innym. Nikt nie mógł pozostać obojętny, mając w perspektywie taki zysk. Ona też. Pieniądze, które jej zaoferował Badowski, mogły ją ustawić na resztę życia. Spełniłaby marzenie o kupnie domu do remontu na francuskiej prowincji w dolinie Rodanu i rozpoczęciu wszystkiego od nowa. Z czystą kartą. Z dala od ponurej przeszłości. Może wtedy otworzyłaby się na miłość, dopuściłaby do siebie myśl o związaniu się z ukochanym i stworzeniu rodziny.

- Jestem. - Głos wspólnika przerwał Jagodzie snucie wspomnień.

Przepływające przed jej oczami wyobrażenie sielskiego życia z przystojnym mężem i dwójką maluchów odpłynęły. Walicka potarła powieki i znów spojrzała w stronę obserwowanego domu. W samą porę, ponieważ lampa na dole zgasła i po chwili rozbłysła inna w pokoju na piętrze. Jagoda poczuła napięcie w mięśniach i mrowienie na karku na myśl, że mężczyzna, który tam mieszka, wybiera się na spoczynek, nie zdając sobie sprawy, że obraz, który jest w jego posiadaniu, tej nocy zmieni właściciela. Do akcji przygotowywali się przez kilka tygodni. Znali na pamięć rozkład pomieszczeń oraz usytuowanie kamer, wiedzieli, jakie zabezpieczenia chronią wejście i że płótno wisi w bibliotece gospodarzy.

- Zaczynamy? - Patryk postawił kołnierz kurtki. - Robi się coraz zimniej.

- Musimy poczekać, aż zaśnie. - Jagoda wsunęła ręce do kieszeni.

Wcześniej, skupiona na czekającym ją zadaniu, nie zwracała uwagi na pogodę. Teraz zadrżała z chłodu.

- Zaczyna padać śnieg. - Z ust Badowskiego wypłynął obłoczek pary.

- Najwyższy czas, niedługo połowa grudnia. - Walicka odchyliła głowę.

Mikroskopijne gwiazdki musnęły jej policzki, usta i powieki, zostawiając po sobie ślad wilgoci. Z każdą minutą było ich coraz więcej i w ciągu następnej godziny świat otuliła biel, pokrywając puszystą warstwą drogę, korony drzew i dach budynku. Wtedy Jagoda dała partnerowi sygnał do rozpoczęcia akcji. Wrócili do auta, Badowski uruchomił laptop i oparł dłonie na klawiaturze, na ekranie sprzętu pojawiły się znaki i komendy, następnie widok wnętrza willi. Wtedy Patryk rzekł:

- Gotowe. Możesz działać.

Jagoda w odpowiedzi opuściła niżej daszek czapki, założyła kaptur, dłonie osłoniła rękawiczkami. Poprawiła słuchawkę w uchu. Wciągnęła powietrze w nozdrza i, pochylona, kilkoma susami pokonała odległość dzielącą ją od ogrodzenia. Wyjęła z plecaka linę z kotwicą, wspięła się na parkan, przeskoczyła na drugą stronę, podbiegła do okna. Przycisnęła plecy do muru i przez moment nasłuchiwała, ale wokoło panowała kojąca cisza. Walicka czekała jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, po czym wycięła otwór w szybie na parterze, wsunęła weń rękę i przekręciła klamkę. Przełożyła nogi na drugą stronę parapetu.

Salon pachniał dobrym tytoniem i wodą toaletową z nutami sandałowca. Jagoda włączyła latarkę i omiotła wiązką światła puszysty wielobarwny dywan, komodę i ławę z litego drewna, dwie kanapy obite skórą i wielki telewizor plazmowy. Potem, mając w pamięci wielokrotnie oglądany plan domu, ruszyła do biblioteki pewnym krokiem, jakby pokonywała tę trasę wiele razy. Uważna, skoncentrowana na celu. Korytarz skręcał pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i dalej były już tylko jedne drzwi. Niedomknięte. Walicka popchnęła je barkiem, weszła i omiotła wnętrze światłem latarki. Większość miejsca zajmowały regały wypełnione książkami. Oprócz nich pod oknem znajdowały się dwa głębokie fotele do czytania oraz stolik, a naprzeciwko nich kominek, nad którym wisiał obraz. Jagoda podeszła bliżej, ściągnęła brwi w skupieniu. Średniej wielkości pejzaż przedstawiał usytuowaną w dolinie malowniczą wioskę z domami o kremowych ścianach i dachach w kolorze cegły.

- Jestem na miejscu i właśnie na niego patrzę - powiedziała półgłosem do mikrofonu.

- Wiem. Mam cię na oku - odparł Patryk.

- Jak tam? W porządku?

- Tak. A u ciebie?

Jagoda podeszła do dzieła i sprawdziła, czy nie ma gdzieś niespodzianki w postaci dodatkowych zabezpieczeń.

- Jest okej - potwierdziła.

Badowski wcześniej zaznaczył, że o wycinaniu płótna nie ma mowy, więc Walicka po zdjęciu obrazu ze ściany rozmontowała ramę, następnie zdjęła pomalowaną tkaninę z krosna, delikatnie ją zrolowała i przed schowaniem do tuby owinęła miękkim papierem pakowym. Potem bezzwłocznie ruszyła z powrotem do salonu.

Kilka sekund później ciszę przeciął ostry dźwięk, włączyły się kamery, przed domem rozbłysnął reflektor.

Walicka, przestraszona, syknęła do mikrofonu:

- Co się dzieje, do cholery?! Patryk?! - Zmusiła mięśnie do ruchu i pobiegła w kierunku okna.

W tym momencie usłyszała niewyraźny krzyk dobiegający od strony schodów prowadzących na pierwsze piętro. Nie czekała na pojawienie się gospodarza, dopadła parapetu, przerzuciła tubę na drugą stronę i wyskoczyła, czując, że coś ostrego rani jej nadgarstek. Wylądowała na trawie pokrytej śniegiem, przetoczyła się przez bark i zerwała na równe nogi. Podniosła swój pakunek i ślizgając się po podłożu, pognała w stronę muru. Chwyciła oburącz linę.

- Co się dzieje?! - powtórzyła. - Patryk! Słyszysz mnie? - Serce waliło jej jak młotem, dźwięk alarmu obudził mieszkańców, w niektórych domach zamigotało światło. - Cholera, cholera, cholera - wymamrotała Jagoda, ściskając gruby sznur.

Jeszcze chwila i zeskoczyła na podłoże. Przyciskając do boku tubę z płótnem, pokonała krótki odcinek dzielący ją od miejsca, gdzie czekał na nią Patryk. Usłyszała cichy szum silnika i zobaczyła otwarty bagażnik.

- Szybko! Włóż obraz i wsiadaj - rzucił Badowski, uchylając okno.

Walicka wykonała polecenie, zatrzasnęła klapę i podbiegła do drzwi od strony pasażera. Szarpnęła za klamkę, zamek był zablokowany, więc uderzyła pięścią w szybę. Wtedy Patryk ruszył. Kilka sekund później do zszokowanej Jagody dotarło, co się wydarzyło. Zrozumiała, że nie było awarii, to Badowski z powrotem uruchomił system zabezpieczeń. Chciał, żeby wpadła w panikę, oddała mu obraz i uciekła, zanim przyjedzie policja. Ale dlaczego? Przecież mógł przejąć płótno w normalny sposób. Nie rozumiała motywów jego zachowania, ale teraz nie miała czasu na szukanie odpowiedzi. Musiała walczyć. Nie z takimi rzeczami radziła sobie w życiu, zaliczyła niejedną zwycięską bójkę, nie zamierzała pozwolić, żeby ten drań triumfował. Odbierze Badowskiemu malowidło, sprzeda je i zgarnie całą sumę dla siebie.

Jagoda rozejrzała się wokoło i dostrzegła kamień. Podniosła go, idealnie mieścił się w dłoni. Wyjęła z kieszeni paralizator i puściła się pędem za samochodem. Wiedziała, że Patryk musi skręcić i wrócić do miasta tą samą boczną trasą, którą tu przyjechali, żeby nie trafić na radiowóz, który z pewnością już tu zmierza. Dukt był pełen wertepów, teraz zamaskowanych śniegiem, więc jeszcze bardziej trzeba było uważać, żeby nie urwać w aucie zawieszenia. To była jej szansa. Pobiegła na przełaj, tonąc po kostki w białym puchu, żeby przeciąć Patrykowi drogę. A kiedy usłyszała odgłos silnika, zaczaiła się i poczekała na dogodny moment, następnie rzuciła kamieniem z całej siły, celując w przednią szybę. Co prawda, Badowski świetnie sobie radził z rozbrajaniem zabezpieczeń, ale nie miał doświadczenia w ucieczkach i podchodzeniu przeciwnika, dlatego zrobił dokładnie to, na co liczyła Jagoda. Kiedy szkło trzasnęło mu przed oczami, przybierając postać pajęczej sieci, zamiast dodać gazu i dalej pędzić przed siebie, Patryk zahamował i wyskoczył z auta. Walicka tylko na to czekała. Nie zwlekając, zaszła go od tyłu i obezwładniła paralizatorem. Mężczyzna krzyknął, upadł, potem wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Upewniwszy się, że Patryk żyje, Jagoda zajrzała do bagażnika samochodu, żeby sprawdzić, czy wciąż są w nim tuba z płótnem oraz torba z pieniędzmi, następnie kucnęła przy oszołomionym mężczyźnie.

- Chciałeś mnie oszukać, ty draniu - rzekła cicho, wyginając wargi w grymasie złości. - Zaufałam ci, odstąpiłam od swoich zasad, a ty zamierzałeś mnie wykorzystać, żeby zdobyć obraz, a potem zgarnąć całą zapłatę dla siebie.

Patryk wybełkotał coś niezrozumiałego.

- Tylko nie rozumiem, dlaczego włączyłeś alarm, ryzykując, że wpadnę razem z płótnem, a ty zostaniesz z niczym. - Wbiła w niego uważny wzrok. - No, gadaj, bo nie mam czasu. O co tu chodzi?

Badowski drgnął i wykrztusił odpowiedź już na tyle wyraźnie, że rozróżniła jego słowa:

- Masz świetną opinię w środowisku, niektórzy mówią, że mogłabyś pracować w cyrku. Nieprzypadkowo wybrałem właśnie ciebie. Wiedziałem, że zdążysz uciec i przyniesiesz mi obraz. A potem...

- Co? - Uniosła brwi.

- Wraz z alarmem uruchomiłem kamery, twoja ładna buźka jest na nagraniu. Psy miały dostać kość, a ja czas potrzebny, żeby upłynnić obraz i zniknąć.

- Zaraz, zaraz! Od początku zamierzałeś zrobić ze mnie kozła ofiarnego?

- Wybacz, osobiście nic do ciebie nie mam. To jest biznes. Lepiej mieć całą kasę niż połowę. Proste.

- Skąd miałeś pewność, że jeśli mnie złapią, nie wydam cię policji? - Teraz Jagoda już gotowała się z wściekłości.

- Nawet jeśli wspomniałabyś o mnie... Gdzie dowody? - Uśmiechnął się z zadowoleniem. - Nie zostało ci dużo czasu, policja już pewnie jest w willi. Sprawdzą zapis z monitoringu i zgarną cię najpóźniej jutro po śniadaniu.

- Ty skurwielu! - Walicka poderwała się z miejsca.

- Tak czy inaczej, trafisz do pudła na kilka lat. - Patryk usiadł. - I teraz masz dwie opcje: weźmiesz obraz i oddasz go psom. Może za współpracę dostaniesz rok mniej, ale nie zobaczysz ani złotówki ponad to, co jest w bagażniku. Albo zostawisz płótno mnie, będziesz trzymać buzię na kłódkę do końca odsiadki, a ja przechowam twoją dolę po sprzedaży.

- Masz mnie za głupią? - Z wysiłkiem powstrzymała się, żeby nie krzyknąć. - Uważasz, że po tym, co zrobiłeś, mogłabym ci uwierzyć?! Wal się, palancie, nigdy więcej nie chcę cię widzieć.

Jagoda wymierzyła mu kilka kopniaków w okolicę żeber, po czym wsiadła do samochodu.

- Ej, stój, kurwa, to moja bryka! - Badowski, pomagając sobie dłońmi, wstał i oparł się o drzewo.

- Zostawię ci ją pod barem pana Józka. Teraz muszę dojechać do domu. A ty... Zasuwaj pieszo. I lepiej się pospiesz, zanim zmienisz się w lodową bryłę. - Zatrzasnęła drzwi auta.

- Nie, stój! - Próbował zagrodzić jej drogę.

Silnik zawył, spod kół prysnął śnieg. Jagoda minęła mężczyznę o centymetry, zmuszając go, by odskoczył. Na ułamek sekundy napotkała jego nienawistne spojrzenie, ale miała gdzieś jego uczucia. Wystawiła przez okno ramię i pokazała mu środkowy palec, następnie dodała gazu.

- Pożałujesz tego! - krzyknął.

Walicka rozciągnęła usta w uśmiechu, zadowolona, że nie dała się temu krętaczowi. Zostawiła go pokonanego, upokorzonego, z pustymi rękami i ze świadomością, że przegrał. Kwestii zapisu z kamer wolała na razie nie roztrząsać.

Rozdział 2

Ze względu na uszkodzoną przednią szybę Jagoda wybrała dojazd bocznymi, słabo oświetlonymi drogami, gdzie miała większą szansę, że nie trafi na patrol policji. Jedyne, czego teraz pragnęła, to znaleźć się w swoich czterech kątach i pomyśleć. W jej uszach wciąż brzmiały słowa Badowskiego o włączonym monitoringu. A co, jeśli faktycznie któraś z dwóch kamer uchwyciła jej twarz albo zarejestrowała inny detal zdradzający jej tożsamość? Była notowana; już jako nastolatka miała kontakt ze stróżami prawa, który się pogłębiał, w miarę jak dorastała. Jej zdjęcie oraz odciski linii papilarnych widniały w policyjnej bazie danych. I choć nigdy niczego jej nie udowodniono, nie raz i nie dwa figurowała na liście osób podejrzewanych o kradzieże z włamaniem.

Wibrowanie komórki przerwało jej rozważania. Walicka zerknęła na wyświetlacz i odebrała połączenie w trybie głośnomówiącym.

- Czego jeszcze? - rzuciła z niechęcią.

- Chcę pogadać.

- Serio? - zakpiła. - A niby o czym? Wszystko już wiem.

- Powinnaś mnie wysłuchać.

- Masz pół minuty, potem się rozłączam. - Jeszcze bardziej zwolniła, żeby skupić się na słowach Badowskiego. Sama nie wiedziała, dlaczego w ogóle to robi. Może zwyciężyła ciekawość, świadomość, że wiedza daje więcej możliwości.

- Serio możemy zgarnąć kupę kasy za ten obraz - oznajmił Patryk, walcząc z zadyszką. - Typ, który dał zlecenie, jest nakręcony jak nie wiem co. Czuję, że możemy jeszcze bardziej go wydoić.

- Przypominam, że to teraz moje płótno. - Jagoda zacisnęła mocniej palce na kierownicy. - Sama znajdę nabywcę.

- Będzie ci trudno. Jak pójdzie info do mediów, zainteresowani będą czekać, aż sprawa ucichnie. Nikt nie chce trefnego towaru, gdy wokół huczy na jeden temat.

- Zdziwiłbyś się, gdybyś wiedział, jak wielu o to nie dba.

- Kurwa, już ledwo idę, oddechu nie mogę złapać - wysapał Patryk. - Ten mróz... I pieprzony śnieg... Wszędzie go pełno.

- Przyda ci się trochę ruchu, zdrajco. - Jagoda prychnęła. - Coś jeszcze? Bo nie mam czasu na paplanie o niczym, to nie herbatka u cioci Kloci. Kończę.

- Czekaj! Jest coś jeszcze.

- Co? - Przyhamowała, zredukowała bieg, włączyła kierunkowskaz.

- Ten obraz... Ponoć od dawna ugania się za nim policja z różnych krajów.

- Co masz na myśli? - Ton głosu Jagody pozostał bez zmian, ale jej serce zabiło szybciej.

- Kiedyś ktoś go zwędził z jakiegoś muzeum. Przez lata nie było o nim słychać i nagle wypłynął w Polsce. Mój klient dowiedział się, kto go ma, i od słowa do słowa...

- Tralalala! - przerwała mu Walicka. - I tak po prostu właśnie tobie wyznał, że chętnie przejąłby płótno w zamian za godziwą zapłatę.

- To bogaty kolekcjoner. Robiłem u niego zabezpieczenia i ciągle coś tam ulepszam. Można powiedzieć, że ma do mnie zaufanie. Czasem opowiada mi o niektórych obiektach ze swoich zbiorów i o tych, które chciałby mieć. Kiedy wspomniał o tym malowidle, od razu pomyślałem, że jest tylko jedna osoba, która mogłaby je zdobyć. Ty.

- Taaa... I pomyślałeś też, że gdy już ta osoba zrobi swoje, można będzie ją wystawić policji. - Jagodę znów zalała mieszanina złości i rozczarowania. - Wiesz, co, Patryk? Będziesz musiał poinformować swojego klienta, że nie dostanie nowej zabawki. Przy tej okazji wspomnij dlaczego. Na pewno będzie ci wdzięczny. - Walicka bez pożegnania dotknęła ikony z czerwoną słuchawką i wyłączyła telefon.

Resztę drogi do domu przejechała z duszą na ramieniu, pilnując, by nie natknąć się na patrol, który mógłby zainteresować się pojazdem z rozbitą przednią szybą. Później zostawiła samochód w ciemnej uliczce w okolicy knajpy, jak obiecała, i zaułkami dotarła do siebie. Jej wynajęte dwupokojowe mieszkanie w starej kamienicy bez windy znajdowało się na czwartym, ostatnim piętrze. Było małe, ale dobrze zabezpieczone: miało solidne drzwi i zamki oraz okna, które wyglądały na łatwe do sforsowania, dopóki ktoś nie próbował ich otworzyć.

W przedpokoju Jagodę powitał Szafir. Miauknął i zaczął się ocierać o jej łydki, więc wzięła go na ręce i przytuliła do policzka. Przygarnęła zwierzaka rok temu, po tym, jak wyrwała go z rąk trzech małoletnich oprawców, którzy przywiązali mu linkę do tylnych łap i wymachiwali nim na wszystkie strony. Pastwiących się nad czworonogiem dziesięciolatków zwymyślała od najgorszych i chciała im dać nauczkę, ale nie zdążyła, bowiem smarkacze rozbiegli się w różne strony, pyskując ile wlezie. Zawołała więc tylko za nimi, że jak ich jeszcze zobaczy w okolicy, to im nogi powyrywa z czterech liter. Potem uwolniła zwierzę i wzięła je do domu.

- Co tam, kotku? - spytała teraz, idąc do kuchni. Otworzyła saszetkę z karmą, wyłożyła zawartość do miski, a gdy Szafir zaczął jeść, poszła do dużego pokoju.

Była brudna, spocona, ubranie przyklejało się jej do skóry. Żołądek miała boleśnie ściśnięty nie tylko z emocji, ale i z głodu. Jednak, mimo że jej organizm domagał się prysznica i posiłku, zaraz po wejściu do pomieszczenia wyjęła z tuby obraz. Położyła go na stole, stanęła nad nim i wbiła wzrok w pejzaż. Wodząc spojrzeniem po zielonej dolinie, domach, widniejących w tle wzgórzach i wieży kościelnej, rozważała, jak ustalić, co naprawdę znalazło się w jej rękach. A jeśli Patryk blefował? Spanikowany, że nie dotrzyma umowy zawartej z klientem, chwytał się każdego sposobu, by odzyskać obraz i stąd opowiastka o rzekomo skradzionym w muzeum bezcennym dziele?

Jagoda usiadła na kanapie. Szafir, najedzony, wrócił do pokoju i wskoczył jej na kolana. Walicka oparła dłonie na zwiniętym w kłębek zwierzęciu i pomyślała, że może lepiej było dogadać się z Badowskim, oddać mu płótno, zabrać swoją dolę i mieć święty spokój. Spełnić marzenia i wieść spokojne życie na francuskiej wsi, patrzeć na pola lawendowe i popijać wino z lokalnej winnicy. Zastanawiała się przez długą chwilę, czy postąpiła właściwie, ale zaraz przypomniała sobie, że Patryk ją zdradził. Włączył alarm i chciał ją rzucić psom na pożarcie. Niewiele brakowało, a wpadłaby w ręce policji, która nie tylko zabrałaby obraz, ale i torbę z pieniędzmi.

Właśnie! Jagoda się zreflektowała. Trzeba ukryć forsę. Położyła kota na narzucie, otworzyła komodę, zdjęła tylną ściankę, gdzie miała zamaskowany schowek, i wcisnęła tam pakunek z gotówką. Zamknęła mebel i odwróciła się, w momencie gdy Szafir wstał i przymierzał się do skoku na stół. Jagoda chwyciła go w ostatniej chwili, co spotkało się z gniewnym miauknięciem. Następnie zrolowała z powrotem malowidło i ukryła je w tubie, którą wsunęła pod szafę.

Wróciła do rozważań i ostatecznie stwierdziła, że nie powinna być taka miękka. Badowski zasłużył na utratę obrazu i wędrówkę na piechotę do miasta. I tak miał sporo szczęścia, bo ktoś inny mógłby go za zdradę zastrzelić. Z tą myślą Jagoda poszła do łazienki. Ubranie wrzuciła do kosza na rzeczy do prania i przygotowała sobie kąpiel. Długo leżała w pachnącej pianie, niepewna, co zrobić, by ustalić prawdę dotyczącą malowidła i jednocześnie chronić siebie. Odpowiedź przyszła, gdy Walicka, rozgrzana gorącą wodą i owinięta ręcznikiem, smarowała kremem twarz.

- Nina - szepnęła do siebie, po czym włożyła piżamę i pobiegła do pokoju po smartfon.

Kiedyś czytała, że przyjaciel to ktoś, do kogo można zadzwonić o każdej porze, nawet w nocy. Jagoda dotychczas nie testowała w taki sposób siły relacji łączącej ją z Niną Grzegorczyk od czasów szkoły podstawowej, ale też nigdy nie była w sytuacji, gdy nie wiedziała, co robić, i bała się o swoje bezpieczeństwo. Dlatego wybrała numer przyjaciółki, mając nadzieję, że jej iPhone, podobnie jak telefony setek tysięcy osób, zawsze pozostaje włączony.

Po piątym sygnale, gdy już miała odłożyć komórkę, usłyszała cichy głos Niny. Zaspany, lecz czujny.

- Jeśli dzwonisz o tej porze, to stało się coś ważnego.

- Tak. Bardzo.

- Masz problemy? - drążyła Nina.

- Jeszcze nie wiem. - Jagoda zaczęła spacerować po pokoju. - Chcę, żebyś rzuciła na coś okiem. Możliwe, że to nic takiego, ale...

- Brzmi tajemniczo.

- Możesz do mnie przyjechać? - Walicka poczuła, że jej mięśnie znów się napinają. - Teraz.

- Teraz nie dam rady. - Nina jeszcze bardziej ściszyła głos. - Po pierwsze pamiętasz, że mam półroczną córkę, po drugie mój mąż... Nie mogę wyjść w nocy, nie mówiąc mu, dokąd idę. Nie zatrzymałby mnie, oczywiście, ale by się zaniepokoił, zwłaszcza gdy nie potrafiłabym mu wyjaśnić, co się dzieje.

- No tak. - Jagoda próbowała sobie wyobrazić, jak to jest żyć na co dzień z kimś, komu na niej zależy, kto się o nią troszczy i martwi.

- Przyjadę rano - obiecała Nina. - Michasia budzi się o piątej. Nakarmię ją, powiem Adrianowi, co i jak... Coś wymyślę... Potem wsiądę do samochodu. Powinnam być u ciebie o ósmej. Wytrzymasz? To już tylko kilka godzin.

- Wytrzymam - zapewniła Walicka. - Dziękuję.

- Jagoda? Czuję, że w coś się wplątałaś.

- Wszystko ci opowiem, ale nie przez telefon.

- Rozumiem. W takim razie do zobaczenia.

- Będę czekać z kawą. - Jagoda odłożyła smartfon na szafkę.

Wciąż była głodna, ale jedzenie teraz nie miało sensu. Napiła się wody, zgasiła światło i zanurkowała w pościeli. Szafir zwinął się na drugiej poduszce. Odpłynęła w niebyt, zanim zdążyła policzyć do dwudziestu.

***

Nina Grzegorczyk zakończyła połączenie i z iPhone'em w dłoni podeszła do okna, z którego roztaczał się widok na ogród. Drzewa, krzewy i ogrodzenie pokrywał śnieg, w świetle księżyca nieprzerwanie wirowały białe płatki. Nina pomyślała, że jeśli nie przestanie padać, będzie miała problem, żeby zjechać ze wzgórza nawet Dżipem.

To była ich pierwsza zima w Wierzbowej Górze. Ona i Adrian postanowili wyprowadzić się z miasta do małej miejscowości, w momencie gdy się dowiedzieli, że zostaną rodzicami. Nie tylko dlatego, że chcieli, by ich dziecko wychowywało się w otoczeniu przyrody, chodziło również o jego bezpieczeństwo. Nina przekonała męża, że tak będzie lepiej, a on zaakceptował jej pomysł. Po podjęciu decyzji Grzegorczykowie rozpoczęli intensywne poszukiwania swojego nowego miejsca do życia. Dom miał być gotowy do zamieszkania, zadbany i umeblowany, usytuowany na skraju lasu. Długo nic nie spełniało ich oczekiwań, lecz gdy byli blisko ich obniżenia, niespodziewanie trafili na ogłoszenie, którego treść ich zelektryzowała.

Znali tę chatę w Wierzbowej Górze, jeździli do niej podczas pandemii, gdy mieli dość licznych ograniczeń, izolacji i zasłaniania twarzy. Pokochali ją od pierwszego pobytu: sprzęty, kominek, zapach potpourri, przytulną atmosferę. Siedzieli tam miesiącami, ponieważ mogli pracować zdalnie. Oboje prowadzili swoją działalność: Adrian uczył przez internet języka angielskiego, Nina była ekspertką, doradczynią i pośredniczką w handlu dziełami sztuki.

Na ogłoszenie zareagowali błyskawicznie, jednak szybko się okazało, że nie tylko oni mają chrapkę na dom w lesie na wzgórzu. Dowiedziawszy się o konkurencji, stracili wiarę, że przy ich budżecie będzie ich stać na pokonanie rywali. Dlatego z niedowierzaniem przyjęli fakt, że po rozmowach z każdą zainteresowaną kupnem parą to właśnie ich wybrał właściciel nieruchomości. Samotny mężczyzna, architekt na emeryturze, wyjeżdżał na stałe do szwajcarskiego miasteczka, gdzie od lat żyła jego córka. Zależało mu, żeby dom, który kiedyś sam zaprojektował i wybudował, trafił w ręce ludzi, którzy już go pokochali i wracali do niego cyklicznie, a nie tych, którzy kierowali się jedynie modą osiedlania się na prowincji.

Grzegorczykowie sprzedali swoje trzypokojowe mieszkanie na strzeżonym osiedlu w dobrej dzielnicy i przeprowadzili się do Wierzbowej Góry wczesną wiosną, a na początku czerwca na świat przyszła Michasia.

- Coś się stało? - W salonie pojawił się Adrian, wyrywając żonę z zamyślenia.

- Nie, w porządku. - Nina odwróciła się do niego. - Przepraszam, pewnie cię obudziłam.

- Raczej twoja komórka. - Mąż uniósł kąciki ust w uśmiechu. - To chyba coś ważnego, skoro ktoś nie wytrzymał do rana.

- Zależy, jak na to spojrzeć...

Nina gorączkowo szukała wiarygodnego kłamstwa. Adrian nie wiedział o istnieniu Jagody i tak miało zostać. Wyjaśnianie mu, co kiedyś je do siebie zbliżyło i co nawzajem sobie zawdzięczały, wiązałoby się z rozdrapywaniem starych ran. Miała nadzieję, że nigdy nie będzie musiała opowiadać mężowi o swojej przeszłości oraz tłumaczyć, dlaczego tak jej zależało na przeprowadzce, kiedy odkryła, że jest w ciąży. Wierzyła również, że Adrian nigdy się nie dowie, jakiego typu relacje łączą ją teraz z Walicką.

- Nina? - Mąż dotknął jej ramienia.

Grzegorczyk przełknęła ślinę przez zaciśnięte gardło.

- To był... Informator. Upoważniłam go, że w ważnych sprawach może do mnie dzwonić o każdej porze. Na rynku pojawił się obraz, którego od dawna szuka jedna z moich klientek. Jeśli nie zacznę szybko działać, ktoś mi go sprzątnie sprzed nosa. - Przytuliła się do Adriana. - Dlatego jutro rano muszę jechać i załatwić tę sprawę. Możesz w tym czasie zająć się Michasią? Nakarmię ją i przewinę, zostawię ci mleko w butelce.

- Oczywiście. Lekcje mam dopiero po południu, do tego czasu na pewno wrócisz.

- Jasne, że tak. - Nina podniosła głowę i zaczęła nasłuchiwać. - Chyba Misia płacze... Zaczekaj chwilę. - Podeszła w stronę schodów i do jej uszu dotarło kwilenie. - Zajrzę do niej.

- Dobrze. A później kładź się do łóżka, bo jutro oboje będziemy nieprzytomni.

Weszli razem na górę, Adrian skierował się do sypialni, a Nina do pokoju Michasi. Córeczka miała łzy na rzęsach i usta wygięte w podkówkę. Grzegorczyk zmieniła dziecku pieluchę, po czym owinęła je kocem, wzięła w objęcia i usiadła na fotelu. Misia jeszcze przez kilka minut nie spała, a potem opadły jej powieki, buzia się wygładziła, oddech wyrównał. Nina położyła córkę z powrotem do kołyski i zanim wyszła, popatrzyła na nią z mieszaniną miłości i lęku.

- Zrobię wszystko, by nigdy nie spotkało cię to, co mnie - szepnęła.

Kiedy znów wślizgnęła się pod kołdrę, Adrian leżał na boku i cicho poświstywał, pogrążony we śnie. Nina przylgnęła do pleców męża, przerzuciła rękę przez jego bok i zamknęła oczy. Jednak sen nie nadchodził. W jej uszach wciąż brzmiało echo rozmowy z Jagodą. Analizując słowa wypowiedziane przez przyjaciółkę, Grzegorczyk doszła do wniosku, że wcale tak bardzo nie skłamała, mówiąc Adrianowi, że chodzi o obraz. Uznała, że w ręce Walickiej niespodziewanie trafiło coś wyjątkowego i Jagoda potrzebuje nie tylko fachowej porady, ale również pomocy w znalezieniu nabywcy. Tylko tak mogła sobie wytłumaczyć jej nocny telefon, napięcie wyczuwalne w głosie i prośbę o natychmiastowe spotkanie.