Dla mojej Cioci - Hanny Kabut
Z wdzięcznością za wsparcie, dobre słowa i obecność,
które zawsze dawały siłę.
Twoje proste: "Pisz, ja wciąż czekam..."
było dla mnie drogowskazem w chwilach zwątpienia.
Dziękuję też wszystkim, którzy czekali razem z Nią.
Niniejsza książka to zapowiedź nowego początku.
Od Autorki
Pierwsza wersja tej książki - "Online Dostee" - ukazała się w 2016 roku. Była to historia napisana sercem, pełna emocji i dramatyzmu, zbudowana wokół niezwykłej relacji dwojga ludzi, których połączył przypadek i... ekran komputera.
Dziś, po latach, wracam do tej opowieści już jako inna autorka. Na początku swojej pisarskiej drogi byłam niecierpliwa - to chyba najczęstsza wada debiutujących twórców. Chciałam jak najszybciej podzielić się z czytelnikami tym, co nosiłam w sobie, nie pozwalając historii dojrzeć na tyle, w jakim stopniu zasługiwała.
To właśnie głosy Czytelników i Recenzentów - ich wrażliwość, uwagi, czasem krytyka, a czasem uznanie - sprawiły, że postanowiłam wrócić do tej książki. Dzięki nim dojrzałam jako twórca. Nabrałam odwagi, by nieco zwolnić oraz, by dać swoim bohaterom więcej głębi, przestrzeni i światła.
"Po drugiej stronie" to nie tylko nowa wersja starej historii. To bardziej świadoma, głębsza opowieść o wyborach, które zmieniają życie oraz o tym, że nigdy nie jest za późno, by naprawdę zacząć żyć.
Dla mnie ta na nowo opowiedziana historia ma dziś o wiele głębszy wymiar. Dzięki bardziej wyrazistym szkicom psychologicznym postaci i dojrzalszej narracji stała się mi bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.
Dla tych z Was, którzy znali "Online Dostee" od początku - dziękuję, że byliście ze mną przez te lata. Z pewnością rozpoznacie tu wiele znanych Wam scen, słów i emocji. Mam jednak nadzieję, że spodoba Wam się to, co dziś niesie ze sobą ta całkiem nowa opowieść. Dziękuję, że po nią sięgnęliście.
Nina Nirali
Rozdział 3
New Delhi
Świątynia wypełniona była po brzegi. Nad wejściem zwisały długie sznury kolorowych aksamitek i świeżych jaśminów, których słodki, ciężki zapach mieszał się z kadzidłem unoszącym się w gorącym powietrzu. Rozległy dziedziniec skąpany był w miękkim świetle lampek oliwnych ustawionych w glinianych misach. Barwne sari kobiet układały się w mozaikę czerwieni, szafranu i zieleni, a złote bransolety dźwięczały przy każdym uniesieniu dłoni w geście błogosławieństwa.
Anjali siedziała na niskim stołeczku, podczas gdy starsze ciotki układały jej włosy i przypinały ozdobną tikę na środku czoła. Wyglądała, jakby unosiła się ponad wszystkim i nie dotyczył jej cały ten gwar i zamieszanie. Jej duże, ciemne oczy lśniły w świetle płomieni. Była teraz łudząco podobna do swojej matki sprzed lat, jednak już na pierwszy rzut oka mógł dostrzec ogromną różnicę - twarz tej panny młodej ozdabiał promienny uśmiech.
Arun stał w oddaleniu, dyskretnie obserwując córkę. Nie umiał opisać tego uczucia - mieszaniny dumy, czułości i smutku, że oto naprawdę ją oddaje w inne ręce. Przypomniał sobie, jak prowadził ją pierwszy raz do szkoły, jak uczył jeździć na rowerze i jej śmiech, gdy nosił ją na ramionach. Każdy z tych obrazów wracał teraz z niemal bolesną i jednocześnie wzruszającą wyrazistością.
Na ślubie zjawił się również jego syn, Karan. Młody mężczyzna, który stał nieco z boku, ubrany w bogato zdobiony sherwani z kremowego jedwabiu przetykanego złotą nicią, prezentował się wyjątkowo dostojnie. Patrząc na niego z oddali, dostrzegał w synu samego siebie sprzed lat - ale był to obraz bardziej pewny i ugruntowany. Karan był już dorosły. Ambitny, samodzielny i rozważny. Od miesięcy mieszkał w Stanach, gdzie podjął niedawno studia i coraz częściej wspominał o tym, że chce zostać tam na stałe. Arun był dumny z jego rozumu, postawy i dojrzałości. Widział w nim człowieka, który umie dokonywać wyborów i nie boi się odpowiedzialności. Dostrzegał w synu dorosłego już mężczyznę, który z pewnością poradzi sobie w każdej sytuacji.
Pod warstwą jego ojcowskiej dumy kryło się jednak ukłucie. Nie pozwalająca się niczym stłumić gorzka świadomość, że oto w jego życiu kończy się kolejny rozdział. Najpierw syn, teraz córka - jedno odeszło do nowego życia za oceanem, drugie odchodzi do nowej rodziny. Po ceremonii Karan odleci, znów zabierając ze sobą młodzieńczą energię i śmiech, które tak rzadko gościły ostatnio w domu rodziców. Jeszcze przez chwilę obserwował syna, który właśnie pochylał się, by uściskać jedną z ciotek, i pomyślał z wdzięcznością, że choć nie wszystko w jego życiu się ułożyło, to Karan i Anjali byli tym, co udało mu się najlepiej.
Zabrzmiały dholaki, a potem śpiew kobiet. Panna młoda i pan młody stanęli przed kapłanem, który recytował mantry. Arun poczuł, że wszystko dzieje się jak we śnie. Ostatni akapit rodzicielstwa za chwilę miał się zakończyć. Nowy rozdział, jaki go czekał, przyprawiał niemal o mdłości.
Girlandy z aksamitu i nagarvelu, wonne dymy, płomień agni, sypane płatki róż, dźwięk shankh rozbrzmiewający w świątyni - każdy szczegół tego dnia miał w sobie coś uroczystego i nieodwołalnego. Surowy wzrok Rupy dosięgnął go spomiędzy kolorowych jedwabiów i tiulów gości. Krótkie i ostre ostrzeżenie miało mówić - skup się, Arun.
Odwrócił wzrok. Nawet gdy nie rozmawiali, potrafiła zgasić w nim najmniejszą iskierkę emocji.
W trakcie rytuału kanyadaan - przekazania córki jej mężowi - Arun pochylił głowę. Czuł drżenie dłoni, gdy dotykał rąk Anjali i jej narzeczonego, a kapłan zaintonował formułę obdarzenia nowej rodziny błogosławieństwem. To był obowiązek każdego ojca - oddać córkę. W myślach powtórzył swą intencję, jak mantrę: Obyś ty, dziecko zaznała szczęścia.
Spojrzał mimo woli na żonę. Jej twarz pozostawała spokojna, jak zawsze nienaganna i opanowana. Nawet, teraz kiedy ich jedyna córka zmieniała swoje życie, ona potrafiła zachować kamienny spokój. Przez ułamek sekundy poczuł ukłucie żalu - że nigdy nie byli dla siebie tym, czym mogli być. Że tak wiele lat przeżyli jak dwójka ludzi w jednej łodzi, wiosłujących w różne strony.
Kiedy młoda para wstała i rozpoczęła siedem okrążeń wokół świętego ognia - sapta padi - Arun złożył dłonie w geście modlitwy i zamknął oczy. W tej chwili nie tylko błogosławił córkę i jej nową rodzinę. Błogosławił również samego siebie - za odwagę, że wreszcie pozwolił sobie przyznać, czego naprawdę pragnie. Przed oczami stanęła mu wiadomość od Mayi. Krótka odpowiedź na jego wcześniejsze niekontrolowane wyznanie:
Ja też za Tobą tęsknię.
To jedno zdanie mogło zmienić wszystko.
Wiedział, że kiedy Anjali wyjedzie do nowego domu, a Karan wróci za granicę na studia, w ich dużym domu zapadnie cisza. Stanął twarzą w twarz przed długo tłumioną prawdą, której bał się przez lata: nie chciał już dłużej żyć obok kobiety, która nic do niego nie czuła.
Otworzył oczy i spojrzał ponad głowami gości na rozświetlone lampkami wejście do świątyni. Tam, w cieniu kolumn, zdawało mu się, że widzi wyraźniej niż kiedykolwiek, że życie jeszcze się nie skończyło. Że wcale nie jest za późno, by sprawdzić, czy miłość zrodzona z rozmów i wiadomości mogłaby stać się prawdziwa.
Kraków
Nie potrafiła już dłużej zaprzeczać faktom. Wciąż starała się nadać tym uczuciom jakąś inną, bezpieczną nazwę: przywiązanie, fascynacja, tęsknota... Była jednak już pewna. Wiedziała, że to miłość. Cicha i nieśmiała, a jednocześnie coraz bardziej pochłaniająca.
Problem leżał w tym, że Arun należał do innego świata, w którym rodzina była najważniejsza, a lojalność wobec tradycji znaczyła więcej niż indywidualne szczęście. Miała poważne podstawy, by bać się tej relacji. Nie chodziło tylko o różnicę wieku czy dzielącą ich odległość. Bała się, że nawet jeśli Arun odważy się zrobić krok w jej stronę, okaże się, że jego życie tam jest ważniejsze niż wszystko, co mogliby stworzyć razem. Że pewnego dnia zadzwoni i jej powie, że jednak zostaje z żoną - z obowiązku, ze strachu przed skandalem, albo ze zwyczajnego przyzwyczajenia. Brutalna prawda była taka, że on nie należał do niej i najpewniej nigdy nie będzie należeć. To nie było realne, by kiedykolwiek mogliby być razem. Za bardzo się różnili i to również był powód, dla którego Arun nie będzie chciał przekroczyć ich wirtualnej granicy. Podświadomie czuła, że sama również powinna się chronić przed jej przekroczeniem. Doskonale pamiętała dzień, w którym ojciec zniknął z jej życia. Tego, co wówczas zobaczyła i usłyszała, nie dało się tak po prostu wymazać z pamięci.
Siedziała skulona na schodach domu babci. Przez uchylone drzwi widziała matkę, roztrzęsioną i rozmazującą łzy chusteczką, i babkę, która mówiła spokojnie, jakby opowiadała o pogodzie:
- Mówiłam ci, że oni nie wybiorą białej. Od samego początku wiedziałam, że on nie traktuje cię poważnie, bo inaczej ożeniłby się z tobą. Co z tego, że uznał dziecko?
Matka szlochała bardzo. Chwilami wstrząsał nią tak silny płacz, że traciła oddech, a Maya bała się, że tamta zaraz zemdleje. Obserwujące z oddali wszystko dziecko, przywarło rączkami do poręczy schodów, próbując zrozumieć sens zasłyszanych słów. Bolesna prawda docierała do niej powoli: Jej tatuś już nie wróci. Wyjechał do domu w dalekim kraju, bo ani ona, ani mama nie były jego domem. Tata będzie miał inną żonę i nowe dzieci - prawdziwą rodzinę, bo one nie były odpowiednie.
- Z drugiej strony - ciągnęła babka - ciesz się, że nie zabrał dziecka ze sobą. Tyle się teraz słyszy o tych mieszanych małżeństwach... porwaniach dzieci za granicę. Potem szukaj tego dziecka po świecie. Albo wracają po latach i nawet języka matki nie pamiętają...
Maya była dzieckiem i nie rozumiała wszystkiego, ale zapamiętała każdy ton, każde westchnienie rozczarowania i ostrą pretensję w głosie babki. Poczuła tamtego dnia to samo poczucie klęski, jakie jej matka miała wypisane na zapłakanej twarzy. Za nic dziś nie chciała iść tą samą drogą.
Dotąd udawało jej się wypierać wszystkie emocje, jakie obudził w niej Arun. Przekonywała samą siebie, że są one jedynie efektem bliskości, jaką wypracowali podczas wieloletnich rozmów. Od bardzo dawna nie były to już zwyczajne, codzienne życzenia miłego dnia czy wiadomości w stylu: "Powodzenia na spotkaniu zarządu". , "Bądź dziś dla siebie dobra i odpocznij". , albo "Pamiętaj, dasz radę. Jesteś w tym świetna". I chociaż od zawsze powtarzała sobie, że to tylko przyjaźń, czuła podświadomie, że tak nie jest. Takiej przyjaźni nie doświadczała większość znanych jej ludzi, a już na pewno nie przez Internet.
Pod jej wszystkimi rozterkami, kryła się zgoła inna prawda. Najkrótsza nawet przesłana przez niego wiadomość wystarczała, by wywołać na jej twarzy uśmiech, którego nie potrafiła powstrzymać. Kiedy wieczorami gasła w niej energia po całym dniu, świadomość, że Arun gdzieś tam jest - że myśli o niej i że może napisać, choć dwa słowa - dodawały jej nowych sił. Kontakt z nim był już nieodzowną częścią życia, bez której nie chciała musieć się obejść.
Nie potrafiła sobie przypomnieć od kiedy ich zwyczajem stało się celebrowanie małych i wielkich chwil. Zawsze pamiętała o jego urodzinach, o Diwali i o Holi. Wysyłała wtedy starannie wybrane życzenia, czasem z krótkim, ciepłym komentarzem, który miał mu przypomnieć, że ktoś myśli o nim życzliwie. On z kolei, jakby w rewanżu, nigdy nie zapominał o jej świętach, wysyłając serdeczne wiadomości na urodziny, Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Z czasem te drobne rytuały stały się tak naturalne i oczywiste, jak oddychanie. Czasami sami żartowali, że ich przyjaźń jest trwalsza i wierniejsza niż niejedno małżeństwo. Maya nieraz zastanawiała się, ile w tym było żartu, a ile prawdy, do której oboje bali się przyznać wprost. Bo przecież nawet w tej codziennej wymianie wiadomości kryło się coś, czego nie umiała nazwać i czego bała się zbyt dokładnie dotykać myślą. Jakby wystarczyło jedno słowo, by ten delikatny spokój rozsypał się albo zmienił w coś znacznie potężniejszego i bardziej niebezpiecznego.